70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Obywatel Turowicz

Jeśli Jerzy Turowicz w latach 90. XX w., już w wolnej Polsce, zabierał głos w sprawach publicznych, to dlatego że czuł się do tego zobligowany. Że domagało się tego odeń jego sumienie.

Artykuł ten stanowi drugą część cyklu poświęconego Jerzemu Turowiczowi. Przedstawia on redaktora naczelnego „Tygodnika” jako obywatela; tematem części ostatniej będzie Turowicz jako twórca kultury.

„Wkrótce po upadku komunizmu zastanawialiśmy się w Maisons-Laffitte razem z Giedroyciem, kto powinien być pierwszym prezydentem niepodległej Rzeczypospolitej. Spojrzeliśmy na siebie i absolutnie równocześnie, jakbyśmy się umówili, padło z naszych ust nazwisko Jerzego Turowicza” – pisał po śmierci Naczelnego „TP” Gustaw Herling-Grudziński.

Wcale się nie dziwię, że twórcy „Kultury” pomyśleli w tym kontekście o Turowiczu. Zresztą – między nami mówiąc – żeby wpaść na taki pomysł, niepotrzebna była ich intuicja polityczna. Ta idea po prostu krążyła w różnych kręgach społecznych – z żalem odrzucana jednak jako nierealna. Zrodziła się dlatego, że on się do tej funkcji nadawał wprost idealnie. A była nierealna głównie ze względu na wiek Pana Jerzego (ur. 1912), szczególną więź z „Tygodnikiem Powszechnym” (do którego redagowania czuł się powołany – i odejście stamtąd uważałby chyba za zdradę), wreszcie jego – powszechnie znaną – niechęć do czynnego udziału w życiu politycznym. Bowiem – jak wspominał prof. Bronisław Geremek, sam w owym życiu głęboko zanurzony – Turowicz miał do polityki stosunek specyficzny: „Pasjonowała go ona i przypominał o jej etycznych referencjach, ale nie chciał uczestniczyć ani w tym, co się zwie »grą polityczną«, ani też we władzy”. Co nie oznaczało, rzecz jasna, że uchylał się od jakiegokolwiek zaangażowania w to, co uważał za słuszne i potrzebne.

Początki tej jego zaangażowanej postawy sięgają Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, które w latach 30. XX w., niedługo przed wojną – „znajdowało się w coraz ostrzejszym konflikcie z Młodzieżą Wszechpolską, szczególnie na tle stosunku do nacjonalizmu, a zwłaszcza antysemityzmu”. I tak, 1 grudnia 1935 r., Turowicz, jako przedstawiciel „Odrodzenia”, wziął udział w głośnej debacie zorganizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim, poświęconej Prądom ideowym młodzieży polskiej. Oprócz niego przemawiali wówczas m.in. Józef Cyrankiewicz (socjaliści) i znany potem pisarz emigracyjny Jan Bielatowicz (Młodzież Wszechpolska).

Chrześcijańska formacja i temperament już w 1939 r. doprowadziły Jerzego Turowicza do świata katolickich mediów: w lipcu tego roku został nawet redaktorem naczelnym dziennika „Głos Narodu” – i był nim przez całe dwa miesiące, do 3 lub 4 września, kiedy to ukazał się ostatni numer tej gazety.

Po wybuchu wojny Turowicz związał się z „Unią” – założoną przez Jerzego Brauna konspiracyjną organizacją o profilu chadeckim. Zajmował się tam przede wszystkim działalnością kulturalną (teatr, publicystyka i kolportaż prasy podziemnej), prowadził także u siebie w domu komplety dla dzieci w wieku szkolnym. Warto bowiem pamiętać, że w Goszycach, gdzie mieszkał wraz z rodziną żony, ukrywało się wówczas mnóstwo ludzi: Żydzi, partyzanci, australijski skoczek spadochronowy, uciekinierzy ze wschodu, a potem – po upadku powstania – uchodźcy z Warszawy. Dwór tętnił życiem, był też prawdziwą kuźnią idei, które – jak marzono – uda się zrealizować w przyszłej, wolnej już Polsce.

Turowicz na przykład snuł plany wydawania katolickiego pisma społeczno-kulturalnego (najlepiej: tygodnika), które – mając za punkt wyjścia wartości chrześcijańskie – mogłoby mieć wpływ na rzeczywistość społeczną i kształt polskiej kultury.

Na początku 1945 r. okazało się, że nie tylko on o takim piśmie myślał. Z inicjatywy ks. Jana Piwowarczyka, a może i samego arcybiskupa Adama Sapiehy, pojawił się zamysł wydawania w Krakowie katolickiego tygodnika. W jego zakładaniu uczestniczył także Jerzy Turowicz. Twórcy „Tygodnika Powszechnego” musieli oczywiście liczyć się z nowym porządkiem politycznym – konieczne zatem okazało się ograniczenie ich aspiracji i marzeń. Nierealne na przykład okazało się myślenie o bezpośrednim kształtowaniu rzeczywistości społecznej. W ówczesnych realiach trzeba było zająć się przede wszystkim kulturą i formacją duchową katolików.

Już w pierwszym numerze deklarowano, że „Tygodnik Powszechny” jako pismo katolickie „będzie zmierzał do utrwalania katolickiej Prawdy w szerokich kołach naszego społeczeństwa i do wyrażania jej w sprawach społeczno-kulturalnych”. I dalej: „»Tygodnik Powszechny« będzie pismem apolitycznym i bezpartyjnym. Z tego względu wykluczamy z niego zagadnienia aktualno-polityczne (…)”. Czasem zresztą wykluczano je wręcz manifestacyjnie. Kiedy bowiem „cenzura nie pozwalała nam pisać o niczym, co nas interesowało, i kiedy zdejmowano nam niemal każdy tekst publicystyczny – wspominał Naczelny „TP” – postanowiliśmy wydać specjalny numer poświęcony Tatrom (…), właśnie dlatego, żeby dać czytelnikom do zrozumienia, że o niczym innym nie możemy już poważnie pisać”.

Takie zabiegi nie zawsze jednak okazywały się możliwe, a redakcja „Tygodnika” zmuszana była nieraz do zawierania bolesnych kompromisów. Tak jak wtedy, gdy – pod groźbą zamknięcia pisma – zażądano od niej oświadczenia na temat tzw. procesu kurii krakowskiej (na co redakcja niestety się zgodziła) czy peanów pochwalnych po śmierci Stalina – na co Turowicz i jego koledzy przystać już nie mogli. Wskutek tego non possumus musieli z redakcji „TP” odejść, a władze bezprawnie przekazały pismo Stowarzyszeniu PAX.

Dla Turowicza zaczął się bardzo trudny okres: otrzymał tzw. wilczy bilet, z którym nie mógł nigdzie znaleźć pracy i – jak pisał w swoim dzienniku Leopold Tyrmand – „szlifował bruki”. Ta sytuacja trwała aż do roku 1956 – do Października i odwilży, która zaowocowała m.in. zwrotem „Tygodnika Powszechnego” jego prawowitym właścicielom, a także propozycją wejścia przedstawicieli szeroko pojętego ruchu „Znak” – tworzonego przez zespoły krakowskiego „TP” i miesięcznika „Znak”, warszawskiej „Więzi” oraz nowo powstałych Klubów Inteligencji Katolickiej – do sejmu.

Pomysł symbolicznej reprezentacji swego środowiska we władzy ustawodawczej Turowicz poparł, ale sam w PRL-owskim parlamencie zasiadać nie chciał. Jak już wspomnieliśmy, wolał redagować „Tygodnik”. „Pismo to jednak coś konkretnego – mówił. – Ukazuje się co tydzień, czyta je kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w których coś z tej lektury zostaje. Tymczasem polityka bywa tylko biciem piany (…)”.

Nie był jednak chyba nigdy tegoż pisma zakładnikiem, choć czasem – przyznaję – niektórzy mogli takie wrażenie odnieść. Na przykład wtedy, gdy pojawił się problem zaangażowania w działalność opozycyjną Bohdana Cywińskiego (zarzucano mu, że naraża w ten sposób miesięcznik „Znak”, którego był redaktorem naczelnym) czy kiedy ks. Adam Boniecki rozważał przystąpienie do Komitetu Obrony Robotników, a Turowicz mu to stanowczo odradzał, tłumacząc, że „wszyscy nie mogą robić wszystkiego”.

Jednocześnie – wiedząc, czym ryzykuje – podpisał List 34 w obronie wolności kultury (w 1964 r.), na co władze komunistyczne zareagowały obniżeniem nakładu „Tygodnika” i uniemożliwiły Naczelnemu wyjazd na Sobór. Wkrótce potem, w 1966 r., na forum Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, którego był członkiem, wdał się w publiczny spór z Władysławem Gomułką o ocenę listu biskupów polskich do biskupów niemieckich „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Przemówienie Redaktora (wraz z pełną furii ripostą Gomułki) przeszło już do historii. Niemniej nie sposób nie zapytać o udział Jerzego Turowicza w instytucji tak proreżimowej jak FJN. Dziś jego obecność w strukturach Frontu Jedności Narodu wygląda dość kuriozalnie, wtedy jednak stanowiła jeden z owoców kompromisu, które ludzie „Tygodnika” wciąż jeszcze z komunistyczną władzą musieli zawierać, jeśli chcieli w PRL-u publicznie funkcjonować. Wiele lat później, w rozmowie z Jackiem Żakowskim, Turowicz powie: „Specjalnie nam to nie smakowało, ale uważaliśmy, że [w tamtych realiach – J.P.] jest to możliwe”. Inaczej niż na przykład przynależność do powołanego w stanie wojennym PRON-u. Istotne jest bowiem, dopowiadał Naczelny „TP”, jak taką decyzję przyjmie społeczeństwo. „Nasz udział w FJN [w latach 60. – J.P.] mógł się nie podobać ludziom o poglądach skrajnych, ale na ogół społeczeństwo przyjmowało to jako rzecz naturalną. Natomiast z PRON-em [w latach 80. – J.P.] już tak nie było”. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Turowicz, występując na forum FJN, krytykował czasem politykę PRL i przemycał treści niecenzuralne, tak jak wtedy gdy – w 25. rocznicę zakończenia wojny – apelował, aby rocznica ta była dla nas „świętem tego, czemu faszyzm się przeciwstawiał: świętem prawa człowieka i obywatela, świętem sprawiedliwości między ludźmi i między narodami, świętem humanizmu, wolności, demokracji i samostanowienia narodów”.

Długo można by pisać o ewolucji politycznej „Tygodnika Powszechnego” w PRL: od dystansu do polityki – poprzez sformułowaną przez Stanisława Stommę doktrynę tzw. neopozytywizmu, mówiącą, że „także w warunkach ograniczonej demokracji (…) można i należy zrobić coś pozytywnego”, oraz sprzyjanie opozycji po roku 1976 – po ewidentny sprzeciw wobec „realnego socjalizmu”, wyrażany w latach 80.

Zawsze jednak − jak mówiono − w podejmowanych decyzjach redakcja starała się realizować tzw. mądrość etapu, przez co Stomma, jeden z politycznych liderów środowiska, rozumiał pracę w ramach „tego, co można osiągnąć i co trzeba osiągnąć” w określonym momencie historii.

W ten sposób „Tygodnik” doczekał roku 1989, a Turowicz – jako reprezentant Solidarności – zaproszony został do otwarcia obrad Okrągłego Stołu. Nikogo to nie dziwiło, w tym „niezależnym i samorządnym” związku zawodowym cieszył się on przecież ogromnym autorytetem. „Ja się od niego uczyłem patriotyzmu” – mówił wówczas o Turowiczu Lech Wałęsa.

Miesiące następne to jednoznaczne poparcie przez Jerzego Turowicza rządu Tadeusza Mazowieckiego i wprowadzanych przezeń reform, które „Tygodnik” wspierał także personalnie – poprzez udział w pracach rządu (i parlamentu) jego redaktorów, w tym Krzysztofa Kozłowskiego, od lat przygotowywanego przez Turowicza do objęcia w przyszłości funkcji naczelnego „TP”. Ale to także budowanie realnej opozycji wobec kandydującego na stanowisko prezydenta RP Lecha Wałęsy (ROAD, z którego powstanie następnie Unia Demokratyczna). Turowicz włączył się do tego ruchu, bo – jego zdaniem – przywódca Solidarności głową państwa zostawać nie powinien. To stało się zresztą powodem ostrej reakcji Wałęsy, który publicznie wezwał Jerzego Turowicza „do tablicy” i kazał mu się ze swego stanowiska tłumaczyć, doprowadzając w ten sposób do ostatecznego rozłamu w łonie Solidarności (przeciwko Wałęsie opowiedzieli się wtedy m.in. legendarni przywódcy związkowi, jak Zbigniew Bujak czy Władysław Frasyniuk). Z drugiej strony – z powodu poparcia kandydatury Mazowieckiego – od „Tygodnika” odpłynęła wówczas spora część czytelników, zarzucając pismu upolitycznienie. „To nieporozumienie – konsekwentnie odpowiadał im Jerzy Turowicz. – »Tygodnik Powszechny« przez całe 45 lat Polski Ludowej był pismem politycznym, budując opór przeciw totalitarnemu zniewoleniu przez system komunistyczny i przyczyniając się w miarę swoich skromnych możliwości do upadku tego systemu. Czy dzisiaj, kiedy od rezultatu toczącej się walki politycznej zależy budowa demokracji i przyszłość naszego kraju, moglibyśmy pozostać neutralni, uchylić się od zajmowania politycznego stanowiska?”

To pytanie przyświecało działalności publicznej Redaktora w ostatniej dekadzie jego życia. Bo co tu kryć: jeśli Turowicz zabierał wówczas głos w sprawach publicznych, to dlatego że czuł się do tego zobligowany. Że domagało się tego odeń jego sumienie.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata