70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy połączą nas dzieci?

Jednym z największych niebezpieczeństw dla debaty o związkach jednopłciowych i dzieciach, które się w nich wychowują, jest niebezpieczeństwo utraty wspólnego języka. I nie chodzi tylko o założenia aksjologiczne leżące u źródeł każdego ze stanowisk, ale też o pojedyncze słowa. Podzielenie się językiem po połowie na pewno nie pomoże w wymianie argumentów.

Dyskusja, jaka przetoczyła się przez Polskę przy okazji głosowania projektów ustawy o związkach partnerskich, mogłaby być jedynie kolejnym przykładem na nasze lokalne wojny kulturowe, gdyby nie fakt, że wpisuje się w szerszy kontekst zmian prawnych, burzliwych debat i tłumnych manifestacji niezadowolonych obywateli w innych państwach. Mimo że każdy kraj, w którym toczą się te spory, jest na innym etapie prac nad kształtem prawa, wydaje się, że argumentacja poszczególnych grup wpisuje się w większą, ponadnarodową narrację. Być może właśnie dlatego w Polsce projekty, które nie wspominają nawet o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, budzą lęk przed taką możliwością – przecież we Francji zaczęło się od niewinnych, choć też pierwotnie budzących kontrowersje, paktów cywilnych solidarności (PACS), które regulowały takie kwestie jak korzystanie z ubezpieczenia społecznego partnera czy wypłacenie zasiłku pogrzebowego, a skończyło się w kwietniu tego roku przyjęciem przez francuski parlament prawa zezwalającego na małżeństwa i adopcje dzieci przez pary jednopłciowe. Można więc spodziewać się, twierdzą zaniepokojeni, że w Polsce także nie skończyłoby się na uregulowaniu kwestii spadkowych i ubezpieczeniowych. A to właśnie rysujące się na horyzoncie regulacje dotyczące sytuacji dzieci wydają się budzić największe kontrowersje. Argumentem za taką tezą jest choćby sytuacja Francji posiadającej od kilkunastu lat wspomniany już PACS, gdzie dopiero prawo do małżeństw i adopcji dla osób homoseksualnych skłoniło licznych obywateli, żeby swoje oburzenie wyrazić na ulicach.

Które dobro?

Kwestii związków partnerskich i małżeńskich dla osób homoseksualnych nie należy oczywiście sprowadzać jedynie do sytuacji dzieci, ale nawet gdybyśmy na potrzeby tego tekstu założyli, że jedynie ten problem należy rozstrzygnąć, i tak nie ułatwiłoby to nam zadania. Wydaje się, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowej instytucji uważają dobro dzieci za niezwykle istotne. Trudność polega na tym, że inaczej to dobro definiują.

Z jednej strony mamy przeciwników wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne, twierdzących, że brak dwojga rodziców różnej płci może być dla rozwoju dziecka szkodliwy. Można przeczytać o tym m.in. w dokumencie wydanym przez Kongregację Nauki Wiary w 2003 r. Uwagi dotyczące projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi: „Jak pokazuje doświadczenie, brak dwubiegunowości płciowej stwarza przeszkody w normalnym rozwoju dzieci, ewentualnie włączonych w takie związki. Brakuje im doświadczenia macierzyństwa albo ojcostwa. Włączenie dzieci do związków homoseksualnych na drodze adopcji oznacza w rzeczywistości dokonanie przemocy na tych dzieciach w tym sensie, że wykorzystuje się ich bezbronność dla włączenia ich w środowisko, które nie sprzyja ich pełnemu rozwojowi ludzkiemu”.

Przekonanie o istnieniu niemożliwych do zatarcia różnic między płciami nie musi jednak wcale opierać się na nauczaniu Kościoła i jego dokumentach. Sylviane Agacinski, francuska filozof, która nie odrzuca teorii gender i aktywnie popiera dążenia feministek w zrównaniu praw kobiet i mężczyzn, podkreśla, że wiedza o mechanizmach konstruowania społecznych ról kobiet i mężczyzn (niewynikających z natury), nie może przesłaniać znaczenia płci biologicznej. Podczas konferencji zorganizowanej w ramach Francuskich Tygodni Społecznych w Paryżu w listopadzie 2012 r., Agacinski przekonywała, że „dwie płcie nie są w porządku pożądania, rozmnażania i rodzicielstwa ani wymienne, ani równoznaczne”. Agacinski, która wiele lat swojej pracy poświęciła na analizowanie znaczenia różnicy płci, twierdzi, że już samo istnienie heteroseksualizmu i homoseksualizmu dowodzi, że różnica między płciami definiująca to, kim jesteśmy, istnieje realnie i nie może być postrzegana jako kwestia umowna lub czysto filozoficzna.
Po drugiej stronie sporu o wychowywanie dzieci przez pary jednopłciowe najważniejsze wydają się argumenty praktyczne – osoby homoseksualne po prostu mają dzieci i je wychowują. Odpowiedzi domaga się więc nie pytanie o to, czy gej lub lesbijka może mieć dziecko. Wyzwaniem jest raczej to, jak takim dzieciom zapewnić prawną ochronę i najlepsze warunki do rozwoju w domu, ale i w społeczeństwie. Wbrew temu, co można przeczytać we wspomnianym dokumencie Kongregacji Nauki Wiary, wiele organizacji zrzeszających specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym i rozwojem dzieci pozytywnie ocenia sytuację dzieci wychowywanych przez pary jednopłciowe. Co więcej, niektóre rekomendują wprowadzanie praw pozwalających na zawieranie małżeństw takim parom, ponieważ zwiększa to stabilizację i poczucie bezpieczeństwa wśród dzieci. W marcu tego roku Amerykańska Akademia Pediatryczna, organizacja naukowo-badawcza i edukacyjna, wydała raport Promoting the Well-Being of Children Whose Parents Are Gay or Lesbian [Wspieranie dobra dzieci, których rodzice są homoseksualni], w którym stwierdza: „Brak możliwości zawarcia małżeństwa w parach jednopłciowych przyczynia się do zwiększenia stresu, który wpływa na zdrowie wszystkich domowników. Ponieważ małżeństwo wzmacnia rodzinę, a przez to stwarza lepsze warunki dla rozwoju dziecka, nie powinno się dzieciom odbierać możliwości dorastania pod opieką rodziców, którzy są małżeństwem”. Akademia stwierdza jednocześnie, że 30 lat badań dowodzi, że dzieci osób homoseksualnych mimo społecznej stygmatyzacji rozwijają się poprawnie i potrafią dobrze radzić sobie z problemami.

Warto przy tej okazji też podkreślić, że nie wszyscy w Kościele podzielają lęki wyrażone przez Kongregację Nauki Wiary w Uwagach dotyczących projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi. Przykładem jest tu choćby s. Véronique Margron, francuska dominikanka, wykładowca teologii moralnej i była dziekan wydziału teologii na uniwersytecie w Angers. W wywiadzie z 15 października 2012 r. dla francuskiego magazynu „Pèlerin”, Margron powiedziała: „Nie podważam kompetencji rodzicielskich osób homoseksualnych ani tego, że ich miłość jest prawdziwa. Nie mam do tego żadnego prawa. Nurtuje mnie inne pytanie – o to, czy przesuwanie granic nie doprowadzi do całkowitego zerwania relacji między rodzicielstwem biologicznym a rodzicielstwem w sensie prawnym”.
Wypowiedź teolożki pokazuje, że w dyskusji o osobach homoseksualnych i ich dzieciach należy wydzielić dwie płaszczyzny, które nie do końca się pokrywają. Pierwsza z nich to kwestia rozwiązań praktycznych – tworzenia odpowiednich warunków do prawidłowego rozwoju dzieci, m.in. stabilizacji w rodzinie. Bez wątpienia jest to kwestia priorytetowa. Druga, nie mniej ważna, dotyczy namysłu na nowo nad tym, co to znaczy być rodzicem. Jaką rolę odgrywa biologia, a jaką prawo? Jak rozdzielanie tych porządków wpłynie na kształt rodziny i sytuację dzieci w przyszłości?

Skąd się biorą dzieci?

Przeciwnicy wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne zdają się ignorować fakt, że w wielu przypadkach rodzice o orientacji homoseksualnej są rodzicami biologicznymi, którzy tworzyli wcześniej związki heteroseksualne. Mogą więc dziwić transparenty niesione niekiedy w proteście przeciw nowym projektom ustaw, na których widnieją napisy „Nie oddamy wam naszych dzieci”. Osobom homoseksualnym dzieci nie trzeba „oddawać”, wystarczy zaakceptować fakt, że one już u swoich rodziców są. Nawet prawo do adopcji nie musi wcale oznaczać, że osoby homoseksualne będą wychowywać obce dzieci. Ta regulacja najbardziej potrzebna jest po to, żeby parter lub partnerka homoseksualnego rodzica biologicznego mógł lub mogła stać się opiekunem prawnym dziecka, które współwychowuje. Budowanie prawnie chronionej stabilności jest z tego punktu widzenia w najlepszym interesie dziecka.

Osoby, które mają wątpliwości odnośnie do rodzicielstwa par jednopłciowych, podnoszą jednak uzasadnione pytania o długoterminowe skutki pewnych wyborów prawnych. Jeśli przy założeniu, że pary jednopłciowe są tak samo dobrymi rodzicami jak pary heteroseksualne, zostaną im przyznane wszelkie prawa, jakimi cieszy się małżeństwo i w ten sposób uznane będzie ich znaczenie dla społeczeństwa, to należy również zapytać, skąd w przyszłości będą pochodzić ich dzieci i jak powinny być regulowane relacje z rodzicami biologicznymi i niebiologicznymi.

Żyjemy dziś między dwoma porządkami społecznymi. Ten, który panował do tej pory, zmuszał wiele osób homoseksualnych do ukrywania swojej orientacji, wywierał pewną presję, żeby zakładały one tradycyjne rodziny i miały dzieci. Stąd też wiele z nich ma swoje potomstwo. Ale na naszych oczach powstaje społeczeństwo, w którym coraz odważniej można mówić o orientacji, nie trzeba żyć w ukryciu i możliwe, że – paradoksalnie – zostanie biologicznym rodzicem stanie się trudniejsze.

Skąd więc będą się brały dzieci w związkach jednopłciowych? Nie należy oczekiwać rozwiązań wcześniej nieznanych. W krajach zachodnich są to różne układy między przyjaźniącymi się gejami i lesbijkami, którzy decydują się razem mieć i wychowywać potomstwo. Niekiedy są to sposoby, do których uciekały się już wcześniej pary heteroseksualne mające problemy z płodnością – komercyjne kliniki oferujące zabiegi in vitro, banki spermy, usługi świadczone przez matki-surogatki. Zjawiska te od początku budziły kontrowersje, ale wydaje się, że dopiero teraz słychać wyraźnie pytania, które one stawiają. Np. pytanie o prawo dziecka do wiedzy, kim są jego biologiczni rodzice.

Anonimowi rodzice i inni

W lutym tego roku media obiegła wiadomość o bezprecedensowym wyroku wydanym przez Wyższy Sąd Krajowy w Hamm. Decyzja dotyczyła sprawy Sary P., młodej Niemki, która dowiedziała się, że jest dzieckiem poczętym przy użyciu metody in vitro z wykorzystaniem nasienia z banku spermy. Sara chciała poznać tożsamość swojego biologicznego ojca, a sąd przychylił się do jej prośby i nakazał klinice ujawnienie danych. Ostatecznie dane nie zostaną przekazane dziewczynie, ponieważ klinika zgodnie z prawem zniszczyła je po 10 latach, jednak wyrok wywołał lawinę komentarzy dotyczących z jednej strony prawa dziecka do poznania tożsamości rodziców, z drugiej zaś prawa dawców do anonimowości.

Oczywiście nie ma podstaw, żeby metoda in vitro była w pierwszej kolejności kojarzona z rodzicielstwem osób homoseksualnych, jednak podobnie jak sytuacja par jednopłciowych, skłania ona do stawiania pytań o definicję i znaczenie rodzicielstwa dziś i w przyszłości. O ile w przypadku par heteroseksualnych metoda in vitro może być uważana za wyjątek od reguły zakładającej biologiczną więź rodzica z dzieckiem, o tyle w przypadku par jednopłciowych podana w wątpliwość jest już sama ta reguła, ponieważ w większości przypadków tylko jeden rodzic będzie biologicznie związany z dzieckiem. Rodzicielstwo drugiego z partnerów miałoby być oparte na więzi emocjonalnej, przyjęciu obowiązków związanych z wychowaniem dziecka i ewentualnych regulacjach prawnych. I w tym przypadku nie jest to sytuacja nowa – funkcjonuje tak wiele rodzin adopcyjnych. Ale znów można zapytać, czy w jakimś sensie sytuacja par jednopłciowych nie tworzy nowej normy, w której nie można będzie już założyć biologicznej więzi rodzica i dziecka. Jeszcze innym pytaniem jest pytanie o to, jakie jest dziś dokładnie znaczenie tej więzi, a jakie relacji prawnych. Iluzją jest bowiem myślenie, że rodzicielstwo we współczesnym społeczeństwie jest kwestią czysto biologiczną.

Komplementarność w sporze?

Czy w dyskusji o prawie osób homoseksualnych do bycia rodzicami można osiągnąć konsensus i określić, co byłoby najlepsze dla dzieci? W praktyce może być to niewykonalne, choć teoretycznie wydaje się względnie proste, mimo że rozwiązanie należy do złożonych.
Po pierwsze, należy mieć na uwadze dobro dzieci, które już teraz są wychowywane przez homoseksualnych rodziców i pracować nad rozwiązaniami prawnymi, ale też programami edukacyjnymi, które zapewnią im stabilizację w domu, bezpieczeństwo w szkole i zdrowy rozwój. Psychologowie i psychiatrzy cały czas próbują określić, czy dzieci osób homoseksualnych są narażone na negatywne czynniki, których nie znają dzieci osób heteroseksualnych. Badania te prawdopodobnie nie zostaną zakończone w najbliższej przyszłości, więc podczas gdy wciąż trwają, warto dokładać wszelkich starań, żeby dzieci miały najlepsze możliwe warunki do rozwoju niezależnie od tego, kto jest ich rodzicem.
Po drugie, otwarta – szczególnie w naszym kraju –pozostaje dyskusja, jak kształtować prawo dotyczące nie tylko związków jednopłciowych, ale też procedur związanych z metodą in vitro, korzystaniem z komórek rozrodczych anonimowych dawców czy usługami surogatek, które są powszechnie dostępne. W tej sprawie ogromnym wkładem może być ostrożność (a niekiedy też sceptycyzm) ludzi Kościoła – duchownych i świeckich. Jednak ma ona szansę zostać doceniona tylko wtedy, kiedy w proponowaniu idealnych rozwiązań określających przyszłość nie będzie ignorować dzisiejszej rzeczywistości. A tak niestety dzieje się zbyt często, kiedy np. dzieci poczęte metodą in vitro lub osoby homoseksualne słyszą ze strony Kościoła o tym, jak różne elementy z ich życia przeczą godności ludzkiej i naturze. W spokojnym zastanawianiu się nad kształtem prawa – a co za tym idzie: przyszłości społeczeństwa – niezbędny jest szacunek dla wszystkich biorących udział w dyskusji i dla zainteresowanych jej przebiegiem.

Jednym z największych niebezpieczeństw dla samej debaty (tej i kolejnych) jest niebezpieczeństwo utraty wspólnego języka. I nie chodzi tylko o założenia aksjologiczne leżące u źródeł każdego ze stanowisk, ale też o pojedyncze słowa, których zamiast do komunikacji niektórzy chcieliby używać do budowania podziałów. Podczas debaty nad kształtem prawa we Francji dyskutowano o zamianie w dokumentach słów „matka” i „ojciec” na określenia „rodzic 1” i „rodzic 2”. Wzbudziło to takie oburzenie, że niektórzy – również w Polsce – sugerowali, żeby w ramach protestu unikać słowa „rodzic”, a wszędzie gdzie to możliwe pisać o „matce” i „ojcu”. Takie podzielenie się językiem po połowie na pewno nie pomoże w wymianie argumentów.

Lecz nie chodzi tylko o słowa, ale też właśnie o argumenty. Trzeba włożyć jak najwięcej wysiłku w to, żeby były one dziś zrozumiałe. Nie wystarczy mówić o „wewnętrznym nieuporządkowaniu” osób homoseksualnych. Mało kto jest w stanie wytłumaczyć, na czym ta przypadłość polega i w czym mogłoby przeszkadzać w życiu. Należy więc szukać argumentów, które odkrywają prawdę o dzisiejszej rzeczywistości i nie są tylko mechanicznym powtarzaniem starych traktatów teologicznych.

Czy temat ustawy o związkach partnerskich, który na pewno będzie jeszcze w Polsce powracał, uda się nam wykorzystać do odnalezienia wspólnego języka? Gdyby celem miało być jedynie nauczenie się od nowa, jak prowadzić mądry dialog zamiast ideologicznych wojen, to, szczerze mówiąc, wątpię. Ale gdybyśmy wszyscy za cel naprawdę postawili sobie dobro dzieci – tych rzeczywistych…

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter