70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czeka nas wielkie zdumienie

Apokalipsa to niezwykła księga nadziei, na miłość Boską! Tylko nie nauczyliśmy się jej czytać!

Justyna Siemienowicz: Jaki będzie koniec świata?
ks. Wacław Hryniewicz: A jaki był początek? Bóg rozproszył ciemności, przezwyciężył chaos i zaprowadził porządek – tak, że w Księdze Rodzaju mógł pochwalić samego siebie, przyznając, że „wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Jeśli dobre (tob), to również piękne (podobne znaczenie ma greckie kalós). Jest to obrazowanie zaczerpnięte z Biblii, ale w kwestii początku świata ten religijny, metaforyczny język zbiega się niekiedy z językiem współczesnej nauki i jej narracją o Wielkim Wybuchu. I choć w Piśmie Świętym zaraz po opisie stworzenia mowa jest o upadku pierwszych ludzi, to jednak same początki są przedstawione jako dobre i piękne. Myślę, że koniec świata może je tylko w tej wspaniałości przewyższyć.

A nie będzie ich odwrotnością? Powszechne intuicje skłaniają raczej do patrzenia na koniec świata jako na jego schyłek.
Myślę, że nie, bo ludzkie dzieje jednak ciągle dojrzewają, pomimo wszelkich zahamowań i zapaści. O schyłku możemy mówić raczej w odniesieniu do świata fizycznego w Układzie Słonecznym. Jeśli Wielki Wybuch datuje się na 14 mld lat, to mamy przed sobą jeszcze trochę czasu, bo ok. 7-8 mld, aż Słońce się wypali, stopi doszczętnie powierzchnię naszej planety i stanie się czarnym karłem. Choć oczywiście może być i tak, że wcześniej sami sobie urządzimy apokalipsę i zdmuchniemy się z powierzchni Ziemi. Nie sposób jednak tego przewidzieć.

Dla mnie jako teologa ważna jest paralela początku i końca. Myślę, że interpretacje początków muszą rzutować na interpretacje końca. A to, co jest nam dostępne w obu przypadkach, to obrazy, metafory. Nie wolno ich interpretować dosłownie tak w odniesieniu do początku, jak i do końca świata, bo to naraża na śmieszność i kompromituje wiarę.

Dlaczego? W przeciwieństwie do poetyckiej i oszczędnej mimo wszystko wizji początków biblijne opisy końca świata są znacznie bardziej rozbudowane i szczegółowe. Być może z tego właśnie powodu tak łatwo przemawiają do wyobraźni i przerażają.
Tych opisów jest więcej, ale to nie są reportaże, które można by przyjmować jeden do jednego! To błędne podejście leży u źródeł wszystkich fundamentalizmów, obecnych także w łonie chrześcijaństwa. Apokaliptyka biblijna, nawet zawężona do Ewangelii, nie jest jednoznaczna. Jej interpretacja wymaga odpowiednich dla niej reguł. Trzeba zestawiać ze sobą teksty, nieraz zdawałoby się przeczące sobie, i spoglądać na nie tak, by widzieć, jak się wzajemnie oświetlają. Ewangelia jest jedna, ale w czterech wersjach, i w tym niejednoznacznym czterokształcie trzeba ją uszanować, nie próbując na siłę jej ujednolicać. Niestety tłumaczenia Pisma i towarzyszące im interpretacje rzadko noszą znamiona takiego podejścia. Częściej są świadectwem narastającej w dziejach chrześcijaństwa przewagi mrocznej wizji apokalipsy. Jezus w Ewangelii Jana mówi, że „Bóg przecież nie posłał Syna na świat, aby świat osądził, lecz aby świat został przez niego zbawiony” (J 3, 17). W Biblii Tysiąclecia, ale też innych polskich przekładach, zamiast „osądził” mamy „potępił”, a zaraz potem: „sąd zaś polega na tym…”. Skąd ten przeskok? Greckie terminy krísis i krínō, które pojawiają się w tym fragmencie, są wieloznaczne. I często tłumacze, chcąc zachować wierność wobec oficjalnej nauki Kościoła, w takich przypadkach wybierają mocniejsze wyrażenia, innych nawet nie sygnalizując. Niejednokrotnie zresztą wyrażenia te same się narzucają jako bardziej prawomocne, bo przez wieki były faworyzowane w ramach jednej, absolutyzującej się interpretacji.

Skoro przerażająca wizja końca czasów stanowi tylko jedną z możliwych interpretacji Pisma – dlaczego i kiedy zdominowała ona chrześcijańską eschatologię?
Zmagania dwóch różnych wizji końca są widoczne już u Ojców Kościoła. Znajdziemy wśród nich tych, którzy wyznawali nadzieję ostatecznego pojednania, powszechnego zbawienia oraz tych, którzy głosili wieczną zatratę. W Gehennie , o której mówił Jezus, coraz częściej, być może na skutek hellenizacji, widziano odpowiednik greckiego Hadesu w jego mrocznych głębiach. Wiele czynników mogło przyczynić się do wzmocnienia eschatologii akcentującej surowy sąd i wieczne potępienie. Na pewno zaważył też kontekst historyczny, w jakim rodziło się i rozprzestrzeniało chrześcijaństwo. Ewangelię głoszono barbarzyńcom, ludziom nieraz twardym, okrutnym. Jak najłatwiej było przekonać ich do nowej religii, skruszyć sumienie? Wzbudzając strach. W ten sposób pedagogia strachu, choć doraźna i powierzchowna, wyparła pogodniejsze wizje końca. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę początki chrześcijaństwa, to okaże się, że potrafiono modlić się i przyzywać: „Przyjdź, Panie Jezu!”. Choć w Apokalipsie jest wiele przerażających momentów, zmaganie się dobra i zła, straszliwy zamęt w ludzkich dziejach, to jednak Biblia kończy się ufnym przyzywaniem. Modlitwa Marana tha! (Przyjd,ź Panie nasz!) była modlitwą pogodną. Ona zamierała w ciągu wieków porażona strachem. Nasze widzenie spraw ostatecznych stawało się coraz bardziej przerażające, ponure, mimo że w samej Biblii nie ma jednolitych obrazów.

Niepokój mógł też budzić sam konflikt tych dwóch wizji. Ślady tych zmagań znajdujemy na kartach Biblii. W Liście do Hebrajczyków opis końca ma przerażać: „Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żyjącego” (Hbr 10, 31). Ludzi buntowniczych czeka jedynie dzień „straszliwego sądu” i „żar ognia” (Hbr 10, 27). Jeśli wrócimy natomiast do Ewangelii, to u Łukasza Jezus mówi: „Wyprostujcie się i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie” (Łk 21, 28). A więc inne, pogodne spojrzenie. Z kolei trzynasty rozdział Ewangelii Marka to przerażający opis apokalipsy: straszne wydarzenia poprzedzające przyjście Syna Człowieczego, zapowiedź narastającej dehumanizacji w dziejach ludzkości.

Często tę różnorodność wizji tłumaczono w ten sposób, że koniec świata będzie wspaniały i radosny dla wiernych, a dla niewiernych straszny.
To prawda, myślenie wykluczające pojawia się bardzo wcześnie. To jest plaga nawiedzająca także chrześcijaństwo. Nazwałbym to nawet herezją ekskluzywizmu. Sobory jeden po drugim ogłaszały i tłumaczyły prawdę, że poza Kościołem nie ma zbawienia, którą najpierw za św. Cyprianem rozumiano w sensie: poza Kościołem w ogóle, ale już po podziałach nie omieszkano doprecyzować: poza Kościołem rzymskokatolickim. I tak Sobór Florencki, zwany przecież unijnym, przestrzegał: jeśliby ktoś nawet rozdał swoje mienie, krew przelał dla Chrystusa, a nie znajdzie się w jedności z Kościołem katolickim, nie będzie zbawiony! Zbawienie ograniczono do jednego wyznania. Żaden niewierzący, żaden Żyd, wreszcie żaden niekatolik nie będzie zbawiony! A przecież w Starym i Nowym Testamencie są sceny wyraźnie przeciwstawiające się takiej postawie. Najbardziej wymownym przykładem jest Księga Jonasza piętnująca niechęć proroka do głoszenia potrzeby nawrócenia Niniwie, zaciekłemu wrogowi Izraela. W Księdze Liczb Mojżesz nie tylko nie zabrania prorokować dwóm młodzieńcom, którzy byli poza namiotem spotkania, ale też wyraża nadzieję, by cały lud miał w sobie takiego ducha. Jezus w analogicznej sytuacji mówi: „Kto bowiem nie jest przeciwko nam, jest z nami” (Mk 9, 40). I nie jest to przecież jedyny taki przypadek. Gdy nie przyjęto Jezusa i uczniów w jakiejś osadzie w Samarii, a Jan i Jakub, „synowie gromu”, chcieli spuścić na nią ogień, Mistrz „skarcił ich” (Łk 9, 55). Według niektórych rękopisów powiedział: „Nie wiecie, czyjego ducha jesteście”. W ten sposób moderował i wychowywał uczniów.

Dlaczego jednak w Biblii napotykamy tak sprzeczne opisy końca czasów jak te przywołane przez Księdza wcześniej?
Myślę, że nie są to radykalne sprzeczności, że w swej głębokiej warstwie całościowe przesłanie Biblii jest jedno. Opisy te są różne, ale nie sprzeczne; to jedynie perspektywy, z których ten jeden przekaz próbowano wyrazić. Do szczególnego pojednania tych przeciwstawnych obrazów dochodzi w Apokalipsie.

Ale przecież ta sama księga zawiera być może najbardziej sugestywną wizję podzielonego świata – świata wybranych, opieczętowanych i tych, którzy przyjęli znamię Bestii.
Apokalipsa od początku była księgą, która chrześcijan najbardziej przerażała. Świadczy o tym fakt, że spośród wielu istniejących ówcześnie podobnych pism apokaliptycznych tylko to jedno ostatecznie przyjęto i wprowadzono do kanonu. W prawosławiu Apokalipsa jako księga deuterokanoniczna – a i tak została za taką uznana dopiero po wielu zmaganiach – w ogóle nie weszła do czytań liturgicznych. Jest w niej walka dobra ze złem, której opisy mogą budzić niepokój, a nawet przerażać. Od początku tej księgi zarysowuje się jednak także niezwykła wizja Zmartwychwstałego i to ona stanowi jej dominantę. Zmartwychwstały to Ten, który „przychodzi z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko, i ci, którzy Go przebili. I opłakiwać Go będą wszystkie plemiona ziemi” (Ap 1, 7). To obraz powszechnej skruchy. Pod koniec księgi czytamy o Zmartwychwstałym jako Lampie Nowego Jeruzalem, w której świetle będą chodzić narody. I jeszcze zapowiedź, że „królowie ziemi” wniosą do miasta Bożego „swoją chwałę” (21, 23-24). O tych królach powiedziano wcześniej straszne rzeczy – to ludzie najbardziej niegodziwi, służący niszczycielskim zamysłom Bestii i Fałszywemu Prorokowi. Jak to możliwe, że na końcu wnoszą swą chwałę do Świętego Miasta? Zwróćmy uwagę na wielki symbol tej księgi, który, wyrwany z kontekstu, od wieków przerażał – jezioro ognia i siarki. Jeśli spojrzeć na niego jako na jeden z elementów całościowej wizji, to okazuje się, że jest to metafora oczyszczenia, ognia oczyszczającego. W „jeziorze ognia płonącego siarką” (19, 20), jedynej rzeczywistości poza Nowym Jeruzalem, coś musiało się stać z owymi niegodziwymi królami. Stali się całkowicie innymi ludźmi dzięki pośmiertnemu nawróceniu i pełnemu oczyszczeniu. W nich również dokonała się zdumiewająca przemiana. Teraz mogą już wejść do Świętego Miasta spoza jego bram na spotkanie z Chrystusem-Lampą Miasta Bożego.

To wszystko są obrazy, w które należy się wmyśleć, rozważać i interpretować, zestawiając je ze sobą. Apokalipsa to niezwykła księga nadziei, na miłość Boską! Tylko nie nauczyliśmy się jej czytać! Oto jeszcze jeden piękny symbol, będący aluzją do początku, do raju: w Mieście Bożym będzie stale owocujące „drzewo życia”. Ale to nie wszystko. Dalej czytamy, że „liście tego drzewa służą do leczenia narodów” (22, 2). Jak to? Na końcu czasów będzie się jeszcze odbywać terapia narodów? Będzie jeszcze potrzeba lekarstwa? A w końcu „nic już nie będzie obłożone klątwą” (22, 3). Te zastanawiające wątki tutaj są. I tchną wielką nadzieją eschatologiczną, nadzieją powszechnego zbawienia. Wcale nie przekreślają przy tym sądu, potrzeby oczyszczenia czy uleczenia. Widzimy więc, że Biblia jest nam niby dobrze znana, a jednak wciąż nieznana. Wątków uniwersalizmu nadziei jest zresztą w Apokalipsie więcej. Ot, choćby ten o dobrowolnym wyznaniu całego stworzenia: „A wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, usłyszałem, jak mówiło: »Temu, który siedzi na tronie i Barankowi błogosławieństwo, i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków«” (5, 13-14).

Czy to wina przekładów, czy też głębia tych tekstów sprawia, że nigdy nie poznamy ich dostatecznie?
Przekłady zawsze są nieścisłe. Jaki mamy dostęp do aramejskiego, którym mówił Jezus, czy do hebrajskiego? Żadne pismo Nowego Testamentu nie zachowało się w tych językach. Nawet List do Hebrajczyków znamy tylko po grecku. A kto umie grekę tak doskonale, by czuć ją jak ci, dla których była ona żywym językiem? Nieraz pytam: „Panie Boże, jaka jest ta Twoja pedagogia, czemu nie mówiłeś wyraźniej?” Spodobało się Bogu mówić przez Jezusa wtedy, gdy nie było komputerów, dyktafonów i jego głos zaginął. Dlaczego akurat tak? Droga wiary nie jest łatwa, trudno szukać na niej prostych, jednoznacznych odpowiedzi.

Czy to znaczy, że dociekając rzeczy ostatecznych, jesteśmy skazani na niepowodzenie?
Poniekąd tak, ale w dużej mierze sami także jesteśmy winni naszego zamieszania, zagubienia wobec tych najważniejszych, bo ostatecznych wydarzeń. Choć przywykliśmy mówić o rzeczach ostatecznych, nie jest to najlepsze wyrażenie, gdyż sprzyja myśleniu o eschatologii w kategoriach rzeczowych, przedmiotowych, przestrzennych, odrealniając ją w ten sposób, a często także infantylizując. Teologowie popadali nieraz w tak bzdurne rozważania jak dociekanie, w jakiej tonacji – molowej czy durowej – w dzień sądu aniołowie będą grać na trąbach, lub jaka jest temperatura ognia piekielnego… To jest już jakieś ekstremum pomieszania. W dużej mierze wikłamy się jednak w nauczaniu i interpretacji słów Jezusa, ponieważ nie traktujemy poważnie tego, co najbardziej przystępne – przypowieści. To nie są tylko zgrabne, pouczające opowiastki, lecz wielkie obrazy, w których ukryte są niezwykłe intuicje! Wyjątkowy pod tym względem jest piętnasty rozdział Ewangelii wg św. Łukasza. Jezus wobec słuchających go faryzeuszy i tych, którzy gorszyli się jego nauczaniem, zaczyna opowiadać o zaginionej owcy, zgubionej drachmie, wreszcie o ojcu wyczekującym syna, który go opuścił. Bohaterowie tych opowieści wydają się postępować nieracjonalnie. Gdzie tu jest logika, rachunek, a nawet roztropność? A przecież za pomocą tych figur Jezus usiłował nam coś powiedzieć o Ojcu, a tym samym o końcu, który jest dla nas tak tajemniczy. I wizja, którą przed naszymi oczami rysuje, jest niezwykła. Jeśli Bóg jest jak ten dobry pasterz, kobieta szukająca drachmy, stęskniony, przebaczający ojciec – to znaczy, że nie respektuje naszej logiki zysków i strat, że chce ocalać i na końcu się cieszyć. Będzie szukał „aż znajdzie” (Łk 15, 4.8) – przecież w słowach tych zawiera się zdumiewająca obietnica! Jak łatwo jednak je przeoczyć. Dopiero w pewnym momencie moich poszukiwań dotarło do mnie jak niewiarygodne intuicje kryje w sobie niepozorne słówko „aż”: „aż znajdzie”, „dopóki nie znajdzie”.

Wśród Jezusowych przypowieści jest jednak także i ta mniej pokrzepiająca – o sądzie. Jezus mówi w niej o owcach, które przygarnie do siebie, ale też o kozłach, które odtrąci.
Tak, jest opowieść o sądzie nad narodami, ale sądzie – przypomnijmy – nie z tego kim, ale jacy byliśmy, nie z przynależności do danej religii czy instytucji, ale z miłości. Słowa w Biblii zostały starannie dobrane. One same w sobie są nośnikami bardzo ważnych intuicji. Dlaczego tłumacze nie biorą ich pod uwagę, nie wspomną o innych możliwych sensach choćby w jednym komentarzu, przypisie? Otwieram piąte, najnowsze wydanie Biblii Tysiąclecia i czytam: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci” (Mt 25, 41). A przecież tam nie ma żadnego „precz”! Syn Człowieczy mówi: „odstąpcie, odejdźcie ode Mnie”, ale w tych słowach nie wyczuwa się gniewu. Ci „przeklęci”, to raczej ludzie przeklinani przez tych, którym nie okazali pomocy w potrzebie.

Podobnie rzecz się ma z ostatnim zdaniem tej przypowieści, dodanym prawdopodobnie przez samego Mateusza Ewangelistę. Jego wydźwięk jest zupełnie inny od tego, do którego przywykliśmy. Zdanie to mówi o tych, którzy pójdą do wiecznego życia i tych skazanych na wieczną mękę. W oryginale ta wieczna męka czy też kara jest wyrażona za pomocą słowa kólasis. Nie jest to przypadkowe słowo. Zwróciłem na nie niedawno uwagę na łamach „Gazety Wyborczej” w tekście Bóg lubi happy end (22 sierpnia 2012). I od razu pojawiły się oskarżycielskie listy, w których wykazywano mi, że się mylę, bo wystarczy przecież pojechać do Grecji, by przekonać się, że słowo to znaczy dzisiaj po prostu piekło i nie ma tu co roztrząsać. To prawda, że we współczesnym greckim zachowało się takie znaczenie, ale język przecież ewoluuje, a na jego kształt mają ogromny wpływ tak ważne teksty kultury jak Biblia i jej interpretacje. Dlaczego Klemensowi Aleksandryjskiemu czy Orygenesowi łatwiej niż nam było zawierzyć nadziei powszechnego zbawienia? Gdyż w grece, w której wyrośli i głosili Ewangelię, której mieli świetne, dla nas niedoścignione wyczucie, w słowie kólasis – przez tych Ojców tłumaczonym jako kara terapeutyczna, kara ku poprawie – wyraźnie słyszalny był jeszcze rdzeń, od którego ono pochodzi. A ma ono swoje źródło w zwyczaju okrzesywania, tj. obcinania dzikich pędów krzewów i drzew nie po to, by je zniszczyć, lecz by rodziły one lepsze, szlachetniejsze owoce. Dlaczego tych odcieni znaczeniowych nie bierzemy pod uwagę, zwłaszcza w tak wyrazistej przypowieści, i czynimy z niej sztandar przerażającej wizji końca – świata rozdartego ostatecznie ?

Być może dlatego, że przypowieść ta mówi jednak o pewnej ostateczności. Może w zarysowanej tam perspektywie wieczności te niuanse znaczeniowe nie grają roli lub mają znaczenie drugorzędne. Podkreślał Ksiądz przecież, jak ważną rolę odgrywa w interpretacji kontekst.
Tak, i trzeba o tym pamiętać także, gdy mówimy o wieczności. Czy na pewno wiemy, co oznacza słowo „wieczny”? Jak rozumiał je Jezus, gdy mówił o Gehennie ? Greckie aiōnios pochodzi od słowa aiōn, które oznacza wiek, długi okres czasu, taki, który może trwać wieki. Słowo to pojawia się także u Platona w sensie trwania mającego jednak swój kres. Trzeba się wczytać w teksty greckie z tamtego okresu, by poczuć, jaki ma ono wydźwięk semantyczny, jak było używane. Podobnie z hebrajskim słowem ōlam. W Pięcioksięgu występuje ono wszędzie tam, gdzie mowa jest o „wiecznych” instytucjach (np. szabatu) czy rozporządzeniach boskich. Są one wieczne w tym sensie, że człowiek nie jest w stanie przewidzieć końca ich istnienia. Olam wywodzi się z czynności ukrywania, mówi, że coś jest zakryte, do końca nieprzewidywalne, wykraczające poza naszą percepcję i nasze doświadczenie. Ale to nie znaczy, że można je od razu zestawiać z wiecznością Pana Boga. Widzimy więc, że już w Pierwszym Przymierzu, słowo to nie jest jednoznaczne. Nie można życia Bożego porównywać z tym, co dotyczy instytucji ludzkich, rozporządzeń dotyczących naszej drogi w czasie. Przymiotnik musi harmonizować z rzeczownikiem, do którego się odnosi. Kiedy czytamy więc, że jedni pójdą na „życie wieczne”, a drudzy na „wieczną karę / mękę”, to te wieczności nie muszą się sobie wcale równać, choć dla nas brzmią tak samo. Jeżeli w słowach Jezusa istnieje pewien paralelizm, jest to paralelizm asymetryczny.

Podobnych trudności jest naprawdę dużo i przebijać się przez nie jest bardzo trudno. Nie dziwię się zatem, że się błąkamy, że tyle jest zamieszania z końcem świata, tylu kaznodziei grzmiących, straszących ludzi, niepotrafiących dać im nadziei. I nie chodzi tu o jakąś słodką wizję dobrotliwego Tatusia, który przebacza wszystko, każdemu i niejako od ręki, bo taki już Jego los czy zawód. Jezus mówił o Gehennie. Trzeba będzie przejść przez oczyszczenie. Nadzieja apokatastazy nie czyni z tajemnicy zbawienia przymusowej amnestii dla wszystkich.

Czy wizja powszechnego zbawienia na końcu czasów nie zakłada jednak pewnego przymusu?
Nie ma żadnego przymusu! Pan Bóg nikogo nie przymusza. Jezus w Ewangelii św. Jana mówił tuż przed męką: „A Ja, gdy zostanę wywyższony nad ziemię, pociągnę wszystkich do siebie” (J 12, 32), a w innym miejscu: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli nie przyciągnie go Ojciec” (6, 44). Mamy więc boskie przyciąganie, a nie przymus.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter