70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Groźne sobowtóry

Powiedzmy sobie szczerze: człowiekowi przyjemność jest do życia potrzebna. Naprawdę musimy żyć na pewnym poziomie hedonii. Dlatego używki były z człowiekiem od zawsze i najprawdopodobniej na zawsze z nim zostaną.

Heroina, kokaina, amfetamina, marihuana to narkotyki. A papierosy, alkohol, kawa, herbata? Czy to też narkotyki, tyle że legalne?
Alkohol tak, z całą pewnością. Nikotyna też.

Dla większości z nas, przynajmniej w Polsce, chyba jednak nie. Prosty przykład: osobę uzależnioną od alkoholu nazwiemy alkoholikiem, ale nie narkomanem…
„Narkotyk” to słowo wytrych. Zbyt łatwe szafowanie nim i używanie go jako argumentu wiele dyskusji sprowadza na manowce, także spośród tych, które ostatnio znów przybierają u nas na sile.

Popełniamy błąd, mówiąc o narkotykach jako takich, a nie o działaniu poszczególnych substancji?
Nie, mimo wszystko da się wydzielić, zachowując kryteria naukowości czy – jak kto woli – obiektywności, taką grupę związków, które tym wspólnym mianem można określić. Są to substancje, które zażywane zwykle kilka albo kilkanaście razy, wywołują zmiany w mózgu powodujące u niektórych osób nieodpartą chęć brania ich w dalszym ciągu, mimo że są szkodliwe dla zdrowia. Oczywiście wewnątrz tego bardzo pojemnego zbioru dokonuje się przeróżnych klasyfikacji, np. na narkotyki miękkie i twarde, naturalne i syntetyczne, przyspieszające i zwalniające pracę mózgu itd. Można je także podzielić w zależności od tego, jaki procent osób spośród zażywających popada w uzależnienie. Dla alkoholu jest to ok. 15%, dla nikotyny ok. 30%, dla heroiny i amfetaminy wielkości te oscylują między 18% a 12%. Niektóre zaś substancje, takie jak np. halucynogeny typu LSD czy meskalina, a najprawdopodobniej również tetrahydrokanabinol (a więc główny związek psychoaktywny w konopiach), które my ciągle nazywamy narkotykami, nie powodują uzależnienia wywołanego zmianami w ustroju powstałymi na skutek ich zażywania, a jedynie uzależnienie behawioralne.

Zazwyczaj rozróżnia się uzależnienie fizyczne i psychiczne. Czy mówiąc o uzależnieniu behawioralnym, ma Pan na myśli to drugie?
Myślę, że trudno jest określić granicę między uzależnieniem fizycznym a psychicznym. Być może sam ten podział należałoby zakwestionować. Kleptomania, uzależnienie od zakupów, seksu w Internecie czy od Internetu w ogóle – czy tego typu zaburzenia to patologie psychiczne czy szwankująca fizjologia? Najrozsądniej byłoby odpowiedzieć: i jedno, i drugie. Oczywiście, istnieją substancje, które wprowadzane do organizmu, zmieniają jego metabolizm tak, aby dostosował się on do obecności narkotyku. Jeżeli nasz metabolizm jest tak zmieniony, to nagły brak substancji powoduje potężne zmiany i tak groźne objawy abstynencji – jak np. w delirium tremens – że podawanie niewielkich ilości danego środka stanowi warunek przeżycia. W takim przypadku możemy mówić o bardzo wyraźnym uzależnieniu fizycznym.
Uzależnieniom behawioralnym, choć obywają się one bez substancji, także towarzyszą zmiany w funkcjonowaniu mózgu czy też całego ustroju. Czy są one przyczyną czy skutkiem uzależnienia – często nie sposób rozstrzygnąć. Na pewno strona fizyczna jest w nich nie do oddzielenia od nawyku jako zjawiska w powszechnej świadomości stricte psychicznego. O tej synergii przekonałem się na własnej skórze. Kiedyś, gdy regularnie biegałem i raz zrobiłem sobie dłuższą przerwę, po paru dniach zacząłem czuć silne bóle w łydkach. Wystraszyłem się, bo znajomi lekarze podejrzewali jakieś wewnętrzne żylaki, a jak się okazało, był to najprawdopodobniej taki sam objaw bólu w łydkach jak po odstawieniu morfiny. Dochodzi do niego, ponieważ w wyniku regularnego treningu są w organizmie wytwarzane naturalne odpowiedniki morfiny – endorfiny. Można więc powiedzieć, że miałem pewne predylekcje do uzależnienia od opioidów. Na szczęście nie tyle w głowie, ile w nogach. Nawiasem mówiąc – przykład ten pokazuje, że można się uzależnić fizycznie od zachowania, nie tylko od substancji.

Co w nas się uzależnia?
Uzależnienie, to z grubsza rzecz biorąc niewłaściwe, podejmowane i podtrzymywane pomimo wywoływanych szkód zachowanie, a naszym zachowaniem kieruje mózg, więc to jego przede wszystkim dotyczy uzależnienie. Obwodowy układ nerwowy także przejawia niekiedy takie złe skłonności, czego dowodem przypadek moich łydek. Mózg kieruje zachowaniem jednostki dzięki trzem ściśle ze sobą powiązanym układom funkcjonalnym: pobudzenia, nagrody oraz świadomości i poznania (tzw. układ kognitywny). Pierwszy z nich jest odpowiedzialny za postrzeganie zjawisk i uwagę, reguluje sen i czuwanie. Drugi kieruje motywacją. To układ, który „za dobro wynagradza, a za zło karze”, tzn. pozwala rozpoznać, które zachowania są korzystne, a które nie. Te pierwsze nagradza przyjemnością, te drugie wywołują ból lub dyskomfort. I trzeci, kognitywny – odpowiadający za świadomość, zdolność uczenia się i pamięć, bardzo ważny, bo nie tylko musimy mieć motywację, ale też wiedzieć, co jest naszym celem i jak go osiągnąć.

Czy uzależnienie dotyka wszystkich tych trzech układów?
Nie, w zasadzie wszystko sprowadza się do układu nagrody. Jest on niezwykle ważny, bo reguluje wszystkie zachowania zasadnicze dla przeżycia i funkcjonowania jednostki, takie jak przyjmowanie pokarmu, wody, aktywność seksualna, agresja i wiele innych. Głód czy pragnienie motywuje organizm do ich zaspokojenia – w tym stanie jedzenie czy picie silnie pobudza układ nagrody i dostarcza przyjemności, uczucie sytości zaczyna zaś go tłumić. Jest to naturalny, wbudowany w ten mechanizm ogranicznik. Podobnie rzecz ma się z seksem czy agresją. Po przekroczeniu pewnego progu pobudzenia, które popycha nas do danych zachowań, zaczynają działać różne czynniki awersyjne, hamujące; może to być uczucie sytości, ale także ból czy zmęczenie. Czasami jednak wystarczy bardzo niewiele, by tak wysoce skomplikowany, a do tego jeszcze organiczny, system jak układ nagrody, rozregulował się i zaczął działać nieprawidłowo. Obserwujemy wtedy poważne zaburzenia zachowania, takie jak niepohamowany apetyt lub wstręt do jedzenia (które prowadzą do otyłości, anoreksji lub bulimii), niekontrolowana agresja czy różnego rodzaju anomalie psychoseksualne.

Czy jest jakaś różnica między uzależnieniem od narkotyków a pozostałymi typami uzależnień?
Różnica tkwi przede wszystkim w naturalnych ograniczeniach. Wymienione przeze mnie uzależnienia – wszystkie, które nazwalibyśmy behawioralnymi, wymagają pewnego nakładu energii, by wytworzyć taką sytuację chemiczną w naszym mózgu, która da nam przyjemność. Jeśli natomiast wprowadzimy do naszego organizmu substancje, które bezpośrednio będą działać na nasz układ nagrody, to tę samą przyjemność możemy osiągnąć w zasadzie przy znikomym wysiłku. Wystarczy połknąć tabletkę czy zrobić sobie zastrzyk. Ów brak ograniczeń decyduje o tym, że tak łatwo o przedawkowanie.

Co to właściwie znaczy, że niektóre substancje bezpośrednio oddziałują na nasz mózg?
Mózg to przede wszystkim twór niezwykły pod względem swej funkcjonalności. Już samo rusztowanie jest imponujące, ale dech w piersiach zapiera tak naprawdę sposób, w jaki całość jest ze sobą połączona i skomunikowana, to, jak cała ta subtelna architektonika żyje i działa. Układ nagrody to nie tylko określone miejsce w mózgu, lecz przede wszystkim pewien dynamiczny mechanizm. Decydują o tym substancje chemiczne naturalnie obecne w naszym organizmie zwane neuroprzekaźnikami, gdyż ich cząsteczki przenoszą przez synapsy (wyspecjalizowane punkty kontaktowe) informacje między komórkami nerwowymi oraz między neuronami a komórkami mięśniowymi i gruczołowymi. Wewnątrz komórek informacja płynie jako sygnał elektryczny, by na synapsie zmienić się w sygnał chemiczny i dotrzeć do kolejnej komórki, gdzie znów następuje zamiana na przewodnictwo elektryczne. Dzieje się tak, gdyż komórki to systemy zamknięte i jedynymi miejscami, przez które komunikują się one ze światem są receptory – białka znajdujące się w błonie komórkowej, które mogą łączyć się z substancjami sygnałowymi, czyli właśnie neuroprzekaźnikami. Takie rozwiązanie zapewnia ogromną różnorodność i uszczegółowienie przekazywanych informacji (sam sygnał elektryczny to w gruncie rzeczy system binarny, w którym operować można jedynie natężeniem i sposobem przepływu), bo różnicuje neurony w zależności od tego, z jakimi substancjami ich receptory mogą się łączyć. Narkotyki naśladują naturalne substancje sygnałowe, tzn. mogą działać na receptory tak, jak naturalny przekaźnik. I tak np. morfina, niewystępująca w organizmie zwierząt, działa jak naturalne neuropeptydy, endorfiny i enkefaliny, które łączą się z receptorami opiatowymi, wywołując euforię i zmniejszenie bólu. Nikotyna naśladuje acetylocholinę, a amfetamina i kokaina wpływają pośrednio na receptory dopaminowe, bo powodują nagromadzenie dopaminy w otoczeniu receptora. Jednym słowem, narkotyki to zazwyczaj groźne sobowtóry substancji, które naturalnie występują w naszym organizmie.

Czy można wyraźnie określić, kiedy mamy do czynienia z uzależnieniem od narkotyku?
Substancje uzależniające zazwyczaj oddziałują na receptory układu nagrody. Mówi się, że narkotyki przechwytują go, zawłaszczają i zaczynają kontrolować. Pobudzanie receptora przez substancje niefizjologiczne wywołuje głębokie zmiany patologiczne. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że pobudzenie wywołane przez narkotyk jest silniejsze od tego, które może wywołać naturalny przekaźnik. Receptor, broniąc się przed nadmiernym pobudzeniem, zmniejsza zdolność reagowania. W ten sposób rozwija się tolerancja na daną substancję. Polega ona na tym, że organizm potrzebuje coraz więcej określonej substancji dla wywołania tego samego doznania, a ostatecznie potrzebuje jej coraz więcej, już nie dla szczególnych wrażeń, ale by w ogóle mógł normalnie funkcjonować. Bardzo szybko rozwija się tolerancja na benzodiazepiny, barbiturany oraz alkohol i nikotynę. Jest to tzw. tolerancja ostra, częściej występuje jednak tolerancja przewlekła. Choć rozwija się dłużej, nie znaczy to, że ma łagodniejsze skutki. Gdy zabraknie środka pobudzającego, stan sztucznej homeostazy zostaje zachwiany i organizm zaczyna nieprawidłowo reagować na bodźce. Mamy wtedy do czynienia z tzw. objawami abstynencji, wskazującymi na uzależnienie fizyczne.

Uzależnienie zaczyna się więc wraz z tolerancją?
Uzależnienie może być efektem tolerancji, ale nie musi. Haszysz wytwarza silną tolerancję, ale niewielkie uzależnienie. A halucynogeny typu LSD w ogóle nie powodują zależności fizycznej, choć w czasie badań laboratoryjnych szczur systematycznie otrzymujący LSD potrzebuje dawki stukrotnie większej dla wywołania pełnego efektu niż szczur, który zażywa narkotyk po raz pierwszy. Ale w tworzeniu się uzależnienia ważną rolę obok tolerancji gra przeciwne do niej, a o wiele mniej znane zjawisko sensytyzacji. Polega ono na tym, że wraz ze wzrostem uzależnienia od danej substancji, coraz bardziej rośnie w siłę motywacja do jej zdobycia. I stopniowo to ona, a nie sama substancja, staje się głównym źródłem przyjemności, która warunkuje uzależnienie. Przy rozwiniętej tolerancji oczekiwanie na nagrodę, czy raczej poszukiwanie jej, staje się znacznie bardziej atrakcyjne niż jej zdobycie. Samo poszukiwanie zaczyna być stanem gratyfikowanym i pożądanym. W ten sposób zachowanie poszukiwawcze, które jest głównym objawem osiowym uzależnienia, samo staje się jego dodatkowym źródłem. Te dwa zjawiska to dwa zaciskające się szczelnie kleszcze nałogu.

Mówienie o „objawach osiowych” wskazuje na medyczny aspekt zagadnienia. Czy chce Pan powiedzieć, że uzależnienie od substancji psychoaktywnych to choroba psychiczna jak każda inna?
Tak, z medycznego punktu widzenia nie ma co do tego wątpliwości, że jest to jedna z chorób psychicznych, ale istnieje wiele, bardzo różnych chorób psychicznych. Uzależnienie nie jest skazą charakteru, psychopatią ani przejawem nieprzystosowania, ale chorobą psychiczną – ciężką, o częstych nawrotach, prowadzącą do nieodwracalnych zmian w mózgu. Uzależnienie nie tkwi w substancji! Ono zależy od nas, od reakcji naszego organizmu na sytuację środowiskową i chemiczną. U niektórych osób nawet substancje o silnym potencjale uzależniającym nie wywołują uzależnienia. Nie znaczy to jednak, że osoby uzależnione można piętnować i obwiniać, co wciąż się przecież zdarza. Wina, jeśli już chcemy o niej mówić, ogranicza się tutaj co najwyżej do momentu zgody na inicjację. Trzeba też podkreślić, że przyczyną uzależnienia może być wrodzony lub nabyty (niekoniecznie na skutek stosowania narkotyków) zespół deficytu pewnych układów w mózgu, a zarazem przewlekłe zażywanie narkotyków deficyt ten znacząco powiększa. I to jest prawdziwie tragiczne błędne koło.

Czy uzależnienie można leczyć farmakologicznie?
Przy obecnym stanie wiedzy jest to w zasadzie choroba nieuleczalna, choć możliwa do kontrolowania kosztem pewnych wyrzeczeń. Możliwości farmakoterapii są, przynajmniej na razie, ograniczone, choć wzbudza ona wciąż rosnące zainteresowanie. Ponieważ uzależnienie to choroba układu nagrody, poszukuje się leków oddziałujących właśnie na ten układ. Próbowano neuroleptyków (leków przeciwpsychotycznych), które zwykle stosuje się w schizofrenii. Są one jednak awersywne, tzn. wywołują nieprzyjemne objawy ogólnego dyskomfortu, co wyklucza dobrowolne ich stosowanie przez osoby uzależnione. Na działanie układu nagrody w istotny sposób wpływa noradrenalina, jeden z neuroprzekaźników. Lek, który hamuje jej uwalnianie się, to klonidyna. W krakowskim Instytucie Farmakologii PAN wykazaliśmy, że blokuje ona objawy odstawienia. Jednak dotyczy to tylko fizycznego aspektu uzależnienia, nie wpływa zaś na psychiczny. Pomimo tej połowicznej skuteczności stosuje się ją u heroinistów. Trwają badania nad rolą, jaką w uzależnieniach odgrywa wewnątrzkomórkowy wapń (jon Ca2+), który wnika do neuronów przez kilka typów kanałów. To ważny ślad, bo prowadzone przez nas badania dowiodły, że związki (m.in. klonidyna właśnie), które blokują pewien typ kanałów wapniowych, hamują rozwój uzależnienia od morfiny u szczurów. Znani dotąd antagoniści innego ważnego typu kanałów wapniowych, mających znaczenie w blokowaniu uzależnienia, działają jednak halucynogennie, więc raczej substancje te nie będą używane w farmakoterapii. Wszystko wskazuje na to, że niektóre środki halucynogenne zmniejszają zachowania poszukiwawcze. Taką substancją jest np. ibogaina. Niszczy ona jednak komórki nerwowe, co wyklucza jej stosowanie jako leku.

A terapie substytucyjne, w których zamiast narkotyku uzależnieni otrzymują zastępniki ciężkich narkotyków?
Jakiś czas temu byłem na konferencji w Bełchatowie, gdzie mówiono, że wreszcie psychoterapeuci w Polsce zaczynają się godzić, by stosować leki przy leczeniu odwykowym od narkotyków! Duża część społeczeństwa wciąż uważa, że terapie substytucyjne to promocja narkomanii. Dopiero zaczyna wśród nas dochodzić do głosu przekonanie, że w walce z narkotykami sukcesem jest już redukcja złych skutków i zmniejszenie zażywania substancji psychoaktywnych, a nie jedynie pełna abstynencja, i że to redukcja szkód powinna być dyrektywą w systemowych działaniach przeciw narkomanii, nie zaś hasło „społeczeństwo wolne od narkotyków”, które w rzeczywistości jest czczym sloganem. Terapia substytucyjna najlepiej sprawdziła się w przypadku morfinistów i heroinistów. Okazało się, że najskuteczniejszą rzeczą, żeby ich wyprowadzić z nałogu, a przynajmniej, żeby ograniczyć jego złe skutki, jest podanie im słabiej działającego opioidu – metadonu. Ma on pewien potencjał uzależniający, ale znacznie mniejszy niż morfina czy heroina, nie powoduje natomiast obniżenia odporności organizmu, dzięki czemu jest mniejsze ryzyko zarażenia wirusem HIV, zachorowania na gruźlicę itp. Terapia metadonowa nie wszędzie jest jednak tolerowana, a w Rosji wręcz bezpardonowo zwalczana. Muszą za tym stać działające tam na dużą skalę gangi narkotykowe, którym wprowadzenie tej terapii zmniejszyłoby rynek. W Polsce też mieliśmy trudności z jej wdrożeniem. Program, którym w jednym z miast wojewódzkich miało być objęte 120 osób – heroinistów i morfinistów, czekał przygotowany na papierze przez 2 lata z uwagi na protesty o charakterze moralnym. Gdy wreszcie ruszył, okazało się, że jego odbiorców jest już tylko osiemdziesięciu paru, bo reszta umarła. To opóźnienie zabiło więc ponad 30 osób, które czekały na terapię (umieralność w trakcie terapii metadonem jest praktycznie zerowa). Podobnie niezdrowa, pełna niepotrzebnego strachu atmosfera panuje wokół medycznego wykorzystywania substancji psychotropowych. Mnóstwo leków ma działanie uzależniające. Przy ciężkich schorzeniach, których nie sposób leczyć inaczej, to żaden powód, by ich zakazywać. Idiotyzmem jest badać, czy ktoś umierający na nowotwór może się uzależnić od marihuany, by rozstrzygnąć czy możemy mu ją podać czy nie. W takich sytuacjach trzeba zaufać racjonalności i empatii jako jedynej dopuszczalnej emocji, a nie ideologiom. Wtedy będziemy mieć szansę na zdrowe społeczeństwo.

Czy skłonność do odurzania się leży w naturze człowieka, czy też raczej jest to patologia, anomalia?
Nasz układ nagrody ma wrodzoną tendencję do maksymalnego wykorzystania, pobudzenia. Przekonują o tym badania, w których za pomocą elektrody wprowadzonej do mózgu możliwe jest drażnienie rejonów odpowiadających za odczuwanie rozkoszy. Przeprowadzane były one zarówno na ludziach, jak i na zwierzętach, głównie szczurach. Wiemy, że gdy szczur może sam za pomocą dźwigni drażnić te ośrodki prądem, będzie to robił do całkowitego wyczerpania. Gdy tylko prąd zostanie wyłączony, po kilku nieudanych próbach zwierzę zasypia z przemęczenia, ale wystarczy znów włączyć prąd i raz go podrażnić, by wrócił do dźwigni. Choć dziś wydaje nam się to skrajnie nieprzystosowawcze, to jednak odegrało bardzo pozytywną rolę w historii rozwoju gatunku ludzkiego. W warunkach naturalnych, gdy człowiek ciągle mierzył się z brakiem czegoś, uszkodzeniem ciała czy utratą życia, ważne było wykorzystać do końca każdą nadarzającą się okazję do zwiększenia swoich szans na przeżycie – nieważne, czy chodziło o jedzenie, picie czy seks.

Czy odurzanie się różnymi substancjami jest czymś specyficznie ludzkim?
Nie, tylko że homo sapiens ma największe szanse na odurzanie się, bo potrafi sobie znaleźć i wytworzyć potrzebne mu do tego substancje. Jakiś czas temu w Internecie widziałem film o zwierzętach, które szukają i jedzą gnijące owoce, i w ten sposób się upijają (www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=jywjgxx0qvc#). Kiedyś przeprowadzono badania nad skłonnościami różnych gatunków zwierząt do alkoholu. Okazało się, że niektóre mają na niego awersję, niektóre preferencję, a niektóre raz tak, raz tak. Zabawnie ma się sprawa np. z jeżami. Jeż preferuje przeważnie wodę, ale od czasu do czasu lubi alkohol. Jak się mu zbierze ochota na alkohol, to pije aż do całkowitego upicia się, tak że wręcz się zatacza, potem ma kaca, przysięga sobie, że już nigdy tego świństwa nie tknie i przez długi czas rzeczywiście pije tylko wodę. Przychodzi jednak taki czas, że znów wraca do alkoholu.
Myślę, że zasadniczej różnicy w zasadzie działania układu nagrody między nami a zwierzętami nie ma. Samodrażnienie elektryczne w celu wywołania przyjemności obserwowano nie tylko u szczurów. Przypadki takie opisano u wielu różnych gatunków począwszy od złotych rybek, przez świnki morskie, koty, psy, po delfiny i małpy. Cała różnica polega na tym, że zwierzęta bardziej niż ludzie podlegają naturalnym ograniczeniom. Mają słabiej rozwinięte możliwości poznawcze. A te są konieczne, by móc dostarczyć sobie odpowiednich ilości danej substancji odurzającej. Na pewno wiadomo, że zwierzęta bardzo łatwo uzależniają się od alkoholu, co widać już po żyjących z człowiekiem psach. Przede wszystkim jednak człowiek i zwierzę będący pod wpływem środków odurzających, a więc z zaburzonym układem kognitywnym, mają bardzo nierówne szanse przeżycia. Odurzone zwierzę staje się od razu potencjalnym obiektem ataku. Można więc przypuszczać, że nawet jeśli zwierzęta mają skłonność do odurzania się, to w ich przypadku kwestia przeżycia jest poważnym czynnikiem skłonność tę blokującym. Człowiek zaś żyje w wysoce zorganizowanym stadzie, które bardzo chroni swoje osobniki i zapewnia im warunki, w których tej skłonności można sobie bez oczywistego narażenia życia pofolgować.

Jakie są obecnie najczęstsze i najistotniejsze przyczyny zażywania substancji psychotropowych?
Człowiek jest gatunkiem, który bardzo wysoko ceni wolność i od początku swego istnienia intensywnie eksploruje świat, który go otacza. Dlatego zszedł kiedyś z drzewa na ziemię. Poszukiwanie nowości i idące w ślad za nią poczucie wolności to postawy silnie nagradzane przez nasz mózg. Dotyczy to przede wszystkim młodych ludzi. To oni najczęściej tworzą grupy, które bardzo dowartościowują ryzyko, a zarazem często mają charakter anarchistyczny, buntowniczy. Myślę tu np. o grupach rowerzystów górskich, w których najlepsi, najbardziej poważani są ci najbardziej połamani, bo uchodzą za najodważniejszych. Tkwi w nas tendencja do ryzyka, zwłaszcza wśród mężczyzn, gdyż w ich przypadku zachowanie agresywne w toku ewolucji zostało silniej zakorzenione niż u kobiet. Te względy odgrywają największą rolę, jeśli chodzi o pierwszy kontakt z substancjami odurzającymi. I dlatego tak duży wpływ ma tu także grupa rówieśnicza. Wiele osób sięga jednak po narkotyki z powodów bardzo praktycznych, by zwiększyć swoją sprawność działania w społeczeństwie, pokonać ograniczenia związane ze zmęczeniem, efektywniej się uczyć czy pracować. Myślę tu głównie o różnego rodzaju stymulantach. Dla niektórych będą to też zapewne cele religijne – biorą, by doświadczyć czegoś duchowego.

Czy po narkotyki nie sięga się dziś jednak przede wszystkim w celach rekreacyjnych?
To prawda, większa część ludzi zażywa narkotyki wyłącznie dlatego, że sprawia im to przyjemność, choć oczywiście osoby te często racjonalizują sobie powody, dla których sięgają po substancje psychoaktywne i podają inne uzasadnienia. Powiedzmy sobie jednak szczerze: człowiekowi przyjemność jest do życia potrzebna. Naprawdę musimy żyć na pewnym poziomie hedonii. Dlatego używki były z człowiekiem od zawsze i najprawdopodobniej na zawsze z nim zostaną. W każdej kulturze jest choć jedna akceptowalna używka, nawet gdy inne są mocno zwalczane. Być może najbardziej konsekwentni w abstynencji byliby tu mormoni, którzy nie akceptują nawet kawy. Myślę jednak, że i u nich istnieją zastępniki używek. Jakiś czas temu zapoznałem się z wynikami badań nad pornografią w Internecie. Okazało się, że stanem w USA, w którym ściąga się najwięcej płatnej pornografii jest Utah, w większości zamieszkiwany właśnie przez mormonów. Oprócz tego badania te pokazywały, że stany głosujące na konserwatywnych i podkreślających wartości moralne republikanów mają większą konsumpcję pornografii niż stany popierające demokratów. Mówię o tym dlatego, że pornografię należy traktować jak jedną z ryzykownych używek, która podobnie jak niektóre substancje służy rozładowaniu napięcia. Podobną rolę w naszej kulturze pełni częstokroć alkohol. To prawda, że jest on główną przyczyną przemocy domowej, i na tym właśnie m.in. polega jego społeczna szkodliwość, ale zarazem pomaga on człowiekowi przeżyć trudne sytuacje – na stypie alkohol jest wręcz obowiązkowy.

Dlaczego alkohol i nikotyna są najbardziej rozpowszechnionymi środkami psychoaktywnymi? Co zdecydowało o tym, że właśnie one spośród wielu różnych substancji tak głęboko wniknęły w naszą kulturę?
Inne używki były stopniowo eliminowane, popadały wraz z rozwojem kultury w niepamięć. W Ameryce Środkowej mamy tak dużą ilość substancji pochodzenia roślinnego dlatego, że była to jeszcze młoda cywilizacja, gdy pojawili się tam konkwistadorzy i ich inwazja zaburzyła naturalny proces ewolucji tamtych społeczeństw w tym aspekcie, tzn. kierowania się ku tym substancjom, które będą najbezpieczniejsze z punktu widzenia życia społecznego. Alkohol rzeczywiście jest chyba najbardziej na świecie rozpowszechnionym narkotykiem. Został odkryty niezależnie przez wszystkie kultury z wyjątkiem mieszkańców wysp Pacyfiku i Indian północnoamerykańskich. Ale przez długi czas nie stanowił większego zagrożenia. Do czasu, gdy Arabowie wynaleźli (lub przywieźli z Chin) procesu destylacji, w zasadzie trudno było się upić, gdyż istniały jedynie alkohole nisko i średnio procentowe: piwo miało najwięcej 3-4%, sake 10%, wino 12-14%. Wyższe stężenia alkoholu hamowały fermentacyjną zdolność drożdży. W zasadzie alkohol stał się problemem po wprowadzeniu jego wysokoprocentowych odmian i zmniejszeniu presji społecznej w stosunku do pijanych osób. A dlaczego stał się powszechną używką? Myślę, że nie bez znaczenia było to, że świetnie sprawdzał się w celach militarnych, po prostu jak żaden inny środek dodawał kurażu, wzmagał i agresję, i odwagę. A druga rzecz to łatwość produkcji. Alkohol można zrobić w zasadzie ze wszystkiego, co fermentuje. Tatarzy mogli nie mieć owoców, ale mieli mleko kobyły, Hindusi jelita jakichś zwierząt itd.

Nikotyna natomiast przyszła do nas z Nowego Świata, a jej popularność, tak jak w przypadku innych narkotyków naturalnych, wzięła się stąd, że początkowo uważana była za lek. Jej nazwa pochodzi zresztą od Jeana Nicota, lekarza, który w XVI w. zalecał palić tytoń ze względów zdrowotnych. Nie było to zresztą bezpodstawne, gdyż nikotyna działa na pewne receptory w mózgu, wspomagając pamięć. Bardzo szkodliwy jest natomiast wytwarzany podczas palenia tlenek węgla. Nikotyna uzależnia, gdyż działa na układ nagrody, dlatego też palenie przynosi tak dużą przyjemność, ale działa wybiórczo, tzn. nie zmienia funkcji umysłowych (nie zaburza pracy układu kognitywnego), a więc nie odurza, a już na pewno nie w takim sensie jak alkohol.

Jakie substancje są dzisiaj najbardziej niebezpieczne? Czy możemy w tym przypadku mówić o stałej hierarchii czy też układ ten ciągle się zmienia?
Często, zwłaszcza wśród zażywających, dzieli się narkotyki na naturalne i syntetyczne, by pierwsze z nich przeciwstawić tym drugim, sztucznym jako mniej szkodliwe i bardziej bezpieczne niż te z „próbówki”, bo będące z człowiekiem od dawna. Słuchając takich historii, zawsze wtedy powtarzam, że koniec końców Sokratesa otruto całkiem naturalną cykutą. Różnice między tymi dwoma rodzajami substancji istnieją, ale nie są aż tak wielkie, jak mogłyby sugerować tego typu podziały, tym bardziej że i większość tzw. naturalnych narkotyków jest dziś uzyskiwana za pomocą różnych sztucznych metod i „ulepszaczy”. Jeśli chodzi o hierarchię to myślę, że jest ona względnie stała przynajmniej co do typów substancji psychotropowych. Najsilniej uzależniają środki pobudzające układy katecholaminowe, a więc kokaina i amfetamina oraz groźniejsza córka tej ostatniej metamfetamina, po nich wymieniłbym heroinę i morfinę, następnie leki przciwlękowe i uspokajające, a więc benzodiazepiny i szybkie barbiturany, a po nich alkohol. Tak zarysowałbym z grubsza skalę, jeśli chodzi o potencjał uzależniający. Wiele bardzo niebezpiecznych substancji powstało tylko dlatego, że narkotyki są nielegalne.
Jednym z takich ostatnich i najpopularniejszych odkryć jest ecstasy (MDMA). Połączono psylocybinę z amfetaminą, a więc halucynogen ze stymulantem i powstał związek, który ochrzczono mianem love drug, bo daje poczucie braterstwa i wspólnoty, budzi miłość do ludzi i do świata, współczucie, chęć czynienia dobra. Po zażyciu odczuwa się przypływ energii, pobudzenie i podniecenie seksualne, zmysły się wyostrzają, znika senność, zmęczenie i ból głowy. Radośni i kochający świat rzucamy się tańczyć do upadu na rave parties. Tylko że równocześnie ten cudowny, jeśli chodzi o emocje, narkotyk jest odpowiedzialny za większość nagłych śmierci na parkiecie. Bardzo podnosi ciśnienie, przyspiesza bicie serca lub rozregulowuje jego pracę, może pojawić się hipertermia oraz blokada nerek, czego oszołomieni nie zauważamy. A na drugi dzień skutkuje ciężkim i długotrwałym kacem. To doraźne, ale odległe skutki są równie groźne, jeśli nie groźniejsze. Ecstasy niszczy neurony serotoninowe, których i tak mamy niewiele, a odgrywają one bardzo ważną rolę w naszym życiu. Ich utrata powoduje niepokój, depresję, obniżenie sprawności intelektualnej, wzmożoną agresywność. Liczba tych neuronów zmniejsza się i tak naturalnie z wiekiem, a jeśli część z nich wybijemy sobie dodatkowo w młodości, to ubytek może być zbyt duży, by nasz mózg mógł go sobie skompensować.

Jakie będą narkotyki przyszłości? Czy ecstasy jest poważnym kandydatem do tego tytułu?
Ecstasy dyskwalifikują efekty negatywne. Ale te pozytywne na pewno wyznaczają pożądane działanie „narkotyku idealnego” czy „narkotyku przyszłości”, a więc wywoływanie poczucia szczęścia, empatii, współdziałania. Musiałyby to być substancje, które pobudzałyby wydzielanie pewnych neuropeptydów dających wyraźne skutki behawioralne. Myślę tu np. o oksytocynie, hormonie, który pogłębia jedność między ludźmi, a który wydziela się, gdy ciało zbliży się do ciała. Nauczyłem się, że gdy w naszym zakładzie, którym przez długi czas kierowałem, któremuś ze współpracowników umierali rodzice, wszelkie deklaracje typu: „jest mi przykro” są zbędne, bo nic nie dają. Trzeba wyjść zza biurka, objąć taką osobę i stać z nią cicho dwie, trzy minuty. Wtedy wyraźnie widać, jak ta osoba się rozluźnia, uspokaja. To nie jest żadna sztuczka, gdyż ja tej osobie autentycznie współczuję, wiem, jak to jest, gdy odchodzą rodzice. W ten sposób po prostu najlepiej można to współczucie przekazać. A może uda się kiedyś stworzyć substancję, która będzie oddziaływać tylko na szczególny typ obwodów w mózgu, związanych z bardzo konkretną emocją lub typem poznania? Gdyby np. powstał narkotyk, który zwiększy aktywność napadową w korze wyspowej, to wtedy moglibyśmy mieć tak cudowne wizje jak św. Teresa z Avila. Wiemy o tym, gdyż był kiedyś człowiek o bardzo podobnych przeżyciach mistycznych, które wywoływał u niego nowotwór właśnie w tym rejonie mózgu. Ale na takie odkrycia trafia się raczej przypadkiem, często szukając nowych leków. Przede wszystkim dlatego, że substancje te są testowane na zwierzętach, z którymi nie sposób porozumieć się co do subtelnych doznań świadomościowych. O tym, jakie środki odurzające będą dostępne w przyszłości, zdecyduje ostatecznie stosunek prawa do narkotyków. Dopóki będą one zakazane prawem, dopóty będzie istniał czarny rynek, który zrobi wszystko, by nie wyprzeć obecnych substancji mniej szkodliwymi.

Dlaczego narkomania to dziś taki duży problem?
Powodów jest kilka. Po pierwsze, wcześniej substancje odurzające były zażywane w sposób ograniczony i zrytualizowany, zarówno w obrzędach religijnych, jak i z okazji uroczystości świeckich, kiedy przyjmowano je niejako „rekreacyjnie” dla uczczenia ważnych wydarzeń. Poza tymi ściśle wyznaczonymi ramami, nadużywanie narkotyków było bardzo surowo ocenianie i niejednokrotnie obłożone tabu. I co ważniejsze rozumiano to i akceptowano. To były normy społecznie zinternalizowane. Zażywanie narkotyków nie było wyrazem buntu, lecz przejawem konformizmu, tak jak wciąż w Polsce picie alkoholu, gdy się skończy 18 lat. Choć już małoletni traktują picie alkoholu i palenie papierosów jako bunt. Po drugie, niebezpieczeństwo wzrosło drastycznie wraz z rozwojem komunikacji międzynarodowej, gdy substancje z różnych obszarów globu trafiały na nieprzygotowany grunt i zaczęły być stosowane poza naturalnym kontekstem kulturowym. Po trzecie, uzyskiwane dawniej narkotyki miały mniejsze stężenie substancji uzależniającej, trudniej było o przedawkowanie, zwłaszcza prowadzące do silnego zatrucia czy śmierci. Niebezpieczeństwo to drastycznie wzrosło wraz z rozwojem chemii, umożliwiającym obróbkę surowców naturalnych aż do uzyskania substancji czynnych w postaci czystej oraz syntezę całkiem nowych środków. Najlepszym przykładem tych przemian jest historia kokainy. Najpierw zażywana była jedynie przez górali andyjskich, żujących liście koki, potem wyekstrahowano ją z liści alkoholem i ekstrakty te (Vin Mariani) stosowano jako napoje energetyczne, następnie oczyszczono i udostępniono jako biały proszek do wciągania przez śluzówkę nosa, a dziś wdychana jako crack, albo po podgrzaniu na łyżeczce, albo pod postacią papierosów przenika przez całą powierzchnię płuc. I po czwarte, to skutek nielegalności większości narkotyków. Wiele osób w Polsce, głównie młodych, pali marihuanę, mimo że jest ona zakazana, a niektórzy – właśnie dlatego. Choć jej zażywanie nie wiąże się z tak dużym zagrożeniem jak przy innych, mocniejszych narkotykach, to sięgnięcie po marihuanę stanowi przekroczenie progu nielegalności, a kiedy jest się już po drugiej stronie tej bariery, to nic dziwnego, że ma się potem mniejsze opory przed spróbowaniem kokainy czy amfetaminy. Polityka restrykcyjna ma też to do siebie, że wywołuje większy sprzeciw i tam, gdzie jest silniejsza, tam działa też więcej grup, forów, stron w Internecie, które promują narkotyki, przedstawiają je jako samo dobro. A o rzetelną informację o tym, co zakazane, jest zawsze trudniej.

Rozumiem, że w legalizacji widzi Pan sposób na walkę z narkotykami. Czy nie obawia się Pan zagrożeń, jakie ona ze sobą niesie?
Troszkę, ale jestem przekonany, że są one mniejsze niż przy polityce restrykcyjnej. Depenalizacja i legalizacja to skuteczna droga do zredukowania szkód i obniżenia podaży. Pokazują to przykłady takich państw jak Holandia czy Portugalia. Największe szkody związane z istnieniem czarnego rynku, to nieznane, niepewne źródło i skład narkotyku. Gdy kupujesz od dilera, nigdy nie wiesz, czym dana substancja jest dodatkowo skażona. To tak jak kupować alkohol bez akcyzy. Trzeba też wiedzieć o tym, że nic tak nie wzmaga siły uzależnienia jak stres. A wejście w konflikt z prawem, kara więzienia, niepewne źródło narkotyków, ostracyzm społeczny, to przecież wszystko czynniki wysoce stresogenne. Badania na zwierzętach jasno wykazały, że osobniki zestresowane znacznie szybciej uzależniają się od kokainy niż te nienarażone na stres.

Czy jest Pan za legalizacją wszystkich popularnych narkotyków? Tocząca się teraz w Polsce debata dotyczy przede wszystkim marihuany.
Uważam, że potrzebna jest przede wszystkim wiarygodna, jak najmniej zideologizowana ocena, jakie rzeczywiste szkody płyną ze stosowania danej substancji psychotropowej działającej na układ nagrody, oraz ile spośród tych szkód ma charakter biologiczny, a ile socjologiczny. Co do szkodliwości biologicznej marihuany zdania wśród naukowców są podzielone, a skoro tak, to rozsądek podpowiada, że nawet jeśli jest szkodliwa, to ta szkodliwość musi być niewielka. Gdyby była naprawdę szkodliwa, to takiej różnicy zdań by nie było, bo żaden uczony nie powie, że cyjanek potasu jest dobrą zakąską po obiedzie (chociaż chroni przed rozwinięciem otyłości). Obecnie bez wątpienia największą szkodliwością marihuany jest to, że grozi więzieniem oraz że paląc ją, można się ciężko zatruć jakimś innym narkotykiem. Marihuana szkodzi i pozostawia negatywne zmiany w mózgu, ale na pewno znacznie mniejsze niż dwa lata więzienia w przypadku młodego człowieka. Jak bardzo nielegalność wpływa na wzrost szkodliwości danej substancji, pokazuje zmiana statusu amfetaminy w Polsce. Kłopoty z nią zaczęły się w momencie, gdy wycofano ją z lekospisu. Jeszcze za mojej młodości amfetamina była bowiem dopuszczalna jako lek przy zmęczeniu itd. Brali ją na receptę i alpiniści, i speleolodzy na wyprawy, i studenci przed sesją (spośród nich wielu dzisiaj jest profesorami). Znam ludzi, którzy mówili, że nie wyszliby z jaskini, gdyby nie to, że mieli amfetaminę, która pozwoliła im się zmobilizować. A wraz z jej wycofaniem dramatycznie się to zmieniło. O ile lekarz zapisywał minimalne dawki sprawdzonej substancji, mające jedynie poprawić sprawność umysłową, o tyle dilerowi od początku zależało na zysku, a więc sprzedaży jej w jak największej ilości, by jak najszybciej uzależnić klienta, bo wtedy stawał się stałym źródłem dochodów.

W debacie nad legalizacją substancji psychotropowych zapalny punkt stanowiła jakiś czas temu kwestia dopalaczy. Problem zniknął tylko pozornie – zamknięto dystrybuujące je sklepy, ale biznes przeniósł się do Internetu. Przede wszystkim jednak nie wiadomo, czym właściwie dopalacze są.
Jest to nazwa na określenie substancji sprzedawanych w wyspecjalizowanych sklepach, nie będących ani klasycznymi narkotykami, ani środkami popularnymi takimi jak kawa, herbata czy Red Bull. Jest ona myląca o tyle, że obejmuje zarówno środki stymulujące pracę mózgu, jak i spowalniające ją, relaksujące, a de facto wszystkie, które nie znajdują się jeszcze na liście substancji zakazanych. Jednak tylko pierwsze z nich można rzeczywiście nazwać dopalaczami na wzór substancji wspomagających pracę silnika. Te drugie to raczej „oszołomiacze” i w przeciwieństwie do stymulantów trudno wskazać na wymierzalne korzyści płynące z ich stosowania. Jeśli przyjmiemy to węższe rozumienie dopalaczy jako środków, które po zażyciu szybko usprawniają pracę mózgu, to odpowiedź na pytanie, czy powinny być zdelegalizowane jako substancje szkodliwe, nie jest już tak oczywista. Wątpliwości są zarówno natury moralnej, jak i zdrowotnej. Każdy z nas chciałby, by jego mózg działał wydajniej, by odczuwać mniejsze zmęczenie, łatwiej i trwalej przyswajać informacje, szybciej i sprawniej podejmować decyzje, cieszyć się lepszą pamięcią. Niepokój budzi fakt, że możemy uzyskać takie efekty nie dzięki treningowi intelektualnemu i zdrowemu trybowi życia, lecz bez wysiłku – dzięki pigułce, napojowi, zastrzykowi czy aerozolowi. Trzeba jednak pamiętać, że takie substancje towarzyszyły nam od dawna. Były to kawa, herbata, liście koki żute przez mieszkańców Andów, a pod koniec XIX w., o czym niewiele osób wie, nawet wino kokainowe niezwykle cenione przez intelektualistów europejskich, na czele z papieżami Piusem X oraz Leonem XIII, który twórcę tego trunku – Angelo Marianiego odznaczył medalem „Pro Ecclesia et Pontifice”. Być może wiele ważnych dzieł i wynalazków z tamtego okresu nigdy by nie powstały, przynajmniej w takim kształcie, w jakim znamy je dziś, gdyby ich twórcy nie stymulowali swoich mózgów odpowiednimi dawkami tego niebezpiecznego narkotyku.

Dziś jednak wiemy, że substancje te są szkodliwe i łatwo uzależniają, stąd większe obawy, co do ich legalizacji i rozpowszechnienia.
To prawda, ale kawa, herbata czy substancje wchodzące w skład napojów energetyzujących także nie są obojętne dla naszego stanu zdrowia, a jednak ich używamy, bo ich potencjalne działania niepożądane są kompensowane przez osiągane dzięki nim korzyści. Podobnie może się stać z dopalaczami. Już dziś niektóre z nich są dostępne na receptę jako leki na pewne rzadkie przypadki ADHD i objawy narkolepsji. Obecnie najczęściej stosowanym na świecie dopalaczem jest metylofenidat (Ritalina), w Polsce znany jako Concerta oraz nowszy modafinil (Provigil), w Polsce znany jako Vigil. Są one przede wszystkim używane przez studentów (na uczelniach amerykańskich jest to aż jedna czwarta studiujących) oraz menedżerów, narażonych na nieustanną presję maksymalizacji osiągnięć, a także przez uczonych, którzy coraz częściej wolą zażyć jedną tabletkę zamiast kilku czy nawet kilkunastu filiżanek kawy. U nas środki te są dostępne jedynie na różowe recepty, ale już w Wielkiej Brytanii można je bez problemu kupić przez Internet.

Pomimo tych wszystkich korzyści nie bez znaczenia dla statusu prawnego dopalaczy wydaje się być aspekt etyczny, o którym Pan wspomniał. Nie można go bagatelizować.
To prawda, większość zarzutów natury moralnej jest jednak podyktowana strachem i potęgującą go niewiedzą. Myślę, że rozsądnej odpowiedzi na zarzuty wysuwane przez przeciwników dopalaczy udzielili John Harris i Muireann Quigly, zabierając głos w debacie nad moralnym aspektem ich stosowania, jaka miała miejsce w Wielkiej Brytanii. W liście Ludzie zawsze chcieli poprawiać swój los, budują pewną wymowną analogię i pytają, czy wprowadzenie okularów było nieetyczne, skoro istniał czas, że korzystali z nich tylko nieliczni? I czy mniej etyczne było wtedy używanie lornetki przez osoby o normalnym wzroku? Być może za 50 lat ludzie będą dziwić się: „Red Bull naprawdę był dostępny w każdym sklepie?!”, tak jak my dziś, słysząc o papieżach zażywających kokainę w postaci wina. Niebezpieczeństwo związane z dopalaczami polega dziś głównie na braku możliwości ich kontroli, wynikającej z ich nielegalności. Te substancje są niebezpieczne, gdy pozyskuje się je z niepewnych źródeł, bierze w nieodpowiednich dawkach i kontekście sprzyjającym uzależnieniom. Najlepiej pokazuje to delegalizacja amfetaminy w Polsce.

Jakie zatem środki prewencyjne należałoby Pana zdaniem wprowadzić zamiast depenalizacji i delegalizacji substancji psychoaktywnych?
Jestem przekonany, że już sama depenalizacja i legalizacja stanowiłyby świetny środek prewencji, gdyż doprowadziłyby do krachu na czarnym rynku narkotykowym. Dlatego też grupom, które czerpią zyski z narkobiznesu, zależy na tym, by utrzymać politykę prohibicji. Gdyby państwo stało się podmiotem kontrolującym produkcję i sprzedaż narkotyków, tak jak w przypadku alkoholu i papierosów, wtedy mogłoby uzyskane w ten sposób fundusze przeznaczyć na zakrojoną na szeroką skalę profilaktykę. Proszę zobaczyć, jak dobrze działa w Polsce i na świecie kampania antynikotynowa. Opiera się ona przede wszystkim na edukacji i wprowadzeniu pewnych utrudnień dla użytkowników, ale bez konieczności penalizacji.

Ale czy sama edukacja rzeczywiście może być skuteczna? Czy kluczowe nie są jednak ograniczenia?
Przykład papierosów pokazuje, że ograniczenia są ważne, ale to edukacja odgrywa podstawową rolę, gdyż to dzięki niej społeczeństwo może się przekonać o słuszności wprowadzanych obostrzeń i przyjąć je jako swoje. Proszę jednak zobaczyć, jaki był najbardziej skuteczny aspekt kampanii edukacyjnej w przypadku nikotyny. Nie to, że palenie po prostu szkodzi, ale że przede wszystkim szkodzi innym. Na lotnisku w Rzymie zobaczyłem niedawno tabliczkę informującą o zakazie palenia. Ważną informacją było na niej to, że za palenie w obecności dziecka do lat 12 lub kobiety ciężarnej przewidziana grzywna może zostać podwojona. Działanie skutecznie zwalczające zażywanie narkotyków powinno być skierowane na zwiększanie wśród ludzi inteligencji emocjonalnej. W Hiszpanii badania wyraźnie pokazały, że dzieci czy młodzież licealna, które uczestniczyły w zajęciach z inteligencji emocjonalnej, miały znacznie mniej problemów z narkotykami. Sama informacja o szkodliwości powstrzymuje od sięgania po substancje uzależniające osoby, które i tak stronią od narkotyków, nie zaś te, które lubią ryzykować i stanowią największy odsetek uzależnionych.
Przede wszystkim jednak trzeba stwarzać ludziom jak najbardziej komfortowe warunki do życia i rozwoju. Najwięcej narkomanii jest w środowisku, w którym ludzi dręczy nuda, brak perspektyw; wtedy narkotyki stanowią ucieczkę. To jest główna przyczyna alkoholizmu wśród kobiet. Gdyby wielkie pieniądze wydawane obecnie na walkę z narkotykami, która jest – wszyscy to widzą – nieskuteczna, przeznaczyć na wsparcie różnych inicjatyw społecznych, takich jak Uniwersytety Trzeciego Wieku, działające na wysokim poziomie zespoły amatorskie, koła zainteresowań, różnego typu stowarzyszenia, gdzie ludzie mogliby się ze sobą spotykać, dzielić i rozwijać pasje, budować relacje, gdyby osobom już uzależnionym można było wskazać realną alternatywę dla nałogu, wtedy narkomania przestałaby być tak bardzo wyniszczającą nasze społeczeństwa epidemią.

JERZY VETULANI – profesor nauk przyrodniczych, psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, członek licznych towarzystw naukowych, m.in. PAN i PAU. Autor wielu ważnych odkryć z zakresu psychofarmakologii oraz ponad 200 prac badawczych o międzynarodowym zasięgu. Prowadzi blog naukowy „Piękno Neurobiologii” (vetulani.wordpress.com)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter