70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ballada o Jakubie Bieli

Jakub Biela urodził się trzydzieści trzy lata temu i za trzydzieści trzy lata umrze.

Teraz przy stole w domu rodziców czeka na swoje podwójne espresso. Na półmiskach leżą rolady z ciemnobrązowej wołowiny. Dalyj tustŏ a gynstŏ zouza. W wazach kluski, biŏłe i czŏrne, obok modrŏ kapusta, dalej curry z dyni i kurczaka, saltimbocca z cielęciny, dietetyczny łosoś dla tych żon i córek, które jeszcze dbają o linię, dalej ryż z rodzynkami i sałata z miodowym winegretem. Wszystko to jednak znika ze stołu, niepostrzeżenie robiąc miejsce kołŏczowi, szpajzie i lodom.

Przed obiadem Jakub Biela wypił z ojcem piwo. Obaj Bielowie, starszy i młodszy, rozparli się na fotelach w identycznych pozach, pili ciemne marcowe i rozmawiali. Starszy Biela widział w młodszym Bieli młodego siebie, młodszy Biela nie widział w starszym Bieli samego siebie. Potem przeszli do jadalni, kiedy zawołano na obiad.

Podczas obiadu Jakub Biela wypił cztery kieliszki ciężkiej gran reservy, co daje całą butelkę, zjadł dwie rolady, pięć klusek i godny kopczyk modryj kapusty. Na obiadach u rodziców Jakub Biela jada rolady, kluski a modrŏ kapusta.

Po obiedzie Jakub Biela odmawia szpajzy, czyli deseru, ponieważ nie chce utyć więcej, niż potrzeba do tego, aby być mężczyzną statecznym. Odmawia również lodów z bitą śmietaną i pokrzepia się ojcowską nalewką z pigwy, następnie pije kieliszek porzeczkowej smorodiny, oczekując na swoje podwójne espresso, bez którego nie wyobraża sobie zakończenia uroczystego posiłku. Do espresso wypija jeszcze kilka kieliszków wytrawnej nalewki z cytryńca. Koniaku odmawia ponieważ nie lubi koniaku. Zdanie zmieni za trzydzieści lat, na trzy lata przed śmiercią i zdąży się jeszcze w tym koniaku na dobre rozsmakować, co też wydarzy się we właściwym czasie, kiedy stać go będzie na naprawdę dobre koniaki.
Na co dzień Jakub Biela robi kawę sam. Uważa, że dobra kawa wymaga czułości i staranności, na którą stać tylko jego samego. Tylko w niedzielę, przy obiedzie, Jakub Biela pozwala się obsługiwać, ponieważ tak każe tradycja. Jakub Biela niezwykle szanuje tradycję, kiedy dzieje się ona w murach domu jego rodziców. Poza tymi murami Jakub Biela ma do niej stosunek życzliwy, lecz lekceważący.

***

Dwadzieścia lat wcześniej Jakub Biela u dziadków Operschalskich po obiedzie wstał i chciał odnieść talerz. Patriarcha rodu, stary Willym Operschalski, samym spojrzeniem posadził go z powrotem na krześle. Co to mŏ znaczyć, babōw sam niy ma, co by synek z talyrzami lŏtŏł?

Jakub Biela był wtedy trochę dumny, ale jednocześnie bardzo zawstydzony.

Kiedy wrócili do domu, mama upomniała Jakuba, aby nie wyobrażał sobie, że w domu też siostry będą po nim sprzątać talerze.

Jakub Biela był wtedy trochę urażony, ale jednocześnie poczuł ulgę.

***

Do Jakuba Bieli wszyscy mówią: Kuba, my jednak będziemy nazywać go tak, jak on sam o sobie myśli, on sam zaś myśli o sobie imieniem i nazwiskiem: Jakub Biela. Patrzy w lustro i myśli: Oto Jakub Biela.

Kiedy tak patrzy w lustro, to czasem wydaje mu się, że jest nieco młodszy, niż jest. Czasem zaś wydaje mu się, że jest nieco starszy, niż jest.

My jednak znamy bieg jego życia od momentu, w którym począł się za sprawą Antoniego Bieli i Jadwigi Bielowej z domu Operschalskiej, po chwilę, w której umarł w wieku lat sześćdziesięciu sześciu za sprawą poślizgnięcia się na hotelowej posadzce i uderzenia podstawą czaszki w marmurowy stopień, który los i Bóg, i murarz postawili dokładnie tam, gdzie postawili, aby Jakub Biela mógł zakończyć swoje dobre i śmieszne życie.

***

Na ojca Jakuba Bieli mówiono Tōnik, na matkę Jakuba Bieli mówiono czasem Hyjdwig, a najczęściej Bielowŏ ôd Tōnika Bieli, co ôna je cerōm ôd tego Operschalskigo, kery miyszkŏł wele banhofu.
Tak mówiono o nich tam i ówdzie. Dawniej częściej, dziś rzadziej.

Gdzie indziej mówiono o nich po prostu: Jadzia i Antek Bielowie. Dawniej rzadziej, dziś częściej. Tōnik i Jadzia, jak zwracali się do siebie, w obu światach poruszali się równie sprawnie, niczym łososie, które potrafią żyć zarówno w słonej, jak i słodkiej wodzie.

Za parę lat Jadwiga i Tōnik spoczną w jednym grobie, na przyszowickim cmentarzu, na który Jakub Biela wiele razy chodził z żółtego kościoła o wyraźnie krzywej wieży, przecinając w powolnym kondukcie z górniczą orkiestrą drogę krajową nr 44.

Najpierw Jakub Biela chodził będzie na grób Antoniego Bieli, który za życia był Tōnikiem. Po roku w tym samym grobie spocznie Jadwiga Bielowa, która za życia była czasem Hyjdwig, czasem Jadzią, czasem panią Jadwigą, czasem szefową, a najczęściej matką swoich dzieci, żoną swojego męża i córką swojego ojca.

Teraz jednak Jadzia i Tōnik siedzą przy stole, jedzą obiad, popijają wino – na cały stół na jedno rozlanie poszły trzy butelki – i patrzą na swoje rodzeństwo i na dzieci, w tym na Jakuba Bielę. W przeciwieństwie do nas, którzy przyglądamy się Jakubowi Bieli szczególnie, Jadzia i Tōnik na wszystkie swoje dzieci patrzą tak samo.

***

Jakub Biela czasem uważa się za młodszego, niż jest. Kiedy spogląda w lustro, widzi zmarszczki, ich mapę odziedziczył po Antonim Bieli, ten z kolei po swojej matce, Hildzie z domu Wilczek. Dziś, kiedy Hilda już nie żyje, Antoni chętnie przygląda się na twarzy syna, próbuje odnaleźć w niej twarz swojej matki. Na tej mapie, którą Antoni i Jakub Bielowie odziedziczyli po Hildzie z domu Wilczek, znajdują się cztery głębokie zmarszczki na czole od skroni do skroni. Następnie dwie bruzdy, oddzielające policzki od ust. Dalej zmarszczki w kącikach oczu.

Jakub Biela uważa, że zmarszczki wydobywają na wierzch jego charakter. Są widocznym nad powierzchnią twarzy wierzchołkiem góry lodowej. Ma rację.

Jakub Biela ma charakter i jest to charakter trudny. Jakub Biela zdaje sobie sprawę z tej trudności, lecz słusznie uważa, że lepiej mieć charakter trudny niż żaden.

***

Jakub Biela czasem uważa się za starszego, niż jest, na przykład kiedy myśli o doświadczeniu życiowym, które już zgromadził, a na które składają się żona zaślubiona, córki z żoną poczęte i w chwiejnej obecności Jakubowej z żoninego łona narodzone, i wspólnym, jednak głównie żoninym wysiłkiem chowane.

Dalej wrogowie i przyjaciele zdobyci i utraceni.

Dalej kobiety napotkane, w różnym sensie zdobyte, pamiętane i zapomniane, a dalej jeszcze myśli o tych kobietach, które kiedyś Jakuba Bieli nie chciały, a on je chciał i te wspomina najlepiej.

Dalej pieniądze zdobyte i wydane – zdobyte, bo Jakub Biela nie zarabia pieniędzy, Jakub Biela pieniądze zdobywa. Czyni to w sposób całkowicie legalny, chodzi tutaj o jego stosunek do wchodzenia w posiadanie: Jakub Biela nie uważa pieniędzy za ekwiwalent wysiłku, umiejętności czy pracy, lecz za nagrodę, którą los przynosi mu za to, że jest Jakubem Bielą, i za to, że wiernie podąża ścieżką Jakuba Bieli. Jakub Biela jest pracowity, kocha swoją pracę i nie mógłby bez niej żyć, praca go określa, jednak w głębi duszy nie dostrzega między pracą a pieniędzmi bezpośredniego, przyczynowego związku.

***

Jakub Biela mieszka tam, gdzie się wychował: w Przyszowicach, na Górnym Śląsku. Urodził się w szpitalu nieopodal, w Gliwicach. W Przyszowicach mieszka z żoną i dwiema córkami, w domu, który odziedziczył po bezdzietnej, samotnej ciotce. Dom jest duży i stuletni, i ceglany, a ponieważ ciotka żyła w ubóstwie, to w latach dziewięćdziesiątych nie zniszczono jego eleganckiej fasady, nie wymieniono okien na plastikowe, nie przykryto czerwonego klinkieru ohydnym styropianem. Dlatego dom Jakuba Bieli prezentuje się bardzo godnie, chociaż w środku zimą bywa chłodno.

Jakub Biela sądzi, że on sam również prezentuje się godnie, a w jego wnętrzu na chłód nie ma miejsca, bo serce i głowę Jakub Biela miał, ma i będzie mieć zawsze gorące, aż umrze, dopiero wtedy ostygną.

***

Jakub Biela cieszy się, że żona urodziła mu córki. Jakub Biela uważa, że kobiety lepiej się dziś udają. Forma kobiecości jest precyzyjniej dookreślona, wiadomo, jak być kobietą, a prawie nikt nie wie, jak być mężczyzną, tak wydaje się Jakubowi Bieli.
Oczywiście, Jakub Biela nie odnosi tego do siebie – jest przekonany, że on akurat wie doskonale, jak być mężczyzną, i ma rację, rzeczywiście wie. Jest również przekonany, że niezwykle dobrze mu się to bycie mężczyzną udaje, i tutaj już nie ma racji, ponieważ bycie mężczyzną udaje się Jakubowi Bieli różnie, raz lepiej, raz gorzej.

***

Jakub Biela uważa się za przystojnego i takim się widzi w oczach kobiet. Być może działa tutaj pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne. Jest słusznego wzrostu, co podoba się wszystkim kobietom, ma jasne włosy i szare oczy, co podoba się niektórym, jest raczej ciężko zbudowany, z pewną społecznie akceptowalną nadwagą, co podoba się już zupełnie nielicznym, ale przynajmniej nie przeszkadza żonie Jakuba Bieli.
Jakub Biela nie bardzo przypomina swoich śląskich przodków, którzy byli raczej niscy i drobni. Jakub Biela ogląda tych przodków na fotografiach stuletnich i starszych niż stuletnie. Uważa ich raczej za poprzedników. Zastępuje ich na scenie świata, zajmuje ich miejsce.

Uparcie próbuje odnaleźć w ich twarzach własne rysy i w końcu je znajduje. Żaden z poprzedników Jakuba Bieli nie ma na przykład retrognatycznego, cofniętego podbródka i Jakub Biela również go nie ma, ma mocną, kanciastą żuchwę. Zapewne dlatego cofnięty podbródek Jakub Biela uważa za oznakę podłego charakteru i nigdy nie ufa mężczyznom o cofniętym podbródku.

W rzadkich chwilach refleksji Jakub Biela zdaje sobie sprawę, że to niesprawiedliwe uprzedzenie, ale nie ma nic przeciwko własnym niesprawiedliwym uprzedzeniom. Jakub Biela hołubi swoje niesprawiedliwe uprzedzenia. Uważa, że pozwalają mu oswajać i porządkować świat.

***

Wcześniej w życiu Jakub Biela ma dziesięć lat i wraca ze szkoły. Ma ortalionowy plecak zamykany na zamek. Jest z niego bardzo dumny, bo wiele innych dzieci nosi jeszcze staromodne tornistry na dwie klamry.

Po drodze do domu Jakuba Bieli, niedaleko dwustuletniej kapliczki flankowanej przez dwa dęby wielkie jak biblijne smoki, leży zdechła mysz. Dziesięcioletni Jakub Biela przewraca ją czubkiem buta. Brzuch myszy pokrywają musze larwy. Żółtobiałe, kłębią się wściekle, jak macki potwora wypełniającego wilgotne, zgniłe truchło myszy. Jakub Biela tkwi nad zdechłą myszą sparaliżowany strachem. Nie boi się tak po prostu: boi się tak, jakby właśnie zobaczył diabła. Albo stanął przed Bogiem, przed najstraszniejszą ze wszystkich Bożych twarzy.

Trzydziestotrzyletni Jakub Biela chodzi w niedzielę do kościoła, ponieważ tak go wychowano. Jakub Biela uważa, że to jedyny powód, dla którego warto chodzić do kościoła.

***

Powiedzieliśmy już, że Jakub Biela sądzi, że prezentuje się godnie. W rzeczywistości „godnie” nie jest dobrym określeniem. Jakub Biela nie prezentuje się źle, jednak ruchy ma zbyt nerwowe, za bardzo pragnie się podobać, chociaż nie musi, bo nic od tego nie zależy. Jakub Biela lubi krawaty i ma więcej butów, niż posiada jego żona i są to drogie buty. Jakub Biela strzyże się często. Jakub Biela nosi dobrze skrojone marynarki, które maskują brzuch, a podkreślają szeroką pierś Jakuba Bieli.

Wiele samotnych kobiet i mężatek pragnie przytulić się do szerokiej piersi Jakuba Bieli. Wydaje im się, że taki mężczyzna, duży i trochę misiowaty, nie mógłby ich skrzywdzić. Mylą się, Jakub Biela skrzywdził kilka kobiet. Nie były to wielkie podłości i krzywda ich nie była większa niż ta, jakiej i tak się spodziewały – ale była i Jakub Biela wie, że kiedyś przyjdzie mu za te trochę skrzywdzone kobiety odpowiedzieć. Przed losem, przed Bogiem, przed bogami, przed czarną pustką, którą być może jest świat, ale przed czymś odpowiedzieć będzie trzeba. Nic, żaden czyn, dobry czy zły, nie pozostanie bez stosownej odpłaty.
Kiedy Jakub Biela myśli o tej odpłacie, to pociesza się, że nie skrzywdził nigdy swojej żony. Niesłusznie, bo jest w tym tyle szlachetności, co wyrachowania. Żonę bowiem ma dobrą i przydatną, a przy tym nie wyobraża sobie życia w samotności, która mogłaby być konsekwencją żoninej krzywdy.

Jakub Biela nie nadaje się do samotności. Jakub Biela potrzebuje wygód, potrzebuje, aby ktoś się o niego troszczył. Jakub Biela nienawidzi zmian.

***

Zmian nienawidził również Ewald Biela, za życia zwany Ywaldym, pradziadek Jakuba. Mimo to, kiedy jego ojczyznę podzielili między sobą Polacy i Niemcy, Ewald Biela postanowił, że przeniesie się z rodzinnych Gliwic na polską stronę, ponieważ niemieckich właścicieli fabryk i kopalń nienawidził jeszcze bardziej niż zmian.

Niestety, za nowej Polski Ewald Biela posiadał tyle samo kopalń i fabryk, co za kajzera Wilusia, to znaczy posiadał dokładnie zero kopalń i fabryk. Ewald szybko się zorientował, że nawet bycie powstańcem pozytywnie zweryfikowanym i wpisanym na oficjalną listę nie uczyni go właścicielem najmniejszej nawet fabryki.

Następnie nie tylko nie został właścicielem kopalni, ale nawet przestał być w kopalni potrzebny i w 1931 roku został tak zwanym elwrym, czyli bezrobotnym. Wtedy uznał, że do rzici ze takōm Polskōm, ôn to fanzoli i przekludzŏ sie nazŏd dō Niymiec, bo sam je polnische Wirtschaft. W roku 1932 przeprowadził się z powrotem do Gleiwitz, O.S. i powołując się na znakomite niemieckie tradycje rodzinne, przyjął niemieckie obywatelstwo, domu w Przyszowicach jednak nie sprzedał. Po roku znalazł pracę jako kasjer na kolei.

Miał dwóch synów, starszy Herman został po polskiej stronie. Zmobilizować go do polskiego wojska nie zdążyli, niemieckiego poboru unikał, pracując na kopalniach, w końcu jednak wzięto go do Wehrmachtu i szybko dał się zabić na Ukrainie, bo taki był sens jego krótkiego życia – dać się zabić na Ukrainie. Młoda wdowa po Hermanie odziedziczyła potem przyszowicki dom Ewalda Bieli i nie wyszła drugi raz za mąż, bo tak się jakoś ułożyło. Umarła bezpotomnie w zupełnie innych czasach, a po niej dom odziedziczył Jakub Biela, syn bratanka jej męża, bo tak sobie wymyśliła, że to akurat będzie on.

Po Jakubie Bieli dom odziedziczą jego córki, ale nie będą chciały w nim mieszkać. Mimo to jedna z nich w tym domu pozostanie, bo wydawać jej się będzie, że tak trzeba.

Ewald Biela miał trochę kłopotów, kiedy życzliwy sąsiad nazwiskiem Piontek w 1937 roku szepnął komu trzeba, iż Biela to wielgi Polŏk a powstaniec. Ku wielkiemu zasmuceniu Piontka kłopoty Bieli nie były jednak zbyt dotkliwe, bo akurat miał kolegę z klasy w NSDAP, a na dodatek w stosunkach polsko-niemieckich panowało właśnie ocieplenie. Więc wszystko szybko załatwił, a przy pierwszej okazji wybił Piontkowi dwa zęby, wpychając mu do ust lufę nulachty nieco zbyt brutalnie. Biela groził Piontkowi, że zaraz strzeli, ale wiadomo było, że gdyby miał strzelić, to by już strzelił, więc Piontek nie bardzo nawet bał się śmierci, tylko raczej chciał się pozbyć lufy pistoletu z ust. Biela nie strzelił, bo nulachta nie była nabita i w końcu sobie poszedł, pofukując, a Piontek, krwawiąc obficie, przyrzekł sobie wtedy, że przy pierwszej okazji wykończy Ewalda Bielę, ale nie zdążył, bo zanim przyszła wojna, na kolejową kasę napadła dwuosobowa komunistyczna bojówka i zażądała pieniędzy, grożąc Bieli śmiercią. Biela kasy nie otworzył, bo nie był zbyt mądry, komuniści więc go zastrzelili i tak się to niemądrze skończyło: Biela stracił życie, bojowcy nie zdobyli pieniędzy, za to zbrukali sobie sumienie. Obaj zresztą wyspowiadali się z tego przed Wielkanocą i Bóg im być może wybaczył, ale los pamięta.

Franz Biela, młodszy syn Ewalda, mieszkał razem z ojcem po niemieckiej stronie, w Gleiwitz, O.S. i miał obywatelstwo Rzeszy. Nie ukrywał się przed poborem, bo nawet mu to nie przyszło do głowy, walczył od września 1939 roku do kwietnia 1945 roku, kiedy to dostał się do amerykańskiej niewoli, z której wrócił do domu w roku 1946. Zanim dostał się do amerykańskiej niewoli, to dostał Żelazny Krzyż za zabijanie amerykańskich żołnierzy, a potem jeszcze parę innych odznaczeń, którymi potem nigdy się nie chwalił, bo nie było komu. Amerykańskich żołnierzy zabijał głównie po to, aby oni nie zabili jego , ale również za to, że zabili mu kolegów z plutonu. Zabili Heinza, kery bōł ze Bambergu, Josefa, co grŏł w szkata, Karlika, kery bōł ze Zŏbrzŏ i poradziył piyknie śpiywać. Za to właśnie Franz Biela zabił amerykańskiego żołnierza, któremu mógł darować życie i nie nacisnąć spustu, ale jednak nie darował i nacisnął, i zabił, bo go za tego Heinza, Josefa i Karlika nienawidził. Żołnierz nazywał się Martin Sullivan i był katolikiem. Franz Biela dowiedział się tego z nieśmiertelnika, który zdjął z szyi martwego Martina Sullivana. Martin Sullivan nie wiedział, że to Franz Biela go zabił. Zdążył tylko poczuć nadzieję, że ten Niemiec w białym prześcieradle na mundurze chyba wystrzelał już wszystkie pięć nabojów z magazynka i zasmucić się zdążył, kiedy okazało się, że był w błędzie.

Potem Franz Biela dostał się do niewoli. Traktowano go dobrze. Paru kolegów z obozu jenieckiego zgłosiło się jako Polacy, aby wstąpić potem do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, jednak Franz Biela uznał, że jeśli się zgłosi, to jest spora szansa, że wróci na front, a na to wcale nie miał ochoty, więc się nie zgłosił, chociaż obóz nie był przyjemnym miejscem. Potem wojna się skończyła, Franza wypuścili z obozu i namawiali, aby został na Zachodzie, praca dla górników będzie zawsze, Franz jednak wrócił do domu, bo chciał być u siebie i chciał się wreszcie ożenić z Hildą Wilczek.

Hilda Wilczek nie wiedziała, czy woli wyjść za Franza, czy może raczej za pewnego Ignacego, kery na zŏlyty przyjyżdżōł aż ze Bytōmiŏ. Franzowi Hilda bardzo się podobała, specjalnie dla niej nie dał się zabić. Nie chciał jej stracić dla jakiegoś Ignaca, więc nie czekając na jej ostateczną decyzję co do zamążpójścia, począł w jej łonie Antoniego Bielę. Wtedy Hilda już nie miała wyjścia i wyszła za Franza, bo tak wypadało. Kiedy trzydzieści pięć lat później Franz został dziadkiem Jakuba Bieli, to niewiele mu z tego przyszło, bo od dwudziestu lat spoczywał już trzysta metrów pod ziemią, w jednym z chodników kopalni KWK Makoszowy.

Na początku września 1958 roku, w kilka dni po katastrofie matka Antoniego Bieli wymogła na dwunastoletnim synu przysięgę: aże w tym roku już, mamulko, bydã sie uczył i niy pōdã robić na grubã ani nawet niy zjadã na dōł. Na wpół osierocony Antoni Biela uczył się pilnie, jako pierwszy Biela w historii nauczył się mówić ładnie po polsku, pojechał na studia do Krakowa i został poetą i badaczem poezji, ale potem wrócił na Śląsk, zamieszkał w Gierałtowicach i był już głównie nauczycielem języka polskiego, poetą bywając tylko czasem i z towarzyszeniem wódki i gitary. Ani wódki, ani gitary nie nadużywał, będąc człowiekiem statecznym, jak stateczni byli, są i będą wszyscy Bielowie, od kiedy świat pamięta i do kiedy święta ziemia zechce Bielów nosić. Później zmęczył się byciem nauczycielem, ku rozpaczy teścia Operschalskiego zwolnił się z publicznej szkoły, założył pierwszą prywatną szkołę w okolicy i został jej dyrektorem, a po paru latach został również człowiekiem zamożnym.

Antoni Biela dotrzymał również drugiej przysięgi: nigdy nie zjechał do kopalni, nawet do Wieliczki, ale śmierć i tak przyszła po niego. Antoni Biela w wieku lat siedemdziesięciu dwóch zszedł z tego świata pogrążony we śnie, wylatując przez przednią szybę wielkiego land cruisera, którego kupił sobie niedawno w nagrodę za porządne życie, a który bardzo szybko zredukował swoją prędkość ze stu sześciu kilometrów na godzinę do zera kilometrów na godzinę, zatrzymując się na pięknym dębie. Dąb liczył sobie dwieście osiemdziesiąt lat i miał już na swoim dębowym sumieniu cztery trupy, w tym jednego wisielca, Antoni Biela był zaś piąty.

Na dół, na grubã jednak nigdy nie zjechał. Czy Hilda Bielowŏ, z domu Wilczek, odetchnęła z ulgą w zaświatach, kiedy okazało się, że jej siedemdziesięciodwuletni syn ostatecznie dotrzymał przysięgi, umierając w locie i we śnie?

Na ten temat nic nam nie wiadomo, ale nie można tego ostatecznie wykluczyć. Odetchnęła więc czy nie odetchnęła, Tōnik Biela przysięgi dotrzymał.

Czy dlatego, że może bał się na dole spotkać ojca? Pamiętał go dobrze, więc nie miał powodów, by obawiać się takiego spotkania. Raczej bał się, że wnętrzności ziemi upomną się o niego, jak prorokowała mu owdowiała matka.

W jego młodzieńczych wierszach było wiele metafor, w których Ziemia jest żyjącym stworem, a w jego wnętrzach trawione jest ciało Franza Bieli, tego, co przeżył wojnę, ale zginął na kopalni i wielki pożar węgla spalił go tak starannie, że ratownicy nie znaleźli ciała, bo nie było czego znaleźć. I tak Franz Biela w kopalni już sobie kamienieje, pomiędzy karbońskimi widłakami i skrzypami, ale nie odciśnie się w żadnym kamieniu tak wdzięcznie jak one.

***
Wcześniej w życiu Jakub Biela ma szesnaście lat i osiem miesięcy, ale uważa się za nieomalże osiemnastolatka. W każdym razie za kogoś dorosłego.

Siedzi na skraju dużego łóżka. Duże łóżko znajduje się w niewielkim pokoiku. Pokoik znajduje się na poddaszu małego drewnianego domku. Mały drewniany domek znajduje się w małej, na wpół wypoczynkowej miejscowości. Mała, na wpół wypoczynkowa miejscowość znajduje się w lasach na pograniczu historycznego Śląska i Małopolski. Pogranicze historycznego Śląska i Małopolski znajduje się nigdzie.

W niewielkim pokoiku oprócz Jakuba Bieli stoi dziewczyna. Dziewczyna jest kilka miesięcy starsza od Jakuba Bieli, a to oznacza, że jest od niego starsza przynajmniej kilka lat, ponieważ dziewczyny szybciej stają się kobietami niż chłopcy mężczyznami. Jakub Biela na przykład jest jeszcze chłopcem, a ona jest już kobietą. A potem kobiety szybciej są stare.

Dziewczyna jest naga. Jakub Biela uważa, że jest bardzo piękna. W rzeczywistości jest dość ładna, ale to zależy od tego, kto patrzy. Dziewczyna zaraz będzie kochać się z Jakubem Bielą, a on jest dziwnie spokojny. Dziwnie, bo nigdy wcześniej nie kochał się z dziewczyną.

Są jednak tutaj od paru dni i każdej nocy uczyła go jednej lekcji z autorskiego kursu, w którym zawarła całą swoją wiedzę o tym, co ludzie robią ze sobą w łóżku.

Wiedziała sporo – wtedy Jakubowi Bieli wydawało się, że ta naga dziewczyna wie wszystko, ale to tylko dlatego, że on sam nie wiedział prawie niczego, poza rudymentami, albowiem były to czasy, w których młodzieniec po pornografię musiał iść do kiosku, co było zadaniem trudnym i wymagającym hartu ducha.

Skoro więc są już tutaj od paru dni, a ona każdej nocy nauczyła go jednej lekcji, to Jakub Biela jest spokojny. Podobała mu się rola, w której się znalazł. Podobało mu się, kiedy pokazywała: tu dotknij. Tu pocałuj. Szybciej. Wolniej. Nie tak. Dobrze.

Dziwić się spokojowi Jakuba Bieli mógłby więc tylko ktoś, kto nie wie o autorskim kursie, który Jakub z powodzeniem zaliczył.

Mógłby to być na przykład kolega Jakuba Bieli, Wojtek Leszczyński, który razem z Jakubem Bielą i Marysią – bo tak na imię ma dziewczyna – przyjechał i mieszka w małym drewnianym domku w lasach na pograniczu historycznego Śląska i Małopolski. Mógłby, ale akurat Wojtek Leszczyński ma doskonałą świadomość tego, co Jakub Biela i Marysia robią w małym pokoiku na poddaszu.

Ma tego świadomość doskonałą, bo kiedy Jakub Biela na starym rowerze wyprawia się do wsi po soki, zupki chińskie i wódkę, wtedy Marysia bierze sobie do pokoiku Wojtka Leszczyńskiego i robi z nim takie same rzeczy, jakie w nocy robiła z Jakubem Bielą. Różnica jest taka, że Wojtek wie, a Jakub nie wie, więc chociaż nikt tutaj nie jest nikomu niczego winien, to Jakub jest zdradzany przez Wojtka i Marysię.
Pewnego wieczoru, kiedy w trójkę piją wódkę, Marysia rozbiera się, udając bardziej odurzoną, niż jest w rzeczywistości. Wojtek Leszczyński gra coś na gitarze, Jakub Biela coś śpiewa, a Marysia naga tańczy. Naga i coraz bardziej zła, bo ci gówniarze nie rozumieją, o co jej chodzi. Ci gówniarze speszyli się, widząc ją nagą, spuszczają wzrok, wstydzą się nawet na nią patrzeć, chociaż osobno żaden z nich patrzeć na nią się nie wstydzi, ale kiedy są razem, to się wstydzą. A skoro wstydzą się nawet patrzeć, to tym bardziej wstydzą się zrobić to, czego Marysia od nich oczekuje. Dlatego zbiera swoje ubrania, odziewa się i wychodzi, zła, na dwór i pali papierosy. Oni wychodzą za nią. Odpierdolcie się, pajace, mówi do nich.
Warto dodać, że Marysia nie jest tak zwaną „dziewczyną” Jakuba Bieli. Nie jest też dziewczyną Wojtka Leszczyńskiego. Marysia chciałaby być dziewczyną długowłosego basisty z kiepskiej punkowej kapeli, która grywa kiepskie koncerty w kiepskim gliwickim Jazz Clubie, w którym bardzo rzadko słychać jazz. Jednak długowłosy basista zna lepsze dziewczyny, więc nie chce, aby Marysia była jego dziewczyną, chociaż z łóżka jej nie wyrzuca. Marysia więc czasem bawi się Jakubem Bielą, bo lubi tego inteligentnego chłopca, uważa jednak, że jest zbyt wrażliwy, zbyt niedojrzały i zbyt histeryczny, aby nadawał się na jej chłopaka. Bawi się też czasem Wojtkiem Leszczyńskim i sama już nie wie, dlaczego to wszystko robi, być może z nudów po prostu.

Piętnaście lat później Marysia nie będzie już uważać, by Jakub Biela był zbyt wrażliwy, zbyt niedojrzały i zbyt histeryczny, piętnaście lat później Marysia, wpadając co parę lat na Jakuba Bielę na ulicy, uważać będzie, że Jakub Biela w rzeczywistości jest całkiem w porządku, ale piętnaście lat później będzie już za późno i dla niej, i dla Jakuba Bieli.

Skoro więc są już tutaj od paru dni i każdej nocy nauczyła go jednej lekcji z tego kursu, to Jakub Biela jest spokojny. Poprzednich nocy robili rzeczy, które Jakubowi Bieli wydawały się o wiele bardziej ekscytujące niż rzeczy, które mają robić dzisiaj – a wie, co mają robić dzisiaj, bo na wprowadzeniu do kursu Marysia wszystko mu po kolei wyłożyła, tej nocy to, kolejnej tamto, a jeszcze kolejnej jeszcze tamto. Kiedy więc już robią to, co było na dzisiaj zaplanowane, to Jakub Biela jest zdziwiony, że w zasadzie robi to na nim tak niewielkie wrażenie. Na pewno mniejsze niż na przykład moment, w którym pierwszy raz ściągnęła dla niego stanik. Albo niż pierwszy pocałunek. Albo niż to, co robili przedwczoraj i wczoraj. Jest przyjemnie, Jakub Biela podziwia biodra i wspaniałe szczupłe plecy swojej pierwszej kochanki, ale głównie jest zdziwiony, że tak naprawdę to w sumie nic takiego.

Potem leżą razem w łóżku i palą papierosy, ponieważ wydaje im się, że tak powinno się postępować, skoro właśnie się kochali. Jakub Biela myśli o tym, że właśnie kochał się z dziewczyną, i próbuje znaleźć w sobie coś nowego, jakąś zmianę, w końcu powinien być już kimś innym, skoro właśnie kochał się z dziewczyną.

Nie znajduje niczego.

***

Franz Biela w swoim czasie był przystojnym feldweblem i miał wiele kochanek: w Polsce, w Niemczech, w Rosji, w Belgii i we Francji. Był dla nich niedobry, bo myślał o Hildzie Wilczek, kerŏ ostała we Przyszowicach, kiedy on poszedł na wojnę, i nie był pewien, czy na pewno na niego czeka.
Hilda na Franza czekała, ale nie fanatycznie.

Kiedy się w końcu z Hildą ożenił, to nie miał już żadnych kochanek, bo mu się podczas wojny trochę przejadły, był za to dobry dla Hildy, ale dwanaście lat po ślubie spalił się na kopalni i niewiele z niego zostało.

***

Wnuk Franza Bieli Jakub Biela jest dobry dla kobiet, które potem krzywdzi. Jakub Biela jest delikatny. Jakub Biela lubi kobiety. Zanim skrzywdzi, wyrządza kobietom wiele dobrego. Więcej dobrego najpierw niż złego potem. Jakub Biela stara się czynić jak najmniej zła, ale wie, że trochę zła uczynić musi, bo każdy człowiek ma swoją pulę zła do uczynienia. Nawet święci.

Jakub Biela spotyka kobiety tak, jak podnosiłby kwiat z ulicy, chroniąc go przed rozdeptaniem przez innych, mniej uważnych przechodniów. Ponieważ jednak jest człowiekiem statecznym i żonatym, to po jakimś czasie z żalem odkłada te kwiaty tam, skąd je podniósł, i nie bardzo zważa już, co się z nimi dalej dzieje. Zwykle dalej dzieje się z nimi to co zwykle.

***

Renata Biela z domu nazywa się Baron i jest żoną Jakuba Bieli i jest mądrą kobietą, i nie chce wiedzieć o niczym, co mogłaby zaszkodzić jej małżeństwu z Jakubem Bielą.

Renata Biela z domu Baron uważa, że warto być żoną Jakuba Bieli. To prawda, warto być żoną Jakuba Bieli, jednak Renata Biela z domu Baron trochę przecenia wkład, jaki w jej życie wnosi małżeństwo z Jakubem Bielą. Jest to wkład pozytywny i o dużym znaczeniu, jednak nie aż tak pozytywny i ważny, jak się Renacie Bieli z domu Baron wydaje.

Renata Biela kocha Jakuba Bielę, ale trochę go nie lubi. Nie wybaczyłaby mu nigdy, gdyby ją upokorzył, więc Jakub Biela nigdy jej nie upokarza, bo stateczni Bielowie od kiedy świat pamięta są dobrzy dla swoich żon, które potem rodzą kolejnych Bielów, którzy znowu są dobrzy dla swoich żon.

Renata Biela nie wyobraża sobie, że mogłaby być z człowiekiem, który byłby inny niż Jakub Biela. Owszem, mogłaby być z kimś innym, to potrafi sobie wyobrazić doskonale, na przykład mogłaby być z mężem pewnej koleżanki z pracy. Praca Renaty Bieli z domu Baron to średniej wielkości firma, w której Renata jest dyrektorem finansowym. Mąż koleżanki jest przystojny i zaangażowany, i czuły, i podoba się Renacie, a Renata podoba się jemu, ale by Renata mogła z nim być, mąż koleżanki musiałby najpierw stać się kimś dokładnie takim jak Jakub Biela.

Teraz jest i tak dosyć do Jakuba Bieli podobny, ale musiałby jeszcze jak Jakub Biela łączyć w sobie siłę trudnego charakteru z pewnego rodzaju bezradnością. Musiałby otaczać ją najogólniej rozumianą opieką, emocjonalną, materialną i fizyczną, zapewniając jej spokój, którego Renata Biela potrzebuje – w zamian za to oczekując jednak starannej troski w sprawach codziennych i wielkiej wyrozumiałości.

Co zresztą doskonale odpowiada opiekuńczym instynktom Renaty, których nie domyśla się nikt, kto zna ją tylko od strony profesjonalnej. Mąż koleżanki się nie domyśla i nie jest jak Jakub Biela, więc Renata tylko spogląda na jego zgrabniejszą niż Jakubowa figurę. Jakub zaś patrzy nań z góry, ponieważ uważa go za durnia i na dodatek łysiejącego.

Mąż koleżanki nie jest durniem, a zakola nie odbierają mu uroku. Gdyby Jakub Biela chciał znaleźć prawdziwe powody do spoglądania nań z góry, to musiałby odwołać się do tego, że to on, Jakub Biela, ma Renatę z domu Baron za żonę, a ów mąż koleżanki Renaty z domu Baron nie ma. Na taką jednak refleksję Jakuba Bieli nie stać, albowiem za bardzo zajęty jest sobą.

***

Wbrew swojemu ludowemu, drobnomieszczańskiemu pochodzeniu Jakub Biela niczym małe książątko potrzebuje, aby się nim opiekowano. Bielowie zawsze potrzebowali dużo troski: najpierw od swoich matek, a potem od swoich żon.

Realizuje się to zawsze w sposób właściwy duchowi epoki, ale jakoś się realizuje. Jakub Biela potrzebuje na przykład, aby rytm dnia był stały. Jakub Biela nienawidzi zmian. Jakub Biela chce ciepłego obiadu o określonej godzinie. Jakub Biela wieczorem nie rozmawia o kłopotach, albowiem potrzebuje odprężenia przed snem. Jakub Biela wieczorem nie lubi ludzi zmartwionych, bo mogą popsuć mu sen, kiedy przyjmie na siebie ich zmartwienia, a przyjmuje je łatwo, ponieważ jest człowiekiem bardzo empatycznym. Wymagania te nie są formułowane w sposób kategoryczny czy twardy, często nawet nie są wypowiadane wprost, ale są.

Jakub Biela jak każdy Biela przed nim łatwo irytuje się kobiecymi łzami, ale znosi je i tak lepiej niż większość jego śląskich przodków. Renata Biela w efekcie płacze częściej niż żony śląskich przodków i poprzedników Jakuba Bieli i czasem nawet ma powód, a czasem płacze, bo tak.
Jakub Biela toleruje niedbalstwo w sprawach dotyczących życia zawodowego, ponieważ wie, że obiecujemy według nadziei, a dotrzymujemy według obaw. Dotyczy to szczególnie jego własnego niedbalstwa, ale wobec cudzego też bywa wyrozumiały. Jakub Biela pozwala sobie na pewną beztroskę tam, gdzie nie jest mu niedogodna.

Jakub Biela nie toleruje jednak niedbalstwa u fryzjerów, dlatego od dwudziestego roku życia chodzi do jedynego fryzjera, którego na niedbalstwie nigdy nie przyłapał i będzie do tego samego fryzjera chadzał aż do własnej śmierci. Fryzjer nie jest na tyle bezczelny, aby umrzeć przed Jakubem Bielą i pozostawić go na pastwę niegodnych zaufania balwierzy.

Jakub Biela nie znosi niedbalstwa w planach pozornie spontanicznych i samotnych wyjazdów do wielkich miast, które podejmuje regularnie, aby zarabiać tam pieniądze, utrzymywać zawodowe i towarzyskie kontakty i oddychać innym powietrzem i innym życiem, pić wódkę i przemierzać nocne ulice w rozwianym płaszczu i z roześmianym obliczem. Pozorna spontaniczność tych wyjazdów realizuje się gdzieś pomiędzy precyzyjnie, co do kwadransa ustalonymi spotkaniami. Poranki i południa wypełniają spotkania o charakterze zawodowym, po nich następują podlane już alkoholem spotkania o charakterze zawodowo-towarzyskim, które następnie płynnie dryfują w stronę picia wódki, przemierzania miasta taksówkami i ostatecznie kończą się ciężkimi lądowaniami w hotelowym pokoju. Lądowania te Jakub Biela zwykle słabo pamięta skacowanym porankiem, kiedy zaraz po śniadaniu i kawie leczy się piwem przy kawiarnianym stoliku. Często razem z jakimś podobnym mu melancholijnym i psotnym panem w średnim wieku. Jednym z tych, których Jakub Biela nazywa z dumą przyjaciółmi.

***

Na obiedzie w domu rodziców Jakuba Bieli kawą zajmuje się dziewczyna z pokolenia następującego po pokoleniu Jakuba Bieli, wnuczka brata Jakubowej mamy. Dziewczyna ma piętnaście lat. Chętnie przyjęła na siebie obowiązek obsługi ekspresu, chociaż nie musiała. Chciała jednak wyjść z jadalni, nie mogła już słuchać rodzinnego klachaniŏ, jak na Śląsku nazywa się zwykłe plotkowanie.

Kasia Operschalska, bo tak nazywa się córka jednego z kuzynów Jakuba Bieli, wie już, że ludzie przy tym stole, jej świat przyrodzony, nie są całym światem. Wie już, że czasem w życiu będzie samotna, tak jak samotna jest wobec pewnego Maćka, który trzy dni temu dotykał jej piersi, a teraz nie odpisuje na jej SMS-y. I teraz przez wiele lat ludzie przy tym stole będą ją irytować. Kasia Operschalska będzie ich odpychać, buntować się i robić awantury. Będzie marzyć o wielkim mieście, gdzie mogłaby być anonimowa nawet wobec sąsiadów z klatki i gdzie nikt nie dzwoniłby do matki, że widział Kasię z jakimś karlusym, jak szli do parku. Zrealizuje te marzenia, wyjeżdżając na studia do Warszawy.

Potem Kasia zrozumie, jak w końcu zrozumiał każdy przy tym stole. Zrozumie, że ten okropny, rodzinny balast, te wszystkie ciotki i ujki, służy do tego, do czego zwykle służy balast – żeby nie przewrócić się na większej fali. Kasia wróci na Śląsk po studiach, wyjdzie za mąż i po dziesięciu latach zostanie wdową i samotną matką, kiedy jej mąż wjedzie motocyklem pod koła ciężarówki wiozącej drób do ubojni.
Rodzice, dziadkowie, ciotki i ujki staną za Kasią murem. Niczego jej nie zabraknie.

Za kolejne dwa lata Kasia zostanie samotną matką po raz drugi i będzie to dziecko poczęte z jej samotności i potrzeby fizycznej czułości, której od dawna nie zaznała. Będzie to dziecię poczęte również z chuci i niechęci do prezerwatyw pewnego Hiszpana, którego Kasia pozna w klubie i potem nawet mu nie powie o ciąży, bo nie będzie tego godzien, a Kasia nie będzie potrzebowała jego pieniędzy. Dłonie jego, usta i przyrodzenie Kasia wspominać będzie jeszcze przez wiele lat, aż w końcu i o tym zapomni, jak wszyscy w końcu zapominamy wszystkie dłonie i usta, i przyrodzenia mężczyzn i kobiet.

Ciotki i ujki będą szeptać, plotkować, chwytać się za głowę w sposób, który warszawskim koleżankom Kasi kojarzyłby się raczej z dziewiętnastowieczną powieścią, ciotki będą załamywać ręce, że „u nŏs tego niy było”, jakby nie miały pojęcia, co się w bożym świecie dzieje.

Kasia urodzi dziecię nieznanego ojca i ciotki i ujki, przewracając oczami znowu staną za nią murem a warszawskie koleżanki Kasi nie będą mogły w to uwierzyć, bo znając jej rodzinę, spodziewały się, że rodzina Kasię wygna, znowu spodziewały się czegoś w stylu dziewiętnastowiecznej powieści. Kasia nie będzie im niczego tłumaczyć, bo to nie jest sprawa jej warszawskich koleżanek, które i tak nie zrozumieją, bo nie mogą.

***

Jakub Biela ma trzydzieści trzy lata i siedzi przy stole, przy którym siedzi też jego liczna rodzina. Pije swoje podwójne espresso, które przygotowała mu Kasia Operschalska. Pije nalewkę Antoniego Bieli.
Antoni Biela siedzi przy stole obok syna swojego Jakuba.

Ojciec Tōnika, Franz Biela, nigdzie nie siedzi ani nie leży, bo go nie ma, spalił się i rozsypał i zniknął, i go nie ma.

Ojciec Franza, Ewald Biela, do pewnego stopnia jeszcze leży, z kulą w piersi i w grobie. Trumna dawno już się zapadła i dlatego trudno zdecydować, czy stan, w którym znajdują się kości Ewalda Bieli, jest jeszcze leżeniem, czy już raczej nie.

U głowy stołu siedzi bardzo stary, macierzysty dziadek Jakuba Bieli, Willym Operschalski, który wcale się jeszcze do leżenia nie zbiera. Ma już dziewięćdziesiąt pięć lat. Nie pozwala, aby mówić do siebie „dziadek” – gŏdej mi staroszku abo starziku, dziady to siedzōm pod kościołym. Kiedy doniesiono mu o śmierci jego siedemdziesięcioletniego siostrzeńca, Willym orzekł, że co tu gŏdać, Lojzik stary bōł, to i umar.

Obok Jakuba Bieli siedzi brat Jakuba Bieli z piękną żoną, na którą Jakub Biela chętnie spojrzałby łakomie, gdyby nie była żoną jego brata, a ponieważ jednak jest, to nie spogląda. Dalej siedzi siostra Jakuba Bieli z mężem, już drugim, na co łaskawie spuszcza się zasłonę milczenia w domu Bielów, chociaż druga żona Willyma Operschalskiego nigdy nie pogodziła się z tym, że jej wnuczka ma drugiego męża, nie będąc nigdy wdową. Druga żona Willyma Operschalskiego nie miałaby nic przeciwko temu, aby wnuczka jej męża stała się wdową, bo nie podobał jej się pierwszy mąż jej przybranej wnuczki, to i nie byłoby po kim płakać. Ale rozwód jej się nie podobał.

Teraz jednak druga żona Willyma Operschalskiego leży w łóżku i nie wie o bożym świecie, więc rozwód wnuczki już jej raczej nie martwi.

Dalej przy stole siedzi druga siostra Jakuba Bieli z pierwszym i ostatnim mężem, który nie lubi Jakuba Bieli, a Jakub Biela dał mu ku temu aż zbyt wiele powodów.

Dalej przy stole dalej siedzi siedzą ujkowie i ciotki Jakuba Bieli. Dalej siedzą kuzyni i kuzynki Jakuba Bieli z żonami i mężami. Jeszcze dalej przy osobnym stole siedzą dzieci w różnym wieku. Jakub Biela nigdy ich nie policzył, bo dzieci go niezbyt interesują. Jakub Biela nie pamięta dat ich urodzin, bo wie, że Renata Biela, żona Jakuba, pamięta o wszystkich urodzinach, rocznicach i stosownych prezentach.

Jakub Biela patrzy na jasne głowy swoich córek.

Jakub Biela trochę żałuje, że ciągle nie ma syna i tym chętniej myśli o wieczorze, kiedy nieco wstawiony nalewkami Antoniego Bieli przytuli żonę, czułością i szczerymi komplementami przełamie powierzchowny opór, pocałuje jej piersi, szyję i usta, Renata po chwili przestanie mówić, że daj spokój, jesteś pijany, a potem Jakub obejmie jej zdrowe, szerokie biodra i spróbuje spłodzić syna, co tym razem mu się nie uda, ale sama próba sprawi obojgu wiele satysfakcji.

Za kilka miesięcy syn zostanie jednak spłodzony. A potem za parę lat jeszcze jeden. A potem za trzydzieści trzy lata Willy Biela, architekt, syn Jakuba Bieli, stał będzie nad trumną Jakuba Bieli obok swoich starszych sióstr, Marii i Zofii, i młodszego brata Franciszka, zwanego z Jakuba Bieli przekory Franzem.

Jakubowi Bieli uda się spłodzić synów, bo wszystko się udaje Jakubowi Bieli, uda mu się również umrzeć w wieku lat sześćdziesięciu sześciu, uderzywszy skacowaną głową o marmurowy stopień w drogim hotelu, w którym w gronie przyjaciół świętował czterdziestolecie pracy twórczej.

Umrze Jakub Biela i zasmuci tym czwórkę swojego potomstwa. Umrze i zasmuci tym żonę swoją Renatę, u niej jednak przez smutek przebijać będzie odrobina ulgi, bowiem po pięćdziesiątce Jakub Biela stał się jeszcze bardziej nieznośny, niż był za młodu i ostatnie lata nie były dla Renaty łatwe. Kochała go do końca, w końcu był jej Jakubem Bielą, ale lubiła go jeszcze mniej niż kiedyś. Czasem nawet myślała o wyprowadzce. Pamięć po Jakubie będzie jej łatwiej pielęgnować, niż znosić jego natręctwa.

Nad trumną Jakuba Bieli nie staną żadne kobiety, na które Renata Biela z domu Baron mogłaby spojrzeć podejrzliwie. Te, które przyjdą na pogrzeb, będą już tak stare, że przedawniły się wszystkie winy.

Młodsze na cmentarz wpadać będą dopiero kilka dni po pogrzebie, na ziemny jeszcze grób ukradkiem rzucą jakąś różę i uciekną, również czując ulgę, i nikogo to już nie będzie obchodziło.

To wszystko jednak wydarzy się dopiero za trzydzieści i trzy lata, i wydarzy się w dobrym momencie.

Teraz Jakub Biela ma trzydzieści trzy lata, nalewa sobie piąty kieliszek nalewki z cytryńca, prosi Kasię o jeszcze jedno podwójne espresso i jest zadowolony.

 

Pilchowice–Warszawa, grudzień 2012

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata