70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oczami nierozumiejącego

Niewiadomych w książce Littella jest tyle, że można zastanowić się, czy jego reporterska podróż do Syrii miała sens. Wbrew pozorom odpowiedź musi być twierdząca. Pośród całej niepewności cierpienie ludzi pozostaje niepodważalnie prawdziwe.

Najnowsza książka Jonathana Littella Zapiski z Homs to prawie niezmienione notatki, które autor spisywał podczas nielegalnego pobytu w Syrii w styczniu 2012 r., kiedy kraj już od wielu miesięcy pogrążony był w tragicznej wojnie między utrzymującym władzę prezydentem Baszarem al-Asadem i siłami rewolucyjnymi. Autor udał się tam wraz z fotografem Manim, pełniącym jednocześnie funkcję tłumacza, żeby zebrać materiał do reportażu dla francuskiego „Le Monde”. Tekst był tworzony na bieżąco podczas pobytu na terenach codziennie ostrzeliwanych, opisy zdarzeń są krótkie, urywane, pozbawione spokojnej analizy. Może właśnie z tego powodu czytając, można mieć wrażenie, że książka wiele pokazuje, lecz niewiele tłumaczy. Wiele możemy oczami Littella zobaczyć, ale nie więcej niż on zrozumieć.

Codzienność syryjskiego Homs opisywana przez Littella to dosyć regularnie powtarzające się ostrzały ulic urządzane przez reżimowych snajperów, opatrywanie ran cywilów w szpitalach pozbawionych sprzętu, lekarstw i personelu, pogrzeby, długie godziny, kiedy nic się nie dzieje, wystawne posiłki spożywane razem z rebeliantami. Littell postanowił dotrzeć do takiej Syrii, której nie pokazują światu reżimowe media, ale też takiej, której nie cenzuruje powołane przez rewolucjonistów Biuro Informacji. (Muszą się do niego zgłosić wszyscy dziennikarze chcący pokazać syryjską wojnę z perspektywy rebeliantów.) Jak pisze Littell: „Stanowisko Biura jest jasne: można fotografować wszystko, co ma charakter pokojowy, manifestacje, pomoc humanitarną, cierpienia cywilów itp., ale jeśli chodzi o sprawy wojskowe, WAS [Wolną Armię Syrii – przyp. M.Z.] i jej akcje – to już nie bardzo” (s. 66). Słowa te pokazują, że w Syrii obok wojny na karabiny, toczy się między walczącymi stronami wojna o wizerunek poza granicami kraju. Autorowi Zapisków… ostatecznie udaje się uniknąć kontroli Biura Informacji. Po dzielnicach miasta oprowadzają go cywilni bojownicy, wielokrotnie rozmawia z żołnierzami WAS, spotyka rodziny zabitych i rannych. Ale mimo że nie ma nad nim żadnej instytucji cenzurującej, można odnieść wrażenie, że ważny obszar rzeczywistości pozostaje poza jego zasięgiem.

Pierwszą przeszkodą jest po prostu nieznajomość języka. Littellowi towarzyszy wprawdzie tłumacz, ale nie zawsze jest w pobliżu. Niekiedy, po wyczerpujących godzinach oglądania demonstracji, cierpień rannych i słuchania strzałów, fotograf unika kontaktu i nie tłumaczy toczących się rozmów. Innym razem znowu, sam nie do końca rozumie sytuację i razem z Littellem staje się obiektem żartów ze strony przyjmujących ich Syryjczyków. Mani wie, jak ważny jest język. Zarzuca pewnemu belgijskiemu dziennikarzowi piszącemu proreżimowe relacje, że nic nie zrozumiał ze swojego pobytu w Syrii i powinien zająć się krajami, w których mówi się po angielsku, skoro tylko taki język obcy zna.

Drugą trudnością jest postawa napotkanych bojowników i cywilów, którzy dobrze wiedzą, że trzeba ostrożnie konstruować komunikat, jaki zostanie wysyłany w świat. Otwarcie mówią Littellowi, że nie wszystko mogą mu pokazać i w pewne miejsca nie będzie miał wstępu. Jeden z syryjskich fotografów, który dostarcza zdjęcia m.in. dla Al-Dżaziry, mówi mu, że sam uważa się za aktywistę, nie za dziennikarza: „Za nic nie mógłbym wysłać zdjęcia, które zaszkodziłoby rewolucji” (s. 135). Ważną częścią dnia jest dla rebeliantów uaktualnianie informacji w sieci – publikują nowe filmy na YouTube, piszą na blogach i serwisach społecznościowych o kolejnych ofiarach reżimu. Wygląda więc na to, że dziennikarz zbierający materiały na miejscu ma do informacji dostęp niewiele większy, niż gdyby nie ruszał się sprzed komputera w swoim kraju. Od rebeliantów dowie się niewiele więcej niż reszta świata śledząca konflikt w Internecie. Syryjczycy wiedzą, że Littell przyjechał po to, żeby zobaczyć i opowiedzieć światu. Ale co zobaczy, zależy w dużym stopniu od nich samych. Pewnego dnia Littell rozmawia z oficerem, który zdezerterował z armii Asada, żeby walczyć po stronie rewolucjonistów. Rozczarowany postawą państw zachodnich dowódca mówi: „Czas, w którym wszystko pokazywaliśmy, to już przeszłość. Jeżeli wasze narody niczego nie zrozumiały przez jedenaście miesięcy, to już teraz nie ma to sensu” (s. 76).

Jeszcze innym problemem jest dezinformacja wśród samych Syryjczyków. Poza głównym sporem między władzami reżimu i rebeliantami z czasem pojawiają się oznaki wrogości między różnymi grupami wyznaniowymi. Niektórzy radykałowie chcieliby rozpoczęcia wojny religijnej, więc uciekają się do prowokacji, do zabójstw, które później łatwo będzie przypisać komuś innemu. W książce nie brakuje informacji o tym, że niektórzy z rozmówców autora nie tylko wybiórczo dzielą się swoją wiedzą, ale też są odpowiedzialni za fałszowanie dowodów czyjejś winy. Rodziny od pokoleń mieszkające obok siebie nie wiedzą już, czy bać się sąsiadów, czy wierzyć w ich niewinność. Nie wie tego też Littell.
Wątpliwych tez i niewiadomych jest tyle, że można zastanowić się, czy reporterska podróż Littella miała w ogóle sens. Czy w epoce informacji, która obiega świat w kilka sekund, warto jeszcze być świadkiem? Czy można być świadkiem w czasach, kiedy wygrywa ten, kto pokazuje bardziej przekonujący obraz świata, choć niekoniecznie w pełni prawdziwy?

Wbrew pozorom odpowiedź na te pytania musi być twierdząca. Pośród całej tej niepewności cierpienie ludzi pozostaje niepodważalnie prawdziwe, a śmierć widziana na własne oczy mówi więcej niż starannie zbudowany wizerunek medialny odbierany za pośrednictwem ekranu. Littell traktuje tragedie Syryjczyków tak, jak wszystkie inne elementy krajobrazu – nie zatrzymuje się nad nimi, nie analizuje, po prostu notuje, co widzi. I dlatego jest to tak wstrząsające – bo nikt nie tłumaczy dlaczego, po co, za co. Tylko pokazuje ciało zabitego chłopca przygotowane do pogrzebu. Przerażoną starszą kobietę z przestrzeloną, krwawiącą szczęką. Mężczyznę z dzieckiem na ramieniu na tle ruin ich domu. Takich portretów są w Zapiskach… dziesiątki.

Można odnieść wrażenie, że to właśnie surowy, lakoniczny styl książki sprawia, że cierpienie ludzi staje się bolesne w odbiorze. Littell widzi obrażenia ciała, widzi fizyczność, którą wszyscy odczuwamy tak samo, niezależnie od języka, w jakim wtórnie próbujemy nadać okaleczeniu jakiś sens. To cierpienie, które widzimy oczami autora, nie ma na celu potwierdzania żadnej wersji konfliktu. Nie próbuje sprawiać żadnego wrażenia. Po prostu jest i jest przerażające, jak roztrzaskane kości i krew kapiąca na podłogę.

Dramat Syryjczyków pogłębia jeszcze bardziej brak opieki medycznej. Charakterystyczna dla obszarów opisywanych przez Littella jest nieobecność lekarzy. Wielu z nich było torturowanych za pomoc udzieloną wrogom Asada. Kiedy później wypuszczano ich z więzienia, uciekali z kraju. Niektórzy z nich widzieli, jak w szpitalach tworzone były oddziały więzienne. Trafiali tam ranni rebelianci, ale odmawiano im pomocy. Lekarze, którzy byli od dawna zatrudnieni w tych placówkach, nagle tracili możliwość ulżenia cierpieniom ofiar. Uczciwe wykonywanie zawodu stawało się niemożliwe. Kiedy Littell odwiedza prowizoryczne lecznice, rany opatrują tam weterynarze, pielęgniarze, studenci medycyny. Nie ma leków ani sprzętu, ginie wielu rannych, którzy w innych warunkach mogliby przeżyć. Niewypowiedziane cierpienie pozostaje bez odpowiedzi.

Autor Zapisków… daleki jest od rozczulania się nad losami Syryjczyków. Przeciwnie, wielokrotnie dystansuje się od tego, co go otacza. To może nawet irytować, kiedy pisze: „nie mam dziś siły na zabawę w wojnę, zostaję sam w mieszkaniu i czytam Plutarcha, to lepsze niż zastanawianie się, czy kiedykolwiek zdołam wyjechać z tego cholernego miasta” (s. 243). Cała jego osobowość jest jakby nieobecna. Oddaje czytelnikom tylko swoje oczy, którymi możemy patrzeć na Syrię i jej coraz bardziej zagmatwaną wojnę. Później sami już musimy wybrać, co nas poruszy, co zastanowi, co pominiemy jako nieistotne.

Jonathan Littell
Zapiski z Homs
tłum. Magdalena Kamińska-Maurugeon
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2013, s. 280

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter