70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

A zatem i los, i powołanie. Szczególnym pytaniem jest pytanie o to, dlaczego ten los jest nie tylko wzniosły jak żaden inny, bo nie zastępowalny w żaden sposób przez rodzaj męski, a obdarzający nowe istoty darem człowieczeństwa nie przyrodniczego tylko, lecz także nadprzyrodzonego.

16 grudnia 2012, niedziela

Na skrawku egzystencji, która zmierza ku końcowi, rozmyślania o śmierci i rozmyślania o przekazywaniu życia to jakby dwie strony tej samej bramy, otwierającej się do wewnątrz i na zewnątrz. A w przekazywaniu życia jako najważniejsze rysuje mi się zjawisko o wyjątkowym wymiarze i tajemnicy, i dramatu: macierzyństwo.

U początku rodzaju ludzkiego mamy zapis o rodzicielstwie jako powołaniu człowieka: rośnijcie i mnóżcie się, i zaludniajcie ziemię. Ale w momencie kiedy pierwsza para ludzka staje przed Bogiem-Sędzią, kobieta słyszy: w bólach rodzić będziesz. Macierzyństwo ma odtąd wypłacać za winę pierworodną. I aż do dzisiaj to jej macierzyństwo, jej powołanie współdawcy życia nie przestaje nieść w sobie dramatu, jaki nieuchronnie mieści się w tym losie.

Uderzyło mnie kiedyś, gdy kolejny raz czytałam Ewangelię, że wokół Chrystusa nauczającego i uzdrawiającego nie pojawia się ani jedna kobieta brzemienna. Czy naprawdę żadna nie przychodziła prosić, by urodzić dziecko szczęśliwe? By przy tym nie zginąć? Czy niepłodne pary małżeńskie nie prosiły Go o dar rodzicielstwa? Nieraz myślę, że oczywiście tak bywało, tylko ewangeliści nam o nich nie opowiedzieli. A z Jego ust raz pada zdanie świadczące, jak bardzo było to rzeczywistością znaną mu do samego jądra. Zagrzewając apostołów do wytrwania w wierze, mimo przepowiadanych prześladowań, Chrystus odwołuje się właśnie do sytuacji rodzącej kobiety, która „smuci się, że nadeszła jej godzina”, ale gdy porodzi dzieciątko, cieszy się, że „człowiek przyszedł na świat. Tak i wy…”. Kiedy jednak Chrystus przepowiada przyjście apokalipsy i mówi o ludziach wołających, by przykryły ich pagórki, pada wstrząsające zdanie: „Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni”. Tak jakby matki miały przeżyć koniec świata jeszcze ciężej niż ktokolwiek inny.

W Ewangelii Łukasza spotykamy jedyne kobiety oczekujące dziecka, obie są jednak wyjątkowe także w tamtym społeczeństwie: Maryja po zwiastowaniu, o której tajemnicy nikt jeszcze nie wie, i pozdrawiająca Ją Elżbieta, uznawana dotąd za niepłodną matka nienarodzonego jeszcze Jana, ogłaszająca tę tajemnicę. A sama przeżywająca wielki dar macierzyństwa, mimo swojego wieku. Nieraz zastanawiałam się nad milczeniem ewangelistów o Elżbiecie, poza tym jednym fragmentem, w którym przeżywa ona podwójną radość własnego macierzyństwa i spotkania z Matką Zbawiciela. Przecież śmierć Jana kilkadziesiąt lat później jest nie tylko śmiercią męczeńską, ale śmiercią wynikającą z przeraźliwego przypadku. Czy Elżbieta zdołała to znieść, zraniona równie jak Maryja, ale bez świadomości tak wyrazistej, że to ofiara za cały świat? Nie mogę tego wiedzieć i pewnie nie powinnam pytać, ale nie mogę o tym nie myśleć. Być może Elżbiety nie było wtedy już na świecie i myślę, że mogę się tym pocieszać.

Całe dzieje europejskiej kultury, aż do czasów nam współczesnych, niosą odtąd na sobie tę tajemnicę macierzyństwa jako losu kobiety. Rozciąga się ona od prozy czysto przyrodniczej aż po świadomość, że jest to nie tylko spełnianie Bożego nakazu: „mnóżcie się”, ale także przekazywanie życia śmiertelnego, obdarowanego przez Stwórcę nieśmiertelnością. A zatem i los, i powołanie. Szczególnym pytaniem jest pytanie o to, dlaczego ten los jest nie tylko wzniosły jak żaden inny, bo nie zastępowalny w żaden sposób przez rodzaj męski, a obdarzający nowe istoty darem człowieczeństwa nie przyrodniczego tylko, lecz także nadprzyrodzonego. Pytaniem jest, dlaczego to powołanie dzieje się również w warunkach nieodpowiadających godności stworzenia Bożego, kiedy dochodzi do poczęcia z przypadku, z przymusu, wbrew woli kobiety albo wobec jej kompletnej niezdolności do udźwignięcia tego losu. I dlaczego przez długie setki lat jest ono w sensie dosłownym stawaniem na granicy życia i śmierci, poddawaniem się rozstrzygnięciu, w którym wcale nierzadko wygrywa śmierć właśnie.

Jest kilka arcydzieł literatury światowej, w których kobieta staje przed nami w całym wymiarze swojej tajemnicy macierzyństwa, czyli dawania życia i płacenia ryzykiem śmierci. Szczególnie przejmująco przedstawia to Tołstoj na stronach Wojny i pokoju, gdzie w ogarniętym głębokim, milczącym wzruszeniem domu Bołkońskich pierwszy krzyk nowo narodzonego dziecka rozlega się nad łóżkiem zmarłej przed chwilą matki. Bohaterka powieści Sigrid Undset Krystyna przez długie doby walczy o życie swoje i dzieci w kolejnych, zawsze dramatycznych porodach. Żona głównego bohatera Cichego Donu Szołochowa płaci własną śmiercią za zniszczenie niedokończonego macierzyństwa, którego nie chce zrealizować zraniona zdradą współmałżonka. W naszej historii nie musimy długo szukać, by znaleźć postać królowej Jadwigi. Monarchini podzieliła los z pewnością dziesiątków tysięcy innych kobiet, którym nikt wówczas nie potrafił pomóc na tej granicy, gdzie zawsze na matkę dającą życie dziecku czekała możliwość śmierci.

Zanim medycyna osiągnęła ten stopień rozwoju, kiedy może wkraczać z pomocą rodzącym (za początek tej drogi uważane są osiągnięcia Semmelweisa), największym wsparciem była świadomość nieporównywalnej z niczym wagi dawania życia i głęboko zakorzeniony w kulturze nakaz otaczania matki i jej przeżyć najwyższym szacunkiem. Współczesna medycyna, aż po dziś dzień, otwiera kolejne rozdziały, w których poznajemy coraz większą liczbę zjawisk fizycznych i psychicznych, składających się na macierzyństwo. Otwiera również przed nami coraz szersze perspektywy współdecydowania przez kobiety o tym ich powołaniu. Perspektywy, które zdają się zacierać granice między losem a wyborem, a nawet je przekraczać. Dziś kobieta może sięgnąć po swoje macierzyństwo albo tego nie zrobić. Może również powiedzieć mu „nie” wtedy, gdy już zaczyna być rzeczywistością. To, w czym pomaga medycyna, z jednej strony jest coraz szerszą wiedzą o życiu płodowym człowieka i o możliwościach pomagania mu już na tym etapie. Z drugiej, to coraz większa wiedza o fizjologii i warunkach fizycznych umożliwiających poczęcie się człowieka. Jest w tym olbrzymi ładunek nadziei na coraz owocniejszą pomoc macierzyństwu, ale jest również perspektywa zagrożenia tak wielkiego jak może nigdy jeszcze w kulturze ludzkiej. Kobieta może bowiem wyobrazić sobie, że nie tylko ma instrumenty do decydowania o tym, czy zostanie matką (czemu towarzyszy poszerzanie zakresu uprawomocnienia takiej decyzji). Staje też przed niebezpieczeństwem uwierzenia, że to człowiek stwarza człowieka, że Bóg jest do niczego niepotrzebny, a przecież bez decyzji Stwórcy o daniu nieśmiertelności łączącym się ze sobą elementom dwóch organizmów człowieka nie będzie nigdy. Zapomnieć o tym to największa pomyłka, jaka mogłaby nas spotkać. Dlatego rozumiem troskę wszystkich, którzy dzisiaj przeżywają tę perspektywę jako zagrożenie o niewymiernych konsekwencjach.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter