70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polak. Katolik. Żyd

W 1966 r. Romuald Waszkinel otrzymuje święcenia kapłańskie. 20 lat wcześniej Batia Wekslerowa zanosi go zawiniętego w pieluchę do Elżbiety Waszkinel, prosząc: „Pani jest chrześcijanką (…). Niech więc pani ratuje to żydowskie niemowlę w imię tego Żyda, w którego Pani wierzy”. 35 lat później ks. Waszkinel dowiaduje się o swoim pochodzeniu. Coś w nim wtedy pęka. Całe jego dalsze życie będzie próbą przezwyciężenia tego pęknięcia, konstruowania na nowo swojej pamięci i tożsamości.

Od dziecka towarzyszyło mu poczucie odmienności, początkowo niejasne i ledwie rozpoznawalne, ale na tyle dojmujące, że będzie usiłował „wtopić się w otoczenie, żeby być taki jak wszyscy”. Uderzające niepodobieństwo do rodziców, które wykrzyczy kiedyś przed lustrem, i słowa wypowiedziane w jego obecności przez przygodnie spotkanego mężczyznę („a skąd pan wytrzasnął tego żydka”), zapadną mu głęboko w pamięć i będą nieuchronnie powracać. Kiedy w 1978 r., będąc już księdzem i pracownikiem KUL-u, dowie się, że urodził się w getcie w rodzinie żydowskiej, mgliste niegdyś poczucie odrębności i nieprzynależności nabierze bolesnej realności, przed którą ks. Waszkinel nie będzie mógł się uchylić. Człowiek o twardym karku Dariusza Rosiaka jest opowieścią o doświadczeniu, o którym niepodobna było pomyśleć przed wojną: opowieścią o byciu księdzem, Polakiem i Żydem jednocześnie.

Rozpisany na głosy – często rozmijające się i ze sobą sprzeczne – reportaż Rosiaka czytać można na wiele sposób. Z jednej strony to przejmująca opowieść o obcości i odrzuceniu, które boli fizycznie i wywołuje rozgoryczenie. Waszkinel-Weksler nie uniknie tego, przed czym uciekał w dzieciństwie. Jeszcze przed ujawnieniem pochodzenia, na KUL-u pojawiają się plotki o jego semickości, na wydziałowej stołówce ksiądz słuchał zaś będzie o „komunistycznym paskudztwie żydowskim”. W roku 1992 otrzyma listy z pogróżkami, a na ulicy usłyszy, „czy nie ma na bilet”. Nie mniej boleśnie odczuwał będzie to, czego wcześniej nie zauważał, wczytując się w Ewangelię i wsłuchując w kościelną liturgię. Śpiewana w kościele linijka z pieśni wielkanocnej Otrzyjcie już łzy płaczący: „Darmo kamień wagi wielkiej Żydzi na grób wtoczyli (…)” okaże się dla niego traumą. Powie: „Stoję w tłumie, słyszę ją, i czuję się wyrzucony poza nawias”, „włączam się w nią i zaraz czuję ból, bo boję się, że za chwilę zostanę odrzucony”. W końcu ks. Waszkinel wróci w swoich tekstach do kościelnego antyjudaizmu, określając go jako najgroźniejszego wirusa podsycającego chorobę antysemityzmu, bez którego Zagłada byłaby nie do pomyślenia. Kiedy w czasie kampanii prezydenckiej zobaczy na murze plakat z wizerunkiem Mazowieckiego zamalowanym gwiazdą Dawida i napisem: „Żydzi do gazu”, zwróci się w homilii do parafian, że tymi słowami „wpisują się w wyroki Hitlera”. Następnego dnia nie będzie go już na liście do odprawiania mszy.
Książkę Rosiaka czyta się jednak przede wszystkim jako opowieść o konflikcie Waszkinela, który jest nie tyle i nie tylko konfliktem tego, co w nim polskie i tego, co w nim żydowskie, ale jeszcze bardziej: tego, co w nim chrześcijańskie i tego, co wyrasta z tradycji, od której nie może uciec. Bohater reportażu Rosiaka będzie nieustanie próbował zlepić swoją rozszczepioną tożsamość, szukając pomostu, który mógłby przerzucić nad przepaścią dzielącą oba te światy. Choć Waszkinel wyjedzie do Izraela, gdzie w religijnym kibucu (a potem poza nim) próbował będzie rekonstruować swoją tożsamość narodową i zrozumieć judaizm, nigdy nie odrzuci swojej przeszłości, swojego kapłaństwa i Chrystusa. Na natarczywe pytania Rosiaka o boskość Jezusa odpowie rozpaczliwie: „Tutaj strzela mi w głowie, tutaj jestem bezradny”, ale dodaje, że „Jezus był zawsze ze mną (…) [i] od Jezusa nikt mnie nie oderwie”. „Czy to się mieści w doktrynie, czy się nie mieści, jest mi wszystko jedno”.

Filozof Michael Bendamon, z którym Weksler-Waszkinel zaprzyjaźnił się w Izraelu, powie Dariuszowi Rosiakowi: „Myślałem, że w Jerozolimie zbliży się jeszcze bardziej do judaizmu, (…) teraz myślę, że tak nie będzie. Pozostanie na zawsze w takim zawieszeniu, między dwoma światami. Nie ma w tym nic złego, taka jest jego droga, taka jego tożsamość”. Ale w mieszkaniu-piwnicy w centrum Jerozolimy, gdzie zostawi swojego bohatera Rosiak, Waszkinel będzie sprawiał wrażenie pogodzonego ze sobą i ze swoim losem. Przezwycięży poczucie rozdarcia i zawieszenia. Powie: „Dwie rodziny, polska i żydowska, skleiły się we mnie w nazwisku Weksler-Waszkinel i chciałbym, żeby tak pozostało. I żeby nikt mnie już nie rozdzierał”.

Opowieść Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela jest w swoim niesłychanym splątaniu historią niezwykłą, chciałoby się powiedzieć: do niczego niepodobną. Ale w istocie jest jeszcze jedną odsłoną tego samego dramatu, którego po wojnie nie sposób było uniknąć. Wpisuje się w dyskurs o utracie, o odkrywaniu prawdziwej tożsamości i wewnętrznej pustce, którą próbuje się zapełnić przez całe życie. Ostatecznie reportaż Rosiaka można przeczytać jeszcze inaczej: jako opowieść o nas samych, która z jednej strony nie pozostawia złudzeń, a z drugiej – przynosi pokrzepienie. Trudno powiedzieć, czy akt przyjęcia żydowskiego dziecka przez polską matkę równoważy późniejsze cierpienie Waszkinela. Joanna Krupska widzi w nim swoisty znak zjednoczenia. Trudno nie zgodzić się z tym rozpoznaniem. Waszkinelowa, przyjmując Jakuba z rąk Batii Wekslerowej wiosną 1943 r., wykonała symboliczny gest przyjęcia do siebie narodu żydowskiego – gest, do którego jako naród nigdy nie byliśmy gotowi.

Dariusz Rosiak
Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela
Czarne, Wołowiec 2013, s. 207

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter