70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Spontaniczny jak katolik w Polsce

Ponikło pisze, że istnieją „uprzywilejowane drogi” chrześcijan, na których mogą się oni umacniać. Czy chodzi o to, że może im być łatwiej angażować się w pomoc? Jeśli tak, powinno to prowadzić duszpasterzy do jeszcze częstszego namawiania wiernych, żeby włączali się w działania na rzecz innych.

Czytając tekst Źródła solidarności, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w gruncie rzeczy między stanowiskiem Tomasza Ponikły a moim nie ma sprzeczności. Jeśli dobrze zrozumiałam słowa Autora, zgadzamy się w kwestiach zasadniczych – wiara prowadzi chrześcijanina do tych, którzy potrzebują wsparcia. Ale ta zależność jest potencjalnie dwustronna – również uczynki mogą przemieniać pomagającego i odkrywać przed nim znaczenie wiary. „Ten, kto uwierzy w Boga miłosiernego, nie pozostanie obojętny na los bliźniego. Oczywiście: samemu będąc miłosiernym, można zacząć poznawać miłosiernego Boga” – pisze Ponikło. Różnica między nami polega na tym jedynie, że dla mojego polemisty istotne jest, żeby wyraźnie wybrzmiała pierwsza z wymienionych zależności. Według mnie to raczej ta druga potrzebuje wydobycia na światło dzienne. I choć nie ma między nami ostrego sporu, diabeł tkwi w szczegółach i kilka fragmentów tekstu Ponikły budzi moje wątpliwości.

Być może zacząć należałoby od określenia, o kim w ogóle debatujemy. Z jednej strony wydaje się to jasne – teksty dotyczą katolików w Polsce. Z drugiej jednak – można zaryzykować stwierdzenie, że Ponikło i ja myślimy o nieco innych katolikach. On pisze o ludziach, których wiara jest dobrze ugruntowana, którzy mają „świadomość miłosierdzia Bożego” i z tego czerpią siłę do podejmowania odważnych wyborów oraz wytrwania w zobowiązaniach. Jeśli tacy istnieją, to rzeczywiście niepotrzebne jest proponowanie im alternatywnych dróg. Ale ja myślę o nieco innych ludziach: tych, którzy z niewiarą – czasem w Boga, ale częściej pewnie we wspólnotę – się zmagają. A doświadczenie niewiary to też doświadczenie wierzącego, jak mówił Szymon Szczęch podczas debaty Czy Kościół potrafi się dziś odnawiać? („Znak” 2012, nr 10). Myślę też o tych, dla których miłosierdzie Boże nie zawsze jest oczywiste, a wiele już osób głowiło się nad tym, jak Bóg może być miłosierny i wszechmogący, skoro dopuszcza tyle cierpienia na świecie. (Nie trzeba chyba dowodzić, że dla wielu nie jest to pytanie czysto teoretyczne.) Myślę i o tych w końcu, którzy po prostu lepiej odnajdują się w konkrecie działania niż w najmądrzejszych nawet rozważaniach podpowiadających, jak wzrastać duchowo do tego, żeby stać się człowiekiem miłosiernym miłosierdziem Boga. Ci ludzie naprawdę istnieją. I sądzę, że nie jest złym pomysłem, aby w Kościele proponować im takie ścieżki, które nie wymagają na wstępie odrzucenia wspomnianych wątpliwości – te przecież nie są kwestią wyboru – a które mogą być pod względem duchowym bardzo owocne.

Kiedy Tomasz Ponikło i ja piszemy o swoich wizjach zaangażowania wierzących, niewątpliwie piszemy też o własnym doświadczeniu. Nie ukrywam, że na pewnym etapie swojego życia, kiedy byłam bardzo sceptyczna wobec Kościoła, jaki wtedy znałam, mądry duchowny powiedział mi tylko: „Idź do Szpuntu , tam dzieją się rzeczy wielkie”. I choć ostatecznie trafiłam do zupełnie innych wspólnot, tę radę uważam za najbardziej trafną ze wszystkich, które od duszpasterzy kiedykolwiek dostałam.

Ma rację Tomasz Ponikło, kiedy sygnalizuje, że nie jest dobrze, jeśli wolontariusz liczy w swojej pracy na zysk. Trudno mi jednak zrozumieć, dlaczego twierdzenie, że pomagający również jest stroną obdarowaną w relacji z potrzebującym pomocy, i podkreślanie ich równości, miałoby prowadzić do postawy roszczeniowej wolontariusza. Autor pisze: „Podobnie stało się z szeroką promocją wolontariatu: podejmowany jest teraz w Polsce często z intencją »zysku«, w postaci dobrego punktu w CV, w tej perspektywie wybierany i realizowany jako element drogi do kariery. Zrodziło się sprzeczne z nim samym przekonanie, że »to ma się wolontariuszowi opłacić«”. Uważam, że przykład umieszczania informacji o wolontariacie w CV jest zupełnie chybiony. Popularność tego zjawiska wydaje się oczywista – pracodawca, widząc, że kandydat na stanowisko wykazywał się w swoim życiu nadobowiązkową aktywnością, zdobywał doświadczenie, pracował z ludźmi, często pozytywnie ocenia jego kompetencje. Ale cały czas ocenia on jedynie to, co ta osoba dała z siebie. Nie ma w tej sytuacji żadnego znaczenia, czy i jak została ona obdarowana. Wybory pracodawców wpisują się w taką logikę myślenia, która nakazuje wolontariusza postrzegać jako kogoś, kto „ma więcej” – energii, entuzjazmu, ofiarności, wytrwałości. Czyli w sposób, w jaki o wolontariuszu pisze Ponikło, podkreślając to, co wolontariusz w relację z drugim włożył, a nie to, co w niej otrzymał. Innymi słowy kandydat, który umieszcza informację o wolontariacie w CV, działa w ramach określonych samowystarczalnością – on czas poświęcił i tym się pochwalił. W takiej sytuacji obecność osoby potrzebującej jest niemalże zbędna. Sytuacja ta nie ma nic wspólnego z otwarciem się na to, co wnosi do naszego życia drugi człowiek.

W moim rozumieniu przyznanie przez wolontariusza, że on również może być obdarowany świadczy jedynie o jego pokorze, o świadomości, że jego duchowe wzrastanie i dojrzewanie emocjonalne nigdy nie jest zakończone. Dlaczego nie miałby nauczyć się czegoś ważnego od osób dotkniętych jakimś rodzajem niemocy? Czy wolny czas, który może poświęcić na wolontariat, jest naprawdę wystarczającym powodem, żeby upierać się przy podkreślaniu nierówności wolontariusza i osoby wspieranej? W cytowanej przez Autora adhortacji apostolskiej Christifideles laici Jan Paweł II pisząc o działalności duszpasterskiej prowadzonej dla chorych i cierpiących i razem z nimi, podkreśla: „Jednym z celów tej odnowionej działalności duszpasterskiej, która musi w sposób skoordynowany angażować w jakiś sposób wszystkich członków kościelnej wspólnoty, jest traktowanie chorego, niepełnosprawnego lub osoby, która cierpi, nie jako biernego podmiotu miłości i posługi Kościoła, ale jako czynny i odpowiedzialny podmiot dzieła ewangelizacji i zbawienia” (n. 54). Według papieża potrzebujący pomocy mają do zaoferowania bardzo wiele przez samo doświadczanie cierpienia – w świecie, który od cierpienia ucieka, pomagają oni dostrzec pozytywny wymiar trudności, z jakimi zmaga się człowiek.

Ostatnim punktem, jaki chciałabym tu poruszyć, są „uprzywilejowane drogi” chrześcijan, o których wspomina we wstępie do tekstu Ponikło. Na czym polegać ma owo uprzywilejowanie? Czy chodzi o to, że chrześcijanom może być łatwiej angażować się w pomoc? „Gdyby nie wiara, trwanie w owym zaangażowaniu niejednokrotnie byłoby ponad ludzkie siły” – pisze Autor. Jeśli dobrze odczytuję intencje Ponikły, to czy „uprzywilejowanie” ludzi wierzących nie powinno prowadzić duszpasterzy do jeszcze częstszego namawiania wiernych, żeby włączali się w działania na rzecz innych? Przecież czytamy w Ewangelii św. Łukasza: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (12, 48). Można byłoby więc zaryzykować stwierdzenie, że niejako w interesie wierzącego jest, aby duszpasterz przypominał mu o jego powinnościach.

„Jeśli świadomość miłosierdzia będzie obecna w chrześcijanach, bycie z drugim człowiekiem w jego niedoli zrodzi się spontanicznie” – pisze Ponikło. Myślę, że ten, kto spontaniczne wyciąga rękę do potrzebującego, nie obrazi się, jeśli kazanie raz na jakiś czas poświęcone będzie działalności, którą uważa on za słuszną i ważną. Ten zaś, kto spontanicznie odruchów solidarności z drugim nie odczuwa, może zacznie je w sobie dostrzegać, kiedy o takiej drodze przeżywania wiary usłyszy. Dlatego też jestem przekonana, że tematyka wolontariatu powinna być w kościołach wyraźnie obecna.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter