70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Hołd po 60 latach

Kto jeszcze pamięta o „Tygodniku Warszawskim”, który był poniekąd młodszym bratem ukazującego się do dzisiaj „Tygodnika Powszechnego”?

Nazywam go „bratem”, bo oba pisma miały charakter katolicki. Co więcej, łączyło je pragnienie zachowania niezależności w radykalnie nowej sytuacji społecznej i politycznej, w jakiej po wojnie znalazła się Polska. „Tygodnik Warszawski” był trochę „młodszy”, zaczął bowiem się ukazywać 11 listopada 1945, w pierwsze powojenne święto niepodległości, a tymczasem pierwszy numer „Tygodnika Powszechnego” ujrzał światło dzienne ponad pół roku wcześniej, 24 marca, jeszcze przed oficjalnym zakończeniem wojny.

W „Tygodniku Warszawskim” pierwsze skrzypce niemal od początku grał ks. Zygmunt Kaczyński (ur. 1894), uczestnik wojny z bolszewikami (1920), działacz chadecki i związkowy, poseł na Sejm II RP, zaś po roku 1939 członek Rządu na Uchodźstwie (był m.in. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w gabinecie Stanisława Mikołajczyka). Oraz – co w tym wypadku szczególnie ważne – doświadczony dziennikarz i wydawca, dyrektor przedwojennej Katolickiej Agencji Prasowej.

Zygmunt Kaczyński był bez wątpienia antykomunistą, ale nie dogmatycznym. Wszak już jesienią 1945 r. wrócił z emigracji i – zgodnie z sumieniem, rzecz jasna, oraz w porozumieniu z episkopatem – próbował wywalczyć i zagospodarować jakąś przestrzeń społecznej wolności. I tak, zdaniem ówczesnego włoskiego ambasadora Eugenia Realego (nb. członka Włoskiej Partii Komunistycznej), prałat Kaczyński „jest zwolennikiem polityki jedności narodowej i jest przekonany, że jedynie ścisła współpraca wszystkich partii naprawdę demokratycznych pozwoli Polsce zabliźnić rany, dokonać na czas odbudowy kraju i zająć właściwe jej stanowisko w świecie. (…). Opowiada się za zbliżeniem ze Związkiem Sowieckim, gdyż tylko tego rodzaju polityka może dać Polsce pokój i zagwarantować bezpieczeństwo jej obecnych granic”.

Jednak dla władz Polski Ludowej (i dla Sowietów) i tak pozostawał „reakcjonistą”, „zręcznym politykiem szeroko wykorzystującym pseudodemokratyczną frazeologię dla zamaskowania swoich reakcyjnych dążeń” – jak pisał o nim do „centrali” instruktor WKP(b) niejaki Jan Dzierżyński (sic!).

W tej sytuacji jego „unieszkodliwienie” było tylko kwestią czasu.

W połowie roku 1948 w kręgu redakcji „Tygodnika Warszawskiego” nastąpiły pierwsze aresztowania. Zatrzymano wtedy również redaktora naczelnego ks. Zygmunta Kaczyńskiego. Został wkrótce zwolniony: po podpisaniu zobowiązania zachowania tajemnicy śledztwa i regularnego meldowania się w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Ale do powtórnego aresztowania doszło w kwietniu 1949 r. Oskarżono go wówczas o „zamiar zmiany przemocą [ustroju] ludowo-demokratycznego Państwa Polskiego”. Odbył się proces i – w sierpniu 1951 r. – zapadł wyrok, na mocy którego Zygmunt Kaczyński skazany został na dziesięć lat pozbawienia wolności, utratę praw obywatelskich i konfiskatę majątku. Warto przy tym pamiętać, że nie był to w tej sprawie wyrok najwyższy: trzy inne osoby dostały dożywocie, pozostali: od sześciu do piętnastu lat więzienia…

Ks. Zygmunt Kaczyński siedział w Warszawie, przy Rakowieckiej (część wyroku spędził w osławionym pawilonie X). I tam też umarł 13 maja 1953 r. Na atak serca – tak brzmi wersja oficjalna. A ta nieoficjalna? „[Jego] Nagła śmierć jest tajemnicą dla nas wszystkich” – notował w swych pamiętnikach prymas Wyszyński. I opisywał „cichy” pogrzeb prałata Kaczyńskiego: „Zwłoki dostarczono [tuż przed pogrzebem] w pace, bez ubrania, z głową osłoniętą papierem”.
Był męczennikiem. Oddał życie za wolność – również za to, żeby mógł dalej istnieć i owocować krakowski „brat” warszawskiego „Tygodnika”.
I dlatego dziś, w 60. rocznicę jego śmierci, składam mu hołd.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter