70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Homo muranoviensis

Jeszcze niedawno każdy zainteresowany historią warszawskich Żydów, odwiedzając Muranów po raz pierwszy, skazany był na osobliwe odczucia. Z żalem, że po przedwojennej atmosferze nie ma śladu, prawdopodobnie już tu przyjechał. Powodowany szarzyzną niesmak wzmagał się w miarę spaceru. Niedowierzanie, że można mieć tu dobre sny, przybysz zabierał ze sobą do domu.

„Gdy się projektuje, nie ma sensu uciekać od własnej tożsamości. Gdziekolwiek jesteś, przywozisz ją ze sobą i nieważne, jak mocno będziesz się starać zbadać genius loci, zawsze zostaną ci tylko wyobrażenia przefiltrowane przez osobistą historię. Cudzej nie masz szans w pełni poznać, ten, kto twierdzi inaczej, kłamie” – wypowiedź Rainera Mahlamäkiego, fińskiego architekta odpowiedzialnego za kształt siedziby muranowskiego Muzeum Historii Żydów Polskich, dotyczy też pisania książek. Beata Chomątowska szukała opiekuńczego ducha warszawskiej dzielnicy, choć w stolicy zamieszkała dopiero po studiach. By nie narazić się architektowi, trzeba by stwierdzić bardzo stanowczo, że go nie znalazła. Ale przecież nawet w pirackich opowieściach najbardziej ekscytujące jest nie tyle odnalezienie wyspy skarbów, ile same poszukiwania.

Ból fantomowy

Beata Chomątowska rozpoczyna przygodę z Muranowem z mapą w ręku. Jako osoba z zewnątrz dostrzega to, co dla oswojonych z otoczeniem może pozostawać niewidoczne. To obcy zawahają się, przekraczając granicę dawnego getta; patrząc na bloki, podwórka i wzniesienia usypane z gruzów, służące zimą kolejnym pokoleniom do zjeżdżania na sankach, mogą spostrzec, że to „miejsce-po-getcie” pozostaje „puste (chociaż zabudowane), jest ogołocone i martwe (chociaż wre tam życie)”. Obcy – z przywiezioną tu wrażliwością i swego rodzaju naiwnością – mogą się zastanawiać, o czym śnią mieszkańcy i czy miewają koszmary. Dla nich przypadkowe przedmioty odnalezione podczas remontu ulicy – porcelitowy dzbanek, lalka bez kończyn, nadpalone książki z hebrajskimi literami – nie będą czymś naturalnym ani nawet archeologiczną ciekawostką. Będą głosem z zaświatów, niepokojącym ziszczeniem słów z Księgi Hioba, wypisanych na pomniku Umschlagplatz: „Ziemio, nie kryj mojej krwi, iżby mój krzyk nie ustawał”.

Tylko osoba z zewnątrz mogła spojrzeć na Muranów jak na powierzchnię Księżyca, na której wciąż widać ślady pozostawione przez uczestników kolejnych misji Apollo. Chociaż tutaj jest ich nieskończenie więcej i nakładają się na siebie, Beata Chomątowska odsłania je przed czytelnikami jeden po drugim z cierpliwością archeologa. Te ślady zostawił zadowolony klient fabryczki obuwia braci Bigelmanów, w której pracował przed wojną młody Pinkus Szenicer. To odciski zimowych botków Marleny Dietrich. W styczniu 1964 r. aktorka szła z naręczem bzu do pomnika projektu Natana Rappaporta. Jego odciski też tu są, zaraz za śladami stóp dziewięcioletniej Reginki, która wykradała się z getta, by po aryjskiej stronie zdobyć jedzenie dla babci i młodszego rodzeństwa („Na razie Niemcy do dzieci nie strzelają”).

Szklane domy

Chociaż ból fantomowy towarzyszy różnym bohaterom od początku tej opowieści, Chomątowska nie opisuje jedynie doświadczenia cierpienia i utraty. Autorka nie patrzy na dzisiejszy Muranów wyłącznie jako na „miejsce-po-getcie”. Nie traktuje architektury jak scenografii, którą wystarczy lekko popchnąć, by ją przewrócić i obnażyć gruzy. Wie, że one ciągle tu są. Choć dzisiejsza dzielnica w niczym nie przypomina przedwojennej (nota bene powszechnie krytykowanej za ciasnotę, wszechobecny brud i nieprzyjemny zapach), powstała z domów byłego getta. Dzięki specjalnej metodzie przerabiania gruzu stary Muranów zawiera się w nowym – w jego fundamentach, ścianach nowych bloków i tarasach różnej wysokości. Pierwszy Budowniczy Bolesław Bierut podawał, że odgruzowanie terenu getta wymagałoby „3-letniej pracy 10 tysięcy ludzi, 3-letniej pracy 7 pociągów oraz odpowiedniej ilości sprzętu”. Ale obok względów oszczędnościowych decydowały też historyczne. Główny architekt Muranowa Bohdan Lachert wiedział, że w przemielonym gruzie znajdą się nie tylko dawne czynszówki, ale i ludzkie szczątki. Szlachetna idea stworzenia wyjątkowego osiedla-pomnika, którego ściany pozostaną nieotynkowane, okazała się trudna do zniesienia dla nowych mieszkańców – budynki były „sinobrunatne, nasuwające skojarzenia z ludzkim ciałem obdartym ze skóry”. Wezwanie do pamiętania okazało się zbyt nieestetyczne. Listy do władz zbiegły się w czasie z wdrażaniem realizmu socjalistycznego. Surowe, pozbawione ozdób bloki otynkowano i „umajono socrealistycznym detalem”.

Myślenie o całym Muranowie jak o obcej, narzuconej koncepcji pokutuje do dziś, także wśród mieszkańców. „To wszystko przyszło z Moskwy, nie z Warszawy” – mówi pani Janeczka i próżno tłumaczyć, że miejsce urodzenia Bohdana Lacherta nie czyni go jeszcze radzieckim architektem. Paradoksalnie, łatkę tę zawdzięczał po części swojemu ojcu, któremu awans umożliwił wyjazd do carskiej Rosji (od buchaltera do prezesa zarządu wielkich zakładów prochorowskich – to scenariusz iście amerykański, a kariery mógłby mu dzisiaj pozazdrościć niejeden yuppie). Nie architekci epoki „nowego człowieka”, lecz zachodni moderniści – jak Le Corbusier czy Walter Gropius – mieli silny wpływ na Bohdana Lacherta (który w duecie z Józefem Szanajcą projektował w tym duchu już przed wojną) i wielu polskich urbanistów. Beata Chomątowska poświęca ich postulatom dużo uwagi. Walczy z uproszczeniami sugerującymi, że miejsce uduchowionej dzielnicy żydowskiej zajęła ideowa pustka. Bo jeśli snując utopijne wizje o samowystarczalnych osiedlach, architekci odwoływali się do socjalistycznych idei, to do ich XIX-wiecznych źródeł i wartości wspólnoty. Podobnie „źle urodzona” wschodnioberlińska Karl-Marx-Allee jest dziś jasna, czysta i zadbana. Ale Niemcy „nie mają w zwyczaju karać swojej architektury za grzechy systemu”.

Jakie mają tu państwo sny?

W 1951 r. widzowie Polskiej Kroniki Filmowej mogli dzielić z rodziną betoniarza Szczęśniaka „radosną chwilę, którą przeżywa coraz więcej warszawiaków”. Podobnie jak 50 tys. innych ludzi pracy, Szczęśniakowie opuścili zamieszkiwane dotychczas „nory i ruiny” i przenieśli się tam, gdzie jest „bliżej do słońca”. Betoniarz mówi coś do kamery, ale wesoła melodia propagandówki skutecznie go zagłusza. W 1949 r. robotników budujących te domy nie pokazano nawet w zbliżeniu. Pisała o nich prasa, ale język epoki czyni z nich dzisiaj nie ludzi z krwi i kości, z którymi można się identyfikować, lecz statystów. Beata Chomątowska wycisza propagandową muzykę i przywraca swoim bohaterom głos. Oto brygadzista Pinkus Szenicer namawia kolegów, by zostali z nim na rusztowaniach na noc, dzięki czemu szybciej odbudują Warszawę. Kobiety, grzęznąc w błocie, nerwowo szukają swoich pociech w oknach identycznych bloków – inaczej nie mogą trafić do właściwych mieszkań. Inni, widząc w łazience wannę, zastanawiają się, do czego służy – to paka na węgiel czy kojec dla kur? „Przeszłość, jak dla wszystkich pionierów, ma dla nich niewielkie znaczenie. Liczy się lepsze jutro. A przede wszystkim – jak dać sobie radę z teraźniejszością”, puentuje autorka.

Wielu bohaterów tej książki przyznaje, że można wychować się na Muranowie w zupełnej nieświadomości getta. Za przesądami starszych ludzi (wszelkie niepowodzenia to wina żydowskich duchów) nie musi iść przecież żadna refleksja. Beata Chomątowska przygląda się mieszkańcom z całkowitą wyrozumiałością. Zamiast wmawiać komuś koszmarne sny, podąża za tymi, którzy drobnymi inicjatywami starają się dbać o pamięć na własną rękę. Bo jak pyta Eleonora Bergman, której siostra mieszka tutaj, „czy można rozbudzać w ludziach świadomość, jeśli im jej brakuje? Zmuszać do rozważań, na które być może w ogóle nie mają ochoty?”.

Monumentalna Stacja Muranów jest nie tylko wielogłosem o pamięci i jej braku. To opowieść o oswajaniu miejsca i dojrzewaniu do przyjęcia całego jego dziedzictwa. Jak w ten trend wpisze się Muzeum Historii Żydów Polskich? Czy mieszkańcy uznają je za swoje? Ile czasu upłynie, nim tak się stanie? W historii Muranowa zaczyna się właśnie nowy rozdział.

_

Beata Chomątowska
Stacja Muranów
Czarne, Wołowiec 2012, s. 464

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata