70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rodzina, czyli przebudowa. Od PACS do „małżeństwa dla wszystkich”

Jeśli z przykładu francuskiego wynikają dla nas wnioski, to przybierają one postać paradoksu. Otóż gdyby od razu zdecydowano się na wprowadzenie małżeństw dla par homoseksualnych, zapewne w mniejszym stopniu wpłynęłoby to na związki osób heteroseksualnych niż modyfikacje prawne ostatniej dekady.

Napoleon Bonaparte zapewne przekręciłby się w sześciu trumnach w Kościele Inwalidów na wieść o tym, jak prezentuje się dziś francuskie prawo rodzinne. Kontrowersyjne nowelizacje dokonywane są w – ongiś noszącym jego imię – kodeksie cywilnym z 1804 r. Co więcej, to cesarzowi Francuzów częściowo przypisuje się „zasługi” w ukształtowaniu drastycznie konserwatywnego modelu patriarchalnej rodziny francuskiej. Ów ideał rodziny właśnie w tym roku ulega ostatecznej dekompozycji w ustawodawstwie. Oto na początku lutego Zgromadzenie Narodowe (izba niższa parlamentu) przegłosowało nowy kształt artykułu 143 kodeksu cywilnego o następującym brzmieniu: „Małżeństwo jest umową dwóch osób różnej lub tej samej płci”. Ta niewielka zmiana wywołuje nie tylko polityczny zamęt, ale również efekt jurydycznego domina. W rezultacie słowa „matka” oraz „ojciec” miały zostać odpowiednio zastąpione przez termin „rodzic”, sformułowanie „mąż i żona” – na „małżonków” itd. Wobec wagi zmian w prasie codziennej odnotowano nawet godzinę głosowania. W kwietniu Zgromadzenie Narodowe ostatecznie przyjęło ustawę, zachowując jednak słowa „ojciec” i „matka”, i dodając termin „rodzice tej samej płci”. Nowe prawo wprowadza nie tylko możliwość zawierania małżeństw cywilnych przez pary jednopłciowe, ale także pozwala im adoptować dzieci na tych samych zasadach, co pary dwupłciowe. Jeśli Rada Konstytucyjna nie zgłosi zastrzeżeń, ustawa wejdzie w życie w czerwcu.

Biorąc pod uwagę, że przemiany obyczajowe czy rozwój techniczny już od wielu dziesięcioleci de facto modyfikują kształt rodziny i świat jej wartości – może warto zastanowić się, dlaczego dopiero teraz pojawiła się fala protestów nie tyle może bezprecedensowa co do samej skali, ile co do egzotycznego sojuszu przeciwników tzw. małżeństwa dla wszystkich (le mariage pour tous). Czy nadal można wyrażać przekonanie, że Francja to kraj, „który ukrywał konserwatyzm pod maską przejściowych upodobań”?

Francja na wulkanie

Jedno jest pewne: w niedzielę 24 marca tego roku odbyła się w Paryżu kolejna demonstracja przeciwników zmian w prawie rodzinnym („La Manif pour tous”) – i była to demonstracja jak dotąd największa. Zdaniem organizatorów na ulice wyszło 1,4 mln osób. Policja ostrożnie oszacowała kolorowy tłum na około 300 tys. Nie zmienia to faktu, iż porównywalnego protestu nie zorganizowano od blisko trzech dekad. Do stolicy przybywano całymi rodzinami. Rzucało się w oczy mnóstwo młodych twarzy. Krzyczano: „Hollande dyktator!”, śpiewano Marsyliankę, a nawet doszło do przepychanek z policją. W okolicach Łuku Tryumfalnego użyto gazu łzawiącego wobec demonstrantów, usiłujących przedostać się poza wyznaczony dla demonstracji teren.

Dotychczasowego modelu małżeństwa broniono z najróżniejszych pobudek. Doszło do „egzotycznego” sojuszu ponad dotychczasowymi podziałami politycznymi czy religijnymi. Sprzeciw wobec projektu partii socjalistycznej wyrażają nie tylko katolicy, ale także prawosławni, muzułmanie, przedstawiciele protestantów i Żydów (jak wielki rabin Francji Gilles Bernheim). Nie tylko, odwołująca się do dziedzictwa Charles’a de Gaulle’a, centroprawica, ale również skrajna prawica rodziny Le Pen. W jednym tłumie z działaczami Frontu Narodowego maszerowali imigranci. Wśród przeciwników „małżeństwa dla wszystkich” od kilku tygodni wyróżnia się także, co warto podkreślić, działacz… gejowski Xavier Bongibault.

Pewien młody człowiek w tłumie żądał zaś pracy, a nie tematów zastępczych. Tu pojawia się rzeczywiście zasadnicze (i powracające w debatach) pytanie: czy projekt małżeństwa dla par jednopłciowych może być uznany jedynie za „temat zastępczy” wobec innych problemów?

Istotnie, recepty lewicowego rządu w ogóle nie się sprawdzają, a „Francja tańczy na wulkanie” – jak to określił niedawno tygodnik „Le Point”. Sami obywatele mają wrażenie, że kraj zmierza ku katastrofie, i okrutnie karzą François Hollande w sondażach popularności (dziś przegrywa on nawet ze znienawidzonym ex-prezydentem Nicolasem Sarkozym!). Jednocześnie zupełnie aktualny prezydent V Republiki, niczym wolterowski Pangloss, snuje opowieść o tym, że „wszystko jest najlepsze na tym najlepszym z możliwych światów”.

Co trapi dziś Francję? Niestety, problemy można wyliczać niemal bez końca: wzrost gospodarczy bliski zeru, rekordowe bezrobocie, kolosalny dług publiczny, fatalne nastroje społeczne itd. . Do tego trzeba dodać wizerunkową kompromitację rządu Jean-Marca Ayraulta z osławionym podatkiem 75%. Najbogatszych obywateli do solidarności społecznej chciano po prostu zmusić. W efekcie nie tylko celebryci pouciekali z kraju, o czym w związku ze sprawą Gérarda Depardieu trąbiły media na całym świecie, ale jeszcze samą ustawę utrąciła Rada Konstytucyjna (odpowiednik naszego Trybunału Konstytucyjnego).

Pomysł drastycznego opodatkowania osób majętnych nadal wisi w powietrzu, jednak polityczny radykalizm lewicowego rządu objawia się nie tylko w sferze fiskalnej. W trakcie ostatniej kampanii wyborczej na stanowisko głowy państwa hasłami podszytymi niechęcią wobec „obcych” posługiwała się nie tylko Marine Le Pen, ale chętnie podchwycił je również Nicolas Sarkozy. Tym samym znalazły się one w głównym nurcie francuskiej polityki. Aby było ciekawiej – już po wygranych wyborach – populistyczne hasła przechwycił rząd lewicy, a konkretnie: minister spraw wewnętrznych. Manuel Valls, bo o nim mowa, w stylu kojarzonym raczej z poprzednią ekipą doprowadził do likwidacji obozów Romów na przedmieściach dużych miast. Organizacja „Human Rights Watch” biła na alarm, jednak z przeprowadzonych wówczas sondaży wynikało jasno, że 80% Francuzów popierało działania Vallsa. Podkreślmy, że oznacza to alians ponad podziałem na zwolenników Hollande’a i Sarkozy’ego . Jak widać, dotychczasowe podziały „prawica – lewica” nie tylko nie opisują francuskiej rzeczywistości, ale wręcz utrudniają należytą ocenę prowadzonej polityki. Podobnie rzecz ma się z „małżeństwem dla wszystkich”.

Zatem nieporozumieniem byłoby traktowanie małżeństw jednopłciowych wyłącznie jako tematu zastępczego na czas politycznych niepowodzeń lewicy. Tym bardziej że, z jednej strony, rząd dotrzymuje złożonej wcześniej przez François Hollande’a obietnicy wyborczej nr 31. Z drugiej zaś strony, rodzina francuska już uległa głębokim przemianom. To, co kiedyś stanowiło obyczajowy wyjątek, staje się powszechnie akceptowaną normą – granice „małżeństwa” nie pokrywają się z granicami „rodziny” (dość wspomnieć, że dziś większość dzieci rodzi się poza małżeństwami). Kathleen Kiernan na podstawie danych zebranych przez różnych badaczy stanowczo stwierdza, że na Zachodzie złoty wiek małżeństwa należy uznać za zamknięty na dobre. W XX w. w obrębie małżeństwa najpierw nastąpiło faktyczne przejście od modelu „małżeństwa jako instytucji” do „małżeństwa jako bycia razem”, aż po następny etap – „małżeństwa zindywidualizowanego”. Stąd już był tylko krok do nowych instytucji prawa cywilnego . Nikt nie powinien być zatem zaskoczony. A zaskoczeni wydają się… niemal wszyscy.

Na początku był PACS…

W chwili gdy my oswajaliśmy się ze smakiem wolności i wynikami wyborów do sejmu kontraktowego, 7 czerwca 1989 r. w Danii przegłosowano zupełnie nową regulację prawną: związki partnerskie dla par homoseksualnych. Nie tylko dla społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej takie rozwiązania mogły wydawać się czymś osobliwym. W Europie Zachodniej nowe rozwiązania także wzbudziły gwałtowne dyskusje. Po 15 latach kilkanaście państw przyjęło mniej lub bardziej podobne do duńskich rozwiązania, wkrótce dołączyła do nich Kanada. Nic dziwnego, że zaczęto badać globalizację idei związków jednopłciowych .

Jak było nad Sekwaną? Jesienią 1998 r. lewica mająca większość w parlamencie… przegrała głosowanie w sprawie związków partnerskich. Zaczęło się zatem od spektakularnej porażki, a przecież dziś pakt cywilny solidarności (pacte civil de solidarité – w skrócie: PACS) powszechnie uważa się za ogromny sukces. Prawica, protestująca także w latach 90. i podobnie jak dziś zasypująca lewicę setkami poprawek, w ciągu dekady de facto pogodziła się z nowym rozwiązaniem. Pomysł jest prosty: pakt cywilny solidarności to umowa zawarta pomiędzy dwiema dorosłymi osobami różnej lub tej samej płci celem urządzenia wspólnego życia (zgodnie z art. 515–1 kodeksu cywilnego). Wprowadzono ograniczenia co do tego, kto może zawrzeć PACS. Umowa nie może zostać zawarta pomiędzy krewnymi (do określonego stopnia pokrewieństwa), osobami, które już pozostają związane paktem cywilnym solidarności ani też osobami, które pozostają w związku małżeńskim. Powyższe ograniczenia Katarzyna Sójka-Zielińska odczytuje w ten sposób, iż w intencjach ustawodawcy PACS obejmuje nie tylko zwykłą wspólnotę interesów czy zamieszkania, ale także pożycie płciowe . PACS zawiera się w uproszczonej formie przed urzędnikiem sądowym. Ulega rozwiązaniu, w różnych sytuacjach, np. gdy partnerzy razem wstąpią w związek małżeński (lub tylko jeden z nich). Do rozwiązania umowy wystarczy także, że jeden z partnerów zawiadomi pisemnie drugiego partnera o swojej decyzji, jednocześnie kierując kopię zawiadomienia do kancelarii właściwego sądu. PACS ulega także rozwiązaniu, gdy partnerzy podejmą taką decyzję i złożą oświadczenie woli w stosownej formie. Pakt cywilny solidarności wprowadził szereg praktycznych ułatwień dla partnerów: umożliwił korzystanie z zasiłku pogrzebowego na wypadek śmierci jednego z nich czy z ubezpieczenia społecznego partnera na wypadek choroby. Ustawodawca wyraźnie premiował związki długotrwałe – z upływem określonego w ustawie czasu partnerzy zyskiwali w ramach PACS większe uprawnienia, np. ulgi w podatku od spadków i darowizn czy możliwość wspólnego opodatkowania dochodów. Jak widać, PACS próbował promować pewną trwałość relacji, jednak, co do zasady, bez imitowania małżeństwa. Brak regulacji pozycji prawnej dziecka, zrodzonego w związku PACS, może tu wystarczyć za dowód .

Statystycznie rzecz biorąc, PACS to rozwiązanie, z którego w przytłaczającej większości korzystają pary heteroseksualne. W 2011 r. pary jednopłciowe zawarły jedynie 4,4% wszystkich umów! Podkreślmy: zatem nowe rozwiązanie przede wszystkim zmieniło życie par, których w gorącym, politycznym sporze w latach 90. w zasadzie nie brano pod uwagę. Dyskutowano przecież o tym, czy pary jednopłciowe należy z wyboru życia seksualnego wynosić do poziomu instytucjonalnego. Zastanawiano się, czy konkubinat nie powinien być dostatecznym rozwiązaniem problemu. Z drugiej strony, przytaczano dramatyczne historie, które rzeczywiście miały miejsce w związku z epidemią AIDS. Podkreślano, że nie można współcześnie godzić się na taki przejaw dyskryminacji. Po latach, gdy na łamach „Le Monde” z pewną nostalgią wspominano naiwność ówczesnych sporów, autorka nawet pokusiła się o stwierdzenie, że Francja była źle przygotowana do dyskusji (sic!). „Wierna swojej tradycji uniwersalistycznej, wykazywała słabe tradycje uznawania praw mniejszości” .
Początkowo z paktu cywilnego solidarności skorzystało niewiele ponad 6 tys. par. Jednak możliwość „spacsowania się” utrafiła w oczekiwania społeczne. W 2006 r. umowy zawarło aż 77 362 pary. Przyrost zaiste lawinowy, skoro w 2011 r. było to już 205 558 par. To prawdziwa zmiana społeczna. Dla porównania warto sięgnąć do statystyk dotyczących „tradycyjnych” małżeństw. W 2000 r. zawarto ich 305 000. Następnie ich liczba zaczęła spadać: w 2007 – do ok. 260 000, wreszcie w 2011 – do ok. 236 tys. Jakkolwiek PACS zawarło we Francji ponad milion osób, to większość Francuzów pozostaje w związkach małżeńskich lub żyje na kocią łapę. Dość wspomnieć, że spośród osób w wieku 18–39 lat tylko 3% zawarło PACS (2009) .

Poza tym – nowe rozwiązanie zbliżyło się do małżeństwa – pary chętniej zawierają PACS w czerwcu lub lipcu. Na związek decydują się osoby po ukończeniu 30. roku życia. Wbrew wcześniejszym obawom PACS nie ulega rozpadowi częściej niż małżeństwo. To może zaskakiwać, ale różnice proceduralne nie mają tu żadnego znaczenia – rozwiązania umów oraz rozwody statystycznie sytuują się na tym samym poziomie ok. 18–19% .
Jeśli z przykładu francuskiego wynikają dla nas wnioski, to przybierają one postać paradoksu. Otóż gdyby od razu zdecydowano się na wprowadzenie małżeństw dla par homoseksualnych, zapewne w mniejszym stopniu wpłynęłoby na związki osób heteroseksualnych w ciągu ostatniej dekady.

Małżeństwo dla wszystkich?

Urodzona w Gujanie Christiane Taubira, ciemnoskóra profesor nauk ekonomicznych, dziś minister sprawiedliwości w rządzie lewicy, zaskoczyła wszystkich posłów imponującą determinacją, z którą broniła nowych rozwiązań. Dosłownie maltretując mikrofony w Zgromadzeniu Narodowym, mówiła o prawie i miłości, z pamięci cytując długie wersy poezji czy myśl filozofa Emmanuela Levinasa.

Zasadnicze pytanie brzmi oczywiście: dlaczego wprowadzać nowe rozwiązanie, skoro już istnieje PACS? Otóż w imieniu rządu pani minister podkreśliła konieczność zmian legislacyjnych. „Należy wkroczyć w nowy etap” – jak głosi oficjalne stanowisko ministerstwa. Od czasu, gdy wprowadzono pakt cywilny solidarności, myśl o konieczności otwarcia małżeństw dla osób tej samej płci upowszechniła się. PACS, co prawda, pozwolił na zaspokojenie istotnych potrzeb społecznych, nie odpowiada jednak na wszystkie potrzeby par homoseksualnych. Jeśli bliski jest nam postulat równości, to nie można nikomu odmawiać prawa do zawarcia małżeństwa czy adopcji. W projekcie ustawy dorzucono do uzasadnienia garść argumentów z historii prawa, sięgając aż po starożytność.

Co wynika ze zrównania statusu prawnego par jednopłciowych z parami heteroseksualnymi? Przede wszystkim małżonkowie będą objęci reżymem wspólnoty majątkowej, przewidzianej ustawą, chyba że zdecydują się zawrzeć intercyzę. Na płaszczyźnie prawa spadkowego małżonkowie jednopłciowi zyskają status dziedzica koniecznego. Po ślubie można przyjąć nazwisko drugiego małżonka albo nosić nazwisko dwuczłonowe. Wreszcie małżonkowie jednopłciowi mogą razem skorzystać z prawa do adopcji.

W zasadzie wyliczanie uprawnień uzmysławia nam, że chodzi o banalny model małżeństwa laickiego. W ten sposób odbierają to chyba sami Francuzi. Rząd nie wprowadza nikogo w błąd, gdy stwierdza, że większość obywateli nie ma nic przeciwko „małżeństwom dla wszystkich”. Od czasu wyborów prezydenckich aż do rozpoczęcia dyskusji w Zgromadzeniu Narodowym poparcie dla pomysłu wyraża niezmiennie około 57–60% respondentów . Bez przesady można powiedzieć, że dziś to nie sama idea małżeństw dla par jednopłciowych budzi wątpliwości czy opory, lecz niektóre konsekwencje jej urzeczywistnienia. Na przykład w dzienniku TF1 pokazano zwolenników „małżeństwa dla wszystkich”, których skrupuły dotyczyły po prostu wykreślenia słów „ojciec” i „matka” z kodeksu cywilnego . Sprawa jest jednak poważniejsza.

Namiętna debata

Najciekawsze (i najgorętsze) dyskusje dotyczą rozmaitych konsekwencji „małżeństwa dla wszystkich”, w szczególności prawa do adopcji czy ewentualnego korzystania z technik wspomaganego rozrodu (fr. procréation médicalement assistée – PMA) przez pary jednopłciowe. Gorąca wymiana zdań, do której doszło w legendarnej audycji radiowej Alaina Finkielkrauta „Répliques” , to znakomity punkt wyjścia do przyjrzenia się poziomowi debaty. Na co dzień w mediach słyszy się głównie płaskie wypowiedzi polityków różnych partii. Nie oznacza to, iż poza ich plecami nie odbywają się poważniejsze rozmowy. Pierwszy z gości audycji, socjolożka prawa, Irène Théry (l’EHESS), przekonywała, że małżeństwa dla par jednopłciowych nie są jakimś społecznym skokiem w nieznane. To wynik namysłu nad ewolucją, której podlega każda zbiorowość, i związana z tym próba przezwyciężania rozmaitych ludzkich niedoskonałości. Théry odżegnywała się od banalnego języka zaprowadzania równości pomiędzy parami homoseksualnymi czy heteroseksualnymi, na rzecz rozmowy o małżeństwach osób, które oczywiście zachowują odrębność płciową. Zwolenniczka „małżeństwa dla wszystkich” z prawem do adopcji, zastrzegała jednak, że PMA powinny mieć tylko małżeństwa lesbijek (taki projekt forsuje aktualny rząd). Gdy Alain Finkielkraut zastanawiał się, czy do żądań prawa do PMA nie skłania po prostu pycha współczesnego indywidualizmu, drugi gość „Répliques” Paul Thibaud, filozof i były szef miesięcznika „Esprit”, stwierdził, że sprzeciwia się małżeństwom jednopłciowym z uwagi na ich logiczne i społeczne konsekwencje. Retoryka równości z czasem prowadzi do udostępniania PMA wszystkim małżeństwom, a to oznaczać musi prawne dopuszczenie do istnienia matek zastępczych.

A temu sprzeciwiają się nawet lewicowi intelektualiści. Filozofka, Sylviane Agacinski, zwolenniczka małżeństw jednopłciowych, uważa za absurdalne pojawiające się porównania instytucji matki zastępczej z wynajmowaniem się człowieka do pracy. Z takich paralel wynika, jej zdaniem, że ktoś zupełnie nie orientuje się, czym dla organizmu jest ciąża. Stopień ingerencji w życie kobiety (od sposobu odżywiania aż po seksualność), która decyduje się na zostanie matką zastępczą – zdaniem autorki Polityki płci – oznacza, że następuje tu niedopuszczalna redukcja osoby do rzeczy . Z drugiej strony Agacinski, wsłuchując się w argumenty zwolenników nowych rozwiązań, zastanawia się, czy rzeczywiście – jak to się czasem dowodzi – dwie osoby jednej płci można w jakimkolwiek sensie zrównać z jedną osobą przeciwnej płci. Filozofka zauważa, iż oznaczałoby to negowanie tak skończoności, jak i niezupełności każdej z dwóch płci, negowanie granicy, jaką dwie płcie są dla siebie wzajemnie; granicy, której – zdaniem Agacinski – nie można wymazać nawet uczuciem miłości.
Spór rzeczywiście wprowadził do głównego nurtu debaty i problemów, którymi zajmowali się dyskretnie bioetycy i inni eksperci. Jako wielką niewiadomą podkreśla się wpływ wychowania przez pary jednopłciowe na psychikę dzieci. Być może to wątpliwość wynikająca z niewiedzy o tym, co się od dawna dzieje we francuskim społeczeństwie. Biorąc pod uwagę, że osoby samotne mogą przysposobić dziecko czy dokonać sztucznego zapłodnienia, naiwnością byłoby utrzymywanie, iż takie zjawisko już dziś nie ma miejsca. Nawet minister sprawiedliwości w jednym z płomiennych przemówień w Zgromadzeniu Narodowym przyznała, że we Francji istnieją już rodziny jednopłciowe wychowujące dzieci. Tyle, że tygodnik „L’Express” wykazał, iż skala zjawiska jest dziś bardzo trudna do oszacowania.
Statyczny model małżeństwa można uzasadniać oczywiście na gruncie religijnym. Jednak historycznie rzecz biorąc, rozumienie „rodziny” i „małżeństwa”, wiązanych z nimi wartości i obyczajów, w naszym kręgu kulturowym ulegało w ciągu wieków kolosalnym przemianom. Biorąc pod uwagę fakt, że modelem najbardziej rozpowszechniony w czasie i przestrzeni był model, który zakładał, że mężczyzna może odtrącić żonę i ponownie się ożenić, za swoistą rewolucję trzeba uznać samo przyjęcie jako wzorca nierozwiązywalnego małżeństwa monogamicznego.

To w wyniku przemian miłość pomiędzy małżonkami stała się wartością. Z czasem przełamano nawet tabu mówienia o wzniosłych uczuciach pomiędzy mężem i żoną, co wcześniej uważano za przejaw niedyskrecji. W ciągu ostatnich ponad 200 lat powszechnie zaakceptowano małżeństwa cywilne i rozwody. Przestano karać za pozostawanie w konkubinacie. Zmieniła się na lepsze sytuacja prawna nie tylko kobiet zamężnych, ale i dzieci pozamałżeńskich (np. we francuskim kodeksie cywilnym drastycznie upośledzonych). W prawie rodzinnym upadają takie „dogmaty”, jak choćby rzymska zasada, iż „matka jest zawsze pewna”. W czasach biotechnologii przedmiotem sporu może stać się nawet macierzyństwo (gdy jedna kobieta rodzi dziecko, choć komórka jajowa pochodzi od innej kobiety). „Małżeństwo dla wszystkich” to tylko fragment pejzażu znacznie większych przemian. Z historii życia prywatnego wiemy, iż odpowiedź na fundamentalne pytanie, jak „być razem” nigdy nie była jedna.

„Małżeństwo dla wszystkich”, czyli konserwatyzm?

„Są małżeństwa dobrane, lecz nie ma wybornych” – pisał La Rochefoucauld. Niektórzy zastanawiali się, dlaczego w ogóle homoseksualiści chcą się żenić w czasach, gdy modne są luźne związki. Przewrotna odpowiedź przyszła zza Kanału La Manche – z ust Davida Camerona. Brytyjski premier, który doprowadził do sprawnego przegłosowania w parlamencie brytyjskiego odpowiednika „małżeństwa dla wszystkich”, stwierdził, że nikogo chyba nie powinno dziwić, że jako właśnie konserwatysta jest za małżeństwami – ktokolwiek by ich nie zawierał. W trakcie wspomnianej wcześniej audycji „Répliques” Irène Théry zauważyła, że wszyscy siedzący przy stole pozostają w związkach małżeńskich. „Skąd zatem ta pochwała pozostawania poza nimi?” – zapytała socjolożka. Żaden z panów w studio nie znalazł odpowiedzi na zadane pytanie.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter