70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nic nie oddzieli nas od natury

Poszczególne kultury rdzennie amerykańskie zachowują świadomość swojej odrębności wobec innych sąsiadujących kultur i wobec ludzi pochodzenia europejskiego czy afrykańskiego. Im bardziej dana kultura indiańska świadoma jest swojej odrębności, tym bardziej stara się ją zachować i tworzy jakiegoś rodzaju bariery, za którymi chroni się przed członkami szerszej społeczności swojego kraju.

Dominika Kozłowska: „Znawca kultur indiańskich” to zawód, hobby, tożsamość?

Aldo Vargas-Tetmajer: To oczywiście potoczne określenie, służące wyjaśnieniu kim jestem i czym się zajmuję, przynajmniej częściowo. Sformułowałem je na potrzeby debaty, która odbyła się w gmachu AGH (debatę „Narkotyki protezy duszy” zorganizował miesięcznik „Znak” we współpracy z AGH w lutym 2013 r. – przyp. red.), podczas której zostałem poproszony o przedstawienie w jaki sposób  kultury tradycyjne podchodzą do enteogenów. Przyjąłem zaproszenie i podjąłem się tego zadania, gdyż od strony ojca należę do tej części społeczeństwa boliwijskiego, która żyje na styku dwóch światów: świata, który bardzo ogólnikowo można by określić mianem pokolonialno-hiszpańskiego i świata indiańskiego, czyli rdzennych społeczności Ameryki. Moi przodkowie wywodzą się z ludu Qechua, który zamieszkuje Andy od Ekwdoru po północną Argentynę. Boliwia, mój kraj dzieciństwa, składa się z dwóch obszarów: górskiego oraz nizinnego. Na tym pierwszym dominują Aymarowie, naród z którego wywodzi się obecny prezydent Boliwii, Evo Morales Ayma, pierwszy w historii prezydent indianin, oraz lud Quechua. Na tym drugim żyje bardzo wiele innych narodów indiańskich, z których najliczniejsi są Tupi-Guarani.

Jedna gałąź mojej rodziny należy więc bardziej do części indiańskiej, druga – do po-hiszpańskiej. Kwestia tożsamości i przynależności do tej czy innej kultury jest obecna w naszym życiu, w którym daje się wyczuć napięcie wynikające z niedookreślenia, do którego kręgu się należy. Ze względu na moje związki zarówno z tą po-hiszpańską, jak i z rdzennie amerykańską częścią rodziny – staram się bywać w Boliwii tak często jak to tylko możliwe – oraz na częste wizyty w różnych innych regionach Andów, posiadam praktyczną wiedzę na temat kultur indiańskich. Staram się coraz lepiej poznawać swoje indiańskie pochodzenie, ponieważ właśnie z nim świadomie się utożsamiam. Stale pogłębiam swoją znajomość rdzennych kultur amerykańskich, z przeszłości i teraźniejszości a swoją wiedzą dzielę się z innymi np. jako wykładowca przedmiotu „Cywilizacje prekolumbijskie Ameryk” w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim.

W jaki sposób Pana rodzina funkcjonująca na styku dwóch kultur: indiańskiej i pokolonialno-hiszpańskiej wpisuje się w specyfikę boliwijskiego społeczeństwa?

Nasze doświadczenia są bardzo typowe dla mieszkańców tego obszaru. Jak wcześniej wspominałem, Boliwia jest krajem pod względem kulturowym niezwykle bogatym i złożonym. W jej skład wchodzi zarówno społeczność pochodzenia europejskiego, jak i rdzennie amerykańska, ale też spory wkład w kulturę wnoszą potomkowie Afrykańczyków. Jeśli chodzi o tę pierwszą, to w większości wywodzi się ona z Hiszpanii, żyje na tych ziemiach od niespełna 500 lat, i choć wciąż ma pewne związki z kulturą hiszpańską i szerzej europejską, bardzo się od nich różni, również pod względem językowym. Wśród białych są także potomkowie imigrantów przybyłych do Boliwii pod koniec XIX w. i w pierwszej poł. XX w. np. z Niemiec, Francji czy chociażby dawnej Jugosławii (jedna z moich cioć była pochodzenia jugosłowiańskiego) lub innych krajów europejskich. Również część indiańska jest bardzo zróżnicowana. Pomiędzy i ndianami zamieszkującymi górzyste obszary Andów i niziny amazońskiej są większe różnice niż np. pomiędzy Polakami a Włochami. Boliwia jako państwo jest tworem postkolonialnym, mieszanym pod względem narodowościowym już od zarania swojego istnienia. Nie istnieje coś takiego jak plemię czy indiański naród Boliwijczyków. Obecny prezydent, chcąc podkreślić wielonarodowość kraju, zmienił nazwę Republiki Boliwii na Estado Plurinacional de Bolivia czyli Wielonarodowe Państwo Boliwia. W naszej rodzinie ta różnorodność jest bardzo odczuwalna na wielu poziomach, obecne są w niej elementy obu kultur, ale jest to symbioza, nie konflikt.

Jakie są relacje między tymi dwiema społecznościami?

Chciała Pani powiedzieć: między tymi ponad czterdziestoma społecznościami, gdyż tyle narodów oficjalnie zamieszkuje ten kraj. Oficjalne dane nie dają pełnego obrazu sytuacji. Podział narodowościowy, przynajmniej do niedawna, odzwierciedlał nie tyle pochodzenie etniczne, co przynależność do pewnych warstw społecznych. Gdy ktoś przechodził z warstwy niższej do wyższej, automatycznie stawał się białym, mimo że etnicznie był wciąż indianinem. Przykładowo, mój ojciec, który etnicznie rzecz ujmując był prawie 100% indianinem, w dokumentach określany był jako „biały” tylko dlatego, że ukończył studia wyższe. Również moja prababcia, która była 100% indianką, w pewnym momencie za taką przestała być uznawana. Pochodziła z narodu, który trudnił się przewozem towarów przez góry na grzbiecie lam i mułów. Pod koniec XIX w. i na początku XX w. dorobiła się takiego bogactwa, że mogła na dłuższy czas wyjechać do Europy, do Paryża. Kiedy wróciła, uznawana już była za osobę białą, pomimo że wciąż przecież była indianką.

W Ameryce Łacińskiej wśród ludzi pochodzenia hiszpańskiego zachował się o wiele bardziej niż w Europie autorytarny sposób odnoszenia się do innych mieszkańców tych krajów. Społeczność białych tworzy taką po-hiszpańską rasę panów, która w niektórych rejonach zachowała nawet język Kastylijski, czyli hiszpański sprzed wieków, mimo iż w Hiszpanii już on prawie nie występuje. Często przejawiają wielkopańskie nawyki, traktując wszystkich innych z wyższością, przy czym najniższa warstwa to dla nich indianie. Można to bardzo wyraźnie zauważyć chociażby oglądając współczesne seriale latynoamerykańskie. Odgrywane w nich relacje są doskonałym odzwierciedleniem, nawet jeżeli lekko przerysowanym, mentalności postkolonialnej. Jest ona wciąż żywa i mocna, i do dziś nadaje ton kulturze tamtego kontynentu.

Również z perspektywy Europy bogactwo kultur rdzennych mieszkańców Ameryk często znika, ustępując miejsca ogólnemu określeniu „indianie”.

Trzeba sobie uświadomić, że już sama Boliwia ma powierzchnię ok. trzy i pół raza większą od powierzchni Polski, a zamieszkana jest przez nieco ponad 40 różnych kultur. A przecież kraj ten nie należy do największych w Ameryce Południowej. Poza tym, jest jeszcze Ameryka Środkowa, która może nie jest tak duża jak Południowa i Północna, za to kulturowo niezwykle bogata i ważna. To są ogromne obszary, wielokrotnie większe od terytorium Europy. Przed przybyciem Europejczyków, bogactwo kultur rdzennie amerykańskich było niewyobrażalne. To były kultury, które w większości prowadziły osiadły tryb życia, trudniły się rolnictwem, wiele z nich osiągnęło bardzo wysoki poziom rozwoju kulturowo-materialnego a niektóre osiągnęły nawet poziom cywilizacji, tzn. tworzyły wysoce złożone społeczeństwa zamieszkujące miasta. W Amerykach rozwinęły się dwa odrębne kręgi cywilizacyjne: obszar środkowo-andyjski i Mezoameryka. Oprócz tego w Amerykach żyły też ludy prowadzące koczowniczy tryb życia.

Dlatego sugerowałbym inny sposób podejścia do tematu, polegający na oddzieleniu tego, co istnieje jedynie jako clichékulturowe, od tego, jak wygląda rzeczywistość. Z jednej strony trzeba więc przyjrzeć się temu, co pojawia się w naszej wyobraźni, gdy wypowiadamy słowo „indianin”. Zwykle jest to obraz smagłego nagusa na koniu z piórami na głowie i z malunkami na twarzy. Ewentualnie taki sam nagus, ale w otoczeniu dżungli. Do tego czasami pojawiają się też nie do końca określone, fantastyczne obrazy piramid.

A zatem albo „Misja” albo „Apokalypto”, albo opowieści o Winnetou.

Jest to jednak sfera, mogę to śmiało powiedzieć, bajkowych wyobrażeń. W rzeczywistości mamy sytuację demograficzną i etniczną, w odniesieniu do której wątpliwe jest już samo określenie „indianie”. Termin ten wprowadzili Hiszpanie w XVI w. Posługiwali się nim w odniesieniu do wszystkich rdzennych mieszkańców Ameryk, a zatem ludności zamieszkującą tereny od Alaski przez Amerykę Północną, Środkową i Południową, aż po Ziemię Ognistą! Wiele jest interpretacji znaczenia tego słowa. Najczęściej podaje się dwa. Wedle pierwszego określenie „indianie” ma pochodzić z łaciny od słów in Dios(w Bogu). Wedle drugiego od słowa Indie. Jak wiemy, Krzysztof Kolumb początkowo sądził, że kierując się na zachód odkrył drogę do wschodnich Indii. Dlatego w języku angielskim termin Indians wciąż odnosi się zarówno do Hindusów jak i indian. W języku polskim, podobnie jak w wielu innych językach, te dwa określenia się różnią.

Co termin „indianie” oznacza dziś dla rdzennych mieszkańców Ameryk?

Sytuacja różnych grup i narodów rdzennie amerykańskich jest bardzo różna. W Ameryce Północnej niektóre kultury są w zaniku, inne mają potężny stopień identyfikacji narodowej i organizacji społeczno-politycznej. Proszę sobie wyobrazić, że indianie Nawaho, zamieszkujący południowo-zachodnie Stany USA, terytorium swojego rezerwatu określają mianem państwa. Mają swój własny parlament, własne dokumenty, nawet indiański paszport, mimo iż nie jest on uznawany poza Stanami. W Ameryce Środkowej i Południowej wiele grup wciąż trzyma się na kompletnym uboczu. W kraju, z którego pochodzę, takich różnic jest naprawdę dużo. Przykładowo, Aymarowie tworzą naród, który jest bardzo świadomy swojej tożsamości, dlatego bardzo często ludzie wywodzący się z tej kultury obrażają się, kiedy określa się ich mianem indian – termin ten do pewnego stopnia jest dla nich (i nie tylko dla nich) inwektywą. Kiedy o konkretnym rdzennym mieszkańcu mówimy „indianin”, ten często oburza się mówiąc: „nie jestem żadnym indianinem. Jestem Qechua” albo „Aymara”, albo „”, „Kaqchiqel” w Gwatemali, a w Stanach Zjednoczonych – „Cherokee” albo „Navaho”, albo „Hopi”… W bardziej tradycyjnych społecznościach, tożsamość kształtuje się na jeszcze bardziej podstawowym poziomie, poprzez odwołanie się do konkretnej społeczności, żyjącej w obrębie ściśle określonego terytorium.

W obu Amerykach podejmowanych jest jednak coraz więcej inicjatyw mających na celu budowanie u rdzennych mieszkańców ponadnarodowej świadomości, walki o ochronę wartości wspólnych dla tych kultur. W jakiej zatem relacji pozostają te dwie tożsamości: związana z przynależnością do konkretnego narodu i indiańska? Czy dobrą analogią jest zależność taka jak w naszym przypadku, pomiędzy tożsamością narodową polską, a europejską?

Pytanie to jest ważne, choć w zasadzie pozostaje bez odpowiedzi. Proszę spróbować na nie spojrzeć przez pryzmat Polski. Część naszego społeczeństwa określa ramy narodowe bardzo sztywno, uznaje, że wartości te są stałe, niezmienne i nieprzekraczalne. Jest również i inna część, która nie uznaje tak sztywnych ram. To nie jest tak, że jedna grupa ma rację, a druga się myli. Są to po prostu dwa – albo więcej – różne schematy myślenia. Widzi Pani zatem, że nawet w tak w większości monoetnicznym państwie jak Polska istnieją w tym względzie podziały. Proszę więc sobie wyobrazić, jak to wygląda na kontynencie, na którym kultur jest znacznie więcej, każda ma inne wzorce myślowe, inną liczebność, żyje na innym terenie, w innych warunkach politycznych czy ekonomicznych. Rozziew pomiędzy różnymi sposobami samookreślania tożsamości jest nieporównywalnie większy niż w Polsce czy nawet w Europie. Jedni określają się mianem któregoś z narodów indiańskich bo są smagli i mówią językiem swoich przodków, żyją w wioskach czy społecznościach, respektując bardzo specyficzne, dość niezmienne zasady, patrzą na rzeczywistość w określony sposób. A inni, określają się tak tylko dlatego, że jeden z ich przodków był Indianinem. W Stanach Zjednoczonych jest to np. wpis do rejestru plemion indiańskich. Jest to bardzo formalnyi nie pozbawiony wad sposób określania przynależności kulturowej. Nie ma więc jednych ram. Za każdym razem jest to coś innego. Jeślibym jednak starał się z grubsza opisać bardzo ogólne ramy mentalności indiańskiej, to bym wskazał na określoną formę życia w społeczności, która utrzymuje swoje tradycje kulturowe, nawet jeżeli zmienione i uaktualnione. Ważny jest też stosunek do natury, ogólnie mówiąc dość bezpośredni i indywidualny, jako do czegoś posiadającego własne, odrębne i świadome jestestwo.

Poszczególne kultury rdzennie amerykańskie zachowują świadomość swojej odrębności wobec innych sąsiadujących kultur i wobec ludzi pochodzenia europejskiego czy afrykańskiego. Im bardziej dana kultura indiańska świadoma jest swojej odrębności, tym bardziej stara się ją zachować i tworzy jakiegoś rodzaju bariery, za którymi chroni się przed członkami szerszej społeczności swojego kraju.

Jakiego rodzaju to są bariery?

W Boliwii są grupy, które bardzo ściśle strzegą granic swojego terytorium. Granice te są zresztą prawnie określone jako rezerwaty lub autonomiczne obszary podlegające prawu rdzennej wspólnoty indiańskiej. Mogą to być również ramy symboliczne: np. uczestnictwo w świętach, określonych zdarzeniach wspólnotowych, korzystanie z pewnych mechanizmów działania we wspólnocie, które wymagają bycia członkiem tej społeczności. Dla każdej poszczególnej grupy są one dość ściśle określone. I w każdym przypadku wyglądają nieco inaczej. Są też ludzie tacy jak ja, którzy w danym momencie nie należą do żadnej określonej społeczności, a którzy mimo to utożsamiają się z tym kulturami, współdzielą pewien zestaw wartości. Nawet, jeżeli uznają się za członka społeczności białych, mają świadomość swojego pochodzenia. Dziś powstaje coraz więcej organizacji indiańskich. Musimy jednak pamiętać, że różnorodność kulturowa rdzennych mieszkańców Ameryk sprawia, iż Boliwijczyk, nawet jeżeli będzie miał świadomość swojej przynależności do kultury indiańskiej, nie będzie z tego powodu czuł bliskości wobec przedstawiciela innej kultury indiańskiej. Trudno tu o takie relacje bliskości jakie występują w Europie, gdzie nawet Brytyjczyk z Grekiem będą funkcjonować w bliższej przestrzeni kulturowej, niż np. Aymara i indianin dorzecza rzeki Xingu w Brazylii. Jestem jednak wielkim zwolennikiem wszelkich inicjatyw podejmowanych przez ludzi z indiańskiego kręgu kulturowego, mających na celu uświadamianie, że pomimo różnic stanowimy pewnego rodzaju jedność makrokulturową.

Czy narody indiańskie określają swoją odrębność kulturową poprzez odniesienie do wartości reprezentowanych przez świat białych?

To jest ciekawe pytanie. Pewną próbą odpowiedzi jest wskazanie pewnego aspektu mentalności zachodniej, której jednym z głównych przekazów lub wręcz nakazów jest zdanie z Księgi Rodzaju: „rozmnażajcie się i czyńcie sobie ziemię poddaną”. Zdanie to jest tak oczywiste dla świadomości europejskiej, że z reguły nie zdajemy sobie sprawy, że dla innych kultur, zwłaszcza rdzennie amerykańskich, sprawa wygląda zgoła inaczej. I nie jest to kwestia jakieś wzniosłości ducha, jak lubi się myśleć w pewnych kręgach, zwłaszcza alternatywnych, tylko odmienności linii rozwoju kulturowego. Narody amerykańskie, będąc potomkami ludów syberyjskich, przez swój specyficzny ciąg ewolucji kulturowej oraz warunki, w jakich przyszło im żyć, mają zupełnie inny rodzaj relacji z naturą niż ludzie Zachodu. O ile kultura Zachodnia postrzega siebie jako odrębną i oderwaną od świata natury, o tyle kultury rdzennie amerykańskie postrzegają siebie jako część składową tego świata. Dlatego w większości z nich wciąż funkcjonuje pojęcie „Pacha Mama” – „Matki Ziemi”, której jest się częścią. Relacje do Matki Ziemi w żaden sposób nie są oparte na dominacji i poddaństwie. Wzorem jest tu raczej związek matki z dzieckiem. Poza tym, u indian mentalność wspólnotowa góruje nad mentalnością indywidualistyczną – szczególnie w tradycyjnych społecznościach, gdzie ich członkowie nie postrzegają siebie w oderwaniu od wspólnoty. Oderwanie takie często traktowane jest jako kara albo przekleństwo. Trzeba jednak pamiętać, że żadna z tych mentalności, czy to będzie mentalność świata zachodniego, czy indiańskiego, nie jest niezmienna. Każda funkcjonuje w odniesieniu do rzeczywistości, której jest częścią i siłą rzeczy ulega przeobrażeniom w czasie.

Czy z tego powodu narody indiańskie tak bardzo walczą o zachowanie tradycyjnego stylu życia?

Można tak powiedzieć, choć równie ważnymi czynnikami są np. kwestie związane z prawem do ziemi i do eksploatacji zasobów naturalnych. Obecnie wiele konfliktów na terenach Ameryk dotyczy właśnie tych problemów.

Jedną z pochodnych zachodniej mentalności polegającej – jak Pan mówi – na czynieniu sobie ziemi poddanej – jest rozwój techniki. Większość mieszkańców wielkich metropolii nie funkcjonuje w świecie naturalnym, lecz głęboko przetworzonym przez technikę. W jaki sposób godzi Pan to napięcie w swoim codziennym życiu, mieszkając na co dzień w jednym z większych miast Polski?

Proszę  zauważyć, że jeśli chodzi o technikę i jej udział w życiu mieszkańców świata zachodniego, to pochodząca z czasów Newtona i Kartezjusza transhumanistyczna wizja coraz ściślejszego wprzęgnięcia techniki w nasze codzienne życie, powoduje lęk a nawet przerażenie. Pokazują to choćby trylogia „Matrix” braci Wachowskich czy seria „Terminator” a wcześniej „Metropolis” Fritza Langa. Osobiście nie mam z tym problemu, staram się być w miarę na bieżąco z „nowinkami” choć czasami generują one stres. Proszę np. spróbować wyjść z domu bez telefonu komórkowego.

Co do związków z naturą, mam swoje indiańskie sposoby, których nie wyjawię nie dlatego że są tajemne (a bywają), tylko dlatego że w kulturach rdzennie amerykańskich o tych sprawach się nie mówi tylko się je praktykuje. Polega to w największym skrócie na utrzymywaniu ciągłej świadomości związków z otaczającym nas światem natury, jak już wspomniałem, znanym wśród ludów amerykańskich Matką Ziemią.

Czyż zmiana naturalnego środowiska życia człowieka nie sprawia, że zmienia się też sam człowiek i jego natura?

Moim zdaniem, bez względu na to, jak bardzo się szamoczemy w naszym podejściu do tych spraw, każda z form rozwoju kultury ludzkiej, również technologiczna i cyfrowa, jeśli spojrzymy na nią w odpowiednio szerokiej skali, jawi się tylko i wyłącznie jako powielanie form i zachowań, które w naturze istniały od zawsze. Jesteśmy istotami biologicznymi, które mają uwarunkowania biologiczne na o wiele głębszych poziomach, niż chcielibyśmy się przyznać lub niźlibyśmy sobie z tego zdawali sprawę. Wszystko, co tworzymy, nawet ten budynek, w którym odbywa się nasza rozmowa, jest jedynie pewną wariacją na temat form występujących w naturze, pewną skorupą, jak skorupa żółwia czy ślimaka, lub też jaskinia czy szałas łowców-zbieraczy, niczym więcej. Pełni dokładnie tę samą, choć wzbogaconą funkcję. Te obrazy cyfrowo skomponowane, wydrukowane i powieszone na ścianach są tylko późną odmianą malowideł z Lascaux, nie są niczym innym. Wszystkie kuchnie świata, nawet nowo powstające trendy jak Fusion czy Nouvelle Cuisine, są tylko wariacjami na temat upolowanego miliony lat temu zająca czy zebranych, zmielonych i ugotowanych nasion. Nam się tylko wydaje, że tak bardzo oddalamy się od natury. Owszem możemy dostrzec rozdźwięk pomiędzy człowiekiem sprzed milionów lat, a nami, dziś tu siedzącymi. Sądzę jednak, że w pewnym sensie rozdźwięk ten jest pozorny. Kiedy byłem młodszy z ogromnym zainteresowaniem śledziłem literaturę science-fiction. Byłem zwolennikiem często przedstawianej w tej literaturze wizji stechnicyzowanej rzeczywistości przyszłości, jako kompletne innej względem naszego dotychczasowego sposobu bytowania na planecie Ziemi, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że to wyobrażenie wirtualnej przyszłości nie jest niczym więcej niż wzbogaconą o nowe elementy powtórką tego, co już było. W przypadku świata zachodniego, wracając do wcześniejszego wątku, byłoby to jedynie kolejną konsekwencją starotestamentowej zasady „czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Dlaczego sądzę, że takie rozumienie sprawy skutkuje błędnym, szkodliwym dla nas samych podejściem do rzeczywistości? Została ona sformułowana przez ludy koczownicze, które w poszukiwaniu lepszych pastwisk musiały tę ziemię siłą „czynić sobie poddaną”, traktując ją bardzo użytkowo. Utożsamiamy się z nią na poziomie „własności”, co powoduje poczucie oddzielenia, wyalienowania się ze środowiska, w którym żyjemy, a nie intymności relacji (oczywiście jest to bardzo subiektywna ocena).

Poza tym, technologia którą powołaliśmy do życia, i nad którą coraz bardziej tracimy kontrolę, budzi w nas strach w stylu rzeczywistości „Matrixa”: lęku, że powstanie kiedyś rzeczywistość, w której zatracimy to, co czyni nas ludźmi w sensie biologicznym, że będziemy żyli jako wirtualne świadomości zawieszone w jakiejś mega sieci czy w jakiejś „chmurze”. To jest iluzja, ale nie dlatego że to jest niemożliwe lub niewyobrażalne. Pójdźmy np. za tą najbardziej oddaloną wersją wyobrażonej przyszłości: ludzkość jako indywidualne świadomości istniejące w sieci na nieorganicznych nośnikach. Przecież nawet wtedy będziemy częścią tego aspektu świata fizyki, który jest przynależny do naszej rzeczywistości. Nie stalibyśmy się pod względem fizycznym niczym innym od wyładowań elektrycznych podczas burzy. Bylibyśmy cały czas częścią składową tej rzeczywistości pod tą czy inną postacią. Technika, nawet zaawansowana, nie oddzieli nas od natury.

Przez wieki ta mentalność odnajdowała jednak dowody swojej słuszności.

Świadomość zachodnia nie jest i nie musi być taka sama po wieki wieków. Ona się ciągle zmieniała (jak każda zresztą) i obecnie zmiany te są coraz szybsze i radykalniejsze, a proces ten będzie przybierał na sile. Tym bardziej, że ze względu na skalę oraz szybkość wzrostu dochodzimy do pewnych progów, czy też granic, które skutkują zmianą paradygmatu, jakim się posługujemy. Nie pierwszy raz zresztą w ostatnich stuleciach. Świadomie używam koncepcji „granice wzrostu” pochodzącego z tytułu raportu Klubu Rzymskiego z 1982 r., bardzo często wyśmiewanego w przekonaniu, że nic z tego, co zapowiadał się nie sprawdziło. Owszem, może i się nie sprawdziło z powodu ułomności modeli, na których opierano analizy oraz niekompletnych lub nie branych pod uwagę danych, jednak ogólna koncepcja przedstawiona w tym raporcie była właściwa – zatruwając wody, osiągniemy wreszcie poziom, po przekroczeniu którego stanie się ona dla nas niezdatna do picia. Zatruwając powietrze, osiągniemy poziom, kiedy stanie się ono nieoddychalne. Tworząc coraz bardziej skomplikowane i nieprzyjazne środowisku twory, dotrzemy w końcu do poziomu, którego przekroczenie spowoduje nieodwracalne zmiany. Pojawia się w konsekwencji pytanie o poziom rezyliencji, czyli elastyczności lub odporności na zmiany środowiska, głównie miejskiego, w którym żyjemy.

Nie tyle chodzi o skutki zmian nieodwracalnych dla natury. Oczywiście natura na tym cierpi – lasy są wycinane, rzeki zatruwane, zwierzęta tępione, lodowce topnieją, ale natura przeżyła już o wiele większe katastrofy. To my, ludzie, stajemy się gatunkiem zagrożonym. Jesteśmy częścią tego, co sami niszczymy. Myśląc o sobie jako o istotach oddzielonych od natury, nie zdajemy sobie sprawy, że w zasadzie dążymy do zniszczenia samych siebie.

Zwolennik postępu powie, że zawsze znajdziemy rozwiązanie pozwalające nam przystosować się do takich warunków. W najgorszym razie, kiedy warunki życia na Ziemi zmienią się tak dalece, że nie będziemy mogli dalej się do nich przystosowywać, skolonizujemy nową planetę.

Zgoda co do przystosowania się do nowych warunków. Znajdziemy jakieś rozwiązania, na to liczę i jestem optymistą. Co więcej, to znajdywanie już się odbywa i przybiera różnorakie formy. Np. pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych, tworzenie materiałów biodegradowalnych, czy zmiana mentalności w kierunku bardziej ekologicznym. Nie ma dwóch zdań, że zmiany idą w dobrym kierunku, i w końcu doprowadzą nas do „odkrycia Ameryki”, zrozumienia że należymy do świata natury, i na dłuższą metę jako gatunek nie jesteśmy w stanie przeżyć w oderwaniu od niej. Co do zamieszkiwania na innych planetach, nie liczyłbym na to. Łączy nas z Ziemią nierozerwalna pępowina.

Czy to pragnienie powrotu do natury ujawnia się w trakcie wypraw do Ameryki Południowej, w które zabiera Pan ludzi z Europy?

Głównym powodem wyjazdów jest pragnienie doświadczenia inności, zarówno w krajobrazie, jak i w kulturze. Bardzo często to pragnienie wiąże się z tęsknotą za przeżyciem czegoś głębszego: przeżyciem katharsis w zatknięciu z przyrodą albo spotkaniem z kimś, kto mógłby nam przekazać inny sposób widzenia rzeczywistości. W świecie zachodnim ta tęsknota jest dość powszechna, z czego wnioskuję, i to nie tylko jako obserwator, ale też członek tej społeczności, że życie w coraz bardziej wyalienowanym, stechnicyzowanym świecie nas dusi. Nasza własna wewnętrzna natura czuje się zagrożona, kiedy na zbyt długo tracimy kontakt z naturą nas otaczającą i poszukuje od czasu do czasu naturalnego kontaktu. Tak dzieje się np. podczas podróży do odległych zakątków. Każde egzotyczne doznanie, nawet jeśli w bardzo mały i pośredni sposób, jakoś nas rozwija i jest warte wysiłku. Istnieje zawsze możliwość, że jeśli chociaż przez chwilę doświadczymy czegoś innego, odmiennego od codziennych doświadczeń, to być może zobaczymy coś, czego wcześniej w sobie nie dostrzegaliśmy. Może jakiś talent? Jakieś głębsze zrozumienie siebie i świata? Lub chociażby inną, bardziej kolorową, koszulę?

Coś, co wcześniej funkcjonowało w naszej tożsamości na zasadzie małych, ściśle pasujących do siebie nieruchomych trybików, zaczyna się poruszać, rozszerzać. Nagle możemy chcieć więcej, odczuwać pełniej. Uważam, że to zawsze jest pozytywne, każdy taki rozwój jest dobry.

Jak odbierani są tacy turyści przez rdzennych mieszkańców?

Różnie. Naprawdę bardzo różnie. Duża część zdaje sobie sprawę, że jest to doskonała okazja, żeby zarobić na chleb, co jest absolutnie zrozumiałe – w krajach rozwijających się o chleb bywa o wiele trudniej niż w świecie zachodnim, więc niektórzy umiejętnie to wykorzystują. Są też ludzie, którzy chcą pokazać swoje życie, jakoś o nim opowiedzieć. Są wreszcie i tacy, którzy mają znikome wyczucie zachodniej mentalności. Ci ostatni z reguły nawet nie rozumieją znaczenia pytań stawianych przez turystów. Sprawy, które dla Europejczyków są problemem, zagadką, w ogóle nie mieszczą się w ich wersji widzenia rzeczywistości.

Zastanawiam się, na ile spotkanie białego Europejczyka z rdzennym mieszkańcem Ameryki obciążone jest winą i wyrzutem sumienia? Przyjeżdża potomek ludzi, którzy kiedyś ten kontynent najechali, do jego mieszkańców odnosili się z pogardą, a ich samych fizycznie eksterminowali lub czynili niewolnikami. Przyjeżdża więc taki turysta, nieraz znudzony zachodnim stylem życia, odczuwający głód duchowych przeżyć i oczekuje, że jakiś indiański szaman dostarczy mu nowych wrażeń. Jest też ta druga strona – rdzenni mieszkańcy. W jaki sposób patrzą na turystę? Czy dostrzega Pan, aby to obciążenie ujawniało się jakoś w tych spotkaniach?

Oczywiście, że tak. Na wstępie jednak sprostowanie – jako przedstawiciel zarówno świata zachodniego jak i społeczności latynoskiej, staram się w obydwu tych światach pełnić rolę kogoś, kto wyjaśnia wielopoziomowe zawiłości sytuacji. To nie Polak żyjący dziś w Polsce jest potomkiem tych, którzy najechali kontynenty amerykańskie. Może po części można to odnieść do Francuzów, Hiszpanów, Anglików. Ale potomkami tych, którzy najechali tamte kontynenty jesteśmy przede wszystkim my, Latynosi. Ja jestem potomkiem tych, którzy najechali i tych, którzy zostali najechani. Największa część kompleksu krwawego zdobywcy objawia się w obrębie współczesnych kultur amerykańskich, nie w Europie. Europa czyni sobie wyrzuty sumienia za ten najazd, ale tylko częściowo, do pewnego stopnia są one uzasadnione. Europie można stawiać zarzut, że kultura zachodnia w postaci królestwa hiszpańskiego, francuskiego czy innego najechała inne krainy. Proszę jednak spojrzeć na każdą, dosłownie każdą cywilizację w okresie swojego maksymalnego wzrostu – zobaczymy dokładnie ten sam wzorzec. Czy to Mongołowie za czasów Czyngis-chana, czy Rzymianie 2 tys. lat temu, czy imperia indyjskie, czy Inkowie w Peru, za każdym razem mamy kulturę, która się prężnie rozwija i rozlewa naokoło, wchłaniając lub niszcząc to, co napotka po drodze. W tym przypadku Europa, ponieważ terytorialnie była bardzo ograniczona, a jej potęga ciągle wzrastała, „wylała się” na terytoria Ameryk, ale też Afryki i Azji. Był to proces poniekąd naturalny. Oczywiście uwarunkowany pewną mentalnością, o której już mówiłem, ale nie zmienia to faktu, że naturalny. W naturze też zdarzają się najazdy mrówek na nowe terytoria, plagi szczurów czy szarańczy. My ludzie robiliśmy i robimy to samo. Kultura zachodnia zachowała się poniekąd jak plaga, ale nie ona jedna, nie pierwsza i nie ostatnia. Czynienie sobie z tego wyrzutów ma sens o tyle, o ile pozwala uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. Nie jest jednak moim zdaniem słuszne żyć w przeświadczeniu, że z tego tytułu jesteśmy na wieki wieków naznaczeni piętnem grzechu. To samo mówię mieszkańcom Ameryk europejskiego pochodzenia, którzy noszą w sobie ten mniej lub bardziej nieuświadomiony kompleks. Tym zaś, którzy nie zdają sobie z tego sprawy albo których to nie obchodzi, mówię, że powinni sobie uświadomić, że 500 lat temu nastąpiła hekatomba a zniszczenia była potworne. Świadomość tego powoli staje się zaczynem zmiany, który mam nadzieje doprowadzi do bardziej wrażliwego podejścia społeczności ludzkiej do świata, w którym żyjemy.

Jak Pan, osoba, która żyje w tych dwóch światach jednocześnie, w świecie wartości zachodnich i indiańskich, widzi przyszłość kultury zachodniej?

Wbrew dość powszechnie panującym nastrojom minorowym, nie uważam, aby kultura zachodnia była jakoś szczególnie pogrążona w kryzysie. Kryzys tożsamości istnieje w niej od zawsze, można powiedzieć, że jest ona wynikiem kryzysu. Kiedy spojrzymy na jedno ze źródeł tej kultury, na klasyczną Grecję, zobaczymy, że w jej rdzeniu żywe było pytanie o to, kim jesteśmy w odniesieniu do rzeczywistości i nieustanne kwestionowanie wcześniejszych postaw. To są źródła filozofii. Również chrześcijaństwo u swych źródeł stawiało pytanie: kim jesteśmy? Jak się definiujemy? Owszem, zdarzały się okresy, kiedy monolityczna tożsamość była silniejsza – „jesteśmy Imperium Rzymskim” albo „jesteśmy Europą chrześcijańską”. Jednak każda z tych tożsamości na jakimś etapie poddawana była krytyce, a krytyka ta prowadziła do wypracowania nowej tożsamości. Kryzysy Europy uważam więc za jej fałszywą słabość. Tak naprawdę, zdolność kwestionowania wcześniejszych postaw stanowi o jej sile. Odczucie braku perspektyw z reguły poprzedza odkrycie nowych dróg rozwoju. W ostatnim miesiącu byłem w Belgii, niedawno też wróciłem z wizyty w Londynie. Centrum cywilizacji zachodniej, jak określam te miasta, tętni życiem. To jest kocioł, w którym wrze, w którym każdego dnia pojawiają się nowe formy, nowe propozycje. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co widziałem, pomimo że bywam tam często. Po raz kolejny uświadomiłem sobie, że ta kultura ma nieskończony potencjał, że cywilizacja zachodnia jest cały czas żywa i ma ogromne możliwości rozwoju.

Owszem, osoby o poglądach konserwatywnych, w sytuacji kryzysu usiłują odwoływać się do wyidealizowanych rozwiązań z przeszłości, zakładając że skoro kiedyś było lepiej i działało, teraz też powinno. Ale oczywiście żadnego powrotu do przeszłości nie ma, bo wszystko ciągle się zmienia. Ład nie jest stanem trwałym tylko dynamiczną równowagą.

Widzi Pan zatem jakąś szansę dla spotkania tych dwóch odmiennych mentalności: zachodniej i indiańskiej?

Odkąd po raz pierwszy zobaczyliśmy wyłaniającą się zza horyzontu księżyca Ziemię, nasz dom jako niebieską kulę zawieszoną w pustce, zrozumieliśmy że jesteśmy mieszkańcami jednej planety, nie tylko członkami społeczności czy obywatelami państw, lub mieszkańcami kontynentu. To był moment, w którym zobaczyliśmy, że jest coś więcej, jakaś szerzej określająca nas tożsamość. Od czasów kiedy loty w kosmos stały się powszechne, zrozumieliśmy że nasza planeta jest jedna, że nie widać na niej granic między klasami społecznymi czy państwami, że wszyscy tworzymy jedną wspólnotę. Pojawiła się i upowszechnia uniwersalna tożsamość ziemian, świadomość tego, o czym mówi art. 1 uchwalonej w 2010 r. w Boliwii Uniwersalnej Deklaracji Praw Matki Ziemi: „Ziemia jest żywą istotą”. To świadomość „Matki Ziemi”, o której mówią indianie.


ALDO VARGAS TETMAJER – Urodził się w Buenos – Aires, w Argentynie, w rodzinie mieszanej Boliwijsko – Polskiej. Dziedziczy zarówno z kultury Polskiej jak i z Boliwijsko-Indiańskiej. Do lat 80-tych mieszkał w południowej Ameryce. Z zawodu architekt-urbanista, pracuje w instytucie badawczym działającym na polu gospodarki przestrzennej i urbanistyki. Wykłada w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od szeregu lat pracuje jako pilot wycieczek trampingowych do krajów Ameryki Południowej, Afryki Wschodniej oraz Indii i Nepalu, współpracując z kilkoma biurami podróży.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter