70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nowy pontyfikat, stare wyzwania

Kościół głoszący Ewangelię musi być radykalny, gdy chodzi o naśladowanie Jezusa. A problem polega dziś m.in. na tym, że radykalni byli bez wątpienia ostatni papieże, ale nie cały Kościół, nierzadko bardziej przypominający bezduszny urząd aniżeli braterską wspólnotę miłości.

„Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (II Sobór Watykański, konstytucja dogmatyczna Lumen gentium).
Ta sformułowana przez Sobór quasi-definicja Kościoła ma charakter ponadczasowy i mówi o najważniejszym wyzwaniu, jakie przed swoimi uczniami postawił ich Mistrz i Nauczyciel: ażeby szli na cały świat, głosili przemieniającą ludzkie wnętrza Ewangelię, sprawowali sakramenty, uczyli ludzi modlitwy i prowadzili ich do Boga. To zasadnicze powołanie Kościoła pozostaje niezmienne bez względu na czas i miejsce jego działania. I staje dzisiaj – tak samo jak dwa tysiące lat temu – przed kolejnym biskupem Rzymu, następcą papieża Benedykta XVI.
Jednocześnie – powiadają ojcowie Vaticanum Secundum – ów wzniesiony na opoce i (w sensie najgłębszym) niezmienny Kościół jest „zobowiązany do badania znaków czasu i ich interpretowania w świetle Ewangelii, tak aby w sposób dostosowany do każdego pokolenia mógł odpowiadać na odwieczne pytania ludzi” (por. konstytucja duszpasterska Gaudium et spes).

Podejmując refleksję nad Kościołem powszechnym, warto się zatem zastanowić, jakie są dziś – A.D. 2013 – te kościelne „znaki czasu” i co tu i teraz „mówi Duch do Kościoła” (por. Ap 2, 7), czego od niego w tym momencie dziejowym oczekuje i do czego wzywa.

Pierwszorzędnym zadaniem dla współczesnego Kościoła (przynajmniej tu, w Europie) – zwłaszcza po ostatnim zgromadzeniu Synodu Biskupów, który temu właśnie problemowi był poświęcony – jest zaangażowanie w dzieło nowej ewangelizacji. Nowej, czyli skierowanej do ludów i narodów, które były kiedyś – i z różnych powodów być przestały – chrześcijańskie. Oczywiście, nowa ewangelizacja nie oznacza porzucenia przez Kościół „klasycznej” drogi głoszenia światu Chrystusa, to znaczy jego działalności misyjnej (tzw. misji ad gentes), realizowanej głównie poza Europą.
Obie formy ewangelizacji mają wiele cech wspólnych, powinien je łączyć na przykład radykalizm świadectwa. Bo głoszący Ewangelię Kościół musi być radykalny, gdy chodzi o naśladowanie Jezusa. A problem polega dziś m.in. na tym, że radykalni byli (albo bywali) bez wątpienia ostatni papieże, ale nie cały Kościół, nierzadko bardziej przypominający bezduszny urząd aniżeli braterską wspólnotę miłości. Zresztą już samo określenie „wspólnota miłości” u wielu wywołuje pobłażliwy uśmiech. Wiadomo, taki jest język pobożnych kazań, język teologii, ale co on ma wspólnego z rzeczywistością?

Powiedział kiedyś papież Paweł VI, że współczesna epoka bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli. Słowa te – również w odniesieniu do Kościoła – wciąż zachowują aktualność. Jednakże – dopowiedzmy to wyraźnie – bycie świadkiem wymaga nawrócenia. Co więcej: nawrócenie powinno być codziennym doświadczeniem każdego chrześcijanina, a przykład – jak wiadomo – idzie z góry… „Obyś był zimny albo gorący” – mówi Kościołowi i jego ludziom Chrystus. – „Skoro jednak jesteś letni, nie gorący i nie zimny, wypluję cię z moich ust” (Ap 3, 15-16).

Wezwanie do nowej ewangelizacji, do naśladowania Jezusa Chrystusa, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć” (por. Mk 10, 45), oraz do codziennego ożywiania swej własnej wiary – to najgłębszy wymiar odnowy, którą powinien podjąć Kościół. Oraz najważniejszy postulat dotyczący także nowego papieża, który (oprócz innych zalet) powinien być przede wszystkim człowiekiem dążącym do świętości. Pragnąłbym, abyśmy − patrząc na niego i go słuchając − mogli powtórzyć za André Frossardem (który napisał te słowa w październiku 1978 r. w dniu inauguracji pontyfikatu papieża Wojtyły), że nowy biskup Rzymu przybywa jak gdyby „wprost z Galilei, krok w krok za apostołem Piotrem”. Że jest w nim „świeżość” charakterystyczna dla Ewangelii.

Powtarzam jednak, iż świeżość ta powinna charakteryzować cały Kościół, a nie tylko papieża. Bo jest w katolikach pokusa, by na urzędzie papieskim „zawisnąć”, żeby się na nim bez reszty oprzeć, co szczególnie wyraźnie widać było w Polsce w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Byliśmy wówczas podobni do żołnierzy czekających na rozkaz głównowodzącego. A nie taka przecież jest rola papieża.

W związku z tym najwyższy już czas, żeby przypomnieć sobie i gruntownie przemyśleć słowa bł. Johna Henry’ego Newmana o pierwszeństwie sumienia przed najwyższymi nawet autorytetami religijnymi. „Gdybym miał sprowadzić religię do toastów po obiedzie (choć z pewnością nie o to chodzi) – napisał Newman w liście do księcia Norfolk – wypiłbym, rzecz jasna, za Papieża, ale, jeśli można, jednak najpierw za Sumienie, a za Papieża później”.

W ten sposób przeszliśmy do drugiego wymiaru odnowy Kościoła, dotyczącego samego jego organizmu – zarówno jako instytucji, jak i wspólnoty wierzących. Przy okazji rezygnacji Benedykta XVI, a wcześniej wybuchu afery Vaticanleaks, media wiele uwagi poświęciły Kurii Rzymskiej. Piszę o tym nieprzypadkowo, bo chyba wszyscy oczekują od nowego papieża, że zdoła nad Kurią zapanować, że ją zdyscyplinuje. I nie tylko ją umiędzynarodowi, ale także otworzy na cały świat − i kontynenty inne niż europejski.

Mówi się czasem o II Soborze Watykańskim, że jego obrady były dla Kościoła niczym otwarcie na oścież kilku szczelnie dotąd zamkniętych okien i wpuszczenie do jego wnętrza świeżego powietrza. Coś podobnego przydałoby się dziś, jak sądzę, Kurii − owej potężnej instytucji sprawującej rządy w Kościele powszechnym, która na powrót powinna stać się jedynie urzędem służącym pomocą biskupowi Rzymu. Urzędem, dodajmy, szanującym autonomię i odpowiedzialność za Kościół, właściwą pojedynczym biskupom i lokalnym konferencjom episkopatu. Kuria Rzymska musi wreszcie przestać pełnić rolę „trampoliny” – najpewniejszej drogi do kościelnego awansu. A tak na marginesie: nigdy chyba nie zrozumiem, dlaczego pracuje w niej tak wielu biskupów i arcybiskupów. Przecież powołanie biskupa polega na czymś radykalnie innym niż najbardziej choćby odpowiedzialna praca w watykańskim urzędzie. W tej funkcji mogą go z powodzeniem zastąpić ludzie świeccy. W tym także kobiety, co dla wielu ludzi Kościoła zabrzmi zapewne jak zapowiedź rewolucji.
Pisał kiedyś sędziwy prof. Stefan Swieżawski, że Kościół powinien być wspólnotowy, służebny i otwarty. W teorii doskonale o tym wiemy, gorzej niestety z praktyką. No bo na przykład: jak to właściwie jest z tą wspólnotą? Jesteśmy wszyscy członkami Kościoła czy też jedni (tzn. duchowni) są nimi bardziej niż drudzy (tzn. świeccy – zarówno mężczyźni, jak i kobiety, które powinny wreszcie znaleźć w Kościele należne im i godne miejsce)? Trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że ów wspólnotowy argument wysuwany jest wtedy, kiedy na Kościół trzeba płacić albo też bronić go przed atakami. W innych sytuacjach natomiast są w nim równi i równiejsi. Pora to zmienić. A przynajmniej uświadomić sobie problem.

Zdaniem Haliny Bortnowskiej, której pogląd został w Polsce nagłośniony przez „Gazetę Wyborczą”, rezygnacja papieża Benedykta jest szansą na zwołanie nowego soboru. Można rzecz jasna pytać: czy jest on rzeczywiście konieczny? Przyznam, że do niedawna wydawało mi się, iż wystarczy wprowadzanie w życie tzw. ducha II Soboru Watykańskiego i rozwiązywanie w tymże duchu coraz to nowych problemów. Zdaję sobie jednak sprawę, jak nieostre jest w tym kontekście pojęcie „ducha Soboru”. Ponadto niektóre wypowiedzi Benedykta XVI (podkreślającego raczej ciągłość nauczania Kościoła aniżeli soborowy przełom) sprawiły, iż trudno obecnie się do owego „ducha” odwoływać. A sama „litera” Vaticanum Secundum (tj. uchwalone wówczas dokumenty) wydaje się dzisiaj, po 50 latach, nieadekwatna do współczesności. Kto wie zatem, może rację ma Bortnowska (i wielu biskupów spoza Polski, myślących w tej sprawie podobnie jak ona), kiedy marzy jej się sobór powszechny, zwołany po to, „żeby Kościół wstał i otrząsnął się”. Żeby samego siebie, tj. ludzi reprezentujących w nim różne wrażliwości i punkty widzenia, wysłuchał i – w łonie Kościoła właśnie, a nie poza nim – zainicjował wewnątrzkatolicki dialog.

Być może przeciwnicy idei nowego soboru odpowiedzą, że jednym z jego owoców mógłby być podział i schizma – podobna do tej, w której trwają do dziś uczniowie arcybiskupa Lebebvre’a. Ale Halina Bortnowska jest optymistką. „Skonfliktowaniu katolików czy schizmom – mówi – może właśnie zapobiec sobór (…) wielkie zgromadzenie kontynuujące tradycję apostolską (tzw. sobór jerozolimski). W trakcie soboru buduje się wspólny mianownik reform. [Z tego powodu] Nie będą one ani zbyt radykalne, ani czysto pozorne”. Może to i racja, choć casus Lefebvre’a i jego sprzeciw wobec soborowych (czytaj: kompromisowych) uchwał mnie osobiście napawa niepokojem. Co więcej, lękam się nawet o nowy pontyfikat: o to, że wybór nowego papieża może się pewnej części Kościoła nie spodobać. Cała nadzieja w Bogu, który obiecał Apostołom, że będzie z nimi „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20).
Wśród tematów, którymi mógłby zająć się przyszły sobór, gdyby się odbył, znalazłyby się, jak sądzę – w czasie Vaticanum Secundum odłożone przez papieża ad acta – kwestie celibatu kapłańskiego (a wcześniej jeszcze: możliwości udzielania święceń żonatym mężczyznom wszędzie tam, gdzie pojawi się taka potrzeba duszpasterska) oraz moralnej dopuszczalności antykoncepcji. A także dyskusja na temat udzielania Komunii św. osobom żyjącym w związkach niesakramentalnych. Sobór nie mógłby chyba również przemilczeć takich zagadnień jak: homoseksualizm, metoda in vitro, przekształcenie modelu rodziny czy zmiana płci. Nie twierdzę, oczywiście, że zjawiska te spotkałyby się z akceptacją ojców soborowych. Niemniej doszłoby do debaty, wymiany argumentów, postawienia wielu trudnych pytań – a w konsekwencji Kościół zacząłby, być może, współczesnego człowieka lepiej rozumieć…

I tak doszliśmy do trzeciego wymiaru odnowy Kościoła, dotyczącego tym razem jego relacji ze światem. O nieufności Kościoła i jego lęku w obliczu tzw. świata − i dzielącej obie te rzeczywistości przepaści wzajemnego niezrozumienia − sporo pisały ostatnio media. I ja ten lęk doskonale rozumiem, patrząc na wdzierającą się we wszystkie dziedziny życia galopującą laicyzację. Niemniej przypominam, że jesteśmy jako Kościół wezwani do przekraczania swych lęków: jesteśmy wezwani do nadziei.
Wyżej cytowałem już słowa Stefana Swieżawskiego, że Kościół powinien być otwarty. Otwarty na inaczej wierzących i inaczej myślących, otwarty na świat (w jego pozaeuropejskości) i jego problemy, również takie jak dewastacja moralna i sekularyzacja. „Ale odpowiedzią Kościoła – pisał Swieżawski – nie są wołania na alarm i rozdzieranie szat. Na wołającą o pomstę do nieba niesprawiedliwość, ucisk i dyskryminację odpowiedzią nie są deklaracje i protesty, lecz droga, jaką poszli św. Brat Albert, Matka Teresa z Kalkuty i tysiące im podobnych” (S. Swieżawski, Lampa wiary. Rozważania na przełomie wieków).
Ale jak zachować spokój wobec zmasowanej, częstokroć niesprawiedliwej, krytyki Kościoła płynącej ze strony zlaicyzowanego świata? Niektórzy traktują go wręcz jak organizację przestępczą. Przyczynił się do tego, bez wątpienia, straszliwy skandal pedofilii. Papież Benedykt XVI uczynił wiele, żeby ów grzech (niektórych) ludzi Kościoła napiętnować, wyrazić zań skruchę i mu na przyszłość przeciwdziałać. Na marginesie zapytam tylko, czy aby na pewno sprawą tą razem z nim przejął się cały Kościół. I czy tu i tam nie zatriumfowała w nim mentalność korporacyjna, zgodnie z którą świadectwo księdza jest – niejako z definicji – bardziej wiarygodne od świadectwa dziecka i jego rodziców?
Odpowiedź na pedofilię może być tylko jedna: oczyszczenie, pokuta, powiedzenie całej prawdy. I świadomość, że jest to grzech, wobec którego nie wolno być pobłażliwym.
A co z ową krytyką Kościoła? Nie znam lepszej na nią odpowiedzi niż słowo Jana Pawła II wypowiedziane w roku 1991 do polskich biskupów: „Trzeba zdobywać się na discernimento [rozeznanie]: akceptować to, co w każdej krytyce może być słuszne. A co do reszty: jest rzeczą jasną, iż Chrystus zawsze będzie »znakiem sprzeciwu«. Ten »sprzeciw« jest dla Kościoła także jakimś potwierdzeniem bycia sobą, bycia w prawdzie”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata