70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Charyzmat poszukiwania

Jeśli teolog ma jakiś charyzmat, to jest to charyzmat poszukiwania. I tyle w nim z proroka, ile wytrwałości w poszukiwaniu.

Ot, cały warsztat teologa – gdziekolwiek by nie spojrzeć książki, książki, książki…
Przede wszystkim to Biblia w różnych wydaniach i różnych językach. Mam ich tu bardzo dużo i starszych i nowszych. Proszę zobaczyć, całe popodkreślane, można by powiedzieć pomazane, podniszczone… Może niejeden by się zgorszył, że ksiądz tak niedelikatnie obchodzi się z Pismem Świętym, ale osobiście nie mam takich zahamowań. Wystarczy, że wezmę którąś do ręki, otworzę, rzucę okiem i od razu widzę, co mnie frapowało, jakie fragmenty nie dawały mi spokoju, a często do dziś przecież nie dają. Taka Biblia czysta, nietknięta…

… jest często nietknięta i w sensie duchowym.
Czasami tak pewnie bywa. Jak Pani widzi, nie mam problemu z tą niedotykalnością, przynajmniej w fizycznym aspekcie. Jest wręcz odwrotnie.

Kim jest teolog? Czy jest w teologach coś z dawnych proroków?
Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wciąż uczę się teologii, jestem i pozostanę do końca swoich dni jej „studentem”, który odejdzie z tego świata z uczoną niewiedzą. Ale poczytuję to sobie za wielkie szczęście. To, o czym piszę i mówię, w pewnym tylko stopniu jest moje. O tyle, o ile to, co poznałem, przeczytałem, jest przeze mnie przemyślane. Przede wszystkim jednak sięgam do Pisma i tych, którzy nim żyli i interpretowali przez wieki – do tych, których można by rzeczywiście nazwać prorokami nadziei. Ale o sobie nie śmiałbym powiedzieć w tak mocnym sensie. Jeśli mówię, to głosem wieków. Próbuję przypominać to, co zostało zapomniane, a od siebie dodaję własne doświadczenie.

Prorocy nadziei? Czy to szczególna kategoria wśród proroków?
Użyłem tego określenia ze względu na zakorzeniony w nas obraz proroka jako tego, który grozi, straszy, głosi konieczność nawrócenia i do niego przynagla przez zapowiadanie kary boskiej. W moim odczuciu prawdziwymi prorokami są także ci o wrażliwym, lecz spokojnym sercu, którzy skłaniają do tego, by zaufać Bogu; którzy przekonują, że On jest Panem dziejów i nie wypuści z rąk swojego stworzenia. Nadzieja jest łagodna i może trafić raczej do spokojnego serca człowieka. Nie szarpie nim, nie niepokoi na krótko, ale sączy się powoli, stopniowo wnika do ludzkiego wnętrza i je przemienia.

Czy ci pierwsi – synowie gromu, by posłużyć się biblijnym określeniem, są w takim razie fałszywymi prorokami?
Różne są powołania prorockie w zależności od sytuacji i potrzeb chwili. Bardziej przemawia do mnie, zwłaszcza dzisiaj, pozytywna rola proroka. Czy można głosić Dobrą Nowinę o Bogu, strasząc ludzi? Czy nie tkwi w tym jakaś sprzeczność? Czy Dobra Nowina nie zamienia się tym samym w przerażającą nowinę, która nieraz wpędza ludzi w przeróżne neurotyczne choroby – do tego stopnia, że niekiedy przez całe życie nie potrafią z nich wyjść? Ale na tego rodzaju pytania często pojawia się odpowiedź, że trzeba przecież wstrząsać sumieniem ludzi, bo dziś coraz mniej mówi się o grzechu, winie i karze.

Co Ksiądz wtedy odpowiada?
Że stawianie takich diagnoz jest wyrazem wiary w skuteczność pedagogii strachu. Czy ta uchroniła nas ona przed dechrystianizacją, sekularyzacją i ateizmem? Bóg, który przerażał, został przez wielu odrzucony. Kiedyś krytycznie usposobieni ludzie nie mieli odwagi przeciwstawić się doktrynie, ale we wnętrzu często nie wierzyli w takiego Boga. Gdy nastały czasy większej wolności sumienia, wzmogła się fala otwartego ateizmu. Bóg, którym straszono przez wieki, umarł, jak przepowiadał Friedrich Nietzsche. Odrzucony został obraz zagniewanego i karzącego Boga. Bądźmy więc ostrożni przy wyrokowaniu, że nawracając ludzi groźbami, można osiągnąć więcej aniżeli głoszeniem nadziei. Wizja świata ostatecznie scalonego, pojednanego i uleczonego wymaga głębszej religijności, nieporównanie większej pracy nad wiarą i nadzieją. Ona jest po prostu trudniejsza.

Niekiedy wydaje się jednak, że pedagogia strachu niewiele straciła na aktualności.
Bo jej skutki, choć doraźne, widoczne są gołym okiem nieomal natychmiast. Do dziś w kościołach odbywają się tzw. misje. Niegdyś prowadzący je misjonarz często zdobywał sobie posłuch wśród wiernych, grzmiąc niemiłosiernie z ambony. Zdarzało się nawet, że trafiał się i taki, co odważał się rzucić krzyżem o posadzkę w kościele, aby wywrzeć na ludziach „odpowiednie” wrażenie. A gdy potem, jak w natchnieniu, wznosił ręce i rozpościerał pelerynę misjonarza, to nieraz ludzie zdjęci bojaźnią, by ukorzyć się przed Panem Bogiem, padali na kolana, nie bacząc na błoto pośniegowe wniesione na butach, zalegające czasem, podobnie jak w tym roku, jeszcze do Wielkanocy. Czy na długo te emocje jednak starczą? Czy mają w sobie moc głębokiej i trwałej przemiany serc? Ludzie wracają do domów, do swego życia, do jego zwyczajnych, codziennych trosk, problemów, rozczarowań i nie pozostaje po tych wstrząsach żaden ślad. Ks. Thomáš Halík w jednej ze swoich książek wspomina o takich kaznodziejach, którzy nawet na Boże Ciało nie mogli powstrzymać się, by w czasie kazania nie dojść do opisu piekła i mąk piekielnych, podczas którego dziewczynki siusiały ze strachu. Przecież tego rodzaju głoszenie spraw Bożych przynosi ujmę i nic dziwnego, że wielu ludzi odeszło od Boga.

Jeżeli myślimy o przyczynach sekularyzacji czy dechrystianizacji, to tego rodzaju pedagogia i wizja Pana Boga jest, myślę, jedną z najpoważniejszych. Potrzeba wielkiego, powszechnego rachunku sumienia, bo nasza religijność staje się rytualna, procesyjna, nieraz czysto deklaratywna. Nie mam nic przeciwko praktykom pobożności, ale jak widzę nieraz pewne ich formy i podział, jaki nastąpił dziś w Polsce, to jestem przerażony. Dlaczego doprowadzamy do tego rodzaju rozziewów w tym, co jest najważniejsze w chrześcijaństwie? Przecież ono nie uczy nas nienawiści. Wręcz przeciwnie! Co się w takim razie stało z naszą religijnością, że jest ona taka chora, tak podatna na wypaczenia? Czy nasze głoszenie tych spraw nie idzie w złym kierunku? To, co dokonało się na ostatnim Soborze, było dopiero początkiem nowego początku. Ewangelia wzywa nas do podejmowania nieustannie na nowo wysiłku jej rozumienia i korygowania popełnianych błędów. Stąd soborowe hasło: Ecclesia semper reformanda – Kościół powinien stale podejmować dzieło odnowy.

W tym wysiłku rozumienia powołanie teologiczne odgrywa szczególną rolę. Jak to jest z teologiem – on wierzy, wie, ufa w to, co głosi?
Wiedza szuka pewników, doświadczalnego potwierdzenia – dziś już o tym wiemy dzięki naukom ścisłym. A nadzieja otwiera inną pewność. Nie jest to pewność eksperymentalna, a więc taka, którą da się namacalnie zweryfikować, choć można mówić o pewnej weryfikacji płynącej z namysłu nad źródłami wiary i doświadczeniem życia. Nadzieja daje pewność, ale jest ona szczególnego rodzaju. Przywykliśmy mówić: „wierzę, abym zrozumiał” (credo, ut intelligam), ale mogę również powiedzieć: „mam nadzieję, żebym zrozumiał” (spero, ut intelligam). Nadzieja daje mi pewną wiedzę, ale nie jest to zadufana pewność. Nie mogę przekonywać, że w tym, co głoszę, wszystko jest już raz na zawsze ustalone i udowodnione. Dlatego ma głęboki sens zalecenie apostoła Pawła: „Z bojaźnią i drżeniem zabiegajcie o swoje zbawienie” (Flp 2,12; przekład ekumeniczny 2001). Nie wolno odwracać oczu od tego, co nie daje spokoju. Teolog także pozostaje człowiekiem otwartym na niepewność i skazanym na ciągłe poszukiwanie.

A czym jest nadzieja?
Na takie pytanie najtrudniej jest krótko odpowiedzieć. Na pewno nie zdobędę się na definicję. Mogę jedynie dać wyraz pewnemu przeczuciu, czym może być nadzieja, jak ja ją pojmuję i przeżywam. To jest nasz wysłannik, który wybiega w przyszłość dalej i szybciej niż sam nasz umysł. Nadzieja jest mądrością umysłu i serca, która uczy skuteczniej niż sama ludzka wiedza. Nie na darmo powiedziano: „Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zyskali mądre serca” (Ps 90,12). To jest właśnie droga nadziei. Czym jest mądrość serca? Autor Listu do Efezjan pisał o „pełnych światła oczach serca” (Ef 1,18). Jaka to głęboka i piękna intuicja! Światłe, oświecone oczy serca – tym właśnie jest nadzieja. Celowo odpowiadam tekstami biblijnymi, by nie wyręczać się wyświechtanymi słówkami. Oświecone oczy sięgają wzrokiem ducha dalej aniżeli nasze doczesne życie i już jakby są u kresu – „w nadziei przecież zostaliśmy zbawieni” (Rz 8,24).
Intuicje te pobrzmiewają w sięgającej średniowiecza maksymie: „gdzie serce, tam oko” (ubi cor, ibi oculus). Serce współdziała w jedności z umysłem. I tu już jestem w głębokiej przyjaźni ze Wschodem, bo myśl wschodnia w ślad za Biblią mówi, że umysł zstępuje do serca, gdyż tylko razem, będąc niejako jednym, mogą docierać w głąb prawdy.

Uczęszczałem przed laty w Paryżu na wykłady nieżyjących już, wybitnych teologów prawosławnych, Paula Evdokimova oraz Oliviera Clémenta. Ten ostatni przeszedł przez okres ateizmu, a pod wpływem Mikołaja Bierdiajewa i Władimira Łosskiego nawrócił się i został prawosławnym. Wyróżniało go niezwykle żywe usposobienie (jak na Francuza z Południa przystało), zawsze gorąco dyskutował, ale, gdy na wykładzie mówił o „sercu inteligentnym”, jego oczy prawdziwie pałały.
Zespolenie serca i umysłu rodzi mądrość przenikniętą nadzieją. Bo nadzieja jest umiejętnością inteligentnego serca, które sięga dalej aniżeli droga czysto racjonalnego dyskursu i samej logiki. Nawet niektórzy angielscy przedstawiciele analitycznej filozofii języka podkreślają: sama logika nie wystarczy (logic is not enough).

I jeszcze jedno.

Nadzieja jest najskromniejszą z cnót teologicznych.

Pięknie pokazał to francuski poeta Charles Péguy. Jego Przedsionek tajemnicy drugiej cnoty (część tryptyku) ukazuje nadzieję pomiędzy wiarą i miłością, a więc jako tę, która scala, integruje i pośredniczy. Poeta pisał: „Nadzieja widzi to, czego jeszcze nie ma i to, co nadejdzie. Lubi to, co jeszcze się nie stało, a co przyjdzie. W przyszłości czasu i w wieczności”. Bez nadziei wiara nie miałaby ostatecznego odniesienia, nie wiedziałaby dokąd zmierza, a miłość byłaby pozbawiona motywów wiary i nadziei. Ostatecznie zaś one trzy są nieoddzielne, a oderwane od siebie – marnieją.

Czy nadzieja zawsze powinna być w centrum teologicznych poszukiwań?
Jako zasada interpretacyjna, która inspiruje i przenika całą refleksję teologiczną– z pewnością tak. Nadzieja stale przypomina o celu, ku któremu zmierzają dzieje stworzenia i zbawienia. Rzuca światło na drogę ku ostatecznemu przeznaczeniu. Jeśli teolog nie odnajdzie w sobie głębokiej przyjaźni umysłu i serca, to jego rozważania teologiczne będą czysto intelektualne, suche i abstrakcyjne. Taka teologia nie trafi do ludzi, nie przemówi do nich. To prawda, że scalenie umysłu i serca w życiu teologa nieraz nie jest łatwe. Zwłaszcza dla kogoś o mentalności ścisłej, wybitnie racjonalnej, wręcz matematycznej. Taki intelekt z wielkim trudem przyjmuje to, co nie ma jednoznacznej weryfikacji. A na tę niedogodność teolog jest stale narażony, szczególnie wtedy, gdy zajmując się teologią, chce być blisko życia ludzi.

Czy jednak teolog nie jest powołany do tego, by na drodze namysłu, wysiłku intelektualnego dokonywać weryfikacji, a tym samym pewnego ujednolicenia dostępnych mu interpretacji prawd wiary?
Czytamy w Księdze proroka Jeremiasza: „Czy moje słowo nie jest jak ogień – wyrocznia Pana – czy nie jest jak młot kruszący skałę?” (Jer 23, 29). Cytat ten nie jest bezpośrednią odpowiedzią na Pani pytanie, ale przytaczam go, ponieważ kiedyś bardzo zastanowiło mnie, jakim komentarzem opatrzyli ten fragment rabini. W Talmudzie są takie słowa: „Jak skała kruszy się pod uderzeniem młota na wiele odprysków, tak dzieliło się również każde słowo, które wyszło z ust Najwyższego (niech będzie błogosławiony!), na 70 języków” (bSzabbat, 88b). A więc Słowo jest dostępne ludziom jedynie w wielości interpretacji. Świadectwo Biblii jest wielowarstwowe, wielogłosowe. Także Ewangelia jest czterokształtna. Być może ta wielość jest odzwierciedleniem złożoności naszego życia, a zarazem przestrogą dla wszelkich skłonności do fundamentalizmu. Podobno dzieci, które śpiewają w chórze, mają potem inaczej ukształtowaną percepcję – nakierowaną na wielość głosów, nie na monodię. Nawiązuję do tej muzycznej wrażliwości za Hansem Ursem von Balthasarem, który jedną ze swoich książek zatytułował Die Wahrheit ist symphonisch (Prawda jest symfoniczna). Cały trud polega na tym, aby umieć odnaleźć harmonię w tej wielości głosów, której zagraża popadnięcie w kakofonię. Otóż w swej wielogłosowości Biblia uczy przede wszystkim szacunku dla różnych interpretacji, jest szkołą dialogu. Pewne teksty biblijne, choć często nieprzystające do siebie, nie muszą się ostatecznie wykluczać. Może one zderzają się ze sobą po to, aby przekazać wizję pełniejszą, głębszą, mądrzejszą, a zarazem bardziej ludzką? W Psalmie 62 pojawia się zaskakujący werset, który koresponduje z przytoczonym fragmentem z Księgi Jeremiasza i komentarzem talmudycznym. Tam Słowo Boga dzieliło się na „siedemdziesiąt języków”, tu mamy je podwojone: „Bóg jeden raz przemówił, a dwa razy słyszałem” (Ps 62,12;).

Przedziwne doprawdy jest owo boskie „jeden raz” i ludzkie „dwa razy” ! Warto się nad tym zadumać. Zastanawia ta właśnie otwartość Biblii Hebrajskiej. Ten, kto ją czyta musi pojednać w sobie samym nieprzystające do siebie interpretacje lub po prostu nauczyć się żyć ze świadomością pewnych napięć i sprzeczności. Teologowie chrześcijańscy, zwłaszcza ci, którzy angażują się w dialog międzywyznaniowy i międzyreligijny, powinni być świadomi tej paradoksalnej mądrości.

Nie kłóćmy się! Nie zdołamy sprowadzić naszych różnic w interpretacji do wspólnego mianownika, bo za płytka jest nasza wiedza, za wątła jeszcze nadzieja, za krucha mądrość. A może nawet nie powinniśmy próbować. Bóg nie jest samotnym narcyzem, lecz jednością Osób. Wiara w Trójcę Świętą wyraża wielkie, powszechne prawo istnienia. Życie jest relacyjne i rodzi się z relacji. Nikt nie jest zamkniętą monadą. To jedna z najgłębszych i zarazem najbardziej wymagających prawd wiary chrześcijańskiej. Życia nie starczy, by ją zgłębić. Dla naszych braci i sióstr w monoteizmie, Żydów i muzułmanów, wizja jednego Boga, ale istniejącego w komunii trzech Osób, jest trudna do przyjęcia. Nie mogą się z nią pogodzić. Dlatego, powtarzając zresztą słowa niektórych rabinów ośmielam się mówić: „Poczekajmy, bądźmy cierpliwi! Jedni i drudzy oczekują Mesjasza. Chrześcijanie są przekonani, że już przyszedł, wy że dopiero przyjdzie. Poczekajmy! Przekonamy się kiedyś, ale bądźmy rozsądni, nie róbmy z tych różnic powodu do religijnej wrogości”.

Czy w ten sposób nie znika jednak z horyzontu prawda, do przekazywania której teolog jest w sposób szczególny powołany? Czy ta wielość interpretacji nie przesłania kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?
Zwróćmy uwagę na etymologię słowa „prawda”. W języku greckim pojęcie alētheia znaczy dosłownie „to, co nie ukryte”, „nie-tajne”, „nie-skrytość”, a więc zaprzeczenie (przedrostek „a”) zakrycia (od lantháno, lub lēthō, czyli być ukrytym, nieznanym, niedostrzeżonym, ukryć się). Prawda jest tym, co zostało odsłonięte, co nie jest zakryte lub co ujawnia się, gdy znika przeszkoda w dostrzeżeniu czegoś. Pewien sposób podejścia do prawdy w rzeczywistości od niej oddala. Piłat pytał Jezusa, „co to jest prawda” (J 18,38) i nawet nie czekał na odpowiedź. Zamiast abstrakcyjnych rozważań, Jezus wskazał na siebie i świadectwo swego życia. Zabrakło uwagi, chęci słuchania i zrozumienia. W imię prawdy wzajemnie się zwalczamy, niszczymy i zabijamy, chociaż do prawdy ostatecznej wszystkim nam równie daleko.
Chrystus mówił o sobie, że jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14,6). Słowa o połączeniu prawdy z drogą i życiem tchną niezwykłą mądrością. Są inspiracją także dla teologii. Być może prawda odsłania się nam w życiu w momentach szczególnego zdumienia, zadziwienia światem i darem istnienia lub w chwilach wielkiej miłości do człowieka. Ale te ciche olśnienia są jedynie krótkimi momentami w naszym ziemskim podążaniu ku prawdzie ostatecznej. Już średniowieczni myśliciele definiowali artykuł wiary jako perceptio veritatis tendens in ipsam – percepcja prawdy zdążająca do niej samej.

W sferze wiary posiadamy jedynie częściową, ograniczoną percepcję prawdy, która się nam odsłoniła. Nie jest to jednak rzeczywistość ostateczna, do której dopiero zdążamy. Pozostajemy przede wszystkim ludźmi poszukującymi prawdy. Apostoł Paweł przypominał, że „cząstkowe jest nasze poznanie i cząstkowe nasze prorokowanie”, że „widzimy niejasno, jakby w zwierciadle” (1 Kor 13, 9.12). A cóż to były ongiś za zwierciadła z polerowanego metalu! Nic dziwnego, że odbicie było niejasne i niewyraźne. Świadomość, że po części jedynie poznajemy jest ostrzeżeniem przed wygórowanymi ambicjami poznawczymi, apelem o uważność i uwrażliwienie na siebie nawzajem. Nasze percepcje mają to do siebie, że są zmienne i niepełne. Kiedy widzę jedną stronę stołu, nie dostrzegam drugiej. Postrzegamy całą rzeczywistość, także tę duchową – nie łudźmy się! – zawsze tylko w pewnych aspektach. Dlatego tak ważne jest, by wziąć sobie do serca ostrzeżenia zawarte w tekstach Pisma. Bóg mówi raz, my zaś dwa razy słyszymy. Jego słowo nie mieści się nawet w wielości języków, jak napisano w Talmudzie. Trzeba więc uważnie słuchać siebie nawzajem, a chyba będziemy bliżej prawdy.

Ale jak pogodzić taką postawę z przywiązaniem do doktryny, a więc prawdy uchwyconej jako pewien system teoretyczny, przywiązaniem znamiennym szczególnie dla katolicyzmu?
Wcale nie tak trudno je pogodzić, ale wtedy, gdy mówimy o skromnej doktrynie ludzi wiary i nadziei, nie zaś doktrynerstwie i groźbach utraty zbawienia, które są wypaczeniem nauki. Taka postawa, i dziś przecież nierzadka, ma więcej z posłuszeństwa ideologii niż z wiary religijnej. Może dlatego tyle nieszczęścia w dziejach Kościoła.

I coraz mniej teologów zajmujących się żywą teologią, a nie jedynie zbożną archeologią, by posłużyć się rozróżnieniem Jerzego Nowosielskiego. Wielokrotnie w wywiadach wskazywał on, że strach przed odrzuceniem czyni ze współczesnych teologów głównie historyków religii i przyczynia się tym samym do sprzeniewierzenia powołaniu. Czy podziela Ksiądz tę niewesołą diagnozę?
Jeśli teolog ma jakiś charyzmat, to jest to charyzmat poszukiwania. I tyle w nim z proroka, ile wytrwałości w poszukiwaniu. W tym kryje się chyba samo sedno powołania teologa. Szanujmy jako wspólnota ten charyzmat. Tak można by apelować w imieniu całej rzeszy teologów. Owszem, szukać to znaczy także móc pobłądzić. Dlatego zadaniem wspólnoty jest życzliwie reagować na to, co głosi teolog. Niech ona w razie potrzeby koryguje, ale nie ucieka się od razu do surowych sankcji. Czy to jest rzeczywiście jedyna skuteczna obrona przed rzekomo fałszywą nauką? Czy wyraża ducha miłości i zaufania, który powinien chrześcijan wyróżniać?

Bez ogromnej pracy teologów nie byłoby drugiego Soboru Watykańskiego. Jednak ci sami teologowie wyniesieni po latach do najwyższych godności w Kościele, byli wcześniej przez niego karani i potępiani. Myślę tu o takich znanych postaciach jak między innymi dominikanin Yves Congar. Pod koniec życia został kardynałem, a wcześniej musiał zmagać się z odtrąceniem i wygnaniem. Najpierw skierowano go na zsyłkę do Jerozolimy, potem do Anglii. Czy musiało tak być?

Doktryna jest potrzebna, ale ona potrafi też zniewalać. Kiedy znika nam sprzed oczu to, że jest ona jedynie cząstkowym ujęciem prawdy, to zaczyna uderzać w ludzi i często całkiem realnie ich niszczyć. Taka postawa szczególnie dziś, kiedy ludzie mają do wyboru wiele dróg, jest też z wielką szkodą dla wiarygodności Ewangelii i Kościoła. Niewierzący patrzą na nas i mówią: „Dla naukowców mamy współcześnie wielki szacunek, gdyż otwierają nowe perspektywy, a wy, głoszący miłość, nie szanujecie własnych myślicieli”. Nie chcę w ten sposób lansować jakiejś apologii teologa. I on przecież nie wie wszystkiego, lecz sam pyta i poszukuje odpowiedzi na pojawiające się pytania. Jest tylko ustawicznym studiosus theologiae. Może dopiero u kresu swojej drogi, po drugiej stronie życia, spodziewać się odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Być może dopiero tam będzie umiał je właściwie postawić, gdy zobaczy świat, o którym teraz nie ma pojęcia, w którym będzie zupełnie inaczej – totaliter aliter, jak często powtarza abp Alfons Nossol za Karlem Barthem – inaczej niż głoszą nasze doktryny.

Dlatego nie przywiązujmy do nich aż tak dużej wagi, żeby stawały się przyczyną cierpienia dla innych. To się potem mści, trzeba się potem cichcem wycofywać – jak to miało miejsce pół wieku temu na II Soborze Watykańskim. Nie mówmy, że w Kościele jest tylko ciągłość i że wraz z tym Soborem nic się nie zmieniło. Nieprawda, wiele się zmieniło! Już sama doktryna o kręgach przynależności do Kościoła, o tym, że Duch Święty daje dostęp do misterium paschalnego wszystkim ludziom dobrej woli; że nie wolno posyłać wyznawców innych religii na potępienie, lecz szanować religijną wolność sumienia – jest wielką, realną zmianą, przyznaniem się do błędnych poglądów głoszonych w przeszłości i zerwaniem z nimi. Błędna doktryna powtarzana z pokolenia na pokolenie staje się ideologią i narzędziem zniszczenia. Wojny religijne są tego najstraszliwszym przykładem i ostrzeżeniem. Podziały, które obecnie obserwujemy w Polsce, są przekreśleniem nie tylko miłości bliźniego, do której nawołuje Ewangelia, ale i mądrości, nawet już nie chrześcijańskiej, ale zwyczajnej ludzkiej.

Ksiądz także już nieraz jako teolog spotkał się z odrzuceniem. Czy czuje się Ksiądz heretykiem we własnej wspólnocie?
Nie czuję się heretykiem. To niektórzy „bezinteresowni” obrońcy ortodoksji pałają chęcią wykluczenia i wydają takie sądy. A kim właściwie jest heretyk w świetle Ewangelii i jej najważniejszego przykazania? O przynależności do Jezusa Chrystusa decyduje przede wszystkim to, jacy jesteśmy wobec innych. Jego przypowieść o sądzie nad narodami ustawicznie przypomina, że będziemy sądzeni z miłości – z tego, jacy byliśmy wobec potrzebujących, głodnych, biednych, spragnionych, bez dachu nad głową, chorych czy więźniów, którzy przecież nie zawsze są niewiniątkami. Czy inni chrześcijanie są heretykami i schizmatykami? Jeśli tak będziemy o nich myśleć, to prawdziwy dialog ekumeniczny będzie bezowocny. Czy odnosząc się do nich ze zrozumieniem, sympatią i tak pisząc o nich, dopuszczam się niewierności wobec swojego Kościoła? Czy nawet kiedy nazywam Świadków Jehowy braćmi i siostrami, zbaczam na złą drogę? Tak, jestem im życzliwy. Chociaż wiele z tego, co głoszą, nie przyjmuję (choćby nauki o ostatecznym unicestwieniu grzeszników), to podzielam ich przeświadczenie, że piekło nie jest wieczne. Różni są głosiciele Dobrej Nowiny o Bogu. Nie udawajmy, że tylko my mamy do niej dostęp.

Był kiedyś młody człowiek, który miał już za sobą kradzieże, a nawet gorsze przestępstwa i co rusz wracał do więzienia, aż w końcu sam się podpalił. Odwiedzał to więzienie lub był jego pracownikiem pewien Świadek Jehowy. Widząc tego młodego człowieka w rozpaczy, przyniósł mu kiedyś jedną z moich książek Nadzieja zbawienia dla wszystkich (Warszawa 1989). I właśnie dzięki niemu ten młody człowiek bardzo głęboko przejął się przesłaniem tej książki, można by powiedzieć uczepił się nadziei. Wyszedł z więzienia, wrócił do życia, założył rodzinę. Potem przez kilka lat z nim korespondowałem. Tym razem to właśnie Świadek Jehowy okazał się miłosiernym Samarytaninem, prawdziwym bliźnim człowieka w potrzebie. A to jest, także w sensie teologicznym, najbardziej doniosła kategoria.

Jest Ksiądz jednak na obrzeżach Kościoła. To nie najwygodniejsza pozycja…
Nie mnie sądzić, czy jestem na obrzeżach Kościoła. Być może ze względu na określone poglądy teologiczne, które głoszę od lat… Nie jest to pozycja wygodna, ale to ona właśnie chroni mnie przed ciasnym światopoglądem. Nie noszę binokli, które nie pozwalają patrzeć ani w lewo, ani w prawo, tylko na wprost. Zazwyczaj na obrzeżach, gdy jesteśmy w drodze, najwięcej się dzieje i najwięcej zmienia. Dążąc do celu, warto je obserwować, bo one pomagają lepiej zrozumieć, dokąd zmierzamy. Zresztą nie tylko cel, ale i droga jest ważna. Wielki kardynał, dzisiaj już błogosławiony John Henry Newman mawiał „To live is to change”, „żyć to się zmieniać”. A zmieniamy się zwłaszcza pod wpływem innych ludzi, także tych inaczej myślących oraz inaczej się modlących.

Kiedy przez lata prowadziłem dla anglistów konwersacje na temat wiary i Kościołów w krajach anglosaskich, często przytaczałem im mądrą grę słów byłego arcybiskupa Canterbury, Roberta Runcie’go. Mówił on, że trzeba się uczyć myśleć, spoglądając na boki (to think laterally). Myśleć lateralnie, a nie literalnie (literally), biorąc wszystko dosłownie. Gdy myślimy na sposób lateralny, to możemy łatwiej znaleźć nieoczekiwane rozwiązanie jakiegoś trudnego problemu. Arcybiskup Runcie mówił o tym w kontekście dialogu między chrześcijanami, uwrażliwiając na to, by uczyć się myśleć razem z drugimi , próbować przejąć ich perspektywę widzenia, podjąć wysiłek zrozumienia, a przede wszystkim wsłuchać się w to, co mówią. Bo zbyt często nie słuchamy się wzajemnie. Jak mamy usłyszeć głos Boga, jeśli siebie samych uważnie nie słuchamy?

Wracam jednak do niedogodnej sytuacji na obrzeżach. Oczywiście, że jest trudno, gdy trzeba się mierzyć z przeróżnymi oskarżeniami. Było ich wiele ze strony niektórych Czytelników. Wystarczy zerknąć do mojej książki Nadzieja w dialogu (Warszawa 2007), która stanowi zapis korespondencji z Czytelnikami. Nieraz musiałem usprawiedliwiać się przed arcybiskupem Bolesławem Pylakiem z powodu oskarżeń o nieortodoksyjność idei, które głoszę. Byli tacy, co domagali się usunięcia mnie z uniwersytetu. Oskarżenia słano też kilkakrotnie do episkopatu. Starałem się wyjaśniać, że nie głoszę jedynie własnych poglądów, że wystarczy sięgnąć zwłaszcza do pism wielkich Ojców Kościoła wschodniego; że także Jan Paweł II w książce Przekroczyć próg nadziei (Lublin 1994) przypominał dzieje idei apokatastazy i stwierdził w końcu, że „problem jednak pozostał”. Niech więc zajmują się nim dalej teologowie, tak jak to uczynił wspomniany już Hans Urs von Balthasar. Chciano nałożyć na mnie także sankcje za artykuł Zbawiciel jest polifoniczny, opublikowany w londyńskim piśmie internetowym „Open Theology” (2007), w którym broniłem statusu eklezjalnego Kościołów protestanckich jako „Kościołów w ścisłym sensie tego słowa”. Wtedy zachorowałem na nowotwór i chyba tylko dzięki życzliwym reakcjom i interwencjom wielu osób z różnych Kościołów na świecie sankcji nie było.

Ta reakcja wspólnoty, rezonans, z jakim spotykają się Księdza wypowiedzi i teksty, odgrywa dużą rolę w Księdza teologicznym przepowiadaniu?
Bardzo cenię wsparcie, którego udzielają mi wierzący oraz zachętę, by iść dalej obraną drogą w poszukiwaniach. Pokrzepiają zapewnienia, że to, co robię, ma sens; dodają otuchy przejawy wspólnych intuicji religijnych. Zwykła ludzka potrzeba. Wiara innych rodzi się z wiary, nadzieja z nadziei, życzliwość z życzliwości – rozprzestrzeniają się jak płomyki ognia, jeden od drugiego. „Światłość ze Światłości”, Lumen de Lumine – wyznajemy w Credo.

Jestem przekonany, że w tym przesłaniu, któremu staram się dawać świadectwo, jest jakaś słuszna, historyczna i teologiczna racja. Ta wizja pomaga żyć, trudzić się, walczyć z poczuciem daremności. Robię to, co robię na mocy wewnętrznego imperatywu. Nie mogę rezygnować ze strachu przed sankcjami czy z obawy przed oskarżeniami. Nie trzeba zresztą wyolbrzymiać tych trudnych momentów. One skłaniają do głębszej refleksji i oczyszczają świadomość. Przekonują, że sam wiele jeszcze muszę zrozumieć. Zdaję sobie sprawę, że nie sposób w pełni wyrazić prawdy o najśmielszej spośród wszystkich nadziei, którą głoszę. Mogę jedynie w mniejszym lub większym stopniu ją przybliżać. Ciągle się tego uczę. To właśnie dzięki trudnym doświadczeniom można nauczyć się najwięcej. Kiedyś powiedział Janusz Głowacki, że nic tak nie pomaga pisarzowi jak upokorzenie. Ono skłania do myślenia i szukania nowych dróg i nowych świadectw. W oparciu o nie próbuję poszerzać zakres przesłania o nadziei. A świadectw jest wiele, także literackich. Ot choćby opis chasydzkiej wizji pojednania Boga z Szatanem, jaki przed laty odkryłem u Stanisława Vincenza w książce Na wysokiej połoninie.

Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo jako teolog znalazłem swoją drogę w życiu. Żadne przeciwności nie są w stanie zniszczyć tego przeświadczenia. Przeszkody, które co jakiś czas się pojawiają, to nawet pewna przysługa, bo kiedy poprzeczka jest wysoko, to zazwyczaj i skacze się wyżej.

Jest Ksiądz teologiem o pogodnym obliczu, to nie ulega wątpliwości, ale też w swej działalności teologicznej wyraźnie wskazuje Ksiądz na ciemne, a nawet zupełnie mroczne strony Kościoła, tak w jego historii, jak i dziś. Czytając Nad przepaściami wiary, gdzie w sposób szczególny daje Ksiądz wyraz tej gorzkiej świadomości, zastanawiałam się, dlaczego, pomimo tych wszystkich zgorszeń, a także osobistych zranień, jest Ksiądz w Kościele? Czy nigdy nie zrodziła się w Księdzu myśl o odejściu?
Nie żyję tylko świadomością chwały Kościoła. Jest on przede wszystkim przekaźnikiem, daje wiarygodną wizję życia, do której się coraz bardziej przekonuję. Daje nadzieję, uczy mądrości. O Chrystusie powiedziano jednak, że „przyjął postać sługi” (Flp 2,7). To jest imperatyw także dla Kościoła. Nie-ewangeliczny styl sprawowania funkcji w Kościele staje się przyczyną wielu ludzkich tragedii. Kaleczy ludzi, zraża ich, i dlatego odchodzą.

Osobiście nie miałem pokusy odejścia. Za wiele czasu swojego życia oddałem ekumenii, sprawie wiary i nadziei. Nie mógłbym się tego wyprzeć. Wiem, że także w przeszłości wielu ludzi doświadczyło cierpienia od Kościoła. Nie można tego cierpienia usprawiedliwiać i zagłaskiwać ochoczym przydawaniem mu sensu. Tylko ten, kto je przeszedł może powiedzieć, co ono wniosło do jego życia i czego nauczyło. Samo cierpienie potrafi zdruzgotać, uczynić człowieka zgorzkniałym i trudnym do zniesienia. Nie inaczej jest w Kościele. Dlatego kiedy on sam staje się przyczyną cierpienia, jego samego to również okalecza. Wierzę, że Chrystus nieustannie zstępuje w rzeczywistość cierpienia, w infernum świata, w najmroczniejsze jego miejsca i tam uzdrawiająco działa na swój boski sposób. Łatwo jest cieszyć się z powodu Kościoła, świętować z nim, trudniej przychodzi to jednak ludziom przez niego zranionym. Trzeba wciąż uczyć się przebaczać.

Owszem, są momenty, gdy można poczuć się stłamszonym, przygniecionym przez poczucie daremności. Ale zaraz też powraca jak echo zawołanie św. Pawła: „w Panu wasz trud nie jest daremny” (1 Kor 15,58). On naprawdę nie jest daremny! Ale „w Panu”! Nadzieja jest właśnie tą pracą ducha przeciwko daremności, przezwyciężaniem tego destrukcyjnego poczucia, które coraz częściej zagląda ludziom w oczy i odbiera radość życia.
Może to niewiele, ale poszukiwanie nadziei, naprawdę przypomina chodzenie nad przepaściami wiary. Dlatego powtarzam za kard. Newmanem: „one step enough for me”. Jeden krok mi wystarczy.

WACŁAW HRYNIEWICZ OMI – teolog, współzałożyciel Instytutu Ekumenicznego KUL, członek zespołu redakcyjnego miesięcznika „Znak”. Ostatnio wydał God’s Spirit in the World: Ecumenical and Cultural Essays (Washington 2012) oraz Oczekuję życia w przyszłym świecie (Poznań 2013).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata