70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Werbigeracje, degeneracje, szaleńcze narracje

W Morfinie – najnowszej książce Szczepana Twardocha – niełatwo przyporządkować proste kategorie. Z pewnością można powiedzieć, że to powieść obyczajowa i psychologiczna, ale przecież także historyczna, choć sama historia nie jest w niej najważniejsza. Jest przy tym niezwykle męska – i właśnie dlatego traktuje głównie o kobietach. Ale przede wszystkim to powieść antyheroiczna.

Konstanty Willemann jest antytezą bohatera – człowiekiem wewnętrznie pękniętym, rozdartym, żyjącym w dziwnym zawieszeniu, będącym znikąd i zewsząd jednocześnie, obsesyjnie poszukującym własnej tożsamości. A jednocześnie ciągle uciekającym przed natarczywym, powracającym pytaniem: „Kim jestem?”. Uciekającym w na pozór beztroski żywot birbanta, oddającego się nałogom i rozwiązłości.

Świat obchodzi Konstantego tylko o tyle, o ile dotyczy kobiet, automobili i tańców w Paradiso. Najbardziej zaś liczy się oczywiście kolejna buteleczka morfiny, z którą nieodmiennie podąża do Sali, swojej kochanki. Piękna rudowłosa kobieta, dawna kochanka Witkacego, którą Kostek szkicuje czasem, jakby pod dyktando Egona Schielego, pozornie nie jest dla niego wcale ważna. Ale tak naprawdę jest najważniejsza – dlatego właśnie, że jest kobietą.

Życiem Kostka od zawsze rozporządzają kobiety. Liczne, różne, z określonymi wymaganiami. W pierwszej kolejności matka – katowicka mieszczka, żona niemieckiego oficera o arystokratycznych korzeniach, od początku wychowująca syna na wzorowego Polaka, planująca mu życie i karierę. Śląska wiedźma, opętana obsesjami nordyckich czaszek i celtyckich obyczajów, czytująca Georges’a Bataille’a i Sigmunda Feista. Dalej – żona Hela, jego Hela o rasowym ciele jak z marmuru, które rzeźbić chciał sam Thorak, piękna, lecz zimna, higieniczna, matka Polka pochłonięta wychowaniem ich syna Jureczka, podporządkowana ojcu i polskiemu mitowi ojczyzny. Ale są i inne kobiety – dawne kochanki, pierwsze miłości, żony przyjaciół, ślicznotki poznane w Adrii, Oazie czy Ziemiańskiej, gdzie Kostek bywa, mimo że czuje się gorszy od reszty, bo nie jest jak inni artystą, choć jednocześnie potrafi wkraść się w łaski towarzystwa.

Wszystko to zostaje przerwane we wrześniu 1939 r., gdy w życie 30-letniego Willemanna wdziera się historia. Chciałby od niej uciec, nienawidzi jej równie mocno jak koni, szabel, oficerów i mundurów. Ale ucieczki nie ma. Świat otaczający Kostka rozpada się tak samo jak ten wewnątrz niego. Życie zaczyna toczyć się w dziwnej, pustej przestrzeni – w niezdefiniowanym świecie rozciągającym się między klęską a okupacją, chociaż Twardoch zadbał o rzetelne i szczegółowe oddanie rzeczywistości. I choć trybiki historii wciągają Kostka w chwili, gdy zostaje zwerbowany do działalności konspiracyjnej, to jednak nie są w stanie go zmienić. Dla Willemanna to nadal tylko obowiązek, wykonywany pomiędzy jedną wbitą w przedramię strzykawką a drugą, między Luorsem a Adrią. Wszystko zmieni dopiero Dzidzia – kolejna kobieta w jego życiu – postać drugoplanowa, ale kluczowa dla pełnego zrozumienia Konstantego. Twardoch odwraca znane porządki – głównemu (anty)bohaterowi przeciwstawia Dzidzię Rochacewicz, znacznie bardziej „męską” od Konstantego, niezależną, odważną, pewną siebie kobietę. Pozostaje w zgodzie ze sobą, swoimi przekonaniami, światem. Dzidzia – silna kobieta w świecie kobiet słabych, tak jak Konstanty jest słabym mężczyzną w świecie mężczyzn silnych – staje się jego przekleństwem i przeznaczeniem.

Rozdarcie Willemanna między Warszawą a Budapesztem, do którego przybywa wraz z Dzidzią w celach konspiracyjnych, staje się symboliczne. Nie o porównanie miasta martwego z żyjącym tu idzie, nie o świat naznaczony piętnem wojny przeciwstawiony rozmachowi węgierskiej stolicy. Chodzi raczej o zawieszenie między rzeczywistością a tym, co możliwe, pomiędzy nienawiścią do siebie a pewną wizją własnej osoby, która zaczyna w Kostku kiełkować, między tym, co zewnętrzne (do czego przywiązuje on ogromną wagę) a tym, co wsobne.

Konstanty opowiada swoją historię z samego środka tego pękniętego czasu, rozdwojonej rzeczywistości. Tempo narracji jest szaleńcze, rytm nierówny, myśli powracają, przeszłość miesza się z przyszłością, wprawiając czytelnika w trans. Maniakalne nastroje bohatera podkreślają liczne werbigeracje pojawiające się w narracji. Twardoch wnikliwie kreśli kolejną postać antybohatera, ale jakże innego od Paszka z Wiecznego Grunwaldu. Im bardziej czytelnik zanurza się w świat Konstantego, w którym szaleństwo emanuje z każdego niemal zdania, tym bardziej słabości bohatera stają mu się bliskie i skłonny jest wybaczać mu kolejne potknięcia, bo ten świat staje się jego światem.

Wymagający czytelnik z pewnością poczuje się usatysfakcjonowany. Język powieści jest staranny i dopracowany w każdym szczególe, zarówno składnia, jak i ortografia – zgodne z przedwojennym porządkiem. Rzeczywistość oddana jest z niezwykłym pietyzmem i dbałością o detal. Twardoch kolejny raz pokazuje, jak wrażliwym jest obserwatorem, czułym na subtelności i odcienie. Uważny czytelnik dostrzeże milczącą, ale ważną, zawieszoną w niedopowiedzeniu postać Sándora Máraiego, jungowskie symbole zamknięte w snach Konstantego i wiele innych znaczących drobiazgów. To właśnie one sprawiają, że Morfina jest powieścią, na której rozmach i siłę składa się każde pojedyncze zdanie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata