70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Afrykańskie dziecko z kąpielą

Na terenach starć zbrojnych nie ma dobrych rozwiązań, bo czy należy pomagać ludności tam, gdzie wymagana jest zgoda władz reżimu albo nieprzewidywalnego dowódcy bojówek? A tam gdzie taka zgoda nie jest darmowa – czy zapłacenie za nią jest już finansowaniem jednej ze stron konfliktu?

Niesłabnąca popularność literatury faktu zapewnia dziś szeroki strumień historii z najdalszych zakątków świata. W tekstach przedstawiających życie ludzi z odległych państw znaleźć można również odniesienia do wpływów Zachodu na ich codzienność. Nie chodzi jedynie o trudną spuściznę kolonializmu, ale także o różne formy pomocy humanitarnej i rozwojowej, które niejednokrotnie już spotykały się z krytyką. Po dziesięcioleciach działań pomocowych padają pytania o nieprzewidziane wcześniej skutki i słuszność samej postawy, która każe wyciągać rękę do biedniejszych. Reportażyści każą nam zastanawiać się, czy dopuszczalne jest, żeby przez wsparcie humanitarne na terenach objętych walką przedłużać konflikt zbrojny. Czy należy zwiększać wydatki na walkę z AIDS, kiedy wiadomo, że prowadzi to pośrednio do niedoboru lekarzy innych specjalizacji? Czy polityka Chin, które nie użalają się nad mieszkańcami Afryki, tylko prowadzą z nimi interesy, nie jest postawą bardziej godną naśladowania niż zachodni paternalizm, który do dziś każe nam myśleć o tym kontynencie z dziwnie gorliwą troską?

Kontrowersje wśród autorów budzą niekiedy nawet tak dobrze ugruntowane założenia pracy humanitarnej jak zasada neutralności i bezstronności. Jedyne, co po przeczytaniu ich tekstów można uznać za pewnik, to przekonanie, że o działalności pomocowej już nikt nie pisze bezkrytycznie.

Iluzja neutralności

Jednym z tekstów, który wzbudził najżywsze dyskusje na temat pomocy humanitarnej – w Polsce i na świecie – jest Karawana kryzysu holenderskiej autorki Lindy Polman (wydana przez Wydawnictwo Czarne w 2011 r.). Osią książki jest dylemat, który według dziennikarki towarzyszy organizacjom humanitarnym od ich powstania – czyli od założenia Czerwonego Krzyża przez Henri Dunanta 150 lat temu i początków profesjonalnego pielęgniarstwa stworzonego przez Florence Nightingale (w roku 1860 założyła pierwszą szkołę dla pielęgniarek). Dunant i Nightingale oboje mieli za sobą doświadczenia opieki nad żołnierzami rannymi w walce i świadomość, że brakuje osób, które taką pracą umiałyby się zająć. Oboje też poświęcili wiele lat na szkolenie ludzi w tym kierunku. Jednak, według Polman, ich poglądy bardzo się różniły. Dunant był przekonany, że pomoc należy się każdemu rannemu, niezależnie od jego narodowości. Nawet jeśli nie udało się kogoś wyleczyć, należało przynajmniej zapewnić mu godną śmierć. Nieopowiadanie się po żadnej ze stron i uznanie praw każdego człowieka do opieki jest do dziś jedną z zasad ruchu humanitarnego. Nightingale, jak czytamy w książce, uważała jednak, że bezcelowe jest leczenie żołnierzy, jeśli później mają oni wrócić na front. Podczas gdy Dunant przekonywał, że pomoc każdemu rannemu żołnierzowi nie tylko jest chrześcijańską powinnością, ale też przynosi oszczędności dla państwa zobowiązanego opiekować się inwalidami wojennymi, Nightingale była zdania, że nie należy niwelować kosztów wojen, bo może to prowadzić do ich częstszego występowania. Innymi słowy, neutralność według niej nie prowadziła wcale do szerzenia pokoju. I tego właśnie próbuje dowieść Polman, przytaczając kolejne przykłady współczesnych konfliktów.

Autorka pisze m.in. o obozie dla uchodźców w Gomie, w którym zamieszkało kilkaset tysięcy Rwandyjczyków po fali ludobójstwa w ich kraju. Pierwotnie uważano, że są to głównie rodziny ofiar uciekający przed mordercami. Po pewnym czasie okazało się jednak, że Hutu osiedlający się w obozie często mieli krew na rękach, a uciekali w obawie przed zemstą zdziesiątkowanych Tutsich. Opieka, jaką ich otoczono, pozwalała im odzyskać siły i odbudować struktury militarne. Według Polman obóz w Gomie był w najlepszym razie przykładem ogromnej niekompetencji organizacji humanitarnych i nieumiejętności rozpoznania sytuacji politycznej. W najgorszym – dowodem na to, że neutralność w konfliktach zbrojnych jest złudzeniem, a pomaganie rannym i chorym walczącym po stronie agresora – nawet jeśli padają ofiarą epidemii cholery – stanowi rodzaj kolaboracji.

Książka nie zostawia suchej nitki na humanitarystach, przedstawiając ich jako niepoważną „karawanę” złożoną z organizacji pomocowych, wspieranych przez naiwnych celebrytów i niekompetentnych dziennikarzy, którzy przenoszą się z miejsca na miejsce. Kierują się jedynie tym, żeby dotrzeć jak najszybciej do kolejnego miejsca dotkniętego jak najtragiczniejszą katastrofą, co zapewni im kolejne kontrakty i wpływy od rządów i prywatnych darczyńców. Janina Ochojska, która napisała przedmowę do tej publikacji, mogła jedynie stwierdzić: „Książka ta mówi o tym, jak nie powinno się udzielać pomocy” (s. 7).

Polman bardzo sprytnie dobiera argumenty, przywołując rzeczywiste wydarzenia, podając daty i miejsca, przez co jej książce nie można zarzucić przekłamania. Problem polega na tym, że nie robi ona rozróżnienia między pomocą humanitarną, rozwojową i misjami na terenach konfliktów zbrojnych, którym książka de facto jest poświęcona. W takich miejscach często nie ma dobrych rozwiązań, bo czy należy pomagać ludności tam, gdzie wymagana jest zgoda władz reżimu albo nieprzewidywalnego dowódcy bojówek? A tam gdzie taka zgoda nie jest darmowa – czy zapłacenie za nią jest już finansowaniem jednej ze stron konfliktu? Autorka to wykorzystuje, krytykując organizacje humanitarne za każdą z trudnych decyzji, pomijając jednocześnie fakt, że do ich zadań nie należy działalność polityczna ani interwencje zbrojne. Według Polman karygodne jest przekazywanie żywności, leków i pieniędzy wojsku, które kontroluje jakiś region, jeśli nie ma możliwości sprawdzenia, co stanie się z darami. Godne potępienia jest jednak także udzielanie pomocy na własną rękę bez konsultacji z administracją danego terenu i bez lokalnej koordynacji. Złe jest pozostawienie mieszkańców terenów konfliktu zanim sytuacja się ustabilizuje, ale nie jest też dobre przedłużanie misji po to tylko, żeby dostać więcej pieniędzy na projekt. Podejrzana jest współzależność organizacji pozarządowych i mediów, choć nie dowiadujemy się, jak NGO miałyby pozyskiwać środki na działalność, nie informując świata o potrzebach różnych społeczeństw i realizowanych zadaniach.

Najróżniejsze zarzuty przewijają się przez całą książkę, ale ostatecznie nie wynika z nich, jakie decyzje należy podejmować. Można z tego wyciągnąć wniosek, że idealnie byłoby, gdyby organizacje pomocowe nie stawiały się w trudnej sytuacji wyboru, bo żaden wybór nie jest dobry. Tak jakby jedynie brak działania (chroniący przed złymi decyzjami) był godną rozpatrzenia możliwością. Podczas rozmowy w programie Hard Talk (BBC News Channel, 17 września 2010) kiedy Stephen Sackur zapytał autorkę wprost o dziesiątki milionów dzieci, które dzięki pomocy zagranicznej mogły chodzić do szkoły i być pod opieką lekarzy, odpowiedziała tylko, że nigdzie nie napisała, że takie działania nie ratują życia.

Misje kościelne zamiast NGO?

Sceptyczny wobec wysiłków organizacji pomocowych jest również Dariusz Rosiak, dziennikarz radiowy i prasowy, który 2010 r. opublikował Żar. Oddech Afryki, zbiór reportaży z kilku afrykańskich państw. W przeciwieństwie do Polman w centrum swojej książki nie stawia ludzi Zachodu. Jak sam pisze we wstępie, chce pokazać Afrykę, która nie potrzebuje, żebyśmy ją ocalali: „Wciąż, w świecie dostatku, uważamy ten kontynent za zadanie do wykonania, »brzemię«, które na nas ciąży ze względu na przeszłe winy i odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń. Ale wbrew temu, o czym piszą gazety w Europie, Afryka nie jest problemem do rozwiązania, a jej mieszkańcy nie są chodzącymi nieszczęściami czekającymi na ratunek ze strony białego człowieka. Współcześni Afrykanie nie chcą być naszym wyrzutem sumienia.” (s. 8). Kolejne rozdziały rzeczywiście zabierają czytelnika w zupełnie inny świat. Nie jest on pozbawiony co prawda, dyktatorów, wojen ani biedy, ale mieszkańcy opisywanych w książce państw mają swoje historie, społeczności mają swoje lokalne tradycje i pasje (piłka nożna, zapasy, muzyka), lokalne problemy mają swoje lokalne rozwiązania. I choć autor przyznaje, że człowiek Zachodu ma powody, żeby czuć wobec Afryki wyrzuty sumienia (pozostałości po kolonializmie są wciąż widoczne), to lekarstwa na to nie upatruje wcale w misjach humanitarnych wysyłanych z półkuli północnej.

Temat pomocy międzynarodowej jest jednak silnie obecny w książce. Dla Rosiaka jest ona przejawem kompleksu wyższości ludzi Zachodu, naszej chęci poczucia się lepiej i niewiele ma wspólnego z realnymi potrzebami. A jeśli już to z naszymi, co musi być oczywiste dla Afrykanów: „w tej humanitarnej hojności bogatej Północy chodzi nie tylko o nasze dobre samopoczucie. Jesteśmy dziś gotowi zapłacić każde pieniądze, byle ci ludzie do nas nie przyjeżdżali. Stworzyliśmy sobie w tropikalnej Afryce olbrzymi obóz uchodźców z miliardem biednych ludzi i gotowi jesteśmy płacić im w nieskończoność, byleby tylko łaskawie nie rozlewali swojej biedy na Europę, Stany Zjednoczone, Australię. (…) Chiny nie grają w tę grę. Nie dziwmy się zatem Afrykanom, że poszli na ryzyko współpracy z Chińczykami, gdy oni nie traktują ich jak postkolonialne sieroty, tylko jak partnerów w biznesie” (s. 214).

Co odpowiedziałby Rosiak na pytanie o dziesiątki milionów dzieci, które dzięki pomocy międzynarodowej mogą zdobyć wykształcenie? Odpowiedź znajduje się w książce: „w świecie, w którym pomoc traktowana jest przez afrykańskie rządy jako stały element budżetu, odpowiedzialność za zapewnienie ludziom opieki społecznej i zdrowotnej lub edukacji spada na ludzi żyjących w innych krajach i na innych kontynentach. Realizowana w dobrej wierze pomoc rozwojowa staje się środkiem utrzymywania reżimów, które bez niej musiałyby się zmierzyć z krytyką wyborców” (s. 243).

Całą ta wizja byłaby nawet przekonująca, gdyby nie pewna niekonsekwencja autora. W książce kilka razy pojawiają się osoby z Europy, które łagodnie tłumaczą, że polityka polityką, ale czasem trzeba po prostu kogoś nakarmić, żeby nie zmarł z głodu albo być z nim w chorobie lub przed śmiercią. Prowadzą szkoły, ośrodki zdrowia. Mowa o misjonarzach. Ich praca jest dla Rosiaka przykładem, jak powinien wyglądać prawdziwy Kościół. „Gdyby nie Kościół, misjonarze, lokalni księża i siostry zakonne, tysiące wspólnot w tym kraju pozbawionych byłoby nie tylko podstawowych środków do życia (…), ale przede wszystkim poczucia własnej wartości, sensu istnienia, nadziei na lepszy świat, możliwości wyrwania ze skansenu tradycji i niedorozwoju, w którym tak często i bezmyślnie zamykamy Afrykę my, syci ludzie Zachodu, po to by karmić fałszywymi wyobrażeniami własny sentymentalizm i wypełniać duchową pustkę” (s. 270). Nigdzie w książce nie znajdziemy jednak wytłumaczenia, dlaczego intencje duchownych i owoce ich pracy są dobre, a pobudki świeckich i efekty ich działań co najmniej podejrzane.

Bankiet po tsunami

Dyskusja o działalności humanitarnej należy do tych, w których padły już wszystkie możliwe argumenty za i przeciw. Z jednej strony organizacje pomocowe szacują liczby dzieci, które dzięki opiece medycznej nie zmarły zaraz po urodzeniu, liczbę osób, które otrzymały wykształcenie, szczepienia, leki, dostęp do wody pitnej i pomoc po katastrofach naturalnych. Z drugiej zaś krytycy wyliczają, ile zebranych pieniędzy nie trafiło do adresatów pomocy, ile zostało wydanych przez organizacje pomocowe na wystawne bankiety po konferencjach w luksusowych hotelach, a ile trafiło do kieszeni dyktatorów. Wyśmiewają nieprzemyślane projekty zdradzające niekompetencje ich twórców i wskazują niepotrzebne dary wysłane w odpowiedzi na apele w mediach. Każdy ma w tym swoje racje.

Ciekawa w tym kontekście wydaje się książka Dziękujemy za palenie Adama Leszczyńskiego, który – podobnie jak wspomniani już autorzy – daleki jest od naiwnego optymizmu. Autor w reportażach dotyczących kilku z głównych problemów państw rozwijających się (głód, umieralność dzieci, dostęp do wody, sprawiedliwy handel etc.) stara się zrozumieć i pokazać, kiedy projekty pomocowe nie działają, kiedy stawiane cele są zbyt idealistyczne i dlaczego dobra wola obu stron nie gwarantuje powodzenia. Dużą wartością tekstów zawartych w tej publikacji jest próba wyjścia poza czysto europejską perspektywę – Leszczyński nie czuje potrzeby, ani żeby udowadniać słuszność założeń organizacji pomocowych, ani żeby się biczować dlatego, że pomaganie może przynosić satysfakcję (a niekiedy i samozadowolenie). Stara się przybliżyć czytelnikowi logikę napotkanych Afrykanów, którym czasem nie do końca kalkuluje się dbać o ofiarowany sprzęt, czasem nie opłaca się sprzedawać kawę z certyfikatem Fair Trade, a niekiedy nawet lekarstwa dla dzieci nie mogą być w domowym budżecie na pierwszym miejscu. Lecz to wszystko nie jest, zdaniem Leszczyńskiego, wystarczającym powodem, żeby zaprzestać pomocy. Powinno raczej zmuszać do jeszcze bardziej szczegółowych analiz – podobnych do testów klinicznych przed wprowadzeniem leku na rynek – mających na celu dokładne określenie, jakie działania pomagają ludziom osiągnąć niezależność w życiu. Jako przykład podaje badania mówiące, że nie trzeba wcale każdemu dziecku zapewniać podręczników w szkole, bo jeden podręcznik na czerech uczniów zapewnia takie same wyniki. Ważniejsza jest walka z pasożytami układu pokarmowego, które znacznie obniżają obecność dzieci w szkole.

Napisać na nowo

Czy wspomniane książki są zwiastunami nowego podejścia w debacie o działaniach pomocowych? Do tej pory dyskusja, prowadzona głównie w mediach, sprowadzała się do szukania wszelkich możliwych argumentów uzasadniających założoną wcześniej tezę, mówiącą, że należy lub nie należy pomagać. Dziś, wbrew pozorom, ta kwestia nie jest już tak istotna. Nikt chyba nie zgodziłby się do końca na zaprzestanie działalności pomocowej. Ważniejsze staje się więc dookreślenie, jak pomagać. Polman pisze ostatecznie w – nieco nieprzystającym do reszty książki – posłowiu: „Moja książka jest próbą zatrzymania ucieczki przed pytaniami i rozpoczęcia dyskusji poświęconej sposobom poprawy obecnej sytuacji” (s. 219). Tym właśnie zajmuje się w swoich tekstach Leszczyński. I nawet Rosiak na swój sposób pokazuje, że są takie rodzaje pomagania, które i on potrafi docenić.

Dariusz Rosiak, Żar. Oddech Afryki, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010, s. 341
Linda Polman, Karawana kryzysu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 299
Adam Leszczyński, Dziękujemy za palenie, PAH, Warszawa 2012, s. 305

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter