70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Osobne „piękne sprawy”

„Kamień to najpiękniejszy materiał” – pisała dwudziestodwuletnia Alina Szapocznikow do swojego przyszłego męża Ryszarda Stanisławskiego, jakby powtarzając zachwyt Michała Anioła. Ale korespondencja tej pary: rzeźbiarki i historyka sztuki, nie przybliża kulisów artystycznego rozwoju, nie pokazuje zmagania się z materią, z muzą, z własnymi demonami.

Otrzymujemy kameralną, wręcz intymną opowieść o gorącym uczuciu, które połączyło dwoje ludzi, doprowadziło do małżeństwa, a następnie wygasło, aby w końcu przekształcić się w życzliwość i daleką przyjaźń. Czytelnik patrzy jakby przez sito o rzadkich okach i nie rozumie psychologicznych motywacji, biograficznych zakrętów: więcej tu niedopowiedzeń aniżeli solidnych elementów fabuły. Wszak listy powstawały w okresach rozstania, zaś więź pomiędzy ich autorami wyrastała w „czasie zwykłym”, który dla nas stanowi terra incognita.

Alina Szapocznikow i Ryszard Stanisławski poznali się w Paryżu w 1948 r. Ona była stypendystką w École Nationale Supérieure des Beaux-Arts, on pod jej wpływem zapisał się na historię sztuki. Alina miała za sobą trzy obozy koncentracyjne. Po wyzwoleniu rozpoczęła studia rzeźbiarskie w Pradze. O tych doświadczeniach nie chciała opowiadać: zabliźnione, pozostawiły jednak ślad w jej pracach. Zapewne stąd wynikał biologiczny stosunek do ciała, będącego źródłem rozkoszy, ale także miejscem bólu i rozkładu. Szapocznikow była piękna i miała świadomość swojej urody. Szkolna przyjaciółka wspominała, że otaczali ją adoratorzy, a uwodzenie brała sobie za punkt honoru. Kiedy poznała Stanisławskiego, łączył ją związek z nauczycielem z praskiej szkoły Bedřichem Stefanem, ale nie zdecydowała się na wspólne życie. Tłumaczyła to ukochanemu: „Rysiu, Rysieńku! Jeśli chcę tak czy inaczej (sprawa mojego profesora), to nie martw się, nie robię tego ze względu na Ciebie ani dlatego, że liczę na Ciebie, czy chcę się wiązać z Tobą. Chcę żyć wolnie i jak mi się podoba. Chcę pracować i uczyć się, to najważniejsze!”.

Milion paciorków

Te zdania staną się szczególnie aktualne w latach jej małżeństwa, kiedy całkowicie pochłonie ją twórczość. Wszak na początku znajomości, przy największej amplitudzie uczuć, to Alina była potrzebująca, stęskniona, wylewna. Narzeczony skarżył się na niewystarczalność słów. Ale przewaga czułości Aliny wynika także z faktu, że to on bardziej dbał o przechowywanie listów. Na początkowy okres ich bliskości przypadła także ciężka choroba Szapocznikow: Stanisławski był dla niej wówczas opiekunem, ale także najbliższym człowiekiem, któremu mogła powierzyć swoje udręki. Przeczuwała jednak, że to, co najważniejsze, potrafi wyrazić wyłącznie w wysublimowanym języku plastycznych form. Jak bowiem opowiedzieć o lęku nocy spędzonej w szpitalu, o przytłaczającej obecności choroby?

„Leżę w tym czystym łóżku i myślę sobie, jakie to wszystko tu dziwne. To niemożliwe po prostu, aby po takich nocach następował dzień biały z kwiatkami na stolikach, z uśmiechem i wygodą. Niekiedy zdaje mi się to życie tu nierealne. I nierealne właśnie dlatego, że tylko cielesne. Tak jakby w człowieku było tylko mięso i organy. Więc jak to możliwe, że jestem ja i Ty. Może ja tylko sobie wymyślam, że Ty jesteś? Może to rzeczywiście tylko mięso i organy”. Te refleksje przywodzą na myśl późniejsze prace Szapocznikow, gdzie odlane w żywicy i poliuretanie części ciała balansują na granicy pomiędzy erotycznym przyciąganiem a fizycznym obrzydzeniem. Rzeźbiarka chciała jakby dowieść, że pod skórą zmysłowości kryją się warstwy tłuszczu, materii, zmęczonego, trawionego chorobą ciała. Na początku twórczej drogi bliskość śmierci uświadomiła Szapocznikow niemożność przekazania granicznego doświadczenia choćby najbliższej osobie: „Nawet jak bardzo, bardzo boli, to po tym się zapomina i przypomnienie czy dzielenie się »z kimś« jest idiotyzmem. Ważny jest moment sam. I takich momentów jest milion i jak paciorki tworzą naszyjnik, który tylko sami nosimy i który tylko nas samych zdobi (albo szpeci). Każdy ma te paciorki swoje i jest sam z nimi, nie może go (paciorka – momentu) ustąpić ani oddać, ani podzielić”.

Wyrzeźbić pielęgniarkę

Zimą 1948/1949 roku po poważnych prawnych kłopotach (legitymowała się czeskim paszportem i została oskarżona o posługiwanie się fałszywym nazwiskiem), Szapocznikow odwiedziła w Polsce matkę, która również przeżyła Holocaust. Z kraju pisała do Stanisławskiego entuzjastyczne listy. Dominuje w nich radość, że żyje, że kraj podnosi się z ruin. Towarzyszyła temu jednak naiwna wiara w obietnice jedynie słusznego ustroju: „Na szczęście wielkość ruchu i prawdy socjalne i ludowe zawsze wypływają. Jasno. Jak oka na rosole. Niekiedy rzadkie, ale zawsze o ciężarze właściwym i złote”. Artystka z aprobatą cytuje poznanego na potańcówce młodzieńca, który przyznawał, że Moskwa pociąga go bardziej niż Paryż. Stanisławski podzielał socjalistyczne sympatie, ale starał się utemperować powierzchowne zaangażowanie narzeczonej. W tym okresie również we francuskich środowiskach intelektualnych panował ślepy entuzjazm dla Związku Radzieckiego. Po latach Stanisławski wspominał paryskie wystąpienie Wandy Wasilewskiej i jej męża: „za każdym razem, kiedy padało słowo Stalin, ludzie wstawali, bijąc brawa, oddając cześć (…). A za stołem siedzieli Picasso, Aragon, Éluard…”. W listach zwracał Alinie uwagę, aby bezkrytycznie nie przystępowała do marszu socjalistycznej młodzieży: „Aluś, miej bardziej otwarte oczy i nie daj się ponosić »tanim« entuzjazmem. To nie ma najmniejszego sensu. »Drogi« entuzjazm, czyli prawdziwy, nie pozwoliłby Ci przecież na powrót do Paryża, gdyż porwałby Cię całkowicie dla sprawy, tam w Polsce”. Wszak w tych samych listach Szapocznikow prosiła o ulubioną szminkę, kłębki wełny i zdradzała, że połknęła bakcyla Paryża.

W 1951 r. Szapocznikow i Stanisławski wrócili do Warszawy, rok później pobrali się i adoptowali syna. Szapocznikow została zaangażowana w pracowni na MDM-ie, gdzie artyści odnawiali rzeźby oraz tworzyli na chwałę nowego ustroju. Zrozumiała wówczas ograniczenia socrealistycznych wymogów. Przeczuwała je zresztą wcześniej: listy dowodzą, że jej artystyczna wrażliwość wyprzedzała polityczne rozeznanie. W szpitalu marzyła, aby wyrzeźbić pielęgniarkę, unikając jednak przypisanych temu zawodowi etykietek takich jak „poświęcenie”, „łagodność” i czułość”: „Postać taka, która by kojarzyła wszystkie cechy pielęgniarki – kobiety opiekującej się chorymi, postać symbolizująca i typująca pielęgniarkę to przepiękny temat. Ale… aby postać ta była typowa, musi przedstawiać pielęgniarkę w jakimś charakterystycznym dla niej ruchu przy wykonywaniu swej pracy. I wtedy właśnie rzeźba odbiera jej powagę. Ruch zabija monumentalną dostojność. Rzeźba figury w ruchu przestaje być rzeźbą. I dlatego też, myślę, może ta sama trudność powstać w całej socjalistycznej sztuce. Rzeźbieni ludzie, pokazani przy pracy, muszą mieć niezwykle zeschematyzowaną postać, artysta musi się niezwykle ograniczyć w środkach wypowiedzenia i uprościć kompozycję, aby uwypuklić powagę pracy, aby sama czynność dotarła do świadomości widza i, po prostu, aby nie spaskudzić tego właściwego, tj. działania”.

„Nie przyjeżdżaj”

W połowie lat 50. Alina Szapocznikow realizuje to, co deklarowała u progu związku: liczy się dla niej przede wszystkim praca, którą trudno pogodzić ze wspólnym życiem. W dodatku małżonkowie mają kłopoty z wizami. W 1956 r. Alina przebywa w Paryżu, w związku z przygotowywaną w Muzeum Rodina międzynarodową wystawą rzeźby współczesnej. Z kolei Stanisławski pracuje w Wenecji jako asystent kuratora polskiego pawilonu na Biennale. Listy wciąż się rozmijają, a kolejne plany spotkania zostają udaremnione. Ale z tonu listów wynika, że tym razem Stanisławski jest „tym, który bardziej kocha”. Ona nie potrzebuje teraz tak silnej więzi: „dochodzę do wniosku, że artyści pochłonięci pracą nie powinni wikłać się w rodzinę w ogóle (…). Piszę Ci to wszystko, aby Cię zawiadomić, jak jestem wzburzona nurtującym mnie przymusem pracy. Roi mi się po głowie kilka rzeźb, które muszę zrobić – spać w nocy mi to nie daje i jestem nieprzytomna w dzień”. Konkluzja listu jest jednoznaczna: „nie przyjeżdżaj”.

Małżeństwo rozpadło się w 1958 r. Szapocznikow związała się z grafikiem Romanem Cieślewiczem, z którym w 1963 r. na stałe osiedli we Francji. Z kolei Stanisławski ożenił się z krytyczką sztuki i kuratorką Urszulą Czartoryską. Obie pary utrzymywały przyjazne stosunki, ale korespondencja ograniczała się odtąd do wymiany grzeczności (Alina przekazuje informacje o synu, prosi o pomoc w przesłaniu pozostawionych w Warszawie prac). Ustała intymna rozmowa, wymiana myśli o sztuce. Dlatego ta korespondencja nie przybliża dojrzałych prac Aliny Szapocznikow. Wszak dopiero w latach choroby powstały jej najbardziej przejmujące cykle, jak choćby Nowotwory uosobione czy Zielnik, w którym wykorzystywała odlewy ciała syna. Także kariera Stanisławskiego rozwijała się już po rozstaniu: w 1966 r. został dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Dlatego lektura pozostawia z uczuciem smutku i niedosytu. Tytuł Kroją mi się piękne sprawy został zaczerpnięty z listu Aliny z 1966 r. Szapocznikow dodawała: „ale nie piszę jeszcze, żeby nie zacukać”. „Piękne sprawy” nie należą już do wspólnego świata korespondentów i nie trafiły do tego tomu. Warto więc odłożyć lekturę i otworzyć drugie skrzydło opowieści, obcując z rzeźbiarskim dziełem Aliny Szapocznikow.


Alina Szapocznikow, Ryszard Stanisławski
Kroją mi się piękne sprawy. Listy 1948–1971
Karakter, Kraków 2012, s. 400

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata