70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dusza pod narkozą

Zamiast szukać co wymyślniejszych definicji i dookreśleń substancji, którym powinno przysługiwać miano narkotyków, warto być może powrócić do ich greckiego źródłosłowu i uznać, że narkotykiem jest to wszystko, co usypia świadomość, co odurza duszę lub ma ją zastąpić niczym proteza.

Punkt wyjścia jest niezwykle jasny i prosty: nie radzimy sobie z narkotykami. Ale już w drugim ruchu sytuacja bardzo się komplikuje: dlaczego sobie z nimi nie radzimy i co to właściwie znaczy? W jednej chwili znika klarowne, elektryzujące hasło „narkotyki”, a pojawia się splątany węzeł bardzo niejednorodnych i trudnych problemów z różnych rejestrów rzeczywistości. Te wysuwające się na pierwszy plan i najbardziej oczywiste to: narkomania i przestępczość narkotykowa, nielegalny handel, przemoc, bieda, globalne zależności, przemiany cywilizacyjne. Jak zatem przeprowadzić trzeci ruch tak, by dać odpowiedź na pytanie, które wyrosło przed nami w ruchu drugim? Trzeba pójść równocześnie w kilku kierunkach, rezygnując z pragnienia jednej wyczerpującej odpowiedzi.

Dopuszczalne…

Pierwszy kierunek to kwestie prawno-społeczne, a więc dyskusja nad statusem prawnym narkotyków. Restrykcyjna polityka prohibicyjna ma coraz mniej zwolenników. Powodem jest, po pierwsze, jej niewielka skuteczność w redukowaniu szkód społecznych oraz zmniejszaniu przestępczości narkotykowej i czarnego rynku w porównaniu z ogromnym nakładem środków różnego rodzaju na czele z wielkimi sumami pieniędzy, które pochłonęła dotąd „wojna z narkotykami”. Po drugie (choć ważniejsze), ostre represje wobec użytkowników zakazanych substancji, nieproporcjonalne do szkodliwości czynu (posiadania narkotyków na własny użytek i ich zażywania), kłócą się z poszanowaniem ich wolności i godności, a przede wszystkim z intencją leczenia. Więzienie, oględnie rzecz ujmując, nie jest najlepszym miejscem do wyjścia z nałogu i nie pomaga w zdobyciu stabilizacji życiowej, niezbędnej w walce z uzależnieniem. Zbyt represyjne prawo nie sprzyja także jego społecznej akceptacji i w konsekwencji może choć po części dawać efekt przeciwny do zamierzonego.

Nie powinna więc pozostawiać wątpliwości tendencja, by problem narkotyków i narkomanii lokować przede wszystkim w obszarze zdrowia publicznego, a nie polityki karnej. Obawy budzi natomiast sama dyskusja nad kształtem polityki narkotykowej, w której nierzadko dochodzi do pomieszania dwóch przeciwstawnych perspektyw. Można bowiem rozważać możliwość legalizacji i depenalizacji jako sposoby na zmniejszenie szkodliwości społecznej narkotyków, szkodliwości tej w żadnym stopniu nie kwestionując. Można też argumentować za legalizacją, przekonując, że ludzie powinni mieć wolność do odurzania się, że restrykcyjne jak dotąd prawo to przejaw zacofania, nieuzasadnionego strachu przed narkotykami (narkofobii), i dowodzić na różne sposoby, że skoro co najmniej niektóre narkotyki (np. marihuana) nie są, przypuszczalnie, bardziej szkodliwe niż legalny alkohol i tytoń, to powinny być dostępne na równi z tymi dwiema substancjami. Można też, i dzieje się tak bardzo często, wychodzić od pierwszej perspektywy, by kończyć na drugiej. Poza tym, że nieuczciwe, jest to przede wszystkim szkodliwe. Nie znaczy to, że wymienione przeze mnie pobieżnie argumenty, które przypisuję tu do drugiej z zarysowanych przeze mnie perspektyw, nie dotykają istotnych problemów i nie domagają się namysłu. Bynajmniej, wskazują one na bardzo ważne kwestie (jak np. problem akceptacji społecznej narkomana, pozycja alkoholu i papierosów w naszej kulturze), które szczegółowo i dogłębnie rozważają na kolejnych stronach nasi autorzy. W tym miejscu chcę jedynie zwrócić uwagę, że często pierwsza z tych perspektyw niebezpiecznie szybko znika, a powinna cały czas stanowić właściwe odniesienie dla argumentów, które padają z drugiej strony. W konsekwencji przestaje być wyraźnie słyszalne to, co w punkcie wyjścia nie podlegało dyskusji: narkotyki, wszystkie, także alkohol i nikotyna, szkodzą. I to zmniejszaniu ich szkodliwości, a nie oswajaniu, cokolwiek miałoby ono znaczyć, powinny służyć rozwiązania prawne.

Powyższe cele mogłaby obecnie spełnić częściowa depenalizacja, tj. zmiana kwalifikacji czynu (posiadania na własny użytek i zażywania narkotyków) z przestępstwa na wykroczenie obłożone grzywną lub pracą społeczną i niewyłączające, jak teraz, pełnienia funkcji publicznych. Zażywanie i posiadanie narkotyków nadal byłoby traktowane jako zachowanie niezgodne z prawem, inaczej niż w przypadku pełnej depenalizacji czy legalizacji, ale nie czyniłoby z osób sięgających po (nielegalne) substancje psychoaktywne przestępców sądzonych na podstawie kodeksu karnego. W ten sposób państwo dawałoby jasny sygnał, że nie popiera i nie promuje takich zachowań, podobnie jak w przypadku picia alkoholu w miejscach publicznych, ale też nie nakłada kary niewspółmiernej do szkodliwości czynu, co powinno się spotkać z większym zrozumieniem i akceptacją ze strony obywateli – niezwykle istotną dla kształtowania się w społeczeństwie właściwych postaw wobec narkotyków.

…czy legalne?

Propozycje depenalizacji, która jednak nie pociąga za sobą legalizacji narkotyków, a więc przejęcia przez państwo kontroli nad ich produkcją i dystrybucją, tak jak w przypadku alkoholu i papierosów, spotykają się z szeregiem kontrargumentów. Wskazuje się m.in. na to, że sama depenalizacja bez legalizacji tworzy sytuację schizofreniczną, bo, ujmując rzecz krótko, „wolno się truć, ale nie wolno kupić”. Jeśli jednak przyjąć możliwość częściowej depenalizacji, trzeba by raczej powiedzieć: nie wolno się truć i nie wolno kupić, ale jeśli ktoś mimo to decyduje się na zażywanie narkotyków, to nie czeka go więzienie, a mandat lub praca społeczna.

Nie jest to oczywiście jedyny argument przemawiający za legalizacją narkotyków. Inny, odwołujący się do metafory owocu zakazanego, przekonuje, że brak przyzwolenia na nie potęguje ich atrakcyjność i w ten sposób przyczynia się do większego spożycia. W przypadku wprowadzenia depenalizacji w opisanym wymiarze (a więc zniesienia kary więzienia) przy utrzymaniu nielegalnego statusu narkotyków spożycie gwałtownie wzrośnie i będzie nawet większe niż w przypadku ich pełnej nielegalności, gdyż zakazany owoc skusi również i tych, których wcześniej powstrzymywał strach przed więzieniem. Choć obraz ten jest sugestywny, to jednak nie wydaje się mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Prawdziwy owoc zakazany kusi naprawdę dopiero wtedy, gdy jego spożycie można okupić wysoką ceną. W rozważanym przypadku nic nie spełnia się w tej funkcji lepiej niż możliwość trafienia za kraty. Jeśli mechanizm zakazanego owocu miałby w ogóle działać, to najlepsze otoczenie stanowi dla niego obecne status quo: groźba więzienia motywuje do brania narkotyków dużo skuteczniej niż nic przy niej nieznaczące ryzyko mandatu czy prac społecznych.

Wyjściem z obecnej sytuacji nie jest jednak pełna legalizacja, zwłaszcza jeśli przyjąć, że narkotyki miałyby się stać legalne niejako z dnia na dzień. Jest mało prawdopodobne, by w warunkach pełnej legalności spożycie było równe lub mniejsze niż wtedy, gdy jest ono obwarowane zakazami czy ograniczeniami. Wymowny przykład stanowić może tu prohibicja alkoholowa w USA. Choć ona sama przyniosła wiele szkód, to faktem jest, że jeszcze wiele lat po jej zniesieniu spożycie alkoholu było niższe niż rok przed jej wprowadzeniem. Wystarczy się szczerze spytać, czy pełny, w zasadzie nieograniczony dostęp do alkoholu w Polsce, odbiera mu atrakcyjności w takim stopniu, że przyczynia się do jego mniejszego spożycia, by zrozumieć, że opowieść o zakazanym owocu, przynajmniej w odniesieniu do statystyk, to mit.
Za legalizacją przemawiają natomiast dwie istotne kwestie. Po pierwsze, zapewniłaby ona pewne i bezpieczne źródło substancji, po drugie, poważnie nadwątliłaby czarny rynek i ukróciła znacząco przestępczość narkotykową, nie wspominając już o zyskach dla państwa z obrotu narkotykami. Dlatego też nie należy z góry wykluczać możliwości legalizacji w przyszłości przynajmniej niektórych narkotyków, zwłaszcza marihuany, o którą toczą się dziś zacięte boje. Poprzedzić ją jednak powinna solidna edukacja, skierowana przede wszystkim do młodych ludzi, by bardzo dobrze wiedzieli, na co się decydują, sięgając po daną substancję. Tymczasem programy profilaktyczne w Polsce pozostawiają wiele do życzenia. Powinny być one oparte na sprawdzonych strategiach, tworzonych na podstawie rzetelnej wiedzy o uzależnieniach oraz znajomości teorii i mechanizmów zachowań ryzykownych, oraz być prowadzone przez przygotowanych edukatorów, a przede wszystkim podlegać ewaluacji. Tymczasem obecnie najpopularniejsze formy profilaktyki to: festyny, programy autorskie o niepotwierdzonej skuteczności, spektakle profilaktyczne oraz prelekcje i pogadanki. Aspekt merytoryczny, skuteczność, wysokie standardy i kompetencje pedagogów podczas podziału środków na profilaktykę przegrywają ze stroną formalną ofert składanych samorządom, oszczędnością czasu, wysiłku i funduszy oraz chęcią dostarczenia wrażeń i zabawy odbiorcom.

Przy obecnej niskiej świadomości społecznej na temat substancji psychoaktywnych performatywny wymiar legalizacji – spełniający się w kształtowaniu przekonania, że to, co legalne, jest dobre, a więc nie szkodzi – nie znajdzie żadnego odparcia w postaci solidnej wiedzy. A skutki mogą być katastrofalne, co widać choć po części na przykładzie alkoholu i papierosów. To nieprawda, że substancje te oswoiliśmy i dobrze sobie z nimi radzimy. Szkody społeczne nimi wywołane są ogromne, choć być może nieuświadamiane z powodu panującego status quo. Wysiłek państw, by ograniczyć palenie papierosów (ale i spożycie alkoholu) przy ich pełnej legalności jasno pokazuje, jak trudna w takich warunkach jest zmiana nawyków społecznych i walka z utrwalonymi kulturowo wzorcami za pomocą edukacji i wprowadzania ograniczeń.

Realna fikcja

W dużej mierze wykreowana wizja narkotyków i narkomanii – wizja, która nabrawszy w pewnych swych aspektach znaczenia wzorcotwórczego, zaczęła mieć więcej wspólnego z rzeczywistością w miarę jej utrwalania się w świadomości społecznej – jest jednym z istotnych powodów, dla których nie radzimy sobie z narkotykami w wymiarze społecznym.
W tym względzie mit owocu zakazanego przestaje być bajką i nabiera cech prawdziwości. Obraz narkotyków w naszej kulturze został wypaczony i to w dwóch przeciwnych kierunkach. Z jednej strony od dawna były one demonizowane, a z drugiej, zaczęły podlegać mitologizacji. Negatywne przerysowywanie narkotyków i sylwetki osoby uzależnionej przez długi czas stanowiło (a poniekąd może wciąż stanowi) jedną ze strategii profilaktycznych i politycznych. W profilaktyce straszenie dopuszczano z uwagi na słuszność celu, jakim było zniechęcenie młodych ludzi do sięgania po narkotyki. W polityce zaś strach świetnie sprawdza się jako narzędzie zdobywania głosów. Całości dopełniają media, którym zależy na prezentowaniu jak najbardziej jaskrawego, przerysowanego i jednostronnego obrazu osoby uzależnionej. W ten sposób w świadomości społecznej utrwalił się mit narkomana jako hedonisty, człowieka z marginesu, pariasa, często złodzieja i bandyty, a dodatkowo zarażającego wirusem HIV, jednym słowem – osoby całkowicie przegranej lub w najwyższym stopniu zagrażającej społeczeństwu, którą powinno się zamknąć czy też w inny sposób odizolować od reszty.
Równocześnie, a poniekąd także w odpowiedzi na tę wizję, narkotyki stały się przedmiotem różnego rodzaju mitologizacji. Zaczęły być postrzegane jako symbol buntu, postawy nonkonformistycznej, kontestującej zastany porządek w imię wyższych duchowych wartości, a zarazem jako atrybut artysty. Tym samym używających narkotyków zaczęto utożsamiać z osobami niepogodzonymi ze światem i jego pospolitością, nastawionymi na poszukiwanie sensu życia, nieobawiającymi się ryzyka, o niebanalnej, często artystycznej osobowości. Choć charakterystyka taka ma pewną reprezentację w społeczeństwie, to jej udział w całej populacji jest znikomy. A więc i w tym przypadku mamy do czynienia z obrazem przerysowanym i jednostronnym, choć znajdującym się na przeciwległym biegunie względem poprzedniego. Łączy je to, że oba przydają narkotykom atrakcyjności.

Co w tym złego? Otóż jeśli mamy sobie z narkotykami jako społeczeństwo poradzić, powinny one przestać być atrakcyjne – zarówno atrakcyjnie kuszące, jak i atrakcyjnie straszne – i nie stanowić źródła ani barwnych mitów, ani fobii. Osoby uzależnione czy używające narkotyków nie powinny być piętnowane, podlegać wykluczeniu, ale też nie powinny być uznawane za bohaterów z tej racji, że palą czy biorą, w przeciwieństwie do większej części społeczeństwa, która zadowala się odurzaniem substancjami legalnymi i nie ma na tyle odwagi ani fantazji, by wejść w konflikt z prawem. W większości są to boleśnie zwyczajni ludzie i równie zwyczajnie popadają w uzależnienie. A ono samo nie ma w sobie nic z tajemniczych, demonicznych mocy, lecz stanowi w miarę przewidywalny proces. By jednak taka zmiana w myśleniu mogła się dokonać, konieczne są racjonalne rozwiązania prawne, które znajdą akceptację i zrozumienie społeczne, a przede wszystkim rzetelna wiedza. Zmiana ta jest niezwykle potrzebna choćby po to, by osoby używające narkotyków lub bliscy im ludzie mogli wcześniej zdać sobie sprawę z uzależnienia, a nie dopiero wtedy, gdy dana osoba nie jest już w stanie prowadzić normalnego życia i ma małe szanse, by do niego powrócić. Wówczas bowiem jej rzeczywistość niebezpiecznie zbliża się w swym kształcie do pierwszej z opisanych skrajności.

Duchowa rekreacja

Z narkotykami nie radzi sobie nie tylko nasze społeczeństwo, ale również nasza kultura. Dlaczego? Najczęstsza odpowiedź mówi, że zażywanie narkotyków zostało odarte we współczesnych, zachodnich społeczeństwach z religijnego kontekstu. Jest ona trafna, pozostawia jednak pewien niedosyt. Przede wszystkim nie wprost wprowadza rozróżnienie na hedonistyczne i religijne użycie substancji psychoaktywnych, rozróżnienie, które wiele osób podważa, jeśli nie w ogóle, to przynajmniej w jego waloryzującym aspekcie. Panujące dziś użycie hedonistyczne jest bowiem w tym świetle przedstawiane jako sprofanowany odprysk użycia religijnego. Rozróżnienie to traci na znaczeniu czy wręcz zaciera się, kiedy dostrzeżemy, że podstawowa zmiana kulturowa, w ramach której mieści się również sposób czy cele zażywania narkotyków, dotyczy roli i kształtu świętowania. Jest to kategoria pierwotna wobec zarysowanej opozycji i obranie jej jako perspektywy, z jakiej można spojrzeć na formy zażywania narkotyków, opozycję tę w zasadzie znosi.
Współczesna kultura to nieprzerwany korowód pracy i świętowania, w którym te dwa podstawowe bieguny życia mieszają się ze sobą i tracą swą odrębność. Świętowanie spowszedniało i zostało zdegradowane do codziennego relaksu i rekreacji, obowiązkowego, by utrzymać na odpowiednim poziomie swoją efektywność. Dziś święto nie jest punktem odniesienia dla pozostałych wymiarów życia. Nawet jeśli zachowuje swoją odrębność, to jedynie w ramach innych równorzędnych mu sfer, z którymi niejako musi konkurować przy podziale tak deficytowego dziś dobra, jakim jest czas. Święto z definicji zakłada wejście czy wprowadzenie świadomości w odmienny stan. Dlatego też odurzanie się i służące temu środki zawsze mu towarzyszyły.

Dlaczego dziś wymknęły się spod kontroli? Przede wszystkim dlatego, że współcześnie, choć nie zdajemy sobie często z tego sprawy, świętujemy w zasadzie bez przerwy, jesteśmy do tego zachęcani i przyuczani na każdym kroku. Umiejętność szybkiego wprowadzenia się w odmienny stan świadomości, w lekkie odurzenie, staje się wymogiem, pewną kulturową normą: picie porannej kawy powinno zamienić się w kontemplację, drugie śniadanie w pracy w przygodę wyobraźni, prowadzenie samochodu stać się niezwykłą podróżą, która pobudzi wszystkie zmysły, kupowanie – sposobnością do przemiany swej osobowości, chwilą beztroski i odrobiny szaleństwa, itd. Aura niezwykłości powinna towarzyszyć wszystkiemu, co robimy oraz kim jesteśmy i jak wyglądamy. Zażywanie narkotyków w takiej panoramie to jedynie kolejny przyczółek w poszukiwaniu wrażeń i odprężenia, choć bardziej kuszący, bo dostarczający ich niezwykle łatwo i w stopniu w zasadzie nieosiągalnym w inny sposób.

Wydaje się również, że jeśli opór przed sięganiem po substancje psychoaktywne w wielu z nas jest jeszcze dość silny, to będzie on powoli topniał z powodu postępującej medykalizacji nowoczesnych społeczeństw. Coraz częstsze i bardziej agresywne reklamy leków, od tych na przeziębienie po te na odprężenie, uczą nas nie bać się „brać”, a tym samym promują mechanizm uzależnienia. Obecny, coraz częściej wyraźnie maniakalny, stosunek ludzi do różnego rodzaju środków farmakologicznych pokazuje również, jak miękkie lub arbitralne są w rzeczywistości kryteria decydujące o tym, która substancja zostaje uznana za narkotyk.

Stale rosnąca popularność narkotyków ma swoje źródło również w tym, że dokonującym się współcześnie zmianom kulturowym towarzyszy wymieranie wielkich tradycji duchowych, w ramach których nadrzędną wartość stanowił wysiłek pracy podejmowanej nad sobą, proces doskonalenia duchowego, nie zaś jego efekt. Doświadczenia mistyczne były przez nie najczęściej postrzegane jako pewien dar, często, choć nie zawsze, owoc rozwoju, ale nie przypisywano im kluczowego znaczenia dla życia duchowego – to nie one były miarą jego doskonałości. Dziś, kiedy duchowość sprowadzana jest coraz częściej jedynie do sfery przeżyć i doznań, a przestaje być przede wszystkim formą życia, określoną pewnymi zasadami, które gwarantują jej stabilność i trwałość, doświadczenie, także to całkowicie odizolowane od praktyki, uchodzi za jej najbardziej właściwy wyraz i realizację. W takich warunkach narkotyki świetnie sprawdzają się w zaspokajaniu potrzeb duchowych, które wciąż jeszcze, pomimo gwałtownych przemian cywilizacyjnych i antropologicznych, nam „doskwierają”. Jest również całkiem prawdopodobne, że potrzeby te są odczuwane przez nas jako dojmujące tym mocniej, w im bardziej odczarowanym i zdesakralizowanym świecie żyjemy.

***

Te kilka ruchów, pobieżnie przeprowadzonych (na pozostałe wskazują nasi autorzy), wystarczy, by zwrócić uwagę na podstawową trudność, jaką narkotyki przysparzają namysłowi. Nie sposób w zasadzie jasno określić, czym one są, w oderwaniu od kontekstu, w jakim występują oraz w jakim się o nich myśli. Być może zamiast szukać co wymyślniejszych definicji i dookreśleń substancji, którym powinno przysługiwać miano narkotyków, warto powrócić do ich greckiego źródłosłowu i uznać, że narkotykiem jest to wszystko, co usypia świadomość, co odurza duszę lub ma ją zastąpić niczym proteza. Czy będzie to substancja czy zachowanie – nieważne. Jeśli służy temu, by zniwelować dręczące nas porażki, braki, złe doświadczenia nie przez uświadomienie ich sobie i przepracowanie, ale doraźne ich zagłuszenie, to działa jak narkotyk, a więc nim jest. Paradoksalnie, to „źródłowe” myślenie o narkotykach pokrywa się z tym, co o uzależnieniu mówi nam współczesna neurobiologia i psychologia.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter