70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Źródła solidarności

Co ma być dla chrześcijanina pierwotną motywacją do wolontariatu? W sumie to dylemat sztuczny w tym znaczeniu, że zawsze indywidualny. Są jednak drogi uprzywilejowane. Dla chrześcijanina jest nią wiara i jej sakramentalne umacnianie.

Zaangażowanie katolików na rzecz dobra wspólnego było tematem artykułu Marzeny Zdanowskiej Nieoczywistość wcielenia. Autorka wskazała na opozycję stanowisk widoczną wśród katolików i ich pasterzy w kwestii wolontariatu: dla jednych to priorytet, dla innych hobby, które może być szkodliwe. Zdanowska odniosła się również do przekonania, że skoro uczynki rodzą się z wiary, to na pierwszym miejscu katolik powinien skupiać się na swej relacji z Bogiem, z czego dopiero ma wypływać wrażliwość na los innej osoby. „Czy w tym sposobie rozumowania nie kryje się jakiś rodzaj braku ufności w prawdziwość wcielenia, rodzaj niedowierzania w to, że Bóg przychodzi też w drugim człowieku?” – zgłasza wątpliwość redaktorka Znaku. I staje na stanowisku aktywizmu społecznego jako drogi do głębokiej przemiany, także duchowej.

Chciałbym jednak opowiedzieć się tu za stwierdzeniem, że dla chrześcijanina źródłem opisywanego zaangażowania jest wiara. Gdyby nie wiara, trwanie w owym zaangażowaniu niejednokrotnie byłoby ponad ludzkie siły. Jak rozumiem, nie chodzi przecież o doraźną akcję, ale o sposób bycia w świecie, który jest byciem dla drugiego. A to oznacza wytrwałość i trud. Wolontariat jest nie tylko piękną przygodą, ale też ciężką drogą. Tej „ciemnej” strony Autorka nie opisała. Dlatego chciałbym spróbować obronić przedstawione stanowisko, mając na uwadze zwłaszcza wolontariat, który jest trudny i wyczerpujący.

Istnieje odpowiedź na wątpliwości Zdanowskiej. Odpowiedzią tą jest miłosierdzie Boże. Parafrazując soborową formułę o liturgii: miłosierdzie jest zarówno źródłem, jak i szczytem zaangażowania katolika w działalność dla innych ludzi. Jeśli świadomość miłosierdzia będzie obecna w chrześcijanach, bycie z drugim człowiekiem w jego niedoli zrodzi się spontanicznie. Ten, kto uwierzy w Boga miłosiernego, nie pozostanie obojętny na los bliźniego. Oczywiście: samemu będąc miłosiernym, można zacząć poznawać miłosiernego Boga. Tak czy inaczej, relacja ta istnieje i stanowi fundament zaangażowania społecznego, zwłaszcza trudnego, konkretnych osób.

Miłosierdzie między ludźmi – Jan Paweł II definiuje je jako wyciąganie człowieka spod wszelkich nawarstwień zła – wynika ze świadomości bycia obdarowanym przez Boga. Bóg nie tylko daje życie swoim stworzeniom, ale pozostaje im wierny, nawet gdy one wierność Mu złamią. W tym znaczeniu źródłem trwania jednego człowieka przy drugim w obliczu jakiegoś niedostatku, cierpienia, zła jest jednak relacja z Bogiem. Świadomość miłosierdzia Bożego – doświadczenie bezwarunkowej wierności ze względu na miłość – jest tym, co jednocześnie prowadzi osobę do osoby i pomaga jej wytrwać przy drugim wbrew przeciwnościom. Po ludzku bowiem zbyt wielki ciężar nie byłby możliwy do udźwignięcia. Chrześcijanin angażuje się zatem na rzecz dobra wspólnego nie tylko własną mocą, ale też mocą, którą sam przyjmuje od Boga.

Tak więc solidarność jest poprzedzana przez miłosierdzie. Można oczywiście uznać solidarność za pierwotną w kontekście wolontariatu i przywołać jej ewangeliczną definicję promowaną przez ks. Józefa Tischnera „jeden drugiego brzemiona noście”. Ale dlaczego mamy je nosić? Nie tylko dlatego, że jesteśmy równi na poziomie godności. Również dlatego, że gdy ktoś godność swoją sponiewiera – i nieraz będzie chciał opluć też naszą godność, kiedy wyciągniemy do niego rękę – to nie przestaje być taką samą osobą jak my. Wynika to już nie z równości i solidarności, ale z miłosierdzia Bożego. W chrześcijaństwie miłosierdzie rzuca światło na Dekalog: Dekalog ukazuje godność każdej osoby, miłosierdzie zapewnia, że człowiek, który przekroczył nakazy Dekalogu, nie traci godności osoby: nikt nie jest stracony. Dlatego Dekalog staje się jaśniejszy w świetle miłosierdzia. Miłosierdzie zaś nabiera sensu jako przywrócenie porządku, w którym podstawą jest ludzka godność.

Zdanowska pisze o języku, który poprzez takie określenia jak „dobroczynność”, „pochylanie się z troską”, utrwala nierówność pozycji. Promuje określenia neutralne pochodzące z języka nauk społecznych. Nie jest jednak nigdy tak, że relacja między stronami jest „równa”, a więc i pozycje stron są „nierówne”. Oczywiście, mamy do czynienia z pełną równością osób na poziomie godności, wolności i praw. Ale już nie na poziomie ich konkretnej relacji. Tu „nierówność” występuje, gdyż obiektywnie położenie osób różni się. A ten, kto dzieli się na przykład swoją obecnością, ma tym samym coś, czego druga osoba oczekuje. Z tego „więcej” człowieka pomagającego bierze się w ogóle początek nowej relacji. A więc: równość człowieczeństwa, ale jednak nierówność położenia życiowego. „W relacji pomocy – pisze Zdanowska – ludzie wzbogacają się wzajemnie”. Wzajemnie, ale nie równomiernie. Oznacza to też, że „zyskać” może więcej wolontariusz. Jednak sama relacja zaistniała, gdyż początkowo była nierównomierna ze względu na jakiś zasób (czasu, optymizmu, zdolności itd.).

Zwracam na ten punkt uwagę w obawie, że słuszne przecież podkreślanie równości i akcentowanie tego, że pomagający również jest obdarowany, może prowadzić do postawy roszczeniowości. Roszczenia mogą się zrodzić nie w tym, kto wyjściowo ma być obdarowany, ale w tym, kto pomaga. Podobnie stało się z szeroką promocją wolontariatu: podejmowany jest teraz w Polsce często z intencją „zysku”, w postaci dobrego punktu w CV, w tej perspektywie wybierany i realizowany jako element drogi do kariery. Zrodziło się sprzeczne z nim samym przekonanie, że „to ma się wolontariuszowi opłacić”.

Wracając do głównego tematu: chrześcijanin narażony na trudy wolontariatu może się umacniać na swojej drodze dzięki sakramentom. Taki jest sam rdzeń Eucharystii. Pojęcie „komunia” oznacza i sakrament, i komunię jako rzeczywistość społeczną. Eucharystia – tłumaczy Benedykt XVI w Deus caritas est, n. 14 – jest zjednoczeniem z Bogiem. Komunia wyprowadza z koncentracji na sobie samym, kieruje do Chrystusa, a Chrystus znów do człowieka, naszego bliźniego. Stajemy się „jednym Ciałem” zespoleni w Chrystusie. „Miłość Boga i miłość bliźniego są teraz naprawdę jednym: wcielony Bóg przyciąga nas wszystkich do siebie” – pisze papież. Dlatego jego poprzednik stwierdzał, że „komunia rodzi komunię” (Christifideles laici, n. 32). Komunia sakramentalna jest fundamentem komunii społecznej.

Warto tu przypomnieć jedną rzecz. Kiedy w ewangeliach synoptyków czytamy relację o ostatniej wieczerzy, podczas której Jezus ustanowił Eucharystię, to w odpowiednim miejscu ewangelii Janowej znalazł się opis umywania uczniom stóp przez Jezusa. Jeżeli w naszym zaangażowaniu na rzecz innych chcemy zbliżyć się do tej postawy, jako chrześcijanie powinniśmy najpierw czerpać sami z tajemnicy Bożej obecności eucharystycznej, by taką miłością miłosierną móc służyć drugiemu człowiekowi.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter