70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Brak rozmowy, czyli przemoc

Największą bolączką współczesnego życia publicznego jest nie tyle obecność różnych bloków ideologicznych, ile brak rzeczywistej dyskusji między nimi; nie sam fakt ich istnienia, lecz problem ich zamknięcia jako groźny dla polityki, a może nawet dla demokratycznego ustroju politycznego. Ideologiczne wojny nie wybuchają bowiem podczas dyskusji, rodzą się z powodu jej braku.

Po ponad 20 latach od pierwszych wolnych wyborów i 30 od czasów Solidarności doszliśmy do punktu, w którym coraz częściej mówimy o polskich wojnach kulturowych, o podziale Polski na część oświeceniowo-świecką i katolicko-narodową, o Polsce Polaków „wolnych” i „zniewolonych”, o Polsce Tuska i Kaczyńskiego. Równie często zaczynamy też mówić o różnego rodzaju radykalizmach, które w zaskakujący sposób zyskują rację bytu na polskiej scenie politycznej, lub o powrocie polityki w jej wersji zideologizowanej – nacjonalistycznej lub skrajnie lewicowej.

Soczewką skupiającą te dyskusje stały się z jednej strony kontrowersje wokół Święta Niepodległości, którego obchody w 2011 r. zakończyły się zamieszkami na placu Konstytucji w Warszawie, a w 2012 r. zgromadziły w stolicy poważną grupę skrajnej prawicy, która powołała do życia Ruch Narodowy sympatyzujący z odradzającym się ONR-em; z drugiej – spór o związki partnerskie, w tym zwłaszcza związki par homoseksualnych, który z początkiem tego roku rozpalił emocje opinii publicznej i ponownie przypomniał debatę na temat praw mniejszości seksualnych, ale też praw kobiet i kwestii bioetycznych.

W obliczu tych wydarzeń pojawiły się pytania, do jakiego stopnia obserwowany konflikt stanowi rzeczywistą treść polityki, a do jakiego tworzy jedynie coś w rodzaju ideologicznej i medialnej „piany”, skrywającej nieznaną opinii publicznej istotną zawartość gry władzy. Powróciły też dyskusje na temat indywidualnej politycznej odpowiedzialności i spory dotyczące ustalenia jednej przekonującej wersji wydarzeń, np. powodów katastrofy smoleńskiej i winnych tej katastrofy. Te problemy szybko też zaczęły się ze sobą mieszać, wzajemnie na siebie nakładać – chaos pojęciowy i brak rzetelnej debaty doprowadził do tego, że przeciwników małżeństw homoseksualnych zaczęto oskarżać o nacjonalizm, a obrońców praw kobiet o groźny dla rodziny relatywizm. Debata publiczna przestała choćby w minimalnym stopniu przypominać spór na argumenty i racje, a coraz bardziej konflikt zwartych, twardych bloków ideologicznych i światopoglądowych. Nie spieraliśmy się już o prawa poszczególnych grup, nie prowadziliśmy debaty na temat konkretnych rozwiązań problemów, np. służby zdrowia, spór toczył się już tylko między – by wymienić tylko kilka określeń – „relatywistami” i „tradycjonalistami”, „nacjonalistami” i bliżej niesprecyzowaną lewicą. Zdawało się, że w ten sposób polska polityka powróciła do epoki wielkich ideologii, które wyjaśniały świat i dostarczały gotowych odpowiedzi na palące problemy. Sama polityka też jakby straciła swój cel – nieliczni mówili jeszcze o dobru wspólnym, łudząc się, że można ciągle o takowym mówić, wielu nastawionych było jedynie na wyeliminowanie lub zneutralizowanie przeciwnika.

Istota problemu

Czy sam konflikt polityczny, nawet tak ostry, musi być jednak niszczący lub jałowy? Niekoniecznie. W Polsce ostatnich 20 lat sfera publiczna była zorganizowana wokół ostrego politycznego i biograficznego podziału na część solidarnościową i postkomunistyczną. Dziś ten podział stracił już wiele ze swego uroku i nie ma w nim dość potencjału, by napędzać polityczny konflikt. Choć główni aktorzy sceny politycznej nie zmienili się od tego czasu, możliwości mobilizacji obywateli w odniesieniu do takich kwestii jak lustracja lub nomenklatura zmalały niemal do zera. Przyczynił się do tego szereg czynników – powołanie Instytutu Pamięci Narodowej, czyli instytucjonalizacja konkretnej (potępiającej komunizm w każdym niemal aspekcie) wykładni historii, oraz klęska lewicy po głośnej aferze Rywina – które doprowadziły do zwycięstwa dwóch partii o rodowodzie solidarnościowym, tj. Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Na kolejną niemal dekadę rządy objęła prawica lub centroprawica. Odtąd też spór polityczny coraz rzadziej dotyczył stosunku do (post)komunizmu, a zajęta niemal w całości – przy słabej do dziś lewicy – scena polityczna zaczęła dzielić się na skrzydło bardziej konserwatywne i – jak na polskie warunki – liberalne. Przez kilka miesięcy mówiono nawet o tym, że być może w Polsce zaistnieje kiedyś układ dwupartyjny, podobny do amerykańskiego, w którym obie partie podzielą się elektoratami, nie będą jednak oskarżać się o brak patriotyzmu, ale wspólnie zaczną wzmacniać państwo (PO i PiS szły przecież do wyborów pod hasłami IV RP, czyli budowy silnego, odpowiedzialnego, rządnego państwa). Dość szybko okazało się jednak, że personalne konflikty i ambicje w łonie obu partii są tak wielkie, iż uniemożliwiają jakiekolwiek porozumienie lub wspólne rządzenie. To też doprowadziło do wznowienia walki ideologicznej i radykalizacji języka politycznego sporu. Podział postkomunistyczny w jakimś sensie został wówczas zastąpiony podziałem kulturowym, odwołującym się mniej do wyraźnie artykułowanych interesów reprezentowanych elektoratów, bardziej zaś do różnic w obyczaju i wyznawanych wartości kulturowych.

W pewnym sensie przyjęty podział zbliżał też Polskę do krajów Europy Zachodniej, w których od kilku lat także toczy się ostra nieraz dyskusja na temat kwestii bioetycznych – w mniejszym stopniu aborcji, w znacznie większym zaś eutanazji i in vitro – oraz małżeństw homoseksualnych. Różnica polega jednak na tym, że po pierwsze w Europie Zachodniej dyskusja ta stanowi jedynie fragment szerszej debaty publicznej, nie tworzy podstawy do budowania zwartych bloków ideologicznych, a po drugie polska dyskusja, np. o związkach partnerskich, zdaje się nieco oderwana od innych problemów kluczowych dla funkcjonowania nowoczesnych społeczeństw, w tym tak priorytetowych, jak demografia, ekologia czy szanse rozwoju ekonomicznego kolejnych pokoleń.

Przyczyną tak zarysowanej sytuacji jest w dużej mierze charakter i kształt dzisiejszej sfery publicznej, a raczej różnych sfer publicznych. Żyjemy dziś w świecie, w którym nie ma już jednej przestrzeni publicznej dyskusji, normatywnie określającej, co jest dozwolone lub niedozwolone, wyznaczającej granice rozmowy, dopuszczającej takie a nie inne tematy debaty (niegdyś – w oczach krytyków zwłaszcza z prawej strony politycznego sporu – taką jednolitą sferę tworzyło środowisko „Gazety Wyborczej”, już wtedy był to jednak zaledwie erzac jednolitej sfery publicznej). Naszym obecnym problemem nie jest też w ogóle brak takiej sfery, stolika, przy którym można usiąść i toczyć debatę, stolików do dyskusji – by zachować tę Arendtowską metaforę sfery publicznej – mamy dziś bardzo wiele, kłopot w tym, że nikt nie chce przy nich siedzieć i rozmawiać z nieznajomymi. Nasze debaty przypominają zatem coraz bardziej rozmowę z lustrem, a nie jakąkolwiek wymianę poglądów.

Innymi słowy, nasz problem nie polega dziś na tym, że Polacy są podzieleni, że nieraz ostro różnią się w poglądach na konkretne sprawy, naszą bolączką jest raczej to, że między tak różniącymi się między sobą publicznościami nie ma często jakiejkolwiek komunikacji. Każda z nich coraz bardziej przypomina bowiem zamknięty krąg, zajmujący określone terytorium, zorganizowane według własnych, odrębnych reguł, wartości i osobnego widzenia świata (z własnymi telewizjami, gazetami, klubami itp.). Z racji jednak na to, że poszczególne publiczności i ich liderzy lub zarządcy nie są w stanie objąć swym spojrzeniem całości społeczeństwa, wszystkich obywateli, dążą do podporządkowania sobie innych lub zajęcia możliwie największego terenu (politologowie, jak choćby Rafał Matyja, wskazują tu np. na patologiczne praktyki przejmowania instytucji państwa przez „ludzi Platformy lub PiS-u”). Podział polityczny i dyskusja polityczna zorganizowane na zasadzie „znaczenia terenu” zaczynają też coraz bardziej przypominać krwawe wojny religijne, które zakończyły się podziałem Europy na te regiony, w których żyli katolicy, i te zamieszkiwane przez protestantów. Ci zaś obywatele, którzy nie akceptują takiej logiki sporu i debaty, znajdują się poza przestrzenią komunikacji, są częścią tzw. reszty, która nie ma żadnego wpływu na instytucje organizujące życie społeczne. Na dłuższą metę taka sytuacja może okazać się jednak nie do zniesienia, bo brak rozmowy, a nawet konfliktu (nikt przy zdrowych zmysłach nie mówi już przecież o dialogu) może prowadzić albo do chęci podporządkowania sobie jednych przez drugich, albo to wywrócenia stolików, przy których prowadzi się jakąkolwiek konwersację, do góry nogami, czyli zniesienia debaty i demokracji jako takiej.

Co więcej, tego rodzaju monologiczny pluralizm, monologiczny, bo monologujący, a nie dyskutujący, prowadzi też do coraz większego rozdrobnienia tematów naszych rozmów. Kwestie kultury, a nawet bioetyki, w mniejszym niż niegdyś stopniu – ze względu na zmiany kulturowe zachodzące w samych społeczeństwach, emancypację różnych grup – dotyczą dziś większości i jej problemów, a ze względu na to, że stają się osią, wokół której poszczególne grupy określają własną tożsamości, spychają na dalszy plan kwestie gospodarcze i społeczne. Problemy kulturowe, czasem jedynie „skonstruowane”, czasem zaś istotnie dotyczące bolączek pewnej części społeczeństwa, nadają się za to doskonale do mobilizacji, jest to jednak mobilizacja coraz szczuplejszych, odpowiednio „sformatowanych” elektoratów, mobilizacja przez małe „m”, która nie może doprowadzić do żadnej poważnej, systemowej zmiany.
W tym sensie współczesna polityka rzeczywiście przypomina tę sprzed niemal wieku – wtedy to wielkie bloki ideologiczne – przede wszystkim blok socjalistyczny i narodowy – organizowały i nadawały ton rzeczywistości politycznej i debacie publicznej. Wówczas też do najistotniejszych kwestii należały zagadnienia z jednej strony tożsamościowe (przynależności do wspólnoty narodowej, patriotyzmu), z drugiej – klasowe lub socjalne (walka o prawa pracownicze). Polityka polegała zaś na mobilizowaniu wielkich mas ludzi, którzy w polityce partyjnej widzieli szansę na polepszenie swojego losu. Dziś, zwłaszcza po doświadczeniach w Polsce – patriotycznego socjalizmu „z ludzką twarzą”, a w Europie – państwa dobrobytu i rządów technokratycznych, ten obraz znacznie się skomplikował.
Różnica dotyczy z jednej strony wielkości grup uczestniczących w polityce, z drugiej – świadomości samych obywateli, którzy dysponują znacznie większą ilością informacji o rzeczywistości za oknem i dużo bardziej niż kiedyś narażeni są na działanie subtelnej propagandy i manipulacji. Paradoksalnie wielość informacji dostępnej dziś obywatelom nie prowadzi wcale do lepszych decyzji, ponieważ potencjalni wyborcy często nie są w stanie nie tylko przyswoić ogromu spływających zewsząd wiadomości, ale też wykorzystać ich we własnych opisach otaczającego świata. Coraz częściej szukają zatem w miarę spójnej ideologii, która zrobi to za nich. Kłopot polega jednak na tym, że kiedy już znajdą jakieś jedno odpowiadające im wyobrażenie o rzeczywistości, okazuje się ono niewystarczające, bo opisuje tylko jedną z jej warstw.

Co robić?

Nadzieja na poprawę leży jednak nie w rewolucyjnej zmianie, bo doprawdy nie wiadomo, na czym miałaby taka rewolucja polegać, ani narzucenia społeczeństwom jednej globalnej ideologii (takie wielkie, wyjaśniające wszystko narracje, zakończyły swój żywot już w latach 50. XX w.), lecz w dążeniu do ponownego skonfliktowania tych różnych obrazów świata, skonfliktowania, którego celem będzie jednak nie zniszczenie przeciwnika, co i tak jest niemożliwe, lecz przyjęcie tych elementów jego opisu świata, które trafnie diagnozują daną sytuację lub problem.

By to zrobić, konieczne będzie jednak wypracowanie z jednej strony zupełnie nowej filozofii mediów odpowiedzialnych za przekazywanie treści komunikatów między różnymi publicznościami i prowadzenie rzeczywistej debaty publicznej oraz – co proponuje znany teoretyk mediów, Daniel Dayan – nowej etyki świadkowania, polegającej na określeniu praktycznych zasad rzetelnego informowania o porządku faktów i przedstawiania informacji w mediach (częścią tej etyki winno być też opracowanie przejrzystych i publicznie dostępnych reguł dobierania tematów do dyskusji, tzw. agenda-setting). To konieczne, ponieważ dzisiejsze media – może z wyjątkiem paru niskonakładowych gazet – coraz częściej ograniczają się jedynie do zbierania i przedstawiania – pokazywania – informacji, a nie do organizowania debaty publicznej. Ich rola już dawno nie ma też wiele wspólnego z krytycznym oglądem rzeczywistości, patrzeniem władzy na ręce czy opisywaniem afer, w większości przypadków ogranicza się bowiem jedynie do prezentowania uproszczonych obrazów medialnych lub zwykłego relacjonowania wydarzeń.

Wydaje się jednak, że ten model dziennikarstwa – obecnie bardzo rozpowszechniony – dość szybko będzie tracił rację bytu. Już dziś widzimy wszakże, w jaki sposób technika – kamery, dyktafony, sieci internetowe – skutecznie zastępuje dziennikarzy w roli jedynie zbieraczy lub agregatorów treści. Stoimy zatem przed wyzwaniem stworzenia zupełnie nowej filozofii mediów, w której dziennikarz nie będzie zaledwie technikiem informacji, a stanie się inicjatorem i prowadzącym debatę publiczną. Rolą dziennikarzy nie będzie zatem – jak to się dzieje współcześnie – jedynie prezentowanie gotowych bloków wiedzy, które albo możemy przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, albo w całości odrzucić, lecz twórcze wykorzystanie coraz większych ilości informacji do lepszego rozumienia i rozwiązywania problemów, jakie przed nam stają. Innymi słowy, dziennikarz nie powinien jedynie zbierać informacji i boleć nad tym, że przestaje być na tym polu monopolistą, przeciwnie, godząc się z tym, że informacja stała się dobrem tanim, a zatem niemogącym przynosić odpowiednich dochodów, winien dążyć do ukazywania związków między naszą faktyczną wiedzą o zjawiskach i wydarzeniach a problemami, z jakimi musimy się mierzyć.

Te dwa postulaty zatem – wspólnej pracy nad nową, korzystającą ze zdobyczy technologii, filozofią mediów i etyką świadkowania o rzeczywistości – mogłyby pomóc nam doprowadzić do sytuacji, w której atrakcyjna marketingowo lub politycznie manipulacja będzie coraz rzadsza, a media nie będą ograniczały się jedynie do prezentowania informacji, którą i tak mamy lub którą bardzo szybko dostarczy nam technologia. Staną się za to podmiotami rzeczywistej debaty publicznej, wciągającej do rozmowy różnych rozmówców i korzystającej z ich wiedzy oraz odmiennych opisów rzeczywistości, które mogą wnieść do dyskusji nad rozwiązaniami konkretnych problemów.

Zagadnieniem, czekającym na rozwiązanie, a wyżej nieporuszanym, jest też model mobilizacji obywateli do uczestnictwa w życiu politycznym. Jako że polska i europejska polityka opiera się cały czas na schemacie pionowym – powierzchownego mobilizowania mas do głosowania w wyborach lub odpowiedniego ukierunkowania ich opinii w głosowaniach referendalnych – a nie poziomym, w którym liderzy starają się istotnie przekonać do swoich racji grupy obywateli, jak to się dzieje w większym stopniu w Stanach Zjednoczonych (choć daleko Amerykanom do tego, by stawiać ich za wzór), znacznie bardziej opłacalna z punktu widzenia polityków jest strategia manipulacji opinią publiczną, kreacji marketingowych i PR-u, niż rzeczywistej debaty, w której do głosu dochodzą różne grupy obywateli, aktywne mniejszości liderów oraz organizacje pozarządowe proponujące rozmaite rozwiązania i monitorujące na bieżąco działalność administracji. Już dawno bowiem wiadomo, że demokracja nie polega wyłącznie na formalnym oddawaniu głosu w wyborach, ale na wykuwaniu zbiorowej woli politycznej. Tego ostatniego w Polsce nie ma, a winni są temu zarówno politycy, jak i media.

Sprawa jest jednak dużo poważniejsza niż zwykłe, nieraz już rytualne, narzekanie na jakość polskiej polityki czy polskich mediów. Rzecz dotyczy bowiem sięgającej coraz dalej depolityzacji życia publicznego, powodującej, że brak debaty lub debata rytualna – jałowa wymiana z góry znanych opinii – prowadzi do spłaszczania demokratycznej polityki i redukowania jej do rządów uprzywilejowanej mniejszości. Brak partycypacji i koniec obywatelstwa nie muszą jednak oznaczać końca wolności rozumianej jako możliwość konsumpcji, z pewnością oznaczają za to koniec demokratycznej polityki. Dlatego – podkreślam – umiejętność ostrego czasem sporu jest lepsza niż milczenie. Każdy konflikt wymaga bowiem wspólnej pracy przy tym samym stole, przy którym siedzimy i debatujemy. Jego przeciwieństwem jest okopywanie się w swoich obozach, co prowadzić może tylko do przemocy, która przychodzi prędzej lub później.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter