70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rodzina wg Kościoła

Nie ma innej drogi do bycia rodzicem jak poprzez rodzicielstwo biologiczne. Jest ono warunkiem koniecznym  pozostałych, analogicznych form, dlatego jest uprzywilejowane i paradygmatyczne.

Dominika Kozłowska: Katolickie pojęcie małżeństwa definiowane jest zarówno od strony formalnej, to znaczy jako trwała relacja oparta na miłości i odpowiedzialności, jak i materialnej – jako związek kobiety i mężczyzny, komplementarny pod względem płciowym. Dlaczego nie ograniczyć się jedynie do tych cech formalnych?

o. Robert Plich OP: Miłość, odpowiedzialność, trwałość są cechami charakterystycznymi nie tylko dla małżeństwa, bo występują także w przyjaźni lub w relacji pomiędzy rodzicami i dziećmi. Są one cechami koniecznymi dla małżeństwa, ale niewystarczającymi. Dla małżeństwa istotne jest jeszcze to, że te cechy są ugruntowane w pożyciu heteroseksualnym, otwartym na zrodzenie i wychowanie potomstwa. Zrodzić potomstwo mogą tylko kobieta i mężczyzna, czyli może się to dokonać na gruncie komplementarności płciowej i wzajemnego współdziałania seksualnego pomiędzy kobietą a mężczyzną. Gdyby zrezygnować z tej istotnej cechy przy definiowaniu małżeństwa, to wówczas wszystkie trwałe relacje miłości i odpowiedzialności pomiędzy jakimikolwiek osobami, pretendowałyby do miana małżeństwa, bez względu na płeć i liczbę powiązanych nimi osób. Na przykład za małżeństwo mogłaby wówczas być uznana bezdzietna, trwała wspólnota trzech czy czterech osób tej samej płci.

Dlaczego zdaniem Kościoła rodzina rozumiana jako związek kobiety i mężczyzny jest najwłaściwszym miejscem dla pełnego rozwoju dziecka?

Kościół kieruje się w tym względzie mądrością naturalną i ponadkonfesyjną. Każde społeczeństwo, promuje i chroni to, co służy jego istnieniu, przetrwaniu i wspólnemu dobru. Powszechnie wiadomo, że dla swojego samoodtwarzania się i przetrwania społeczeństwo potrzebuje nowych pokoleń, a te przychodzą na świat przez seksualne współdziałanie mężczyzn i kobiet, którzy tym samym stają się ojcami i matkami, i tworzą rodziny. Dlatego dwupłciowe małżeństwa i utworzone dzięki nim rodziny, niezależnie od czasu, kultury, wyznawanej religii, zwykle cieszą się pewnymi przywilejami i ochroną zapewnianą im przez społeczeństwa.

Nawet małżeństwa poligamiczne, o ile tworzą płodne rodziny i wychowują dzieci, zapewniając istnienie i przetrwanie społeczeństwa, o tyle zyskują pewną przychylność niektórych społeczeństw. Dzieje się tak pomimo trapiących takie rodziny niedoskonałości, np. dominacji mężczyzn, rywalizacji różnych żon i ich potomstwa o wpływy i podział dóbr, które mogą poważnie osłabiać miłość w rodzinie i jej trwałość.

Skoro dwupłciowe małżeństwo i utworzona dzięki niemu rodzina cieszą się przychylnością, bo od nich zależy ciągłość istnienia społeczeństwa, to jednostki i grupy, które relatywizują, czy wręcz zaprzeczają ważnej społecznej roli takiego małżeństwa i rodziny, mogą być uważane za burzące porządek społeczny, czy wręcz aspołeczne. W jakiej bowiem mierze niektóre osoby promują poglądy, postawy i styl życia przeciwny dwupłciowemu małżeństwu i wywodzącej się z niego rodzinie, w takiej mierze godzą w samoodtwarzanie się społeczeństwa, a znakiem tego bywa pewna niechęć, z jaką mogą się spotkać.

Jak tę wizję pogodzić z doświadczeniem, które nas przekonuje, że to nie jedynie rodzaj związku (np. czy jest to związek kobiety i mężczyzny, czy samotna kobieta lub mężczyzna, czy dwie kobiety), lecz przede wszystkim jego jakość decyduje o tym, czy dziecko w rodzinie znajdzie warunki dobrego rozwoju?

Dla osiągnięcia pełnej dojrzałości, a zwłaszcza do funkcjonowania w społeczeństwie i nauczenia się niezbędnych dla społeczeństwa ról związanych z płcią, ludzie potrzebują wychowania w rodzinie, która od wczesnych etapów życia pozwala dzieciom na odkrywanie własnej tożsamości płciowej przez porównywanie się i identyfikowanie z rodzicami. Pomimo tego, że niektóre rodziny oparte na małżeństwie heteroseksualnym bywają dysfunkcyjne i nie spełniają właściwie swojej funkcji, przetrwanie społeczeństwa zależy od rodzin ufundowanych na małżeństwach heteroseksualnych. Z tego punktu widzenia nie mamy lepszych, alternatywnych, modeli rodziny, które byłby ze swej istoty mniej podatne na dysfunkcje.

Katolickie pojęcie rodziny obejmuje także rodziny samotnych kobiet lub mężczyzn wychowujących dzieci biologiczne lub adoptowane. Od czego więc zależy, jaki rodzaj związku Kościół określa mianem rodziny?

Samotne kobiety lub mężczyźni wraz z wychowywanymi przez siebie dziećmi, zwykle są nazywani rodzinami. Nie jest to wprawdzie rozumienie, które określać należy mianem „katolickiego pojęcia rodziny”, ale rzeczywiście, Kościół nie sprzeciwia się takiemu nazewnictwu. Bezpiecznie można powiedzieć, że są to rodziny niepełne. Z kolei rodzina adopcyjna to zwykle pełna rodzina (na razie przynajmniej jest to warunkiem, aby ośrodki adopcyjne zezwoliły na adopcję), w której jednak dziecko się nie urodziło, ale zostało przyjęte w wyniku utraty relacji z rodzicami biologicznymi. Rodzina zastępcza to rodzina, która na jakiś czas przyjmuje dziecko innych rodziców, którzy z powodu pewnych przeszkód nie są w stanie stworzyć mu odpowiednich warunków do wychowania. Te wszystkie formy rodziny nie są jednak wzorcem normatywnym rodziny. Są one traktowane jako stan najlepszy z możliwych w określonych okolicznościach. Takie nienormatywne rodziny mogą być wspólnotami opartymi na autentycznej miłości. Korzystne jakości, którymi mogą cechować się relacje w takich rodzinach, nie unieważniają jednak faktu, że są one nienormatywne, gdyż powstały zwykle z powodu jakichś niekorzystnych okoliczności, a brak któregoś z rodziców stanowi dla nich dodatkowe jeszcze obciążenie.

Rodziny takie traktujemy jako normalne zjawisko społeczne, o tyle, o ile stanowią one pewne substytuty niemożliwej do odtworzenia w określonych okolicznościach rodziny naturalnej. Są nazwane rodzinami analogicznie, z czego w żaden sposób nie wynika, iż stanowią równie wartościową alternatywę dla rodzin pełnych, utworzonych na gruncie naturalnego, biologicznego przekazywania życia. Także fakt, iż pełne, naturalnie i biologicznie utworzone rodziny na gruncie małżeństwa heteroseksualnego bywają dysfunkcyjne, wcale nie dowodzi wyższości rodzin alternatywnych. Bo chociaż rzeczywiście jakaś rodzina niepełna może mieć zdrowsze relacje niż nie jedna pełna, to jednak zdrowa rodzina pełna zawsze jest lepsza niż najzdrowsza niepełna.

Skoro ojciec przyznał, iż rodzicielstwo nie zawsze musi być wprost związane z rodzicielstwem biologicznym, to jakie zdaniem Kościoła argumenty stoją za tym, aby osobom homoseksualnym odmawiać prawa do bycia rodzicem?

Rodzicielstwo to pojęcie analogiczne, zależne od innego analogicznego pojęcia, jakim jest życie. Rodzic to ten, kto przyczynia się bezpośrednio do zrodzenia kogoś, czyli do jego zaistnienia w jakimś aspekcie życia. Różne formy rodzicielstwa mogą być względnie niezależne od rodzicielstwa biologicznego, jednak w znaczeniu bezwzględnym zawsze są od niego zależne. Przecież zarówno do rodzicielstwa w rodzinach niepełnych, jak i adopcyjnych, zastępczych, a nawet do rodzicielstwa wymarzonego przez homoseksualistów, potrzeba rodzicielstwa biologicznego. Przecież ktoś te dzieci musi najpierw począć, z czyichś gamet, a potem jeszcze być z nimi w ciąży, i je urodzić. Inna rzecz, że odpowiedzialne, pełne rodzicielstwo, nie wyczerpuje się w samym fakcie zrodzenia potomstwa, lecz zakłada także wychowanie, wprowadzenie dziecka w sztukę wielowymiarowego życia, przyczynienia się do rozwoju pełni człowieczeństwa. W naszej ziemskiej egzystencji nie ma innej drogi do bycia rodzicem, jak poprzez rodzicielstwo biologiczne. Jest ono warunkiem koniecznym  pozostałych, analogicznych form, dlatego jest uprzywilejowane i paradygmatyczne.

Dramat osób homoseksualnych polega m.in. na tym, że ich głęboko ludzkie pragnienie rodzicielstwa jest biologicznie sfrustrowane przez skłonność przeciwną naturze. Nie da się być rodzicem biologicznym, poprzez realizację skłonności seksualnej przeciwnej naturze. Homoseksualiści zaś, aby nadać status normy dla swojej nienaturalnej skłonności, relacji seksualnej i adopcji potomstwa, specjalnie w tym celu poszerzają zakres normy określającej małżeństwo i rodzinę. Ponieważ natura im takie poszerzenie normy uniemożliwia, dlatego próbują jakoś nadrobić to kulturowo, tworząc sprzeczną z naturą kulturę. Takie jednak skonfliktowanie kultury z naturą jest wysoce ryzykowne dla całego społeczeństwa. Wielu nie chce tego zauważyć, albo ze względu na pewną „krótkowzroczność refleksyjną”, albo z powodu egoistycznej troski o samych siebie i obojętności na los innych członków społeczności.

Adopcja dzieci przez pary homoseksualne nie byłaby dobra nawet wówczas, gdyby takie pary żyły w stanie zupełnej wstrzemięźliwości seksualnej. Zwykle jednak są one tworzone dzięki wiążącym je praktykom homoseksualnym, które jako moralnie złe, stanowią dodatkową rację przemawiającą przeciwko takim związkom i adoptowaniu przez nie dzieci. Refleksję naturalną na temat moralnego zła czynów homoseksualnych wspiera także Biblia, która jednoznacznie je potępia. Św. Paweł ukazuje, że nie trzeba koniecznie przyjąć światła Objawienia, aby rozpoznać moralne zło czynów homoseksualnych, gdyż są one konsekwencją niezachowania prawdziwego, naturalnego poznania Boga, stąd zdaniem Apostoła nawet poganie, którzy takich czynów się dopuszczają, nie wymówią się od winy (por. Rz 1, 18-32). Oczywiście pod wpływem kultury gejowskiej powstały ideologiczne interpretacje, usiłujące rozmyć ostrość potępienia aktywności homoseksualnych w Piśmie Św., jednak pomijając nawet zastrzeżenia natury intelektualnej co do rzetelności takich interpretacji, nigdy znakomita większość chrześcijan, żyjących żywą wiarą, należących do różnych kościołów, nie hołdowała takim interpretacjom.

Ludzie dobrej woli są w stanie dostrzec, że istoty ludzkie nie są sprowadzalne do materii, że mają w sobie duszę, której pojawienia się nie tłumaczy biologiczny proces przekazywania życia. Skoro zaś skutek nie może być doskonalszy od przyczyny, to w powoływanie człowieka do istnienia za każdym razem musi byś jakoś zaangażowany sam Bóg, który w czasie poczęcia stwarza z niczego duszę ludzką. Dlatego kobieta i mężczyzna przekazując życie nowej istocie ludzkiej poprzez współdziałanie seksualne, współpracują w tym szczególnym akcie z Bogiem Stworzycielem. To sprawia, że zarówno aktywność seksualna, jak i sama seksualność człowieka, w której naturę wpisane jest przeznaczenie do takiej współpracy z Bogiem przy przekazywaniu życia, przybiera charakter sakralny. Ludzka seksualność jest święta świętością życia, które przekazuje, a którego dawcą jest sam Bóg. Ponieważ rzeczy świętych nie wolno używać niezgodnie z ich sakralnym charakterem i przeznaczeniem, dlatego każda aktywność seksualna, która celowo wyklucza sakralną możliwość przekazywania życia lub w inny sposób deformuje formę sakralnego, naturalnego aktu małżeńskiego, tym samym godzi w pewien sposób w samego Boga. Akt homoseksualny należy do takich właśnie działań, stąd relacja ufundowana na takich moralnie złych aktach, tym bardziej nie może stanowić jakiejkolwiek racji do adopcji dzieci.

Kościół w swym nauczaniu moralnym podkreśla, że – mówiąc językiem potocznym – cel nie uświęca środków. Jednak, czy w przypadku pragnienia adopcji dziecka przez osoby homoseksualne, można wykazać, że cel jest zły? Dwie osoby mówią: chcemy tworzyć stabilny i trwały związek oparty na miłości, pragniemy mieć dziecko, otoczyć je opieką, wziąć za nie i za siebie nawzajem odpowiedzialność.

Pragnienie miłości i dziecka to dobre pragnienia. Jednak nie wolno ich realizować kosztem dobra dziecka. Kościół uczy, że nikt nie ma prawa do dziecka, że dziecko nikomu z nas się nie należy. Nie jest przedmiotem czy zasobem, który podlega sprawiedliwej dystrybucji społecznej. Każdy ma jedynie prawo do podjęcia działań, aby stać się rodzicem, dzięki tkwiącym w jego naturze mocom rozrodczym. Jeśli z powodu chorób, defektów, zaburzeń, czy jakichś innych przeszkód, nie da się tych mocy aktywować, to z tego powodu społeczeństwo nie ponosi żadnej moralnej odpowiedzialności, i nie jest zobowiązane, aby zapewnić takim osobom dzieci w inny sposób. Wspomniane przeze mnie różne nienormatywne formy rodziny cieszą się społecznym przyzwoleniem głównie dlatego, że przyczyniają się do dobra dziecka już zrodzonego, które bez nich skazane byłoby na gorsz los. Natomiast usatysfakcjonowanie czyjejś potrzeby bycia rodzicem, chociaż nie pozostaje bez znaczenia, nie powinno być głównym celem zakładania takich rodzin, bo wówczas dzieci będą tam traktowane jako przedmiot i środek do realizacji czyjejś satysfakcji. Tymczasem dziecko zawsze jest darem i celem samym w sobie. Nie dzieje mu się krzywda z samego faktu, że czyjaś potrzeba rodzicielstwa pozostaje niespełniona. Poza tym dzieci mają prawo do wychowania do ról społecznych zgodnych z ich płcią, i związek homoseksualny nie będziecie do tego zdolny w takim stopniu, w jakim uczyni to rodzina heteroseksualna.

Niektórzy psychologowie twierdzą, że wyniki badań rozwoju dziecka nie ujawniają istotnych różnić odnośnie do rodziców hetero bądź homoseksualnych. Te negatywne skutki pojawiają się ich zdaniem w związku z nieprzychylną reakcją środowiska. Czy wyniki tych empirycznych badań nie podważają teoretycznych argumentów, które Ojciec dotychczas przestawił?

Zdania psychologów na temat skutków adopcji dzieci przez pary homoseksualne są podzielone. Wydaje się, że ta kwestia nie została dotychczas wiarygodnie zbadana. Badania naukowe w wielu dziedzinach są bardzo kosztowne, a ich los zależy od tych, którzy je finansują. Finansowanie badań przez prywatnych mecenasów nauki, czy przez partie polityczne, o kościołach i związkach wyznaniowych nie wspominając, może być łatwo oskarżone o stronniczość aksjologiczną i światopoglądową, a w związku z tym, również i o nierzetelność. Jednak finansowanie takich badań przez rządy i instytucje państwowe czy międzynarodowe wcale nie musi być bezstronne i często podlega wpływom politycznej poprawności. Dlatego uczelnie obawiając się o ograniczenie dopływu środków, ulegają wpływom świata mediów i polityki, ograniczając wolność badań naukowych. Znane są przypadki wycofania się uczelni z organizacji spotkań naukowych na temat homoseksualizmu pod wypływem protestów środowisk gejowskich, uzurpujących sobie prawo do decydowania o tym, co w dziedzinie homoseksualizmu jest, a co nie jest naukowe. Wielu dzisiaj twierdzi, że badania nie potwierdzają szkodliwości wychowania w rodzinie homoseksualnej, jednak to zależy od tego, jakie przyjmie się wyznaczniki rozwoju dziecka i kryteria szkodliwości. Z punktu widzenia samoodtwarzania się społeczeństwa, model homoseksualnej rodziny nigdy nie będzie miał takiej samej wartości jak małżeństwa dwupłciowe. Obawiam się, że rodzina, utworzona przez adopcję dzieci przez pary homoseksualne, nie będzie w stanie właściwie wychować dzieci do pełnienia ról społecznych opartych na zróżnicowaniu płciowym. Zgodnie z porządkiem natury dzieci uczą się takich ról przede wszystkim od wzorca, jakim są dla nich ich heteroseksualni rodzice.

Czy zdaniem ojca przyznanie osobom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci osłabia wartość tradycyjnie rozumianego małżeństwa?

Środowiska homoseksualne nie ukrywają, że relatywizacja znaczenia ról społecznych opartych na płci, byłaby dla nich korzystna, gdyż przełamałaby dyktaturę tradycyjnej kultury i porządku społecznego opartego na rolach związanych ze zróżnicowaniem na dwie płcie. Taka relatywizacja moim zdaniem osłabi znaczenie rodziny opartej na małżeństwie dwupłciowym, co w efekcie wpłynie negatywnie na liczbę, trwałość i dzietność rodzin, a w dalszej konsekwencji, stanie się niebezpieczne dla samoodtwarzania się i istnienia społeczeństwa. Poza tym, adopcja dzieci przez pary homoseksualne, w niezbędnym społecznie modelu rodziny opartej na małżeństwie dwupłciowym, rodzi więcej dalszych problemów w kształtowaniu się tożsamości dziecka i jego poczucia wartości samego siebie niż adopcja dzieci przez pary heteroseksualne. Dzieci, które przyszły na świat w tradycyjnej rodzinie wielopokoleniowej, mogą wskazać swoje korzenie rodzinne, a opowiadane im przez przodków historie rodzinne, kształtują ich tożsamość i poczucie własnej wartości. Pewną trudność mają w tej dziedzinie osoby, które przyszły na świat w rodzinach dysfunkcyjnych, czy rozbitych. Ukrywają one pewne wstydliwe wątki historii rodzinnych, a zwłaszcza te, które przyczyniły się do ich osobistej krzywdy. Dzieci, które wiedzą, że zostały adoptowane, a trudno, aby w rodzinnych homoseksualnych prawdę tę przed nimi ukryć, przejawiają często wielką potrzebę poznania swoich biologicznych rodziców, nawet za cenę pewnej trudnej dla nich wiedzy, bo intuicyjne czują, że jest to jakiś ważny aspekt ich tożsamości.

Dzieci adoptowane w rodzinach heteroseksualnych mogą fakt adopcji ukryć przed światem zewnętrznym, natomiast dzieci adoptowane przez pary homoseksualne nie będą w stanie tego uczynić. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy w szklonej klasie dzieci zaczynają sobie zadawać wzajemnie pytania dotyczące przeszłości rodzinnej i porównują się ze sobą. Jak będą się czuły te z nich, które nie wiedzą o sobie niczego więcej niż to, że mają rodzica nr 1 i rodzica nr 2? Wówczas szkoła, w celu likwidacji napięć, będzie musiała wdrażać programy wychowawcze ukazujące normalność i równą wartość homoseksualnego modelu rodziny, co stoi w wyraźnej sprzeczności z prawdą o społeczeństwie i jego samoodtwarzaniu. Aby ochronić jednych przed stygmatyzacją ze strony drugich, duma tych ostatnich ze swego tradycyjnego wielopokoleniowego rodzinnego pochodzenia będzie uznana za coś niezdrowego, niestosownego moralnie, i w konsekwencji stanie się przedmiotem jakichś sankcji nakładanych na dzieci i ich rodziców. Dlaczego więc unieszczęśliwić dzieci, które mógłby spotkać lepszy los, przez oddawanie ich do adopcji osobom homoseksualnym? Dlaczego zmuszać je do tego, aby zaspakajały czyjeś potrzeby rodzicielskie, i były wychowywane w modelu rodziny, który jest ryzykowny społecznie? Jeżeli badania psychologiczne biorą poważnie pod uwagę kryterium, jakim jest przygotowanie dzieci do pełnienia ról społecznych opartych na zróżnicowaniu płciowym, to nie sądzę, aby nie wykazały, że wychowanie w rodzinie homoseksualnej temu nie sprzyja. Jeśli zaś twórcy takich badań z góry zakładają, że model dwupłciowej rodziny i ról społecznych opartych na płci jest anachroniczny, i nie stanowi wzorca normatywnego, to ich badania rzeczywiście mogą nie wykazywać żadnych szkodliwości rozwojowych wychowania dzieci w rodzinach homoseksualnych.

o. ROBERT PLICH OP, ur. 1966, absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, doktor teologii, wicerektor i wykładowca teologii moralnej w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów w Krakowie.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata