70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Księga Miasta

Ta myśl o. Pierre-Marie Delfieux zaskakuje: miasto jako miejsce biblijne, miejsce spotkania z Bogiem. Zatem nie pustynia, ulubiony bezkres pustelników i demonów, i nie klasztor położony na odludziu, próbujący w ten sposób urzeczywistnić utracony raj.

Myśl Delfieux zdaje się iść na przekór pobożnym wyobrażeniom. Nie w ciszy, ale pośród rytmu życia miasta. Nie w oddaleniu od ludzi, ale przebywając pośród nich. I wreszcie: nie wyróżniając się pośród mieszkańców miasta, ale razem z nimi pracując, wynajmując mieszkania, stojąc w korkach i poszukując pracy. Jerozolimskie Wspólnoty Monastyczne wydają się paradoksalne, ponieważ idą na przekór naszym wyobrażeniom o monastycyzmie i szukaniu Boga. Myśl Delfieux jest jednak całkowicie biblijna: Nowy Testament kończy się obrazem miasta opisanym w Apokalipsie. „Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. I oto usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem (…)” (Ap 21, 2–3). Po opisie górskich szczytów, nocach i dniach spędzonych na pustyni, czuwaniach w świątyniach – wszystkich miejsc niejako uprzywilejowanych, gdzie Bóg przemawiał – na końcu pozostaje tylko jedno miejsce. Miasto.

Teopolis

Miasto jest tym punktem, który określa moją tożsamość. Mieszkam w Olsztynie, nie chcę mieszkać w Warszawie – to stwierdzenie ma moc wyznania. Uciekam od miasta, aby zdążać do miasta. W innym mieście jest lepiej niż w tym. I nawet jeśli żyję z dala od miasta, to wciąż pozostaje ono trwałym punktem odniesienia mojego krajobrazu oraz moich wyborów. W taki czy inny sposób żyję w obrębie miasta. Nie powinno to dziwić, jeśli mamy w pamięci jego rozległe rozmiary. Tak, miasto jest wszędzie. Dociera na prowincję, wchłania ją. Unieważnia dotychczasowe podziały na wieś i metropolie. Granice są płynne, zachłanne. To, co jeszcze parę lat temu było granicą miasta, teraz jest jego dzielnicą. Tam gdzie niegdyś nie docierał autobus, teraz standard życia niebywale się podniósł – prowincja jest miastowa. I wreszcie: tam gdzie miasto nie spełnia moich oczekiwań, klnę pod nosem: co za wieś! Metropolia nie porządkuje już rzeczywistości, nie jest zbiorem niezmiennych stałych, dzięki którym mogę dokonać oceny tego, co tu i teraz. Miasto nie jest już niewzruszone, dostojne, niezmienne. Przeciwnie, wpisana weń jest metamorfoza, lifting, zmiennokształtność. Już nie tradycja, ale nowoczesność. Dlatego też miasto to obszar ciągłego napięcia, gubienia się i odnajdywania, styku przypadkowości i upartej determinacji. Nic nie jest w stanie opisać lepiej stanu duszy współczesnego człowieka niż metropolia. To nie twierdza wewnętrzna, nawet nie ogrody mistyków, tylko poszarpane, rozdziawione miasto, które upokarza i podnosi. Wszyscy jesteśmy naznaczeni, dotknięci przez miasto. Jesteśmy miastowi.

Beton, rynek, dzielnice upadłe i zakazane. Katedra i nowe świątynie neonowych bożków. Miasto męczy. Nieustannie lawiruje między Nierządnicą a Oblubienicą, Babilonem a obiecanym Jeruzalem. Miasto zawieszone między stygmatyzującym przekleństwem a życiodajną obietnicą. I jak tu żyć? Metropolia oferuje albo nadmiar możliwości i wrażeń, albo odczytuję miasto jako więzienie, z którego podejmuję rozpaczliwe próby ucieczki. Życie w mieście to wstąpienie na trudną drogę balansowania na krawędzi między tu a tam, między „już” a „jeszcze nie”. Samotność w skupisku ludzi. Bezrobocie w mieście żyjącym z pracy. Miasto poniżające, żyjące z wyzysku, choć jest materialnym zapisem dumy i wartości wyniesionych na sztandarach, herbach, dewizach.

Życie w sprzecznościach, mijające w paradoksach. I w tym całym galimatiasie obrazów, uczuć, Pierre-Marie Delfieux wprowadza tę myśl: miasto jest miejscem spotkania z Bogiem. Słowa o. Delfieux są z gatunku odkryć – to nic innego jak odczytanie tego, co już było dane. Jerozolima jest miejscem danym ludziom od Boga, to również miasto zbudowane przez ludzi dla Boga. Od tej pory te dwa obrazy – zstępowania i wstępowania – będą się wzajemnie przenikać. Miasto może wznieść do Boga, ponieważ Bóg zstąpił do miasta. Jezus zmierza do Jerozolimy, w jej obrębie dokonuje ustanowienia Eucharystii, zostaje zabity i pogrzebany, i wreszcie zmartwychwstaje. I domykający akord: Pięćdziesiątnica, zesłanie Ducha Świętego, dokonuje się w mieście. Kościół rodzi się w mieście. Odtąd nie ma już Greka ani Żyda, zostają przełamane bariery. Może wypadałoby poprowadzić ten temat dalej i napisać – od Zielonych Świątek jesteśmy mieszkańcami miasta, mieszkańcami teopolis. Miasto, a już na pewno miasto z zamykających Nowy Testament kart, to miasto przyjmujące. Otwarte. Bez granic, bo granicą-bez granic jest sam Bóg. To miasto gromadzące w jedno. Dlatego, jak sądzę, Delfieux powtarza tę samą myśl niczym mantrę: w sercu miasta, w sercu Boga. A nawet idzie dalej, uciekając w język metafory i w świat medytacji, gdy pisze w książce Mnich w mieście: „Miasto może nam dać Boga, ponieważ Bóg ofiarował się w mieście. Może ono nas ofiarować Bogu jako żywe hostie, ponieważ oczekuje nas On w mieście, aby karmić swoją Eucharystią i przyoblec nas mocą z wysoka. Miasto może nawet stać się Bogiem, bo On nadał mu imię Miasto-Bóg”. Miasto Boga, a nawet jeszcze bardziej Miasto-Bóg to wizja, od której nie można uciec. Wizja – niech znów zabrzmi paradoks – która narodziła się na pustyni.

Z pustyni do miasta

Pierre-Marie Delfieux święcenia kapłańskie przyjmuje w 1962 r. Ma wtedy 27 lat. Zostaje duszpasterzem paryskiej Sorbony i Grand Palais. Bliskość uniwersytetu, bliskość studentów – młodych, energicznych, kwestionujących zastany porządek. Dla młodego księdza to czas zmierzenia się z ich pytaniami, ale również z pytaniami świata nauki, a także swoimi własnymi. Sam studiuje dalej: doktorat z teologii, podjęcie kolejnych kierunków – socjologia i filozofia. Czas nie jest tu bez znaczenia. Można tylko pytać, jak rewolucja młodzieżowa roku 1968 na uniwersytecie i w lewicującej Francji odcisnęła na nim swój znak. Wątki biograficzne zazwyczaj pomijają ten fragment – dla mnie najciekawszy. Wyobrażam sobie, że w tym czasie zawirowań (w 1965 r. zakończył się II Sobór Watykański) młody ksiądz czuje, że wymagana jest od niego jakaś zdecydowana postawa. Wyrusza do samych źródeł. Najpierw pielgrzymka do Ziemi Świętej. Później, wzorem patriarchów, proroków i ojców pustyni, dwa lata spędza w pustelni na Saharze. Wybiera górę Assekrem, gdzie swoją pustelnię miał bł. Karol de Foucauld. Ewangelia i Eucharystia, milczenie i modlitwa – niczego, co zbędne. Tysiące pytań, a wśród nich te najważniejsze, które pewnie pojawiły się już wcześniej: jak żyć Bogiem dzisiaj? Marzy mu się życie monastyczne, jednak klauzura, opuszczenie świata odstręcza go. Jednocześnie pozostawiony świat zniechęca do powrotu: jest zbyt hałaśliwy, zbyt neurotyczny. Co robić? Gdzie naprawdę jest jego miejsce? Rok 1974, Delfieux przypadkowo czyta fragment francuskiej gazety wydanej dwa lata wcześniej. Przedrukowano w niej apel kard. François Marty, że Paryż potrzebuje mnichów na miarę 2000 r. Być mnichem w mieście? Pierre-Marie wraca, aby stanąć przed kardynałem i podjąć zadanie stworzenia zakonu, który będzie oazą ciszy i modlitwy pośrodku gwarnej pustyni miasta. Same sprzeczności – w sam raz na miarę dorównujących im czasów. W 1975 r. dwunastu pierwszych braci śpiewało oficjum. Rozpoczęła się historia Jerozolimskich Wspólnot Monastycznych.

W początkach monastycyzmu Arseniusz mawiał: „Uciekaj, milcz, zachowaj pokój”. Wybierano pustynię jako miejsce uprzywilejowane dla spotkania Boga oraz jako miejsce wolne od świata. Mnisi żyjący na pustyni szybko przekonali się, że piaszczyste pustkowia są licznie zaludnione przez panoszące się ego, nieraz przybierające fizyczną postać pokusy, wszechogarniające znużenie. Na pustyni było zarazem łatwiej, jak również trudniej. Pod koniec XX w. pustynią stało się miasto. Pierre-Marie Delfieux połączył doświadczenie socjologiczne z ponownym odkryciem obrazu miasta w teologii. Nie trzeba uciekać na pustynię, do lasu ani do górskiej samotni, by spotkać Boga. Miasto pozostaje tak samo uprzywilejowanym miejscem spotkania z Nim. Biblia prowadzi czytelnika od miasta do miasta: Niniwa, Jerozolima, Damaszek. „Nie oddawajmy się zatem zbytnio marzeniom – to raz jeszcze Mnich w mieście – o ogrodach na wsi czy wielkich drzewach na skraju dróg pod pretekstem, że (…) to przypominałoby nam pierwszy raj, cały zdobny w pierwotną łaskę. Prawdą jest, że życie monastyczne chce być życiem anielskim i powinno być duchowe. Jakże jednak się dziwimy, gdy się dowiadujemy, że ostatecznie nawet raj, raj utracony, będzie nam na nowo oddany, ale po to, by także on został wcielony w miasto!”. Święty mnich to ten, często powtarza Delfieux, który na pustyni pozostaje ze światem, a w świecie jest jak na pustyni. Oto nazwa twojej pustyni: Olsztyn, Warszawa, Poznań…

Na wzgórzu

Jeruzalem. Księga życia (Livre de vie) kieruje wzrok na jedno miasto, narzucając odczytanie duchowe, a zarazem bardzo konkretne: „Jeruzalem to twoje nowe imię. Imię wyraża przynależność, wyjaśnia posłannictwo, przypomina obowiązek (…). Ponieważ Jeruzalem jest miastem danym ludziom przez Boga i zbudowanym przez ludzi dla Boga, dzięki czemu stało się patronką wszystkich miast, i ponieważ twoim powołaniem jest być mieszkańcem miasta – jesteś mnichem, mniszką jerozolimską” (rozdz. 16).

Jerozolima niepokoi wyobraźnię. Jest magnetycznym punktem, który pożąda naszej uwagi. Miasto miast – wyniesione ponad inne, nabrzmiałe od znaczeń oraz wizji i drżące w oczekiwaniu na ich spełnienie. Miasto naznaczone obecnością mityczną lub bardziej realną króla Dawida, Jezusa, Mahometa. Zatem Miasto religii, naznaczone przez sacrum, z odciśniętym znamieniem boskości jak dowodem tożsamości. Ale również Miasto zabijające w imię religii. I wreszcie Miasto rozczarowujące, obdarzające przybyszów obłędem, zwanym, a jakże, jerozolimski syndromem. Jerozolima sama w sobie zdaje się nie dawać ukojenia, nie udzielać odpowiedzi. Co zatem oferuje swoim pielgrzymom? Udział w swojej największej świętości, cząstkowe dostąpienie wejścia do Świętego Świętych: milczenie.

Fenomen Jerozolimy, niesłabnący przez wieki, arcyciekawie przedstawił Simone Sebag Montefiore w jej „biografii”. Miasto Boga – krajobrazowo wcale nie najpiękniejsze, bez ukrytych bogactw naturalnych, z zerowym znaczeniem strategicznym. Zdaje się, że im bardziej była niszczona, że im bardziej słuch miał o niej zaginąć, jej znaczenie rosło z dala od niej samej – w Europie, w Rosji. Ilekroć granice stawały się nie do przekroczenia (np. Turcy seldżuccy), tym jaśniała bardziej. Może z tego względu – z oddalenia, z niemożliwości dosięgnięcia – Jerozolima jest miastem, które często przemierza przestrzeń; miastem niezwykle ruchliwym. Przepływa morza i oceany, rozsiada się dostojnie w spokojnych dolinach lub odnajduje się w miejscach najmniej spodziewanych. Mistycy i mesjasze, uciekinierzy ze starego kontynentu, ludzie zaczytani w Piśmie, którzy wierzą, iż „Bóg Izraela jest wśród nich”, budują nową Jerozolimę. Pielgrzymi, którzy zeszli na ląd z Mayflower przywieźli ją ze sobą, w swoich pobożnych sercach i rozjątrzonych umysłach zamkniętych tygodniami pod pokładem. „W niedługim czasie – wylicza Montefiore – powstało osiemnaście miejscowości o nazwie Jordan, dwanaście o nazwie Kanaan, trzydzieści pięć Betlejem i sześćdziesiąt sześć Jerozolim lub Salem”. To miasto przywędrowało również do Polski, lokując się niemal w samym środku kraju – to wieś Nowa Jerozolima w gminie Parzęczew. To Miasto bajeczne, jak powiew z innego świata, ukazuje swoje oblicze na Dolnym Śląsku w Wambierzycach, czy po przeciwnej stronie, na Warmii, gdzie w Olsztynie stoi kaplica jerozolimska lub w Głotowie, gdzie drogę krzyżową usypano piachem i kamyczkami z zamorskiego miasta. Czego się szuka w Jerozolimie, nawet w tej usadowionej gdzieś na amerykańskiej prerii, zagubionej jak klejnot w warmińskich lasach? Ukojenia, bliższego dostępu do Boga? Pojednania – z samym sobą, życiem przeciekającym w pulsującym rytmie przez palce? Czegokolwiek by szukać, znajduje się to raczej w tej nowej, drugiej Jerozolimie. Ta prawdziwa ma dla swych wyznawców gorycz rozczarowania, udrękę popiołu. W okresie krucjat, czyli w czasie rozkwitu Jerozolimy w średniowiecznej wyobraźni Europy, mówiło się, że „żaden podróżny nie jest tak zły jak pielgrzym do Jerozolimy”.

Dla wielu Jerozolima jest nekropolią, miastem spotkania ze śmiercią, ukrywającym swoją prawdziwą twarz pod barwnym płaszczykiem pozorów życia. Miasto otoczone cmentarzami i na nich zbudowane. Do Jerozolimy nie jedzie się po doczesność, po życie, ale idzie się na spotkanie z ostatecznością. Niech śmierć zastanie człowieka w Jerozolimie, tam rozpocznie się zmartwychwstanie – powtarzają duchowi potomkowie Abrahama. Al-Mukaddasi, muzułmański pisarz, najlepiej obrazuje świadomość życia w podwójnej Jerozolimie: niebiańskiej i ziemskiej, mistycznej i realnej. „Czy to nie ona łączy zalety Tego Świata z zaletami Najwyższego? Czy nie jest to sahira – równina – zgromadzenia w Dniu Sądu Ostatecznego, kiedy nastąpi Zebranie i Naznaczenie? Zaiste, Mekka i Medyna mają swoją wyższość, ale w Dniu Sądu obie przyjdą do Jerozolimy, a ich wspaniałość zostanie tutaj połączona”. Pogrzeb w Jerozolimie oznacza, iż zmarli i pochowani mogą oczekiwać pierwszeństwa w dniu Sądu Ostatecznego. Im bliżej Wzgórza Świątynnego, tym szybsze wskrzeszenie. Stworzono nawet geografię Apokalipsy wokół Jerozolimy: siły zła zostaną pokonane przed Złotą Bramą, Niebo zstąpi na Wzgórze Świątynne, piekło zejdzie w dolinę Hinnom. Umarli, na dźwięk trąby Azraela, Archanioła Śmierci, powstaną – pierwsi, ci pochowani najbliżej Złotej Bramy. Przejdą przez nią, a ona stanie się drzwiami Sądu Ostatecznego… Co wie o tym wieś w Parzęczewie, co wie o tym Głotowo? I wreszcie mój Olsztyn, dawny Allenstein, perła konkurująca z Królewcem – czy i jemu znana jest topografia apokalipsy?

Życie duchowe

Teddy Kollek mawiał, że „Wszyscy mają dwa miasta, swoje i Jerozolimę”. Coraz bardziej rozumiem, iż nie ma jednej Jerozolimy, choć jest wiele miast próbujących ją odtworzyć lub zastąpić jej miejsce. Idealne miasta były chętnie opisywane, projektowane w umysłach, nierzadko także zakładane. Odrodzenie posiadało swoje zamiłowanie do racjonalizmu, którego językiem była geometria. Życie wpisane w bryły geometryczne, koło i kwadrat, starannie zaplanowany chaos ogrodu angielskiego. W cieniu miast idealnych z XVII i XVIII w. pojawiają się miasta, zwłaszcza na Północy, naznaczone władzą pruskiego porządku. Dziś miast idealnych nie ma, są już tylko miasta widma, zamknięte w nich ułuda, pustynne miraże. Pozostaje jednak trwały duch Jerozolimy, miasta przerastającego człowieka. I wieczna tęsknota za nim, za Miastem. Skądże się ona bierze? Ze zrozumienia własnego statusu – z bycia wygnańcem.

Na miasto patrzy się poprzez pryzmat sobie właściwy, Jacques Le Goff, przykładowo, za miasto uznał ośrodek posiadający konwent franciszkanów, a zatem zakon żebrzący, który mógł się utrzymać tylko w warunkach dużego skupiska ludności i rozwiniętej gospodarki towarowej. Miasto pozostaje zawsze zwiniętą fabułą, opowieścią rozpisaną na ulice i domy. Nierzadko kamieniem węgielnym miasta będzie jego mit założycielski oraz nazwa. Fundament Sankt Petersburga to rosyjski tryumf nad siłami natury, prawdziwy Trzeci Rzym, „miasto świętego Piotra”, wskazujące na Rzym i Apostoła. Ale to też Piotrogród – tworzenie mitu cara Piotra. Petersburg od 1924 r. to Leningrad, od lat 90. ponownie Petersburg. Jak odczytać Katowice, z trzyletnim epizodem Stalinogrodu? Jaki pryzmat wybrać, spoglądając na Lemberg-Lwiw-Lwow-Lwów, lub na Vratislavia-Breslau-Wrocław, miasta sponiewierane przez historię? Miasto się czyta, miasto jest tekstem. Kryje się w nim zawsze inne miasto – z własną przeszłością, ukrytym wstydem i dawna pieśnią. Miasto, po którym spaceruję, zdaje się falsyfikatem przykrywającym zupełnie odmienne oblicze. Czytając miasto, zgadzam się, abym i ja został przez miasto odczytany. Miasto czyta się także, a może przede wszystkim, poprzez innych. Petersburg zawsze będzie miastem Dostojewskiego, Praga należy do Kafki, Dublin trzeba zwiedzać poprze Joyce’a. Londyn Dickensa, Paryż Balzaka, Moskwa Bułhakowa, Warszawa Prusa. Ale też ich bohaterów: Raskolnikow w Petersburgu, Wokulski w Warszawie. Być może popularność rodzimych retro kryminałów wiąże się z tęsknotą za odczytaniem miasta – Zygmunt Maciejewski tropi morderców w Lublinie, Jakub Stern rozwiązuje zagadki we Lwowie.

Jeśli istnieje seks w wielkim mieście, o czym uporczywie przekonywał mnie przez kilka miesięcy bilboard w drodze do pracy, to czy można w nim znaleźć Boga? Przez miasto codziennie toruje sobie drogę ludzka rzeka. Korki na ulicach, przystanki autobusowe, dworce. Młodzi i starsi, kobiety i dzieci – zamyśleni, prowadzący swoje wewnętrzne rozmowy. Wielu z nich, jadąc do pracy, robiąc zakupy w hipermarkecie, czekając w szpitalu, czyta Ewangelię, przesuwa dyskretnie koraliki różańca, odmawia psalmy. Gdyby wsłuchać się w ten cichy szmer, gdyby tylko dostrzec wielość i różnorodność dyskretnej modlitwy, jase stałoby się, że miasto niemal nieustannie sprawuje własną Liturgię godzin. Być może w przepełnionym do granic możliwości autobusie lub w kilometrowym korku samochodowym jest więcej modlitwy niż w niejednym kościele. Miasto odczytane przez Ducha. Miasto wydrążone przez tunele modlitwy, kanały łaski, boskie energie. Tak, miasto należy do Boga.

W sercu miasta

Gdy w 1991 r. czytałem pierwsze wydanie Księgi życia, wtedy jeszcze pt. Źródło na pustyni miast, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wiele zdań, obrazów pozostanie we mnie. Były inne lektury, inni autorzy, ale co jakiś czas myśli zawarte w regule Jerozolimskich Wspólnot Monastycznych nieoczekiwanie ujawniały się w pamięci. Trudno mi nazwać Księgę życia moją „regułą”, niemniej pozostaje dla mnie tekstem, wokół którego z cierpliwością krążę. Nie da się przecenić znaczenia tego tekstu dla współczesności. Patrząc, jak rezonują w świecie chrześcijańskim Jerozolimskie Wspólnoty, jestem przekonany, że Księga życia posiada wewnętrzną siłę, aby być współczesnym odpowiednikiem Reguły św. Benedykta w każdym z jej wymiarów kulturalnych, liturgicznych, monastycznych, duchowych. Poprzez dialogiczny charakter wyrażony w bezpośrednim zwracaniu się do czytelnika Livre de vie daleko wykracza poza standardową literę większości reguł. W cierpliwej lekturze staje się tekstem, który można by zestawić obok O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempis. Pogodny ton, rozległe marginesy zamyślenia. Realność myśli, przy jednoczesnym wystrzeganiu się gorsetu dogmatyzmu. Wskazania – w istocie radykalne, jednak poruszane wewnętrznym poczuciem wolności. Habit? Milczenie, asceza, praca? Zdaje się, że za większością z nich brzmi ten ciepły głos: nie przywiązuj do tego większej wagi, niż to naprawdę posiada. Nie bez znaczenie są tu pierwsze słowa Księgi życia: „kochaj”. I nie bez znaczenia jest tu ostatnie słowo: „radość”, któremu został poświęcony cały ostatni rozdział. Te dwa słowa-wezwania, oddzielone rozdziałami o czystości, modlitwie, pracy, milczeniu, wyznaczają duchowy klimat lektury. Jesteś wolny i jesteś Chrystusowy, to wystarczy.

Dwa tematy niezmiennie poruszają mnie w kolejnych lekturach Księgi życia: jedność wewnętrzna oraz cisza.

Rozbicie wewnętrzne stało się cechą wyróżniającą współczesną osobowość oraz duchowość. Wypala mnie, aż do zmęczenia samym sobą, aż do wyczerpania, uporczywe poszukiwanie czegoś nowego, byleby tylko siebie nie spotkać. Olivier Clément, francuski teolog prawosławny, wyznał w Pamiętnikach nadziei: „Legion to imię, które nadaje sobie diabeł wypędzony z opętanego z Gadary. Określa kogoś, kto jest rozdarty, gdyż przestał być odbiciem jedności Bożej” – a ja czytam te zdania jak opis mojej/naszej rzeczywistości. Tradycja monastyczna zna od dawna ten opis pod pojęciem acedii. Po raz pierwszy tę przypadłość ducha opisuje grecki lekarz Hipokrates, tłumacząc ją jako wyczerpanie. Bardziej duchową definicję podaje jeden z ojców pustyni, Ewagriusz z Pontu: „Umiłowanie sposobu życia demonów”. Definicja enigmatyczna, ale tradycja monastyczna wypracowała jej dość precyzyjne wyjaśnienie. Jednym z imion złego ducha w Nowym Testamencie jest Legion („bo nas jest wielu”, por. Mk 5,9). W języku greckim diabolos jest przeciwieństwem symbolon, czyli tego, który jednoczy. Zły to ten, który dzieli, rozwarstwia, rozszarpuje duszę człowieka na skrawki. Życie demonów, a dalej człowieka dotkniętego acedią, to stan wewnętrznego rozdarcia, sprzeczności, konfliktów z otoczeniem i samym sobą. Św. Tomasz z Akwinu definiował acedię poprzez tristitia, czyli smutek. To pustka w duszy, wyczerpanie religijne (apatia), znudzenie dobrem. Rozległość acedii łapczywie zagarnia w swe granice także powolność, senność ciała i umysłu, zaniedbanie samego siebie. Towarzyszy temu ciekawość, rozumiana bardziej jako ciągły niepokój umysłu, uporczywe poszukiwanie czegoś, wraz z nieumiejętnością skupiania się na wybranej rzeczy. Nieustanne poszukiwanie, drażniąca podnieta umysłu nie przynosi ukojenia. Nie odnajdujemy celu. Zdaje się, że im więcej poszukujemy, tym bardziej nie wiemy, czego. Umysł jest coraz bardziej wyczerpany, umęczone tą sytuacją jest ciało i dusza. To wreszcie zgroza miejsca (horror loci), która gna nas z miejsca na miejsce, często bardziej mentalnie niż fizycznie. Drążący niepokój, brak swojego miejsca, rozlewa wino demonów: smutek, zniechęcenie, rozpacz. Jest to idealny obraz nas współczesnych, wiecznie za czymś goniących, podniecających się newsami, próbujących złapać kilka okazji na raz.

Teren zjednoczenia

Uderza mnie przy każdej lekturze Księgi życia, że problem ten – tak współczesny, tak trwały przez stulecia – jest w niej zapisany. „By oświecić swój umysł – módl się. By rozeznać swą drogę – módl się. By zjednoczyć swą osobowość – módl się” (rozdz. 15). Nie znajduję tu „łatwych” rozwiązań, dostrzegam jednak poważny namysł nad kondycją duchową współczesnego człowieka. Wiele wskazań, wezwań reguły Jerozolimskich Wspólnot Monastycznych zawiera to przesłanie, które trudno zlekceważyć. W rozdz. 74 czytamy: „Mnich jest także jeden (unus). Zjednoczony, aby jednoczyć. Zjednoczony w sobie samym i zjednoczony z braćmi. (…) To nie samotność jest dobrem sama w sobie, ale zjednoczenie. (…) Ty sam bądź więc najpierw terenem twego własnego zjednoczenia: pozwól Duchowi, aby z wolna przywracał w Tobie pierwotną harmonię; pozwól, by Boży ogień strawił w tobie wszystko, co zanieczyszcza szczere złoto; pozwól, by woda Chrystusowego boku obmyła twą szatę i twe grzechy”. Delfieux zamyka te rozważania swoistą kodą, myślą św. Teodora Studyty: „Trwając w pokoju z sobą samym, staniesz się źródłem pokoju dla innych”.

Wydawać by się mogło, że żyjąc pośród hałasu, bełkoczącej i nieustannej mowy miasta, należy nauczyć się technik życia w hałasie. Modlić się w hałasie, modlić się wśród hałasu i hałas włączyć w modlitwę. Niejednokrotnie czytałem Księgę życia, pragnąc nauczyć się tych „technik” niczym młody adept u doświadczonych mistrzów z klasztoru Shaolin lub niedostępnych gór Athos. Nic z tego. Nie ma tajemnej wiedzy. Nie ma tajnych technik. Jedyną odpowiedzią na hałas może być tylko cisza. Livre de vie: „W pracę, na ulicę, gdy idziesz lub wracasz samotnie lub publicznym środkiem lokomocji, w zgiełk miasta, wnoś ze sobą tajemnicę wewnętrznej ciszy. Każdego dnia stwarzaj wielkie przestrzenie milczenia, a kiedy przychodzi wieczór, rozmyślaj na swoim posłaniu w pokoju i ciszy. Bóg żyje w tobie, słuchaj Go. Milczenie jest wzlotem twojej modlitwy w sercu miasta i codziennym pokojem twej duszy” (rozdz. 31). To oczywiste, że miasto będzie wdzierać się w liturgię i modlitwę osobistą. W twojej mocy jest, przekonuje Delfieux, tworzyć wokół siebie przestrzenie ciszy. Pragnij ciszy, nie zwalczaj hałasu hałasem. Pozwól mu się zmęczyć, pamiętając, że twoją mową jest milczenie, a twoim dźwiękiem cisza. Wtedy mówi Pan. Nieraz będzie oznaczało to godzinną medytację co tydzień w czwartek, na pamiątkę Getsemani, gdzie apostołowie nie potrafili czuwać z Jezusem nawet przez godzinę. Innym razem będzie to wierność codziennej liturgii oraz swojego mieszkania (celi). W ten sposób, poprzez codziennie podejmowany trud modlitwy, wkracza się w obszar ciszy. „Cisza nauczy cię budować w sobie człowieka wewnętrznego, który co dzień winien odnawiać się na obraz swego Stwórcy. Cisza uporządkuje cię wewnętrznie, gdy będziesz niespokojny, kuszony, zmęczony. Nauczy cię panowania nad sobą i powściągliwości (…)” (rozdz.36).

21 lat pomiędzy Źródłem na pustyni miast a nowym wydaniem Księgi życia – mnogość obrazów, pamiątki z rozpiętego czasu, proza codziennego życia. Tekst czytany w latach 90. ubiegłego wieku zdawał się zbyt fantastyczny, wręcz nierealny do zrealizowania w Polsce. Od roku 2010 Wspólnoty Jerozolimskie modlą się, pracują i mieszkają w Warszawie. Mój egzemplarz Źródeł… sfatygowany, rozklejający się, pełen podkreśleń, zakładek z biletów autobusowych, listy zakupów. Nowe wydanie – zgodnie z życzeniem o. Pierre-Marie Delfieux nie wymieniono go jako autora reguły. Twarda okładka, kilka zdjęć, do których nie mogę się przekonać. Te same słowa, to samo miasto.

Jeruzalem. Księga życia. Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie
tłum. mniszka jerozolimska
Apostolicum, Ząbki 2012, s. 152

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter