70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Majster

mowa o filarach dawnej redakcji „Tygodnika Powszechnego”, padają najczęściej nazwiska tych najważniejszych: Jerzego Turowicza i Krzysztofa Kozłowskiego. Nikt w tym kontekście nie wspomina natomiast o Jerzym Kołątaju, który w kamienicy przy ul. Wiślnej 12 ćwierć wieku przepracował jako sekretarz redakcji.

Ja tę okrywającą go zasłonę zapomnienia trochę nawet rozumiem. Sięgając do terminologii budowlanej (porównanie to ma sens, bo przecież „Tygodnik” w czasach PRL-u coś ważnego w ludziach „budował”), powiedziałbym tak: Turowicz i Kozłowski pełnili w piśmie i skupionym wokół niego środowisku funkcje architektów i/lub kierujących budową inżynierów, Kołątaj zaś był wykonawcą, majstrem pilnującym, żeby „Tygodnik” regularnie się ukazywał. A majstrowie (i w ogóle murarze) – inaczej niż architekci – najczęściej pozostają bezimienni.

Z „Tygodnikiem” współpracowało wielu świetnych publicystów; jako autor dobrze zapowiadał się również Jerzy Kołątaj, absolwent polonistyki na KUL-u, rodem ze Szczebrzeszyna. Starsi czytelnicy „TP” mogą pamiętać niektóre jego reportaże (np. z Egiptu, gdzie pracował jego brat – archeolog), wywiady, recenzje książkowe… Mógł (i być może powinien) więcej pisać. Ale redakcja miała dla niego inne zadanie: ktoś przecież musiał zająć się planowaniem numeru, skracaniem tekstów, przygotowaniem kolumn do druku. W tej roli Kołątaj przez wiele lat okazywał się niezastąpiony.

„Był redaktorem technicznym, graficznym, plastykiem – z zamiłowania i wiedzy. Kiedy planował, to każda kolumna miała swoje zasady graficzne, reguły, konsekwentne założenia. A potem, kiedy złośliwa rzeczywistość wywracała mu plany do góry nogami, każąc w ostatniej chwili improwizować albo łatać dziury spowodowane ingerencjami [cenzury] czy zawodem sprawionym przez autora, który się nie wywiązał na czas, cierpiał naprawdę” − pisała we wspomnieniu o nim Józefa Hennelowa.
Cierpiał, bo i on chciał być artystą. Narzędziem jego twórczości był ostro zatemperowany ołówek i linijka typograficzna. Pamiętam − byłem wówczas w „Tygodniku” korektorem − z jaką pieczołowitością instruował, co powinno zostać złożone kolonelem, a co petitem. Jaką on do tego przywiązywał wagę! I jak bezbłędnie „operował światłem” – tym drukarskim, wyznaczającym odległość pomiędzy wierszami. A widział już wówczas słabo, chorował bowiem na oczy – miał jaskrę.

Redaktor Jerzy Kołątaj, kiedy dziś o nim myślę, jawi mi się jako człowiek ciężkiej pracy. Także tej wewnętrznej, polegającej na gruntownym przemyśleniu swoich dotychczasowych poglądów. Warto wiedzieć, że Kołątaj był synem właściciela jednego z niewielu, a może nawet jedynego w Szczebrzeszynie nieżydowskiego sklepu − i już jako dzieciak „wywieszał w oknie wystawowym hasła, żeby kupowano u katolika, a nie u Żyda”. Trudno zatem się dziwić – powie po latach Krzysztof Kozłowski – że „wyniósł z domu głęboką niechęć do Żydów. I oto przyszło mu pracować w piśmie, które od początku założyło sobie, że będzie próbowało uładzić stosunki polsko-żydowskie”. To samo dotyczyło zresztą relacji polsko-ukraińskich.

Wspaniały portret Jerzego Kołątaja zawdzięczamy Romanowi Graczykowi, który przebadał archiwa IPN i dowiedział się z nich, że ówczesny sekretarz redakcji „TP” – pomimo prób podejmowanych przez Służbę Bezpieczeństwa – zwerbować się nie dał. „Był w »Tygodniku« człowiekiem drugiego szeregu – napisał Graczyk – i, jak wielu tych z drugiego szeregu, okazał się wierny”.

W „Tygodniku” Kołątaj całkiem dosłownie pracował do końca życia. 30 maja 1988 − jak zawsze w poniedziałek − stanął przy tablicy wiszącej w gabinecie Turowicza, żeby rozrysować najbliższy numer „TP”. Pracy tej już nie dokończył. Upadł i kreda wypadła mu z palców. Umarł dwie godziny później. W chwili śmierci miał 58 lat. Przyczyną zgonu okazał się tętniak aorty.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter