70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kraina małych cesarzy

Dziś chińska polityka planowania rodziny nie jest już tematem tabu, można o tym dyskutować, pisać na blogach, temat pojawia się w mediach. Pewnym katalizatorem było trzęsienie ziemi w Syczuanie w 2008 r. Zginęło wtedy ok. 70 tys. ludzi. Zaczęto wtedy mówić o obszarach, dla których polityka jednego dziecka może być zagrożeniem.

W Chinach od ponad 30 lat rodziny muszą stosować się do regulacji, które w Polsce nazywa się najczęściej „polityką jednego dziecka”…

Chińczycy mówią o jihua shengyu zhengce – „polityce planowania rodziny”, gdybyśmy chcieli to tłumaczyć dosłownie.

Po trzech dekadach od jej wprowadzenia dzietność w tym kraju wynosi 1,6 dziecka na kobietę, co oznacza, że potoczna nazwa jest myląca. Jakie były więc pierwotne założenia tego systemu kontroli urodzeń?

To była od początku bardzo kontrowersyjna polityka. Przyjęto ją w 1979 r. i dotyczyła przede wszystkim Chińczyków Han, czyli większości etnicznej. Mniejszości narodowe, których jest w Chinach według oficjalnych danych 55, a wśród nich Tybetańczycy i Ujgurzy, nie zostali objęci tymi ograniczeniami. Politykę planowania rodziny zaczęto wprowadzać bardzo restrykcyjnie, jak można się spodziewać po systemie autorytarnym. Skutki były druzgocące. Noworodki, głównie płci żeńskiej były wrzucane do studni i topione w rzekach. Później, na początku lat 80. zmodyfikowano nieco wymogi i na wsiach, na których najczęściej zdarzały się te drastyczne przypadki dzieciobójstwa, pozwolono rodzinom chłopskim na drugie dziecko, jeśli pierwsze było dziewczynką. Można więc mówić o pewnej liberalizacji, choć politykę utrzymano w mocy. Pod koniec lat 90. wpisano ją nawet do preambuły konstytucji. Kolejnymi grupami, które nie podlegały tym rygorystycznym wymogom stali się mieszkańcy Hongkongu, który powrócił do Chin w 1997 r., a także mieszkańcy Makao, nad którym Chiny przejęły zwierzchnictwo w roku 1999. Gdyby doszło do zjednoczenia Tajwanu z Pekinem, wtedy Tajwan też byłby zapewne z tej polityki wyłączony.

W jakich okolicznościach doszło do podjęcia decyzji o wprowadzeniu polityki planowania rodziny? Statystyki pokazują spadek dzietności na kilka lat przed jej wprowadzeniem w życie. Czy była więc konieczna?

Kiedy Chińska Republika Ludowa była proklamowana, w 1949 r. żyło tam około 450 mln do pół miliarda Chińczyków. Mao Zedong uważał początkowo, że im więcej dzieci się rodzi, tym lepiej. Jako przywódca nie wprowadzał więc żadnych ograniczeń. W 1957 r. rozpoczęto tzw. Kampanię Stu Kwiatów. Pod hasłem „Niech zakwita sto kwiatów, niech się ściera sto szkół myślenia” zachęcano do wyrażania konstruktywnej krytyki działań partii w debacie publicznej. Nawiasem mówiąc, akcja wymknęła się spod kontroli, krytyka przekroczyła oczekiwania i ci, którzy odważyli się na wyrażenie swojego zdania, często później za to płacili. Podczas tej kampanii pojawił się pewien demograf, Ma Yinchu, który jako pierwszy przeciwstawił się oficjalnie polityce zachęcającej do posiadania licznego potomstwa. Stracił oczywiście stanowisko, wyrzucono go z Uniwersytetu Pekińskiego. W swoich wypowiedziach przedstawiał scenariusze maltuzjańskie, twierdził, że trzeba ograniczać przyrost naturalny. Jednak Mao nie widział w wysokim przyroście nic złego, a inni politycy nigdy się nim nie zajmowali.

Statystyki mogły się lekko zachwiać po wybuchu rewolucji kulturalnej w 1966 r., kiedy to Chiny były w stanie wojny domowej. Jednak gdy Mao odchodził w 1976 r. w Chinach mieszkał już blisko miliard ludzi. Później nastąpiły rządy pragmatyczne. Deng Xiaoping, który znaczną część rewolucji kulturalnej spędził na wsi (zesłano go tam jako osobę skłaniającą się ku filozofii kapitalistycznej), poznał tamtejsze realia, wysłuchał głosu ekspertów, a następnie doszedł do wniosku, że Chiny nie zrobią skoku modernizacyjnego, jeśli nie ograniczą wzrostu urodzin. Wtedy ten pomysł pojawił się pierwszy raz w dziejach, nie było to myślenie znane wcześniej w Chinach ani w innych kulturach.

Ten plan sprawdził się, jeśli bierzemy pod uwagę efektywność i sprawność gospodarczą – wystarczy przyjrzeć się, jaki rozwój nastąpił w ciągu tych 30 lat. Ale w wymiarze moralnym nie można tego ocenić inaczej niż jednoznacznie negatywnie. Taki program nie mógłby być przeprowadzony nigdzie poza Chinami, a na pewno już nie w żadnym państwie demokratycznym.

Czy kiedy wprowadzano politykę jednego dziecka, wyznaczono jakiś konkretny poziom dzietności albo liczbę ludności, które należy osiągnąć, czy to były raczej bezterminowe wytyczne?

Były to bezterminowe wytyczne oparte na założeniu, że po prostu jest za dużo dzieci. Szacunki chińskie mówią, że na przestrzeni 33 lat prowadzenia tej polityki nie urodziło się około 400 mln ludzi, którzy inaczej powiększyliby chińską populację. Zachodnie obliczenia podają od 150 do 200 mln. Gdzieś w przedziale 150–300 mln szukałbym liczby realnego ograniczenia, które niewątpliwie nastąpiło.

Jak dziś ocenia się w Chinach te trzy dekady ograniczania dzietności?

Byłem tam we wrześniu i widać wyraźnie, że rozpoczęto już debatę dotyczącą konieczności złagodzenia tego programu. Powody są dwa. Pierwszy to zachwianie proporcji między dziewczynkami i chłopcami w populacji. W normalnych warunkach rodzi się około 105 chłopców na 100 dziewczynek. W Chinach odnotowywano już takie okresy, kiedy te proporcje dochodziły do 116 chłopców na 100 dziewczynek. Oficjalne dane podają, że jest to teraz 107–108 na 100, ale myślę, że te informacje nie są do końca wiarygodne. Takie dysproporcje niepokoją. Powstał kilka lat temu świetny film – Ślepa góra (Qin Shan), który pokazuje ten problem: wielu chłopców nie ma dziewczyn, tworzą się gangi, które zajmują się porywaniem młodych kobiet, żeby je sprzedać gdzieś do odległych wiosek zamieszkałych w większości przez mężczyzn. To nie jest tylko wyobraźnia twórców filmu, to jest zjawisko, które istnieje. Druga przesłanka, która może rzeczywiście wpłynąć na kształt polityki planowania rodziny, to fakt, że Chiny jeszcze się do końca nie zreformowały, a już się starzeją. Jeśli obecne tendencje nie ulegną zmianie, mniej więcej w 2025–2030 r. jedna trzecia Chińczyków będzie miała powyżej 65 lat, więc będzie w wieku emerytalnym. To byłoby ogromne obciążenie dla młodego pokolenia, w którym może zabraknąć rąk do pracy.

Jest jeszcze jeden czynnik, który może w sposób nie do końca uświadomiony wpływać na decyzje Chińczyków – w najbliższym czasie Indie mogą stać się najludniejszym krajem świata. A Chiny mają duże ambicje, żeby w wielu kategoriach i dziedzinach być na pierwszym miejscu.

Coraz ważniejsze wydaje się pytanie o aspekt ekonomiczny. Przyzwyczailiśmy się już do myśli, że Chiny stają się niezaprzeczalną potęgą gospodarczą, a być może pokolenie jedynaków, które wchodzi w dorosłość, nie będzie w stanie utrzymać pokolenia swoich rodziców, którzy tę pozycję Chin wypracowali.

O to bym się nie martwił. Nam się często wydaje, że pod różnymi względami Chiny są podobne do innych państw, a to jest kontynent większy od Europy. Rynek jest ogromny, więc pod tym względem te różnice między pokoleniami nie są tak istotne. Natomiast ma Pani rację w punkcie wyjścia – dziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy się w Chinach skończył i nawet tamtejsze władze już to przyznają. Na tym polu także odbywa się teraz ważna debata.

Istnieje kilka różnych szkół myślenia o tym, co należy robić dalej, ale chyba dla wszystkich jest oczywiste, że okres szybkiego wzrostu, kiedy nikt nie zwracał uwagi na koszty i efekty uboczne jest w tym momencie nie do powtórzenia i nie do przedłużenia. Gdyby ten kierunek był utrzymany, Chinom grozi drugi Tiananmen (1989), tylko na większą skalę. Jest wiele przyczyn, które sprawiają, że to ryzyko jest realne. Przez wiele lat zwracano uwagę jedynie na szybki wzrost gospodarczy i na eksport. W tym czasie partia zaczęła funkcjonować w zupełnym oderwaniu od społeczeństwa, rozwinęła się straszliwa korupcja urzędników, postępowało zanieczyszczenie środowiska naturalnego i rozwarstwienie społeczne – współczynnik Giniego jest dziś tam wyższy niż w Stanach Zjednoczonych, pogłębiła się przepaść między miastem a wsią. Istnieją miejsca, które mogą być wzorem nawet dla Manhattanu, ale są też obszary typowe dla państw Trzeciego Świata. Nie da się dłużej tego ignorować. Pojawia się tylko pytanie, które z proponowanych dziś rozwiązań zostanie wybrane.

Na czym polegają te rozwiązania?

Jedna ze szkół myślenia o Chinach może być nazwana szkołą nacjonalistyczną. Jej przedstawiciele podkreślają kryzys świata zachodniego, kryzys Europy i Stanów Zjednoczonych, mówią: Zachód się skończył, jesteśmy w erze postamerykańskiej i teraz będziemy dyktować światu swoje warunki. Nie sądzę, żeby ta opcja zwyciężyła. Nowe kierownictwo partii jest bardzo ostrożne i zbyt konserwatywne, żeby wybrać taką drogę.

Jeśli przyjrzymy się wynikom ostatniego XVIII Zjazdu Komunistycznej Partii Chin (zakończył się w listopadzie), wydaje się, że zwycięży opcja ostrożna, którą można nazwać powrotem do chińskich korzeni, do narodowego dziedzictwa i tradycji. Jest to innymi słowy powrót do Konfucjusza, który jest paternalistyczny, hierarchiczny i dla władz bardzo wygodny.

Najlepiej byłoby gdyby Chińczycy wybrali trzecią szkołę, która twierdzi, że okres trzydziestoletniej chińskiej transformacji się skończył. To oznaczałoby, że w 2009–2010 rozpoczął się drugi etap przemian. Pierwszy – w tym rozumieniu – musiał być poświęcony na wzrost gospodarczy i efektywność. W drugim natomiast należy bez zwłoki zająć się sprawiedliwością społeczną. Inaczej kraj czeka rewolucja niezadowolonego społeczeństwa.

Ta trzecia szkoła ma bardzo wiele postulatów – odbudowa sieci świadczeń socjalnych, bezpłatne szkolnictwo i podstawowa opieka medyczna, rozwój gospodarki bezwęglowej i inwestycje w innowacyjność. Na tej liście jest też porzucenie polityki jednego dziecka.

Dziś polityka planowania rodziny nie jest już tematem tabu, można o tym dyskutować, pisać na blogach, temat pojawia się też w mediach. Pewnym katalizatorem było trzęsienie ziemi w Syczuanie w 2008 r. Zginęło wtedy około 70 tys. ludzi. Natychmiast wyłączono ten obszar z polityki jednego dziecka i do dziś nie jest on nią objęty. Zaczęto wtedy mówić o obszarach, dla których ta polityka może być zagrożeniem.

Ale droga sprawiedliwości społecznej nie jest tą, którą wybiorą Chiny?

Z jednej strony słyszymy o oczekiwaniach związanych ze sprawiedliwością społeczną, a z drugiej strony jest świadomość, że Chiny mają realną szansę wyprzedzić Stany Zjednoczone i stać się pierwszą gospodarką świata. Niekonieczne te dwa dążenia da się pogodzić. Ale w tym kontekście warto zwrócić uwagę na to, że w Chinach powraca się do koncepcji przedstawionej w 2001 r., przez ówczesnego sekretarza generalnego (i zarazem pierwszego chińskiego prezydenta), Jiang Zemina. Wydał on polecenie, że w latach 2000–2020 ma nastąpić czterokrotny wzrost PKB i powiedział, że również dochody obywateli per capita mają wzrosnąć czterokrotnie. Później promowano pierwszą część tej wypowiedzi, a druga gdzieś zniknęła. Ku mojemu zaskoczeniu teraz, na ostatnim zjeździe, powrócono do tej koncepcji, z tą tylko różnicą, że ponieważ jest już rok 2012, zapowiedziano, iż dochody na obywatela mają wzrosnąć do 2020 r. dwukrotnie. Innymi słowy, dotychczas Chiny stały się bogate jako państwo, a teraz gra będzie się toczyła o to, czy przeciętny obywatel będzie mieszkał w relatywnie bogatym społeczeństwie. Ma bowiem powstać xiaokang shehui, czyli „społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu”, o co apelował kiedyś Jiang Zemin.

Takie są założenia programowe ostatniego zjazdu, więc sądzę, że zwiększenie dochodów jest prawdopodobne. Ale wiemy też, że zwiększone dochody prowadzą do większych roszczeń a zamożne rodziny chcą mieć więcej dzieci. Co więcej – i to jest następny fenomen, który można zaobserwować – te bardzo bogate rodziny, których jest już dużo, po prostu kupują prawa do kolejnych dzieci i niektóre z nich mają czwórkę, czy nawet piątkę, potomstwa. Dla nich zapłacenie kary za narodziny kolejnego dziecka nie jest żadnym problemem. Niektóre pary jeżdżą urodzić dzieci do Hongkongu, bo tam nie obowiązuje polityka planowania rodziny. Podsumowując, w miarę wzrostu dobrobytu społeczeństwa coraz trudniej jest utrzymać ograniczenia w dzietności.

Niektórzy komentatorzy sugerują, że bogaci Chińczycy będą zachowywać się podobnie jak ludzie w Europie Zachodniej – nie będą się decydować na liczne potomstwo.

Na razie tego nie widać. Działa tu zasada wahadła, tzn. ponieważ obecnie dokuczliwa jest polityka jednego dziecka, pragnienie licznego potomstwa jest duże. Z czasem oczywiście ta reakcja traciłaby na sile, gdyby zniesiono ograniczenia.

Jak polityka jednego dziecka wpłynęła na relacje społeczne w Chinach?

W mojej ocenie najpoważniejszym efektem tego eksperymentu, bardzo groźnym w dalszej perspektywie, jest to, jak hedonistyczne stało się chińskie społeczeństwo. Dzieci urodzone w tym okresie, zwane pokoleniem jedynaków lub „małych cesarzy”, były rozpieszczane, głaskane, ochraniane przez swoje coraz bogatsze rodziny i w ten sposób wychowano ludzi nieprzystosowanych społecznie, którzy po trupach są gotowi załatwiać wszystkie swoje interesy. To pokolenie jednego dziecka jest niezdolne do pracy w grupie. Osłabło też zaufanie międzyludzkie. Więzi społeczne są dziś bardzo rozbite.

Chińczycy przestali wierzyć w komunizm na Placu Tienanmen w 1989 r. Inne systemy też się załamały. Konfucjanizm dopiero od niedawna zyskuje przychylność władz. Została więc jedynie wiara w pieniądz – baijinzhuyi. A wiara w pieniądz rodzi bezwzględność, nieoglądanie się na drugiego, przepychanie łokciami. Odbudowanie jakiegoś systemu wartości to największe wyzwanie stojące dziś przed Chinami. Państwo, które nie ma ukształtowanego systemu wartości nigdy nie będzie supermocarstwem.


BOGDAN GÓRALCZYK – politolog, sinolog, dyplomata. Były ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Mjanmy (d. Birma). Profesor w Centrum Europejskim UW, autor książek, ostatnio opublikował Przebudzenie smoka. Powrót Chin na scenę globalną (2012). Redaktor naczelny rocznika naukowego „Azja-Pacyfik””

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata