70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Symfonia insektów

Tekst w gazecie brzmi: „Parlament Kosowa ogłosił konkurs na hymn narodowy. Propozycje można zgłaszać w ciągu 20 dni. Hymn powinien być oryginalny i wyjątkowy i trwać od 30 do 60 sekund. Na autora zwycięskiej propozycji czeka 10 tys. euro”. Na konkurs nadchodzą 134 prace, głównie z Rosji. Mengjiqi wysyła swój utwór pt. „Europa”, wcale nie czeka na wynik, być może nawet o tym zapomniał.

Autobus

Sypnął kurom ziarna, pożegnał się z Riki i Halime, trzasnął metalową furtką i wybiegł na przystanek (pierwszy na trasie, to znaczy ostatni). Autobus tłukł się w kurzu gruntową drogą, która zimą zamienia się w rzeczkę rzadkiego błota. Wjechał wreszcie na asfalt, za oknem straszyły pustostany i pola plastikowych śmieci. Za wzgórzem odsłonił się widok na czerwone miasto. W środku siedział komplet stałych pasażerów. Jeden z nich spojrzał na niego uważnie i zagaił. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– Widziałem pana wczoraj w telewizji! – oznajmił pasażer.
– Kogo? Mnie? To niemożliwe – odpowiada on.
– Tak, pana, pana! Gratulacje!
Ale on nie ogląda telewizji. Dojechał do centrum, wysiadł, poszedł na uczelnię, a tam – gratulacje kolegów, nalot dziennikarzy. Jest lato 2008 roku.

Marcel Chyrzyński: – Specyficzny facet, jakby bez ojczyzny.
Profesor Zbigniew Bujarski: – Patriota.
Marcel Chyrzyński: – Jadał jajecznicę z pokrzywami.
Wiesław Warwas: – Szkoda go.

Orkiestra
Początek lat dziewięćdziesiątych, Prisztina, piąta rano. Mendi Mengjiqi wsiada w pociąg do Katowic. Droga długa do zwariowania, przez krainę wielu walut, z przesiadkami w Belgradzie i Budapeszcie. Ma przy sobie swoje kompozycje i trochę pieniędzy na start. Ma też skórzaną kurtkę, a kurtka ma za kołnierzem tajny schowek na pieniądze (na suwak). Zasypia, budzi się, kurtki nie ma. Biegnie do konduktora, krzyczy: „Ukradli mi pieniądze, nie widział pan kurtki jasny brąz?” Nie widział. Idzie załamany do toalety, a tam wisi kurtka z pieniędzmi. Złodziej był głupi albo niestaranny. Być może to dobry znak.
No i wreszcie nowa Polska – Wałęsa, ruskie bazary, chodnikowy kapitalizm, chodnikowa muzyka i wcale nie taki inny świat.
Trzeba teraz Mengjiqiego zapytać: dlaczego przyjechał akurat do Polski? Dlaczego nie do Rzymu, Paryża, Moskwy? Odpowie pewnie: wiesz co, ja cię przepraszam, ale to jest głupie pytanie. Albo: bo Polacy to myślą, że kojarzą ich w świecie tylko z chlaniem wódy. A to jest wysoka kultura, światowa!
Dopiero potem opowie w szczegółach, co i jak.
Lata osiemdziesiąte, południe Jugosławii, Prisztina, stolica autonomicznego (od 1963 r.) regionu Kosowa. Trudno powiedzieć, czy szefów Orkiestry Radia i Telewizji, niegdyś najlepszej w regionie, bardziej boli śmierć Tito czy rozkład ich zespołu. W Jugosławii odżywają lokalne nacjonalizmy, Serbowie nie chcą grać z Albańczykami, Albańczycy z Serbami. W ramach polsko-jugosłowiańskiej współpracy kulturalnej sprowadzają polskich muzyków. Jednym z nich jest Wiesiek Warwas z Poraja, słuch absolutny, od teraz pierwszy w orkiestrze czelista. Poznaje się z młodym Mendim, kontrabasistą, studentem Akademii Muzycznej w Prisztinie (Wydział Teorii Muzyki), człowiekiem nieco nieśmiałym. Mendi mieszka wtedy w czymś, na co mówi się w Prisztinie baraki, a co Polacy nazywają slumsami. Zżywa się z Polakami, ci przywożą mu polskie kompozycje, flaszkę też wypiją. Opowiadają mu wtedy o wydarzeniach w Polsce: wizytach papieża, strajkach, zrywach. I przypinają mu do ubrania znaczek Solidarności.
Agnieszka Jamioł (wcześniej Warwas): – Siedział tam ojciec, przyjeżdżał na święta, grosz z tego był. My też go odwiedzaliśmy, ciuchy się tam kupowało jugosłowiańskie, drogie jak cholera, ale takich u nas nie było. Ale pod koniec lat osiemdziesiątych zaczęło tam się robić niebezpiecznie.
Wiesław Warwas: – Wyglądam raz przez okno, patrzę, a tam wozy pancerne. Mówię do niego: „Mendi, ja uciekam, przyjeżdżaj za mną”.
To wozy wysłane przez nowego prezydenta Serbii Slobodana Miloševića, który w prima aprilis 2001 r. zostanie aresztowany w Belgradzie przez policję serbską i przekazany Trybunałowi Karnemu ds. byłej Jugosławii pod zarzutami zbrodni przeciwko ludzkości. Milošević nie widział miejsca w Kosowie dla Albańczyków, stanowiących wówczas od lat zdecydowaną większość kosowskiego społeczeństwa.
Kiedy do sali prób orkiestry wchodzi policja serbska, żądając podpisu pod poparciem ponownej aneksji Kosowa do Serbii, grają symfonię Beethovena. Mendi odmawia.

Szesnaście kaw
Z dworca w Katowicach odbiera go rodzina Wieśka i zawozi do Poraja na Jurze. Dom przy samym zalewie, piękny las, spokój, cisza. Zdaje bez problemu egzamin na Akademię Muzyczną w szwedzkim Malmo i na wydział kompozycji na Akademii Muzycznej w Krakowie.
Profesor Zbigniew Bujarski: – Dla mnie to drugi dom. Zawsze słyszę od innych kolegów: u was na Akademii w Krakowie jest specyficzna atmosfera. Polska muzyka z końcem lat sześćdziesiątych stała się pierwszą w świecie. I on o tym dobrze wiedział. Ja nie wiedziałem wtedy o Kosowie kompletnie nic, nawet nie wiedziałem, że istnieje takie miasto jak Prisztina. Zorientowałem się od razu, że chłopak jest fanatykiem muzyki polskiej.
Agnieszka Warwas zawozi go do Krakowa i poznaje ze swoimi przyjaciółkami – Ewą Strug i Teresą Lipką. Niedługo będzie mówił o nich „trzy siostry.”
Ewa Strug-Daczkowska: – Przyjeżdżał z Agnieszką szukać mieszkania. Nic zbereźnego, po prostu sypiał u nas, bo nie miał swojego kąta. Krępował się, wyrósł w innej kulturze. Matkowałam mu trochę, bo jak widzieli na ulicy obcego, to od razu go chcieli naciągnąć.
Szybko się aklimatyzuje, mówi coraz lepiej po polsku, baluje ze swoją paczką. Studia muzyczne pozwalają mu zrealizować niespełnione marzenie tysięcy krakowskich studentów: upić się w izdebce hejnalisty na wieży mariackiej. Wspomina: – Jakiś koncert był Pendereckiego, a my byliśmy po wódce, podchodzimy potem do niego i mu gratulujemy, i ja do niego: „Ładnie pan zagrał”, a on: „Ładnie pan wypił”. Czuć było na kilometr.
Profesor Zbigniew Bujarski: – Przynosił bardzo interesujące utwory, było w nich to bałkańskie powietrze. Szybko się wybił, dla reszty studentów to był taki wujek, starszy, już po dyplomie w Kosowie. Dużo się o nim mówiło. Fantastycznie się zasymilował. Kompozytorzy liczyli się z jego zdaniem. Kiedy grałem jego utwór, on aż cały chodził, był cały w utworze, wystukiwał, komentował, rzadko się to spotyka. Zwartość rytmiczna, metryczna. Wiedział, gdzie szukać wartości, wyjątkowa intuicja.
Jako obcokrajowiec z Kosowa musi płacić za studia czesne, otrzymuje jednak wsparcie nieżyjącego już rektora Marka Stachowskiego: ten korzysta ze swoich uprawnień i udziela mu zwolnień z opłat.
Dostaje akademik przy ulicy Przemyskiej. Odtąd pokój 303 będzie do końca jego pobytu wystrojony w kwiaty i zadymiony tak, że można w powietrzu zawiesić siekierę, bo Mendi pali po bałkańsku, jak smok.
Tylko że Mendi potrafi puścić z dymem trzy paczki fajek dziennie i być może jest tego głębsza przyczyna. Tak podejrzewają dziś jego znajomi. Pewnie pośrednio jest nią wiadomość w dzienniku telewizyjnym. Tego wieczoru o 19.30 Mendi włącza telewizor i na bladym ekranie prezenter mówi do niego tak: – W Jugosławii wybuchła wojna.
Wiesław Warwas: – Wchodzę raz do niego, a on do mnie: „Wiesz Wiesiek, wypiłem dzisiaj szesnaście kaw”.
Po turecku, nie inaczej, czarną jak smoła, mocną jak śmierć, taką parzy. Kopci, komponuje i śledzi z niepokojem informacje z Bałkanów. Chorwaci chcą Wielkiej Chorwacji, Albańczycy Wielkiej Albanii, a Serbowie Wielkiej Serbii. Jeśli na mapie Bałkanów rozrysujemy te ambicje, okaże się, że ziemi jest dwa razy za mało. Wojna kończy się układem w Dayton w 1995 roku.
Na dobrą sprawę nie wie, co dzieje się z jego bliskimi. W Kosowie tę wojnę póki co oglądają w stresie tylko w telewizji.

Zawód
Komponuje, komponuje, komponuje.
Kończy studia i tylko chwilę zastanawia się, co robić dalej. Drugi powód, dla którego Mendi przyjechał do Krakowa, nazywa się profesor Krzysztof Penderecki.
Ewa Strug-Daczkowska: – On mówił otwarcie, że w zasadzie dla niego tu przyjechał.
Zbigniew Bujarski: – Poszedłem do Pendereckiego i mówię: „Słuchaj, mam tu bardzo zdolnego chłopaka”. Mendi rozpoczyna roczny, podyplomowy szlif pod kierunkiem swojego muzycznego mistrza.
Profesor Bujarski: – Załatwiłem mu też spotkanie z Lutosławskim. Po spotkaniu Lutosławski mówi: „Fantastyczny chłopak! Bardzo oryginalny. Zaprezentował jeden utwór klarnetowy, słuchaj, co tam się dzieje!”
Koledzy kończą studia, zakładają rodziny, mają swoje najbardziej codzienne sprawy, łapią pierwsze prace.
Sławowmir Berny (perkusista): – Kryzys trwał gdzieś do 1993 roku, wszystko się waliło, nie było roboty, potem było tylko lepiej.
Ale „wujek” nie ma pracy ani rodziny. Pieniądze miewa, bo wyjeżdża na saksy do rodzeństwa w Szwecji, ono zresztą go często wspiera.
Po studiach chce zostać na akademii w ukochanym Krakowie. Znajomi pomagają jak mogą, załatwiają mu meldunek w mieszkaniu kolegi Teresy.
Zbigniew Bujarski: – Chodziłem, starałem się i w zasadzie było to już prawie załatwione, ale zawsze coś się działo. Jak to mawiają – zawsze milsza koszula ciału. Na uczelni wakaty są ograniczone, bardzo ciężko o zatrudnienie i jak przychodzi do decyzji, wybiera się swojego. On był swój, ale jednak nie-Polak. Przykro. Ale tak jest wszędzie, w Kanadzie i tak dalej. Jeśli będę ja i Kanadyjczyk, na pewno wybiorą Kanadyjczyka. Czy to ksenofobia? Wydaje mi się jednak, że nie. Tak jest niestety na całym świecie.
Jeden z rozmówców: – Człowieku, układy, znajomości, jak wszędzie.
Ewa Strug-Daczkowska: – Układy układami, ale mogliby mu dać wtedy choć pół etatu!
Wiesław Warwas: – Był rozgoryczony, nie miał obywatelstwa i dlatego nie chcieli go zatrudnić, nie chcieli mu dać obywatelstwa, bo nie miał etatu. Błędne koło.
Dusza artysty, do tego inteligentny, przystojny jak młody bóg – wysoki, barczysty, śniady, długie, kruczoczarne włosy, ale z nikim się nie wiąże (wtedy łatwiej by było o obywatelstwo). Jedni mówią, że był zbyt nieśmiały, inni, że nie do końca, bo Mendi mieszkał w 303 tylko teoretycznie sam.
Wreszcie sam Mengjiqi: – Czułem się w obowiązku zapewnić rodzinie byt, a nie było mnie wtedy na to stać.
Sławomir Berny: – Bo on jest facet honorowy, a nie jakaś łajza!

Pieniądze, które przywozi z saksów, przynosił zawsze do Ewy. Żeby mu je trzymała, bo on się do tego zupełnie nie nadaje. Zgubi albo pożyczy i mu nie oddadzą. Czasem to robią, znajomi Polacy.
Ewa Strug-Daczkowska: – On nie umie odmówić, bardzo dobry człowiek. Jemu nie przyjdzie do głowy, że ktoś go może oszukać. Kiedy wyszłam za mąż, coraz bardziej krępował się przychodzić. Mówiłam: „Mendi, przyjdź na obiad do nas”, ale bywał coraz rzadziej. Ludzie mówili, że po dwa dni nic nie jadał, głodował, nie miał śmiałości poprosić o pożyczkę. Plotkowali, że trawę jadł.
Czasem nie dogaduje się z Polakami:
Ewa Strug-Daczkowska: – On mówił tym swoim polskim, jak potrafił. Przyszedł kiedyś taki zbity i mówi, że zupełnie nie wie, o co chodzi. Ktoś mu powiedział, że jest bezczelny. Nigdy nie miał złych intencji, czasem nie czuł niuansów językowych.
Ciężko choruje na anginę, rzuca palenie.
Jest 1998 rok, Francja zdobywa piłkarskie mistrzostwo świata, ale Mengjiqi włącza o 19.30 wiadomości i widzi rzekę.

Ciemna jak błoto płynie między suchymi wzgórzami, tworzą ją ludzkie głowy, zakurzone buty, kanciaste kaszkiety, skórzane kurtki, tobołki, tapczany, traktory, taczki, zdezelowane samochody. Rzeka płynie z Kosowa do obozów uchodźców, prawdopodobnie w Albanii. Czasem wystają z niej jak otoczaki obłe hełmy żołnierzy sił pokojowych. Z Kosowa ucieka przed Serbami blisko milion ludzi. Część tych którzy zostaną, zginie w masowych mordach.
Marcel Chyrzyński (kompozytor, kolega z roku): – Osiwiał w jedną noc.
Sławomir Berny: – W jedną noc osiwiał.
Ewa Strug-Daczkowska: – Łysienie plackowate, tak to się nazywa. Wypadały mu włosy ze stresu.
Profesor Zbigniew Bujarski: – Jak wymawiał słowo „Serb”, to aż zaciskał zęby. Mawiał: „Jak można głodzić i mordować dzieci?”
Mengjiqi: – Jak ja widziałem te rzeki uchodźców, myślałem, że oni umrą.
W 1999 roku w reakcji na agresję Miloševića na Kosowo NATO rozpoczyna naloty na Serbię. Wojna w Kosowie potwierdza jednak, że zabijać potrafią też Albańczycy.
Mengjiqi komponuje jeszcze utwór Homagium Matri Teresiae, wykonany 23 kwietnia 2001 na uroczystości 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Penderecki składa mu gratulacje: – To muzyka orientalna na sposób europejski.
Wcześniej idzie na wesele do Marcela. Nie ma forsy na prezent, więc komponuje dla młodych utwór.
Zanim latem 2001 roku profesor Bujarski wróci z wakacji, Mengjiqiego już nie będzie.

Busz
Marcel Chyrzyński: – Poszedł przed wyjazdem do ambasady załatwiać papiery. Mieszał polski z serbskim, chorwackim i albańskim. Ambasador był załamany.
Już po wojnie wsiadł w samolot do Prisztiny. Wysiada na lotnisku i czuje świeży swąd spalenizny. Patrzy na zgliszcza i ludzkie twarze, a na nich ból i strach. (Powie potem: – „Myślisz, że wystarczy parę lat, żeby ludzie zapomnieli? Nie, niech cię nic nie zmyli, tu w ludziach tkwi trauma do dziś. Zrozumiałem dopiero wtedy, co to wojna”.)
Jedzie do rodzinnego domu za miastem. Matka żyje i wylicza mu, kto zginął. Ukradli jego ukochany kontrabas.
Początkowo wydzwania często do znajomych w Polsce.
Do Ewy: – Tu jest busz!
Do Wieśka: – Ja tu chyba zostanę ministrem kultury. Ty wyobraź sobie, że tu rządzą ci czarni z ONZ.
Do profesora Bujarskiego: – To nie jest kraj do życia.
Dziś opowiada: – Nowe władze chciały zaszczepić w narodzie miłość do islamu. Płacili kobietom, żeby chodziły po ulicy w tę i we w tę z chustami zasłaniającymi twarze. Ale nic to nie dało.
Jego dom atakują szczury. Kupuje trutkę, rozsypuje wokół łóżka. Tyle że zasypia i się nie budzi. Ratują go w szpitalu.
Odzywa się coraz rzadziej, milknie. Czemu? Znajomi: – No właśnie, czemu?
Mengjiqi tymczasem w spokoju przechodził do historii. Jakby od niechcenia.
Zaszywa się w rodzinnym domu w górach. Czasem koncertuje w sąsiednich krajach. Długo ledwo wiąże koniec z końcem. Kraj podnosi się z ruiny, brakuje sal do koncertowania, brakuje wszystkiego, wszędzie korupcja.
Mengjiqi: – Zaprosiłbym na koncert Pendereckiego, ale do czego, gdzie?
Długo nie ma stałej pracy. Z nikim się nie wiąże, twierdzi, że nie rozumie już tamtej kultury, wrósł w Polskę. Nawet jest katolikiem, jak cała rodzina, od wielu pokoleń.
Czerwiec 2008 roku, Akademia Muzyczna w Krakowie. Profesor Droba przychodzi do profesora Bujarskiego: – Czy wiesz, że Mengjiqi napisał hymn narodowy?
Profesor Bujarski: – Niemożliwe!
Było tak. Po wojnie Kosowo znalazło się pod protektoratem ONZ, przyjęto nową walutę – euro, wybuchł boom budowlany, bańka spekulacyjna pękła i zostawiła po sobie tysiące niewykończonych domów – pustostanów, zwanych tu czarnymi budynkami, które Mendi mija codziennie w drodze do Prisztiny. W Kosowie zostało około 100 tysięcy Serbów, głównie na północy w rejonie Kosovskiej Mitrovicy. 17 lutego 2008 roku parlament kosowski ogłosił niepodległość, którą za dwa lata Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uzna za zgodną z prawem międzynarodowym. Parlament wybiera nowe godło i flagę, i ogłasza konkurs na hymn narodowy, o czym Mengjiqi dowiaduje się z gazety (nie pamięta której, zresztą nie ma za nic pamięci do szczegółów). Ogłoszenie brzmi: „Parlament Kosowa ogłosił konkurs na hymn narodowy. Propozycje można zgłaszać w ciągu 20 dni. Hymn powinien być oryginalny i wyjątkowy i trwać od 30 do 60 sekund. Na autora zwycięskiej propozycji czeka 10 tys. euro”.
Na konkurs nadchodzą 134 prace, głównie z Rosji, Mengjiqi wysyła swój utwór pt. „Europa”, wcale nie czeka na wynik, być może nawet o tym zapomniał, a o tym, że wkrótce znajdzie się dla niego miejsce w encyklopediach, dowiaduje się od tego faceta z autobusu.
Ostatnio doczekał się etatu na Akademii Muzycznej w Prisztinie, komponuje muzykę filmową. Czasem przyjeżdża do Polski, raczej wpada, spotkanie za spotkaniem, obiad z Pendereckim.
Profesor Bujarski: – On jest bardziej krakowianinem niż Kosowarem! Jeden z kilku studentów, którzy o mnie nie zapominają.
Ewa Strug-Daczkowska: – Ostatnio okazało się, że mieszkanie znajomych ma w dokumentach o jednego lokatora więcej, niż myśleli. On jest ciągle zameldowany w Krakowie! Jest autorem hymnu narodowego? Naprawdę?

Hymn
– Straszne miasto, huk, brak zieleni, hałas, nie mógłbym tu mieszkać – opowiada w drodze do domu płynną polszczyzną.
– Co ta Prisztina taka czerwona? Moda jakaś? – pytam.
– Nie, jeszcze ludzie nie zdążyli położyć tynku na tę cegłę. Tu jest jeszcze dużo do zrobienia.
– Długo pan…
– Ale proszę cię, nie mówi mi już na pan, bo ja też ci zacznę mówić na pan.
– Długo pisałeś hymn?
– Niedługo, w zasadzie wiedziałem od początku, jak go skomponować.
– To znaczy?
– Najpierw słyszę muzykę, potem ją zapisuję. I słyszałem, że ten hymn nie straszy.
– Co robi?
– Nie straszy. Wróć do początków, hymn wywodzi się ze starożytnej Grecji. Nie możesz w XXI wieku komponować hymnu wojskowego rodem z XIX wieku, prężyć muskułów. Wiedziałem, że to musi być hymn pokojowy. Muzyka nie może być polityką!
– Patriota pacyfista?
– Ja w ogóle nie jestem patriotą. Dla mnie patriotyzm zbyt często zakrawa o nienawiść. Tak samo jak religia. Zakłada wroga. To, że nie uważam się za patriotę, nie znaczy, że nie kocham swojego kraju. Zresztą trudno go zdefiniować, zwykle ludzi radykalnych nazywa się patriotami. Przeszkadza mi to słowo. Jestem po prostu człowiekiem.
– Wiesz, jak to brzmi w ustach człowieka z Bałkanów, szczególnie Kosowara?
– Szczerze mówiąc, lepiej znam Polskę niż Kosowo. Czuję się trochę jak łącznik kulturowy. Wierzę, że tylko zjednoczona Europa jest w stanie pokonać bariery na Bałkanach. Kiedy nie będzie granic, te wszystkie problemy nie będą tu miały racji bytu.
– Ty naprawdę w to wierzysz?
– Powrót do przeszłości oznacza III wojnę światową.
Profesor Bujarski o hymnie: – Bałkański, elementy ludowe, spokojny, szeroki, ma nastrój hymnu.
Utwór nie ma tekstu. Język serbsko-albański nie istnieje.
Zapytałem na głównym deptaku w Prisztinie piętnastu przechodniów, czy znają kosowski hymn narodowy i jego twórcę. Pięciu słyszało melodię (jeden zanucił), nikt nie znał nazwiska twórcy, tylko jeden nie mówił po angielsku.

Oaza
Fotografie z Pendereckim albo korzenie z lasu, powykręcane, fantazyjne – trudno powiedzieć, co pierwsze rzuca się w oczy na ścianach w jego domu. Krzysztof R. Prokop Poczet biskupów krakowskich, Krzysztof Penderecki Od psalmu i hymnu do Songu i Lied’u, Krakowska szkoła kompozytorów – to książki na półkach, niektóre pootwierane. Telefony nie łapią zasięgu, brakuje prądu, woda w kranie z gór. Wokół jakby po wojnie, grobowo, ludzie wyjechali do miast. Żyje w oazie, bo oazy mu trzeba. Otoczona murem, w środku grusze, śliwy, lipa, dom, a w nim matka. I dalej psy, Riki – biało-czarny, Halime – żółty, i kury (każda ma imię). Na zewnątrz sklep, góry, las. Po lesie może chodzić godzinami. Zbierać drewienka o wymyślnych kształtach i słuchać muzyki. Bo tę muzykę geniusz komponuje. A geniuszem jest tylko ten, kto potrafi stworzyć coś nowego. A spójrz na niebo, czy niebo jest takie samo jak przed chwilą? Geniusz nie znosi monotonii, monotonia geniuszy. A osy? A pszczoły? A muchy? Wsłuchaj się tylko uważnie, a usłyszysz: symfonia insektów! I jeszcze jedno marzenie: zaprosić do oazy gości, poczęstować winem i schłodzoną rakiją, usadzić na krzesłach na podwórzu i zagrać koncert. Ale grał będzie nie on, a gołębie. Przyczepi im do piór cienkie rurki z nacięciami w różnych miejscach i kiedy gołębie wzniosą się ku niebu, kiedy załopocą na niebie, aż dech zaprze, dolinę wypełni dźwięk idealny – czysty i prężny.
Ale to może kiedyś. Teraz trzeba wykończyć remont, otynkować mury.

Chodźmy jeszcze zrobić mu zdjęcie. Ustawmy go na środku oazy. Mendi ubierze rockową, skórzaną kurtkę za pięć euro z bazaru („Tak mi dobrze, krawaty nie dla mnie”), mokasyny i spodnie w kolorze morskim, od miesiąca z dziurą na lewym kolanie („Wracałem do domu samochodem, wyleciałem przez okno, cud, że żyję, auto skasowane, nowe kupić muszę”). Jutro tak pojedzie autobusem na uczelnię szkolić młodych. Ale teraz wyciąga z domu kontrabas i staje na środku oazy.
Zaczyna. Gra długo, przyśpiesza, wpada w trans, ma zamknięte oczy.
I nagle przestał.
I sypnął kurom ziarna.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter