70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Blizna

Człowiek raz seksualnie wykorzystany, w tym jednym punkcie, zawsze będzie słaby. Terapia pozwala mu mieć lepsze zrozumienie swoich odczuć. Patrzeć na nie z większym dystansem. Blizna pozostaje jednak na zawsze.

Dominika Kozłowska: Mamy rozmawiać o dzieciach seksualnie wykorzystanych przez duchownych.

Ewa Kusz: Chciałabym, abyśmy na wstępie dobrze zdefiniowały przedmiot. Po pierwsze więc, możemy mówić o sprawcy czynów pedofilnych albo o sprawcy pedofilu. Czynów pedofilnych nie dokonuje jedynie pedofil, ale również osoba, która nie ma zaburzeń preferencji seksualnych. Z kolei pedofil to człowiek zaburzony. Wśród duchownych zdecydowanie częściej mamy jednak do czynienia z osobami, które dopuszczają się czynów pedofilnych, nie zaś z pedofilami. Jeśli chodzi o tę grupę, to najwięcej nadużyć seksualnych to przykład czynów efebofilnych, w których ofiara osiągnęła dojrzałość seksualną.

Odwołuje się Pani do medycznej klasyfikacji chorób, wedle której pedofilia należy do zjawiska z obszaru psychopatologii, i uznawana jest za jedną z postaci parafilii. Ta klasyfikacja nie pokrywa się jednak w pełni z prawnym i społecznym znaczeniami słowa „pedofil”. To zapewne sprawia, iż w potocznym użyciu określenie „pedofil” ma znacznie szerszy zasięg niż określenie medyczne. W najogólniejszym sensie opisuje ono zjawisko polegające na relacji seksualnej dorosłego z dzieckiem.

Zgoda, zauważmy jednak, że rozróżnienie to staje się ważne, gdy przyglądamy się konsekwencjom pedofilii bądź czynów pedofilnych. A te są różne. Pedofil, czyli osoba zaburzona, zwykle ma na swoim koncie wiele ofiar. Ludzie ci bowiem zazwyczaj przejawiają tendencję obsesyjno-kompulsywną, cechują się zatem znikomą kontrolą swoich czynów. Zdarzało się, że niektórzy pedofile, gdy zostali złapani, mieli na koncie kilka tysięcy ofiar. Wprawdzie sprawcy, którzy dopuszczają się czynów pedofilnych również mogą nadużywać wielu nieletnich, ale z innego powodu. W ich przypadku dziecko jest najczęściej obiektem zastępczym.

A jeśli chodzi o konsekwencje dla ofiary? Czy to jej wiek, stopień dojrzałości, czy raczej rodzaj relacji łączącej ją ze sprawcą ma decydujący wpływ na rozmiar cierpienia wynikającego z seksualnego wykorzystania?

Najcięższe przypadki to takie, kiedy sprawcą jest osoba, która powinna dawać dziecku bezpieczeństwo i opiekę. Skutki dla psychiki są zatem tym gorsze, im bliższa dla dziecka była osoba, która je skrzywdziła. Dlatego w pierwszej kolejności wymienia się zwykle rodziców, opiekunów, a następnie dopiero osoby z dalszego otoczenia, np. wychowawców. Jeśli chodzi o duchownych, to wprawdzie formalnie zalicza się ich do tej drugiej, zewnętrznej grupy, badania jednak pokazują, że skutki nadużycia seksualnego w tym przypadku są analogiczne jak, gdy sprawcą jest ktoś z najbliższego otoczenia dziecka, np. rodzic. Co więcej, gdy czynów pedofilnych dopuszcza się osoba duchowna, zaburzona także zostaje dodatkowa funkcja związana z tym, co reprezentuje kapłan; a zatem: relacja z Bogiem, obraz Kościoła, obraz „funkcjonariuszy” Kościoła.

Większość ofiar czynów pedofilnych popełnianych przez duchownych, jeżeli nawet nie traci wiary w Boga, to odchodzi z Kościoła.

Przy czym, jeśli chodzi o skutki w sferze religijno-kościelnej, to znacznie gorszy wpływ wywiera ponowna retraumatyzacja związana z reakcją przełożonych kościelnych, gdy już ofiara zdecyduje się mówić. Tego najpierw nie rozumieli biskupi w innych krajach, a teraz nie rozumieją również i nasi biskupi.

Powiedziała pani, że wykorzystanie dziecka przez osobę duchowną ma podobne skutki jak w przypadku skrzywdzenia go przez członka najbliższej rodziny. Dlaczego tak jest?

Kapłan jest osobą zaufania społecznego. Najczęściej ofiarą jest dziecko, które nie ma najlepszych relacji w domu, i bliskich związków szuka z kimś na zewnątrz, z kimś, komu może zaufać i traktować go jak zastępczego ojca bądź matkę. W naszym kraju taką osobą często bywa kapłan.

Czy są jakieś różnice odnośnie do skutków wykorzystania seksualnego pomiędzy kobietami i mężczyznami? Ofiary duchownych to najczęściej chłopcy, podczas gdy, w innych przypadkach częściej krzywdzone są dziewczynki.

Jeśli chodzi o dzieci, to bezpośrednie skutki są zazwyczaj podobne. Dziecko odczuwa, że ktoś wyrządza mu krzywdę, to zaś rodzi poczucie winy. Różnica jest natomiast w skutkach długofalowych. U chłopców, którzy w dzieciństwie doświadczyli seksualnego wykorzystania, częściej niż u skrzywdzonych dziewczynek, rozwija się skłonność homoseksualna. Poza tym, mężczyźni rzadziej o takich doświadczeniach mówią. Decydujący wpływ ma tu kulturowy obraz mężczyzny, który powinien być silny, zdolny do obrony. Wśród duchownych dopuszczających się czynów pedofilnych, część sama w dzieciństwie została skrzywdzona przez duchownego. Dlatego w USA sprawdza dziś, czy kandydat do kapłaństwa był w dzieciństwie ofiarą seksualnego wykorzystania. Jeżeli to doświadczenie nie zostanie przepracowane, może w przyszłości prowadzić do skrzywdzenia dziecka. W przypadku kobiet te zależności nie są tak jednoznaczne. Zdarza się, że kobieta, która w dzieciństwie była seksualnie wykorzystywana, jako osoba dorosła staje się pomocą dla sprawcy-mężczyzny. Rzadziej jest bezpośrednią sprawczynią. Długofalowe skutki czynów pedofilnych związane są z agresją. Przy czym agresja ta może być skierowana na zewnątrz, albo prowadzić do zachowań autoagresywnych, do których zalicza się uległość, bierność, bycie stałą ofiarą. Skutki te dotyczą i kobiet i mężczyzn w takim samym stopniu, lecz wzorce kulturowe sprawiają, że zachowaniom autoagresywnym częściej ulegają kobiety, zaś agresji skierowanej na zewnątrz – mężczyźni.

Czy istnieje jakiś profil ofiary wykorzystywania seksualnego? Czy wiemy, jakie dzieci częściej padają ofiarą czynów pedofilnych?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że sprawcy są różni. Jedną z grup są sprawcy przemocowi, i tu niestety nie mamy żadnego wpływu na to, które dziecko stanie się jego ofiarą. Jeśli zaś chodzi o pozostałych sprawców, to jest kilka czynników zwiększających takie ryzyko. Po pierwsze, ofiarami częściej stają się dzieci gorzej zaopiekowane, albo takie, którym się w domu nie wierzy. Spotkałam się z przypadkami, w których dziecko powiedziało mamie o wykorzystaniu, a ta nie uwierzyła. Z tego powodu dziecko było nadal seksualnie wykorzystywane. Jeśli chodzi o kapłanów, to niewielu z nich jest sprawcami przemocowymi. Po części wynika to z tego, że takie zachowania powiązane są zwykle z rysem psychopatycznym albo z zaburzeniami psychicznymi, które częściej udaje się wyłapać na etapie selekcji kandydatów do kapłaństwa. Ksiądz najczęściej zaczyna od emocjonalnego uwikłania, uwodzenia, wchodzi z dzieckiem w relację. Dlatego tak duże znaczenie ma sytuacja rodzinna. Dziecko dobrze zaopiekowane, które ma bliskie relacje z rodzicami, nie stworzy silnego związku z osobą spoza rodziny, zwłaszcza w przypadku dziecka młodszego, w wieku przedszkolnym czy wczesnoszkolnym.

Większość ofiar wykorzystywania seksualnego przez osoby duchowne to chłopcy w wieku 11-16 lat. Jakie znaczenie ma wiek ofiary, jeśli chodzi o siłę zranień. Czy psychologia ma na ten temat coś do powiedzenia?

Mówienie o „łatwym” radzeniu sobie z traumą, nawet w przypadku dorosłych jest nadużyciem, co dopiero zaś w odniesieniu do osób niedojrzałych. Niemniej jednak przyjmuje się, że im wcześniej następuje doświadczenie traumatyczne, tym więcej funkcji zostaje zaburzonych. Poza tym, zaburzenia te są zwykle bardziej trwałe, skoro wystąpiły na jednym z początkowych okresów rozwoju. Zawsze jednak należy pamiętać, iż człowiek człowiekowi jest nierówny. Każdy przypadek musimy interpretować w możliwie całościowym kontekście doświadczenia rodzinnego. Inaczej wykorzystanie seksualne przeżyje młody chłopiec, który ma w miarę spokojne życie, inaczej zaś ktoś, kto wcześniej doświadczał przemocy w domu.

Jakie inne czynniki mają poważny wpływ na dotkliwość i trwałość skutków seksualnych nadużyć wobec osoby nieletniej?

Odpowiem może na to pytanie odwołując się do przykładu z innej dziedziny. Znacznie łatwiej w terapii pracuje się z kimś, kto doznał rzeczywistej krzywdy, np. bił go ojciec. To doświadczenie jest czarno-białe. Jeżeli ktoś doświadczył jedynie zła, to w procesie terapii takie przeżycie jest łatwiejsze do przepracowania. Trudniej natomiast uporać się z sytuacją, gdy ta krzywda jest mniej rzeczywista, np. kiedy pomiędzy ofiarą a sprawcą była silna więź emocjonalna, kiedy w wielu codziennych sytuacjach sprawca ofierze pomagał, a jednocześnie, od czasu do czasu, działo się coś złego. Im bardziej pewne doświadczenie są niejednoznaczne, rozmyte, tym trudniej je przepracować. Przykładowo, duchowny, który wykorzystywał seksualnie dziecko, jednocześnie zastępował mu ojca: pomagał w nauce, dawał prezenty, zabierał na wakacje. W takich sytuacjach uczucia ofiary są niejednoznaczne: „jak mogę mówić źle o kimś, kto jednocześnie był dla mnie dobry, z kim łączyło mnie coś ważnego?”.

Jakie są zatem najczęstsze skutki seksualnego wykorzystania osoby nieletniej?

Skutki krótkotrwałe – i te psychiczne i fizjologiczne – zależą przede wszystkim od natury samego czynu, np. czy wykorzystaniu seksualnemu towarzyszyła pełna penetracja, przemoc, czy była to sytuacja jednorazowa, czy trwała w czasie, jakie relacje łączyły ofiarę ze sprawcą. Zwykle, kiedy rozpoznawania objawów seksualnego nadużycia uczy się wychowawców, zwraca się ich uwagę na te momenty, w których zachowanie dziecka ulega nagłej zmianie. Np. dziecko spokojne nagle zaczyna być nadpobudliwe, lub odwrotnie – żywe wpada w apatię. Każda taka zmiana powinna być dla rodziców, opiekunów, wychowawców ważnym sygnałem. Oczywiście nie zawsze musi od razu chodzić o wykorzystanie seksualne. Niemniej jednak, nie możemy takiej ewentualności z góry wykluczać. Pamiętajmy, że dziecko nie potrafi nazywać pewnych rzeczy. Nie ma takiego słownictwa, które umożliwiałoby mu opisanie swoich doświadczeń za pomocą pojęć, którymi posługują się dorośli.

Skoro dzieci z reguły nie dysponują jeszcze odpowiednimi pojęciami, to za pomocą jakich środków najczęściej opowiadają o swoich doświadczeniach?

Kiedyś pewna nauczycielka przyniosła mi rysunek, na którym znajdowały się sceny związane z aktem seksualnym, a zatem z doświadczeniem, z którym dziecko w normalnych okolicznościach nie mogło mieć do czynienia. Niekiedy dziecko spontanicznie opowiada o faktach ze sfery ludzkiej seksualności, o których w danym wieku nie powinno jeszcze wiedzieć. W takich sytuacjach również powinno się ustalić, skąd ta wiedza się bierze. Zdarza się również, że zaczyna przejawiać nadmierną seksualizację, np. nadużywa słownictwa związanego z narządami płciowymi, zaczyna się często masturbować, zwłaszcza, jeżeli jest w wieku, kiedy naturalna masturbacja rozwojowa powinna już zanikać, albo naśladować czynności seksualne w zabawie z innymi dziećmi bądź pluszakami i lalkami. W takich przypadkach również należy zadać pytanie, dlaczego tak się dzieje. Innym, niepokojącym sygnałem krzywdy może być unikanie przez dziecka kontaktu z jakąś osobą. Kolejnym – wystąpienie lęków, czego objawem mogą być chociażby moczenia nocne.

Jak często dziś takie czyny są rozpoznawane przez kogoś z otoczenia dziecka bądź sprawcy?

Obecnie jest coraz więcej zgłoszeń, nie dlatego, że coraz więcej osób dopuszcza się takich czynów, lecz raczej dlatego, że mamy szerszą wiedzę i wrażliwość pozwalającą nam w takie przypadki dostrzec i odpowiednio na nie reagować. O nadużyciach seksualnych wobec dzieci mówi się zaledwie od ok. 20 lat. Wcześniej w przestrzeni świadomości społecznej temat ten był nieobecny.

Ciekawą inicjatywę, mającą na celu zmniejszanie ryzyka pedofilii, podjęli nasi zachodni sąsiedzi. Zaburzenia preferencji seksualnych, na początkowym etapie objawiają się poprzez pojawienie się snów, pragnień, fantazji z udziałem dziecka. Niemcy uruchomili program prewencyjny dla osób, u których pojawiają się takie właśnie objawy zaburzeń, a nie dopuściły się czynu pedofilnego. Mogą one odbyć bezpłatnie kilkanaście sesji terapeutycznych, finansowanych przez państwo. Sesje te, oparte na terapii behawioralno-poznawczej, mają komuś pomóc lepiej kontrolować swoje zaburzenie. Niekiedy taką formę terapii łączy się ją z farmakoterapią, z reguły polegającą na podawaniu leków obniżających popęd seksualny, lub leków obniżających poziom lęków, np. antydepresanty. Od 20 lat nie mówi się jednak już o trwałym wyleczeniu zaburzeń dotyczących preferencji seksualnych. Terapia zmniejsza jedynie ryzyko wystąpienia czynów lub recydywy.

Dlaczego część ofiar decyduje się mówić o krzywdzie po wielu latach?

Jeśli chodzi o ludzi dziś dorosłych, skrzywdzonych 10, 20 a nawet 30 lat temu, niewielki procent z nich przychodzi do terapeuty wprost z tego powodu. Przychodzi ze skutkami, nie łącząc ich od razu z samym doświadczeniem wykorzystania: kobieta decyduje się na terapię, ponieważ nie radzi sobie ze związkami, ciągle zmienia partnerów, boi się bliskości i dotyku. Zazwyczaj doświadczenie wykorzystania wychodzi dopiero w trakcie terapii. Jest ono wyparte, albo jest na granicy wyparcia. Przeżycia te zostają wydobyte dopiero w trakcie terapii. Wyparcie może się zdarzyć w każdym wieku, przy czym częściej ten mechanizm obronny działa w odniesieniu do doświadczeń z wczesnego dzieciństwa. Zresztą w przypadku wczesnych traum, mechanizm ten jest znacznie silniejszy.

Obecność tego tematu w przestrzeni debaty społecznej sprawia, że niektóre ofiary decydują się mówić o swoich doświadczeniach publicznie. Zdarza się, że te publiczne wystąpienia zachęcają kolejnych do wyjścia z cienia. Jak pani interpretuje ten mechanizm? Czy upublicznienie przez ofiarę faktu doznania krzywd może jej ułatwić uzdrowienie? Czy ofiarom jest łatwiej, kiedy inne też mówią głośno o swoich krzywdach?

Jeżeli pojedyncza osoba chce zgłosić swój przypadek, z reguły jest to dla niej trudne. Jeżeli ofiar zaczyna się pojawiać więcej, mają one poczucie, że ich przypadki są mniej widoczne, nie są opisywane z imienia i nazwiska. Kilka lat temu, konferencja episkopatu krajów Beneluksu poprosiła ofiary o zgłaszanie się. Niewiele z nich od razu zareagowało na tą prośbę. Zgłaszać zaczęły się dopiero po tym, gdy przypadki nadużyć zostały ujawnione również w Niemczech.

Dla osoby skrzywdzonej mówienie o przeszłości zwykle oznacza ponowną traumę. Łatwiej tę traumę pokonać w większej grupie podobnych ludzi. Z jednej więc strony, jako społeczeństwo żywimy zrozumiałe pragnienie sprawiedliwości, z drugiej ,powinniśmy wiedzieć, że dla wielu ofiar przekroczenie progu: „ja powiem o tym pierwszy”, „drugi” jest niezwykle trudne.

Jako psycholog, który ma w pamięci doświadczenie słuchania takich historii w gabinecie, potrafię rozróżnić, co w tych wyznaniach czynionych na łamach mediów pochodzi od ofiar, a co bywa im narzucone, lub zasugerowane przez dziennikarzy. Istotą zgłoszenia jest zazwyczaj pragnienie, aby dany sprawca już więcej innych nie krzywdził i aby został sprawiedliwie ukarany. Niekiedy chodzi też o bezpośrednią pomoc dla samej ofiary. Dlatego powiedziałam, że bardzo ważną sprawą jest sposób, w jaki osoba taka będzie przyjęta w kościelnej instytucji, jeżeli zdecyduje się zgłosić. Jeżeli ktoś taki zostanie przyjęty, a jego potrzeby zaspokojone, rzadko pójdzie gdzie indziej. Jeżeli zaś ktoś, kto zdecyduje się mówić i w zetknięciu z kościelną instytucją, przy całym napięciu, bezradności, poczuciu krzywdy, pomieszanym nieraz z poczuciem winy, nieprzepracowanym w trakcie terapii, dozna kolejnej urazy, wówczas zaczyna wzrastać w nim gniew. Przede wszystkim gniew na instytucję.

Nie dotyczy to zresztą jedynie Kościoła. Podobnie jest w przypadkach, gdy dziecko doznaje krzywd ze strony ojca, decyduje się pójść do matki, ta zaś nic nie robi. W niektórych sytuacjach zdarzało się, że matka mówiła dziecku: „to twoja wina, prowokujesz ojca”, albo wręcz sama podsuwała ojcu dziecko, aby ten mógł je krzywdzić. Na początku, taka osoba przeżywa złość na ojca, ale później, w trakcie terapii, wszystkie negatywne emocje w stosunku do matki, rosną do potęgi. Dzieje się tak dlatego, że to właśnie matka miała być tą, która dziecko obroni, wymierzy sprawiedliwość. I tego nie zrobiła. W odniesieniu do Kościoła działa podobny mechanizm. Funkcjonariusz Kościoła jest kim na wzór matki, kto ma obronić, wymierzyć sprawiedliwość. Jeżeli tak się nie dzieje, wówczas zaufanie takiej osoby niszczone jest w sposób fundamentalny. A media, lub tak jak w USA – adwokaci – genialnie to wykorzystują. To nie jest wyraz trosk o ofiarę, że się ją pokazuje w jednym programie, drugim, trzecim, a jak już przestanie być medialnie atrakcyjna, zostawia się bez pomocy. Nie znaczy to jednak, że w mediach nie należy nagłaśniać samego problemu.

Jakiej pomocy od Kościelnych instytucji oczekują zazwyczaj ofiary?

Zazwyczaj ofiara oczekuje wysłuchania, niekiedy pomocy terapeutycznej, duszpasterskiej ilub systemowego wsparcia dla rodziny. Z reguły też ważne jest dla niej, aby była na bieżąco informowana o postępowaniu w sprawie. Jeżeli zaś chodzi o sprawcę, to – o czym już wspominałam – ofiara z reguły oczekuje, aby ktoś taki został natychmiast odsunięty od kontaktów z dziećmi i młodzieżą. I takie właśnie są aktualne zalecenia Watykanu. Naturalnie, nie można bez procesu uznać takiego człowieka winnym zarzucanych mu czynów, można jednak, a nawet należy, ze względu na ochronę dzieci, na czas procesu pozbawić go możliwości kontaktu z nieletnimi. Trudna sprawa, to kwestia odszkodowania lub zadośćuczynienia, a także kosztów terapii, a raczej, kto je ma ponosić. Dopóki ktoś nie został uznany za winnego, nie można go obciążać kosztami związanymi z pomocą ofierze. Można tego natomiast oczekiwać po uznaniu winy.

Owszem ważny jest również ogólny klimat panujący w Kościele, jednak inicjatywy odgórne, np. listy biskupów, czy nabożeństwa pokutne za grzechy pedofilii, zawsze będą miały większe znaczenie dla tej części wspólnoty, która złem tym została dotknięta w sposób pośredni, niż dla samej ofiary. Dla ofiary najważniejsze są konkretne doświadczenia, to w jaki sposób została przyjęta, wysłuchana i co kościelne instytucje zrobiły w jej sprawie.

Czy mamy jakieś przesłanki, aby snuć przypuszczenia, ile w polskim Kościele może być osób skrzywdzonych przez duchownych?

Statystyk nie znamy. Coś jednak możemy próbować powiedzieć, np. posiłkując się wiedzą z innych krajów. Amerykański John Jay Report pokazuje, że największa liczba przypadków seksualnych nadużyć w Stanach Zjednoczonych przypadła na lata 1965-1985. Autorzy raportu wiążą to ze skutkami rewolucji seksualnej. Czynów tych w większości dopuszczali się nie sprawcy preferencyjni, a zatem pedofile, lecz ludzie, którzy mieli różne inne problemy. Do zaistnienia problemu przyczyniły się zatem zarówno niedostateczna selekcja kandydatów do kapłaństwa, rozluźnienie norm obyczajowych wśród duchowieństwa, niewystarczająca formacja ludzka itd. W momencie, gdy w Kościele amerykańskim wprowadzono prewencję odnośnie do każdego z tych czynników, liczba przypadków zaczęła spadać. Na tej podstawie można wnioskować, że w polskim Kościele więcej przypadków pojawiło się w latach 90-tych, kiedy to do Polski dotarły te wszystkie zmiany obyczajowe, które zachód miał już za sobą. Co więcej, zmiany te są dziś już faktem, a my w Polsce wciąż mamy nieadekwatną formację ludzką w seminariach, nieadekwatną formację powołaniową, szczególnie jeśli chodzi o kwestie związane z seksualnością.

Czy edukacja seksualna w szkołach mogłaby być tu wsparciem?

Najlepsza edukacja seksualna odbywa się w domu. Wielu jednak rodziców, i to wiem z rozmów z nimi, nie umie rozmawiać ze swoimi dziećmi o seksie. I tu jest wiele do nadrobienia. Jeżeli zaś chodzi o edukację seksualną w szkołach, to nie jestem jej przeciwna. Chciałabym jednak uniknąć wszelkich skrajności – i tych tradycjonalistyczno-katolickich, i tych liberalnych. W szkole katolickiej wypracowanie kształtu programu edukacji seksualnej jest sprawą łatwą. Nie możemy jednak w publicznych placówkach oferować dzieciom edukacji katolickiej. Trzeba znaleźć jakąś drogę środka.

Czy odbycie procesu sądowego pomaga pokonać traumę związaną z wykorzystywaniem seksualnym w dzieciństwie? Czy wręcz przeciwnie, konieczność zeznawania, konfrontacji ze sprawcą naraża ofiarę na dodatkowe cierpienia?

Niekiedy tak. Niekiedy nie. Np. jeżeli ofiara pochodzi z małej miejscowości, zdarza się, że nie decyduje się na proces sądowy z obawy przed społecznym naznaczeniem. „Nie powiem, bo jestem katechetą, katechetką w diecezji”, „Nie powiem, bo wszyscy mnie tu znają i nie chcę, aby widzieli we mnie ofiarę” – jest wiele powodów, dla których ktoś może się decydować na nie ruszanie sprawy na poziomie strukturalnym.

I pani zdaniem należy to uszanować? Przecież prawo nakłada na nas społeczny obowiązek informowania o takich przypadkach.

Mówiłam o sprawach, które podpadają jedynie pod sąd kościelny, a w świetle prawa karnego są już przedawnione. W takich przypadkach, oczywiście najchętniej coś bym zrobiła, ale nie mogę działać wbrew ofierze. Zdarzyło mi się jednak pomóc kilku osobom w przygotowaniu dokumentów kościelnych. Przełożony kościelny musi bowiem mieć jakąś formalną podstawę, formalne zgłoszenie, do wszczęcia postępowania.

Jeśli zaś chodzi o sprawy aktualne z punktu widzenia prawa karnego, to w tej sytuacji trzeba zachęcać opiekunów do tego, aby zgłosili ją do prokuratury. W tym też kierunku idą wytyczne kościelne. Trzeba jednak pamiętać, że w warunkach polskich nie jest to decyzja łatwa. Może w przyszłości, kiedy takich spraw pojawi się więcej, ofiarom będzie nieco łatwiej iść z nimi do prokuratora lub biskupa. Na razie wymaga to z ich strony ogromnej odwagi.

W jaki sposób wygląda przesłuchiwanie ofiar podczas procesów kościelnych, a w jaki podczas procesów karnych w sądach cywilnych? Dlaczego ofiarom zadaje się wiele intymnych pytań, niezwiązanych wprost z samą sprawą?

Jestem przeciwna przesłuchiwaniu dziecka w sądzie kościelnym. Jeżeli do biskupa trafiają takie sprawy, to powinien je kierować również do sądu cywilnego. Takiego przesłuchania nie powinien prowadzić laik. Jeśli zaś chodzi o sądy państwowe, to dziecko z reguły jest przesłuchiwane raz, w specjalnym pokoju, w obecności biegłego sądowego. Przesłuchanie jest nagrywane. Dużo w tej kwestii robi Fundacja Dzieci Niczyje. Nie spotkałam się z innymi sytuacjami, co pewnie nie znaczy, że ich nie ma. Jeśli zaś chodzi o procesy z udziałem osób pełnoletnich, to takiej ochrony dla ofiar już nie ma. Przesłuchanie prowadzi biegły, który ma zaświadczyć o wiarygodności zeznania. Dobrze by było, aby ci, którzy przesłuchują, mieli wzgląd na ofiarę, ale pewnie nie zawsze tak jest.

Czy w przypadku ofiar pedofilii można w ogóle mówić o skutecznym uzdrowieniu?

Często odwołuję się do metafory blizny pooperacyjnej. Nawet jeżeli operacja jest skuteczna, rana została dobrze oczyszczona, zagoiła się bez problemów, na całe życie pozostaje po niej blizna. Podobnie jest z doświadczeniem traumatycznym. Można je przepracować, poradzić sobie z nim, ale samo to doświadczenie pozostanie w nas do końca życia, jak ta blizna. Zmieni się pogoda, biorytm będzie niekorzystny, i ta blizna, być może o sobie przypomni. Człowiek raz seksualnie wykorzystany, w tym jednym punkcie, zawsze będzie słaby. Terapia pozwala mu mieć lepsze zrozumienie swoich odczuć. Patrzeć na nie z większym dystansem. Blizna pozostaje jednak na zawsze.

EWA KUSZ – psycholog, seksuolog i terapeuta. Studia psychologiczne (magisterskie i doktoranckie) ukończyła na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Studia podyplomowe z seksuologii klinicznej ukończyła w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Członek: Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich, Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, Laboratorium WIĘZI – Instytutu Analiz Społecznych i Dialogu. Ma doświadczenie pracy z ofiarami seksualnego wykorzystania przez osoby duchowne.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter