70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Być dobrym w czynieniu dobra

Wielu z tych ludzi, którzy uważają się za filantropów, jest mizantropami i patrzy z góry na potrzebujących wsparcia. A pomaganie innym wymaga szacunku dla tych osób i troski o to, aby odzyskały niezależność. Każdy się z tym zgodzi, ale w praktyce, w działaniach organizacji pomocowych – również kościelnych – często mamy do czynienia z podejściem paternalistycznym, hierarchicznym i uzależniającym od pomocy.

Chciałabym zacząć naszą rozmowę od pytania o jej zasadność: Czy od Kościoła należy wymagać, żeby angażował się w tworzenie społeczeństwa obywatelskiego i wzmacnianie trzeciego sektora? Nie jest to przecież jego misja.
Zapewne istnieją różne szkoły myślenia o Kościele i różne przekonania na temat jego działalności. Mnie bliska jest wizja Kościoła zaangażowanego i ważne dla mnie pytanie dotyczy tego, na czym to zaangażowanie w świecie miałoby polegać. Przy czym warto rozróżniać to, czego oczekujemy od hierarchii i struktur, i to, czego oczekujemy od Kościoła jako ludzi wierzących. Wiele opinii krytycznych, które wypowiem, bardzo łatwo byłoby adresować do hierarchii, ale większość z nich wraca jak bumerang do samych wiernych. W wielu dziedzinach jesteśmy przyzwyczajeni do oceniania występków i zachowań innych, Kościół jest tylko jedną z takich instytucji. Ten rodzaj rozumowania można też przeprowadzić w stosunku do instytucji państwa, samorządu, zastanawiając się, czy samorząd to osoby na liście płac samorządu czy mieszkańcy. To samo dotyczy opinii rodziców o tym, co się dzieje w szkole: mają mnóstwo pomysłów na to, co powinni zrobić nauczyciele, a bardzo mało dotyczy tego, co sami powinni zrobić. Mam tego świadomość i to jest wielki nawias, który trzeba na początku postawić.

Odpowiadając na Pani pytanie – tak, mnie się wydaje, że od Kościoła można wymagać więcej w tym ewangelicznym rozumieniu, że od tych, którzy więcej mają, więcej się wymaga. Kiedy mówimy o wzmacnianiu sfery publicznej, o tym, co to znaczy być obywatelem, mimo że te określenia mogą być różnie definiowane, wydaje się, że Kościół posiada bardzo bogate rezerwuary różnego rodzaju zasobów, które mógłby w tym celu uruchamiać. Nie po to, żeby pozbywać się swojej podstawowej misji, ani nie po to, żeby z księży, z duszpasterzy zrobić aktywistów. Jednak jeśli zastanowimy się nad tym, co to znaczy być katolikiem, co to znaczy być aktywnym katolikiem, z całą pewnością odpowiedź nie powinna ograniczać się do uczestnictwa w praktykach religijnych, musi uwzględniać też dawanie świadectwa, odpowiadanie na to, co nas otacza, gesty solidarności. Jeśli wiara bez uczynków jest martwa, należy zadać pytanie, o jakich uczynkach mowa. Cały świat, który nas otacza, pełen jest pretekstów, żeby takie uczynki spełniać, i jest oczywiste, że część z nich może mieć charakter religijny, modlitewny. Bardzo często jednak świadectwo polega też na robieniu czegoś. Kościół w tej sprawie może być i przewodnikiem, i wsparciem. Za taką wizją się opowiadam.

Czy w przypadku działań pomocowych Kościoła można używać takich określeń jak trzeci sektor albo społeczeństwo obywatelskie?
To zależy od definicji, jakie przyjmiemy. Znajdziemy zwolenników poglądu, że Kościół jest poza obszarem społeczeństwa obywatelskiego, którzy uważają, że to jest mieszanie sfer, bo według nich wyodrębnienie trzeciego sektora polega dokładnie na tym, że oddzielamy go od innych dziedzin – od biznesu, struktur państwa, struktur rodziny i struktur konfesyjnych. Przedstawicieli tego poglądu znajdziemy wśród ludzi Kościoła i wśród działaczy pozarządowych, którzy uważają, że jest lepiej, gdy jesteśmy zupełnie odrębni. Ja nie podzielam tego poglądu. Dla mnie definicja zaangażowania obywatelskiego i zaangażowania w trzeci sektor to działania związane z misją, których istota nie ma charakteru komercyjnego. W Stanach nikomu nie przyszłoby do głowy, że Kościoły i organizacje religijne nie są częścią społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiste się tam wydaje, że tak jest. U nas częściej spotkamy się z rozdzielaniem tych płaszczyzn. Ale gdyby, mówiąc złośliwie, Kościół tak bardzo nie stronił tak od zaangażowania społecznego, jak nie stroni od polityki, to już byłby dobry wynik. Uważam, że Kościół powinien być zaangażowany, pojawia się tylko pytanie – w jaki sposób?

Na ten temat są różne poglądy i mamy dosyć ambiwalentne dane na temat tego, czy uczestnictwo w Kościele pomaga uczyć się otwartości, myślenia w kategoriach wymiany opinii, pochwały różnorodności, czy też nie. Mówimy o tak dużej instytucji, że można łatwo znajdować argumenty za tym, że bywa i tak, i tak.

Statystyki pokazują, że w Polsce osoby wierzące częściej niż niewierzące angażują się w działalność na rzecz innych. Funkcjonuje 60 tys. religijnych organizacji wspólnotowych, które zrzeszają 2,5 mln członków. Wydawałoby się więc, że skala zaangażowania jest duża. Na czym polega problem?
Według danych, którymi dysponuję, te organizacje mogą być bardzo różne. Należą do nich Bractwa Szkaplerzne, Ruch Rodzin Radia Maryja, Żywy Różaniec, Ruch Światło-Życie etc. Od bardzo konfesyjnych do takich jak Caritas czy Parafiada, które w tym, co robią, mają silne zanurzenie w świecie. Trzeba mieć to na uwadze, kiedy próbujemy odpowiedzieć, czy w kraju, w którym wielu ludzi deklaruje się jako katolicy, 2,5 mln osób nominalnie deklarujących zaangażowanie powinno robić wrażenie.

Zawsze uważam, że należy przyjmować perspektywę aspiracyjną. Powinno być tych osób więcej i co ważne – w przeszłości było ich więcej. Bo trzeba też zastanowić się, z czym należy najnowsze dane porównywać. Nie mamy żadnych informacji, które sugerowałyby, że aktywność społeczna w Kościele wzrasta. Dzieje się odwrotnie i na to trzeba patrzeć z troską. Coraz mniej osób uważa parafie za rodzaj swojej przestrzeni wspólnotowej. To, że chodzimy co niedziela na mszę, wcale nie oznacza, że jesteśmy tam wspólnie, i moim zdaniem to jest dosyć wyraźne.
Trzeba też zaznaczyć, że dane dotyczące wiary i zaangażowania mówią o zależnościach korelacyjnych, tzn. o współwystępowaniu pewnych zjawisk, ale to nie musi znaczyć, że z tego, że jesteśmy religijni, wynika zaangażowanie w sprawy społeczne. Równie dobrze można sobie wyobrazić odwrotną kolejność – że zaangażowanie w sprawy społeczne może być drogą do odkrywania czegoś ważnego, transcendentnego, mówiąc wprost – Boga. Kiedy patrzymy na statystyki, widać, że istnieje dość wyraźny związek polegający na tym, że osoby deklarujące praktyki religijne częściej niż raz w tygodniu, częściej twierdzą, że mogą polegać na innych, że się angażują, są bardziej ofiarne itd., przy czym trudno określić, w czym są ofiarne. Bardzo często to zaangażowanie więcej niż raz w tygodniu polega na zaangażowaniu w owe ruchy o charakterze konfesyjnym, a to niewiele wyjaśnia. Kiedy spojrzymy na katolików, którzy chodzą do kościoła raz w tygodniu albo rzadziej, te związki nie okazują się wcale takie mocne. Badania mówią też, że osoby, które nie chodzą do kościoła, częściej angażują się w ruchy sportowe. Można z tego wyciągnąć wnioski, co kto robi w niedziele.
Ale nawet gdyby było tak, jak Pani mówi, jest to taka argumentacja: „nie ma się czego czepiać, przecież my i tak dużo robimy”. Ustawienie sprawy w ten sposób jest niewłaściwe. Ja próbuję powiedzieć: „jeśli idzie nam tak dobrze, róbmy więcej”. To nie jest żadne oskarżenie, to jest rodzaj prośby, wyzwania, też artykułowanie oczekiwań wielu katolików, że Kościół mógłby więcej.

Skąd w Kościele powinny wypływać impulsy mobilizujące do działania?
Pojawia się tutaj pytanie o to, jak instytucje się modernizują. Są różne teorie na ten temat. Niektórzy twierdzą, że biskupi powinni częściej głosić jakieś orędzia, pisać listy pasterskie, i tu znowu moim zdaniem jest tych wystąpień za mało. Listów społecznych, które mówiłyby o ważnych sprawach, nie ma prawie wcale. Nawet niedawno zmarły Wiesław Chrzanowski w wywiadzie z Cezarym Michalskim dla „Dziennika Polskiego” w 2008 r. stwierdził, że Kościół zapomniał o społeczeństwie. Jeszcze jakoś rozumiemy aktywność typu charytatywnego. Ale wiele problemów, z którymi mamy do czynienia, w ogóle nie może być rozwiązanych na tym poziomie – np. przemoc w rodzinie nie ma nic wspólnego z charytatywnością. Kwestie wspólnoty, współodpowiedzialności za państwo, płacenia podatków również nie mają nic wspólnego z charytatywnością. Jest mnóstwo takich sytuacji w społeczeństwie, na które jeszcze nie znaleźliśmy języka, żeby mówić, że one mają walor i wektor moralny. Jest sporo do zrobienia i myślę, że Kościół trochę dał się zagonić w kozi róg, czuje się oblężony i broni się, podczas kiedy powinien przyjąć bardziej muskularną postawę i zmierzyć się z tymi wyzwaniami. A ma na to bardzo wiele sposobów. W kraju, w którym istnieje tak duży deficyt zaufania do kogokolwiek, do autorytetów, Kościół mógłby odegrać ważną rolę.

Uważam, że jedno z największych wyzwań to odkrycie, jak takie instytucje się modernizują, skąd wychodzą sygnały, że coś mogłyby wyglądać inaczej. Na pewno nie ma jednej odpowiedzi. Wpływ mają i listy pasterskie, i to, co robią biskupi, czy wysyłają jakieś widoczniejsze sygnały. Bp Życiński zrobił bardzo dużo dla wolontariatu, dla pracy z młodzieżą. To samo dotyczy bp. Chrapka. Są przykłady osób, które w pamięci aktywistów zapisały jako bardzo otwarte. Ale pewnie dużo rzeczy się dzieje oddolnie. W wielu parafiach trwają heroiczne wysiłki księży, duszpasterzy, zakonników, którzy próbują dawać świadectwo. Mnie się wydaje, że to jest wielkie zadanie i dla świeckich, i dla hierarchii, żeby szukać klucza do modernizacji i zmiany oraz żeby te pozytywne działania zauważać, nagradzać i mnożyć.

Jak postrzega Pan zaangażowanie osób świeckich w dobro wspólne?
W dużych miastach pojawiają się zwiastuny pewnej zmiany, ale en masse my jesteśmy straszliwie letni. Jest to nie do wyjaśnienia, dlaczego kraj, w którym jest tak wielu katolików, kiedy chodzi o różne sprawy związane z dawaniem świadectwa, nie jest szczególnie odmienny od innych społeczeństw. Bez względu na to, czy chodzi o liczbę rozwodów, liczbę przestępstw, poziom korupcji, przyzwolenie na działania antyspołeczne – tego nie da się wyjaśnić. Któraś zmienna tu nie działa. W innych krajach tradycyjnie uznawanych za katolickie – np. we Włoszech – według statystyk analizujących wolontariat katolicki to zaangażowanie jest nieporównywalne z naszym. Nie wiem, jak to się dzieje, ale tam – podobnie zresztą jak w Stanach Zjednoczonych – przynależność do Kościoła, jest znacznie częściej przekładana na praktykę.

W dużych miastach coraz częściej młodzi ludzie szukają dla siebie kościoła, zmieniają parafie, ale łączy się z tym też poszukiwanie duszpasterstwa, grupy charytatywnej, wolontariatu. Czy to wygodnictwo czy godna pochwały postawa?
Młodzi ludzie szukają tego, co jest lepsze, ale to nie znaczy wcale, że wygodniejsze, bo akurat w perspektywie chrześcijańskiej lepsze oznacza bardziej wymagające. Kościół to nie jest instytucja, która powinna uwodzić i przekonywać tym, że jest łatwiej, krócej, prościej. To jednak nie jest firma i wiele osób doskonale to rozumie.
Każdy z nas coś pamięta z nauczania Jana Pawła II. Ja zapamiętałem spotkanie na Jasnej Górze i to, jak mówił: „nie chciejcie rzeczy, które by was nie kosztowały”, czyli że każda wartość oznacza koszt. Jednego bez drugiego nie można mieć. I w związku z tym ludzie, a w szczególności młodzi ludzie, jeśli mają wewnętrzną i niemożliwą do stłumienia potrzebę odnalezienia sensu i wartości, są gotowi dla tego dużo poświęcać. Widać w wynikach wielu badań, że jeśli w parafii działają – nazwijmy to – „pomosty do społeczności”, może być to rada parafialna, jakaś działalność charytatywna, sportowa, modlitewna, to parafia ta od razu jest postrzegana jako coś żywego. Dlatego w najlepiej pojętym interesie Kościoła leży to, żeby przyciągać także tego rodzaju działalnością.

Podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego mówił Pan o tym, że organizacje trzeciego sektora, które nie są związane z Kościołem, mają często większą skuteczność działania, większą efektywność. Czy Kościół powinien się od tych organizacji uczyć? Jakie relacje powinny między nimi zachodzić?
Z cech samej instytucji nie da się wywieść, czy ona jest pożyteczna czy wręcz przeciwnie. Trzeba zbierać wszystkie dostępne informacje, żeby to ocenić, ale jeśli rozmawiamy o Kościele, myślę, że to jest ten fragment instrumentarium budowania zaangażowania i kapitału społecznego, który jeszcze mógłby i powinien być znacznie bardziej aktywny. Jest taki tekst Janka Herbsta, który nosi tytuł Drugi trzeci sektor, czyli o aktywności społecznej wokół Kościoła katolickiego w Polsce i rzeczywiście można powiedzieć, że te dwa światy – sektor kościelny i pozakościelny – jakoś się ugruntowały w takiej odrębności. My jesteśmy tym innym sektorem, wy jesteście innym. Ale nie byłoby dobrze, gdyby te światy zupełnie się ze sobą nie kontaktowały, bo mają sobie bardzo dużo do powiedzenia.

Najprostszy podział polega na tym, że organizacje świeckie są coraz bardziej sprawne od strony technicznej, mają praxis, wiedzą, jak to się robi, jak się zdobywa pieniądze, jak się zarządza projektami. Bardzo często także dlatego, że ich podstawowa doktryna to doktryna przetrwania jako instytucji. Problem polega na tym, że tracą z oczu wartości, nie zadają sobie pytań typu „właściwie po co to robimy?”. Wiele instytucji ma za sobą czasy, kiedy oczywiste było, że powstały z czyjejś pasji, z poczucia, że trzeba coś zrobić, pomagać bezdomnym albo niepełnosprawnym, albo bezrobotnym. Wiele osób, tworząc te instytucje, staje się ich zakładnikami, w końcu musi walczyć o ich przetrwanie, musi godzić się na dużo kompromisów. Gdzieś gubi się w tym, po co to robi. Rysuję ten obraz w trochę zbyt czarnych barwach, ale istnieje tego typu zagrożenie. Zmierzam do tego, że tam jest to techne. Natomiast w działaniach Kościoła powinny być podstawowe wskaźniki nie know how, ale powiedziałbym know why, czyli nie „jak”, ale „po co” w ogóle to robimy. Byłoby wspaniale, żeby gdzieś te dwa podejścia się spotykały.

Prawdą jest, że kiedy kształci się liderów, aktywistów, to najsłabszym elementem tego wszystkiego są aspekty formacyjne, nie elementy techniczne, sprawnościowe, ale to podstawowe pytanie – po co w ogóle coś robimy? Umiejętność kwestionowania tego, co się robi, umiejętność zadawania pytań podstawowych jest czasami niewystarczająca. Liczę, że Kościół i jego instytucje staną się źródłem refleksji, która pozwala myśleć samokrytycznie o sobie, i to jest bardzo ważne.

Namawiałem kiedyś Jankę Ochojską, żeby zrobić rekolekcje dla działaczy. Różne są oczywiście hipotezy na temat kręgów piekieł, ale uważam, że dość prawdopodobne jest istnienie kręgu dla różnego rodzaju działaczy – sam się do nich zaliczam. Istnieje gigantyczna pokusa dla ludzi, którzy nie zajmują się polityką, nie są w biznesie i trudno im zarzucić, że podążają za zyskiem, bo zaangażowali się w sprawy publiczne. Oni mogą łatwo uwierzyć, że wybrali tę lepszą cząstkę. Pojawia się czasem pewien rodzaj pychy, więc takie rekolekcje byłyby bardzo przydatne. I dlatego uważam, że tacy ludzie czekają na mądre listy pasterskie, które by tłumaczyły kim, oni w tym wszystkim są, jakie jest ich miejsce. I tego jakoś na razie nie dostają.

Czy można powiedzieć, że instytucje kościelne są nieudolne w swoich działaniach pomocowych, charytatywnych?
Część pewnie tak. Należałoby szukać jakiejś równowagi między tymi dwoma aspektami, o których mówiliśmy, ale uważam, że w czynieniu dobra też trzeba być dobrym. Oczywiste jest, że obszar potrzeb jest znacznie większy niż zasoby, jakie posiadamy albo będziemy kiedykolwiek posiadać. Dlatego trzeba podejmować pewne decyzje, ustalać priorytety, zastanowić się nad efektywnością. Nie można ulegać złudzeniu, że rozgrzeszają nas dobre intencje, a niestety to poczucie jest bardzo powszechne. Wydaje się nam czasem, że jeśli nie jesteśmy opłacani, działamy na zasadzie wolontariatu, stanowi to jakiś rodzaj rozgrzeszenia z tych momentów, kiedy nie do końca pracujemy sprawnie, odpowiedzialnie, skutecznie.

Bardzo chcę uważać na słowa, nie chcę powiedzieć, że to dotyczy tylko organizacji kościelnych, ale istnieją często w działaniach pomocowych, które mają dość tradycyjny, charytatywny charakter, również elementy związane z dużą dozą paternalizmu i kontroli. Myślę, że wielu z tych ludzi, którzy uważają się za filantropów, jest mizantropami i patrzy z góry na potrzebujących wsparcia. A to tak nie działa. Pomaganie innym wymaga olbrzymiego szacunku dla tych osób i przede wszystkim troski o to, aby one odzyskały niezależność, suwerenność, możliwość większej kontroli nad swoim życiem. Każda organizacja oczywiście to powie, ale w praktyce, w działaniach różnych organizacji – w tym kościelnych – dość często mamy do czynienia z silnym podejściem paternalistycznym, hierarchicznym i w gruncie rzeczy uzależniającym od pomocy. To nie jest zła wola. Czasami znacznie dłuższa i trudniejsza jest droga do tego, żeby ludziom pomagać z uznaniem ich deficytów z jednej strony, ale z drugiej strony z ich prawem do podejmowania błędnej decyzji, ponoszenia konsekwencji itd. Chcę być ostrożny, ale jest tu coś do zrobienia i prawdopodobnie w tej kwestii organizacje pozarządowe mogą być bardzo przydatne.

W środowisku pozarządowym istnieje cały legion organizacji, które byłyby bardziej niż szczęśliwe, gdyby tylko ktoś dał im dostęp do jakiejś formy komunikacji z organizacjami kościelnymi. Pamiętam, jak kiedyś Ogólnopolska Rada Ruchów Katolickich zaprosiła mnie do warszawskiego kościoła jezuitów, gdzie tłumaczyłem jej członkom, że korzystanie z pieniędzy unijnych nie jest występne, nie ma w tym nic złego, że jeżeli są pieniądze na pracę z ludźmi wykluczonymi społecznie, to są po to, żeby po nie sięgać. To dotyczy także nowoczesnych technologii, dotyczy bardzo wielu kwestii i dopóki trzeci sektor kościelny i świecki będą tak rozdzielone, to trudno będzie się im od siebie uczyć.

Skoro mówimy o uczeniu się od siebie, spróbujmy wyznaczyć kilka punktów, w których widziałby Pan możliwość poprawy sytuacji w instytucjach katolickich. Od czego należałoby zacząć?
Myślę, że na samej górze ważna jest rozmowa na temat Kościoła, jego miejsca w świecie i opinii na temat świata. Można byłoby ją określić mianem nowoczesnej, ale w gruncie rzeczy jest to głęboko ewangeliczna i tradycyjna dyskusja. Wszyscy czytaliśmy encykliki Jana Pawła II, np. Caritas in veritate, albo wywody doradcy Benedykta XVI, abp. Reinharda Marxa, który napisał Kapitał. Mowa w obronie człowieka, czyli teksty, które bardzo nowocześnie, powiedziałbym: progresywnie, mówią o tym, jak ułożony jest świat, jaka jest rola państwa, a jaka obywateli. W tym kontekście mnie bardzo irytuje to, że w potocznym rozumieniu to nie Kościół, ale ktoś inny ma monopol na lewicową wrażliwość. Kościół dał się jakoś przekonać do tego, że może być kompletnie nieczuły w kwestiach społecznych, a moim zdaniem ma bardzo dużo do powiedzenia. Powinniśmy sobie przyswajać te myśli, które przychodzą w gruncie rzeczy z Watykanu, nie z jakichś zakątków Kościoła. Mam pretensje do katolicyzmu straszliwie pogodzonego z rynkiem, nieopowiadającego, że może powinno być inaczej. Dlatego uważam, że na najwyższym szczeblu potrzebna jest rozmowa o tym, po co nam Kościół w świecie, który się modernizuje. To byłby mój apel do hierarchii, żeby powstawało więcej listów pasterskich dotyczących kwestii społecznych. Rok 2012 jest Europejskim Rokiem Aktywności Osób Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej. Przez najbliższe 20 lat wyzwaniem w Europie będzie godność ludzi umierających. Wyzwaniem będzie też spór między pokoleniami i bunty młodych dotyczące spłaty długu, jaki zaciągnęli ich rodzice. To może być jedna z większych kulturowych katastrof. Nie słyszałem o zbyt wielu dyskusjach, które tego by dotyczyły.
Na poziomie szeregowych księży i duszpasterzy na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby mieli dostęp do wiedzy pomocnej w ich działaniach lokalnych. Marzy mi się, żeby powstała jakaś płaszczyzna wymiany informacji i doświadczeń. Mógłby to być np. internetowy portal wewnętrzny, gdzie księża i zakonnicy mogliby czerpać ze źródeł, do których mają zaufanie, mogliby znaleźć podpowiedzi w kwestiach nie tyle duszpasterskich, ile praktycznych. Spowiednicy spotykają się często z osobami, którym trzeba poradzić, co zrobić, i nie zawsze chodzi o modlitwę. Czasem taka osoba powinna gdzieś się udać, poszukać rady, profesjonalnej pomocy. Duchowni powinni więc mieć listę adresową instytucji, o których wiedzą, że mogą ludziom pomóc. Powinni je dobrze znać i wiedzieć, jak działają, bo konfesjonał jest często jednym z nielicznych miejsc, w których ludzie zwierzają się ze swoich problemów i gdzie słuchają wskazówek. To byłby taki rodzaj uczenia się nie tylko od góry, ale też od siebie nawzajem.

Ważne byłoby też dostrzeżenie, ile Kościół ma wolnej przestrzeni w sensie fizycznym. W socjologii miejskiej pojawia się pojęcie „trzeciej przestrzeni”, takiego miejsca, które jest poza miejscem pracy i poza rodziną. Wspominamy cały czas zasługi Kościoła w latach 80., kiedy do kościoła i do sali parafialnej chodziło się rozmawiać o wszystkim, bo to było jedno z nielicznych miejsc będących przestrzenią publiczną. Kościół wciąż fizycznie ją posiada, ale ona do tego celu nie jest już używana i to jest duża strata. Po wprowadzeniu religii do szkół sporo różnych pomieszczeń pozostało. Powinno funkcjonować jakieś domniemanie, że kościół może być miejscem spotkania, rozmowy, prowadzenia klubu dyskusyjnego, kawiarni. W socjologii pojawia się kategoria przystankowiczów – młodzież stoi na przystankach, stacjach benzynowych, szuka przestrzeni, która nie jest szkołą, nie jest domem, nie jest jeszcze pracą. Kościół fizycznie przestrzeń posiada i może powinien pomyśleć, na jakich zasadach mógłby jej mądrze używać, zanim zaczniemy przerabiać świątynie na dyskoteki czy punkty informacji turystycznej.
A jeśli chodzi o same organizacje kościelne, wydaje mi się, że korzystna byłaby próba wytworzenia większego zaufania i większej interakcji ze świeckim trzecim sektorem. Byłoby to pożądane oczywiście również po drugiej stronie. W zaufaniu jest tak, że ludzie muszą się zbliżać z obydwu stron. Organizacje świeckie powinny dzielić się wiedzą na temat tego, w jaki sposób udaje im się aktywizować lokalne środowiska, np. jak otworzyć dla wolontariatu parafie, bo gdzie można spotkać idealistycznie nastawioną młodzież, która chciałaby coś zrobić, jeśli nie na mszy dla studentów? Byłoby dobrze, gdyby Kościół sygnalizował, że jest otwartym miejscem, w którym wiele dobrych rzeczy mogłoby się dziać.

Znowu może powstać wrażenie, że są to postulaty skierowane w stronę duchowieństwa. Co ze świeckimi?
Trzeba mieć w głowie to pierwsze założenie z naszej rozmowy, że jeśli mówimy o hierarchii, mówimy jednocześnie o nas samych. Tego nie da się rozdzielić. Ostatecznie oznacza to tyle, że jest jakiś rodzaj interakcji, w której tworzy się przestrzeń, i że ta przestrzeń ma być wypełniona nie tylko przez duchownych, ale też przez świeckich. Nie będę namawiał do żadnej rebelii, herezji, ani niczego takiego. Nie chcę też zamienić się w jakiegoś rodzaju duszpasterza. Mogę powiedzieć tylko, że na pewno po stronie świeckich musi być więcej gotowości, skłonności do inicjatywy, pomysłów. Nie wiem, czy sam bym się zdobył na to, żeby po mszy pójść do zakrystii i powiedzieć, że „mam taki pomysł”, ale dopóki nie znajdą się ludzie, którzy mają taka odwagę, pewnie nic z tego nie wyjdzie. Musimy się do siebie zbliżać z obydwu stron.
Nie uważam, że Kościół rozumiany jako wspólnota należy zmienić przez samą hierarchię. To byłoby podejście sprzeczne z myśleniem o społeczeństwie obywatelskim. Postawy obywatelskie, postawy odpowiedzialności muszą wyrastać z autentycznego ducha wspólnoty samych wiernych. Nie mam na to cudownej recepty, ale sądzę, że w tym menuecie pierwszy ruch należy jednak do tego, kto ma przewagę pozycji. On pierwszy powinien zrobić coś w rodzaju symbolicznej, częściowej abdykacji. Wielu ludzi uważa, że to mogłoby być odczytane jako dowód słabości. A to jest dowód największej siły! Staram się tłumaczyć, że po drugiej stronie są też ludzie, którzy mają swoją wyobraźnię, pasje i też potrafiliby się pobudzić do myślenia o dobru publicznym. Władza może bez obaw powiedzieć: „My nie wiemy. Może byście nam coś poradzili? Nie jesteśmy nieomylni”. Zrozumiałe jest, że w wielu dziedzinach – np. w rozstrzygnięciach doktrynalnych – Kościół hierarchiczny zachowa swoją pozycję. Jednak w wielu innych kwestiach nie jest najmądrzejszy i nawet nie powinien być. A w każdym razie nie jest wszechmocny, do wielu działań potrzebuje energii innych ludzi, których może zapraszać do działania. Kluczem do zaangażowania, w tych czasach w każdym razie, jest poczucie współdecydowania. Wierni wymieniają współodpowiedzialność za współdecydowanie. Gdyby tej odpowiedzialności laikatu miało być więcej, Kościół w tych dziedzinach, w których może sobie pozwolić na rodzaj abdykacji, będącej dowodem siły i zaufania, powinien się na nią decydować. Wola i działania muszą być obustronne, ale pierwszy krok i wyraźny sygnał w takich instytucjach leży zdecydowanie po stronie hierarchii.


KUBA WYGNAŃSKI – socjolog, animator środowiska organizacji pozarządowych, współzałożyciel Stowarzyszenia Klon/Jawor i Stowarzyszenia na rzecz Forum Inicjatyw Pozarządowych. Prezes zarządu Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter