70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Końca świata nie będzie

Nie ma w chrześcijaństwie „końca świata”, bo świat się nie skończy, lecz zostanie przemieniony w swoim sposobie istnienia na taki, jakim zaplanował go Bóg w jego ostatecznej formie.

Czym w wierze chrześcijanina jest apokalipsa? Kiedy sięgnie do Prawdy objawionej w Piśmie Świętym lektura ostatniej księgi pozostawi go bezradnym. Postanawia więc sprawdzić wykład wiary Kościoła, otwiera katechizm, ale nie znajduje tam nawet hasła „apokalipsa”. I tak pytanie wzbudzone przez rzeczywistość pozostaje: przecież nie tylko moje życie, ale też świat musi mieć swój kres – nie tylko człowiek, ale w ogóle stworzenie.
Nie przypuszczam, żeby stworzenie miało kres. Akty Boga są nieodwołalne. Jeżeli decyduje się na wzbudzenie życia i stworzenie świata, to nie po to, żeby im potem odebrać istnienie. Sam akt stworzenia wypływający z Bożej wolności zakłada, że Bóg daje światu istnienie bez kresu. Natomiast forma istnienia tego, co stworzone, może się zmieniać.
Chrześcijaństwo nie jest religią końca świata, lecz jest religią ostatecznej formy istnienia tego świata. Kiedy mówimy, że Chrystus przyszedł na świat, oznacza to, że ostateczność weszła w świat. Żyjemy więc w epoce ostateczności. Nie ma natomiast w chrześcijaństwie „końca świata”, bo świat się nie skończy, lecz zostanie przemieniony w swoim sposobie istnienia na taki, jakim zaplanował Go Bóg w tej ostatecznej formie. Natomiast ten odkładający się koniec, to spełnienie świata – Grecy nazywali go telos – jest cały czas z nami odkąd Syn Boży stał się człowiekiem. Może Czesław Miłosz miał rację, że już „innego końca świata nie będzie” niż konkretna śmierć konkretnego indywiduum?

Apokalipsa nie ma swojego miejsca w katechizmie, bo chrześcijaństwo nie jest apokaliptyczne w dzisiejszym, potocznym znaczeniu. Apokalipsa – z greckiego apokalipsis –oznacza „objawienie”. Objawienie, które dokonuje się w Chrystusie, a jednocześnie tam, gdzie Chrystus światłość świata pojawia się w świecie. Tam, gdzie pojawia się światłość, tam ciemność musi ustąpić. A więc w objawieniu Boga od razu objawia się świat. Apokalipsa to jest właśnie ostateczne objawienie tego, kim jest Bóg i w świetle tego, kim On jest, objawienie, czym jest świat. Żyjemy więc w czasach apokaliptycznych w takim znaczeniu, że są to czasy odsłonięcia się Prawdy. I to odsłonięcie jako spór światła i mroku jest niekiedy dramatyczne.

Teologia mówi o pierwszym stworzeniu, którego dokonał Bóg powołując świat do istnienia. Człowiek żył wtedy w obecności Boga. Wraz z odkupieniem, którego dokonał Jezus, człowiek zyskał niejako drugie stworzenie. Odtąd żyje mając udział w Bożym życiu. Czy więc, gdy ta nasza forma istnienia przemija i wkraczamy głębiej w Boże życie, to jest to jeszcze stworzenie, czy już nie, bo aż tak zostaje „wchłonięte” w Boga?
Między Bogiem i światem istnieje rzeczywista i prawdziwa różnica. To bardzo ważna idea chrześcijańskiej Tradycji, którą przypomina i podkreśla I Sobór Watykański. Bóg jest czym innym, świat jest czym innym. Przychodzenie Boga do świata i związana z tym przemiana świata zupełnie nie pociąga za sobą zmiany tożsamości. Bóg pozostaje Bogiem, świat pozostaje stworzeniem. Bóg stworzył świat, co było objawieniem Jego wielkości, wspaniałości, miłości i było zaproszeniem do bliskości z Nim. Wolność ludzka sprowadziła grzech, czyli pewną barierę od Boga. To dlatego potrzebny jest człowiekowi Zbawiciel, że każdy z nas potrafi powiedzieć Bogu „nie”, lecz nie potrafi potem już sam uleczyć skutków tego „nie”. W Chrystusie dokonuje się więc tajemnica nowego stworzenia, lepiej powiedzieć: odnowienia stworzenia. Tradycja skłania się do tego, że to odnowienie przekracza nawet pierwszy porządek stworzenia. Pierwszy raz Bóg objawił się w świecie jako swoim dziele. Drugi raz, w sposób ostateczny i już nieprzekraczalny, objawił się w swoim Synu. Odtąd życie Boże jest w nas. On coraz bardziej zakorzenia się w nas, a my w Nim.

Pozostaje jeszcze ostateczna faza historii świętej każdego z nas i całej wspólnoty. Człowiek wierzący, który żyje Chrystusem zakorzenionym w życiu Kościoła, ma konkretne doświadczenie Bożego życia w sobie, czyli nowego życia. Benedykt XV pokazuje, jak w doświadczeniu Boga świeci mają nowe doświadczenie samych siebie i świata. A zatem widzimy, że to już dzisiaj się dokonuje – to jest to nowe stworzenie. Nie będzie żadnego wchłonięcia nas przez Boga, ale będzie jeszcze pełniejsze ukazanie się, kim On jest i kim my jesteśmy w świetle tego, kim On jest. Możemy więc powiedzieć, że ta różnica, która teraz się odsłania, będzie jeszcze głębsza. Jest to jednak różnica będąca warunkiem spotkania, miłości i współbycia. Inaczej, jeśli On miałby być wszystkim we wszystkich w taki sposób, że nie byłoby już niczego innego i nikogo innego niż On, wtedy nie ma już historii i znowu zostaje tylko On sam. Wrócilibyśmy wówczas do początku: Bóg powołał stworzenie, a potem je anihilował lub aż tak bardzo zasymilował, że przestało istnieć. Ale to nie jest cel Boga. Dzięki Jego objawieniu stajemy się tym, kim jesteśmy. Od czasu Chrystusa ten proces jest bardzo dynamiczny. Mocy i dynamiki tego procesu, nawet w tak smutnych czasach jak nasze, dowodzą święci.

Dla świadomości chrześcijanina zawsze jednak bolesny jest rozdźwięk między słowami Jezusa: „Jam zwyciężył świat” (J 16,33) i zapowiedzią „już nie będę z wami wiele mówił, nadchodzi bowiem władca tego świata” (J 14,30). Są dni radosne, są dni rozpaczy, chwile przeżywania świata jako na nowo stworzonego, ale i takie, gdy jawi się on jako zły. Czy świat jest więc zwyciężony przez Jezusa czy oddany we władzę komuś innemu?

Władca świata jest tylko jeden i jest nim Chrystus. W przywołanym kontekście Jezus używa tego terminu, jak wskazują na to dziś egzegeci, w sposób prześmiewczy. Nie oznacza to, że Jezus uczy nas lekceważyć siłę Złego, lecz mówi, że jeśli pozostaniemy z Nim w żywej relacji, to rzeczywiście zwyciężyliśmy. „Wszystko bowiem, co z Boga zostało zrodzone, zwycięża świat – to znowu tradycja Janowa, któremu zwyczajowo przypisuje się autorstwo Apokalipsy. – A tym zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. Bo kto zwycięża świat, jak nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym?” (1 J 5,4-5). A więc nie tylko Jezus jest zwycięzcą, ale każdy, kto w Niego wierzy. Jednak zwycięstwo nad światem – to jego paradoksalność – cały czas pozostaje zwycięstwem wewnątrz wiary. Nie zawsze zdajemy sobie z niego sprawę, dopóki nie wejdziemy w śmierć. W naszej codzienności zwycięstwo to może współtrwać z momentami, gdy mamy poczucie, że jednak przegraliśmy.

Popatrzmy w tym momencie na Chrystusa. Cała Tradycja będzie malować drzewo krzyża jako drzewo triumfu. Ale można spojrzeć inaczej. Grzegorz Polak (przed zmianą nazwiska ks. Tomasz Węcławski) twierdzi, że krzyż to krach: nic się nie spełniło, a Jezus umierał ze świadomością przegranej. Uważam, że zwyciężył. Rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają. Czasami miłość jest całkiem niepodobna do miłości, ale to nie znaczy, że miłością nie jest. Czasami prawda jest odstraszająca, ale to nie znaczy, że nie jest prawdą i że nie leczy.

Wiara jest głębokim wniknięciem w świat. Ten, kto wierzy, widzi, jak wszystko w sposób nieuchronny zmierza do Chrystusa, który mimo naszych ciemnych nocy jak pasterz prowadzi nas do życia wiecznego. Dla chrześcijanina nie ma pytania, czy nastąpi armagedon, czy uderzy w nas meteoryt, czy zmieni się biegunowość Ziemi. Najważniejsze jest pytanie, czy trzymam za rękę Jezusa. Jeżeli jest to pytanie o fizyczną grawitację, to czy ja mam taką grawitację w stosunku do Jezusa. Ten, kto „uchwyci się skraju płaszcza człowieka z Judy”, ten zwyciężył świat (por. Za 8,23). Myślę, że jest dziś wielu ludzi, którzy tego doświadczają. Nawet w ogromie swojej słabości, nawet będąc obciążonymi grzechami czy ułomnościami. Po pewnych rekolekcjach niepełnosprawna od urodzenia kobieta zwróciła się do mnie ze słowami: „Wszyscy mi współczują, jakie mam straszne życie – cierpi na bezwład nóg. – Ale oni nie rozumieją, jak ja bardzo jestem szczęśliwa, jak ja dziękuję Bogu za to moje życie”. To jest wiara, która zwycięża świat. Pomimo tego, że wydaje się triumfować zło, bo jej ciało jest ograniczone. To jest ta miłość, gdy człowiek wychodzi od egoizmu, by zacząć bezinteresownie dawać coś z siebie. A iluż jest takich, którzy mają pełnię życia, a czują się w środku zupełnie bezsensowni? Zwycięstwo jest zwycięstwem w wierze.

Objawienie, które się zaczęło wraz z przyjściem Chrystusa, będzie być może miało kiedyś swój punkt kulminacyjny. Może nim być swoiste terra tremuit, doświadczenie drżenia ziemi. Tak w relacji z nami objawia się Bóg. Liturgia na Boże Narodzenie czyta fragment ze Starego Testamentu: „Niech się otworzy ziemia i wytryśnie zbawienie!” (Iz 45,8). Ikony przedstawiają to drżenie ziemi, gdy rodzi się Jezus. Podobnie w ikonicznej tradycji bizantyńskiej możemy zobaczyć drżenie ziemi podczas Przemienienia Pańskiego na Górze Tabor wobec trzech uczniów. Ziemia zadrżała też, kiedy Jezus umarł na krzyżu (por. Mt 27,51). Czemu ziemia drży? Bo twoje, bo moje, bo innych ludzi życie ruszyło się w posadach, zostało przemienione. Jezus ilustruje to przypowieścią o kobiecie, która w poszukiwaniu zgubionej drachmy przetrząsa cały dom (por. Łk 15,8-10). Nieraz, gdy Bóg wchodzi do naszego świata wewnętrznego, musimy wywrócić wszystko do góry nogami. To jest ta terra tremuit. Człowiek – hebr. adam – jest jak ziemia – hebr. adama (por. Rdz 2,7; 3.19). Gdy Bóg zjawia się w ludzkim sercu, ta ziemia drży. Tym jest chrześcijańska apokalipsa – radykalnym wkroczeniem Boga w świat. Tym jest nasza wiara – wstrząsem.

To mamy wyczytać z Księgi Apokalipsy według świętego Jana? Jej symbolika i metaforyka sprawiają w lekturze wrażenie raczej wycieczki w odległe fantastyczne światy.
Apokalipsa jest księgą liturgiczną. Włoski biblista Ugo Vanni przedstawia ją jako opis liturgii Kościoła, na co wskazuje szereg symboli, który czci triumf Chrystusa, owo zwycięstwo nad światem w wierze. „Zwycięzcy pozwolę zasiąść ze mną na tronie, gdyż i Ja po zwycięstwie zasiadłem na tronie z moim Ojcem” (Ap 3,21). To opis wspólnej celebracji Kościoła ziemskiego, pielgrzymującego, i niebieskiego, triumfującego.

Apokalipsa to wstrząśnięcie, które dokonuje się w nas, jest kontekstualne – dla samej księgi oznacza czas prześladowań za panowania Nerona – objawia się jednak zawsze w Chrystusie zwycięzcy. Karl Rahner napisał ważny tekst na temat zasad interpretacji chrześcijańskich wypowiedzi eschatologicznych. Przestrzega w nim przed odczytywaniem Apokalipsy w kluczu mitycznym. Pokusa takiej interpretacji dotyczy wówczas bowiem nie tylko tekstu, ale wręcz samej wiary. Musimy trzymać się eschatologii, przestrzega, a nie apokaliptyki. Musimy być skupieni na Zwycięzcy, który jest z nami w teraźniejszości. Błądzimy, jeśli wyobraźnia wyprowadza nas w przyszłość i odwodzi od tajemnicy Chrystusa zwycięzcy obecnego w teraz brzemiennym przyszłością.

Podczas lektury Apokalipsy wyobraźnia nieraz zwodzi chrześcijan. Czym kierował się Kościół włączając w kanon Pisma świętego księgę, która od początku aż po dziś jest tak problematyczna przez interpretacje, jakie nadają jej ruchy heretyckie i sekty?
Kościół dostrzegł, że Apokalipsa stanowi zwornik Pisma. Z jednej strony odnosi nas do samego początku, do pierwszego przyjścia Boga w świecie jako swoim dziele, dzięki czemu – mówi I Sobór Watykański – możemy Go przez świat poznać jako początek i cel wszystkich rzeczy (a więc raz jeszcze: celem świata nie może być kres, ale Bóg). Z drugiej strony jest na samym końcu liczącego 72 księgi kanonu. Apokalipsa jest opisem nowego stworzenia, mówi o egzystencjalnym wstrząśnięciu terra tremuit, poruszeniu się serca człowieka, które dokonuje się dlatego, że Zbawiciel do niego zstąpił. I odnowił ku potwierdzeniu identyczności tego, co stworzone. Dlatego to samo stworzenie na samym końcu Biblii woła: „Przyjdź, Panie Jezu!” (Ap 22,20). Stworzenie nie wołałoby tak, gdyby nie rozpoznało w Nim tego, który jest źródłem i warunkiem egzystencji.

Ignacy z Antiochii prosił, żeby nie modlono się, aby został na świecie, lecz by mógł umrzeć męczeńsko, gdyż dopiero widząc Boga, stanie się w pełni człowiekiem. To wyraz wiary w jakość i istotę panowania Jezusa, który objawia nie tylko Boga, ale też człowieka. Pierwsze słowa Księgi Rodzaju, prolog Ewangelii Jana i Apokalipsa mówią to samo. Jaką więc widać w tym ciągłość! Człowiek przyjmując Jezusa staje się dzieckiem Bożym: „To są ci, którzy wierzą w Jego imię, którzy narodzili się nie z krwi, ani z pragnienia ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga” (J 1,13).

Dlatego musimy czytać księgę Apokalipsy w ciągłości i spójności z całym Pismem świętym, by ponad jej literackimi obrazami zobaczyć, jak głęboko jest ona potrzebna w wierze. Jak pokazuje nam Boga obecnego w ludzkich dziejach. Jak przejmująco opisuje stworzenie, które wyczekuje przyjścia Jezusa, żeby to, co już się dokonało dzięki Niemu w odkupieniu, mogło się w nas utrwalić na zawsze. Więc wołamy: „Przyjdź, Panie Jezu!”

Drugi List świętego Piotra podejmuje pytanie wspólnoty: „Co się stało z obietnicą Jego przyjścia? Ojcowie nasi pomarli, a tymczasem od początku świata nie zmienia się nic” (3,4). To doświadczenie wiary. Apostoł daje jednak taką odpowiedź: „Pan wcale nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, jak niektórzy sądzą. Jest tylko wobec was cierpliwy i nie chce, aby ktokolwiek zginął. Pragnie, by wszyscy się nawrócili” (3,9).

Czy będzie kiedyś taki jeden dzień, w którym to, co już się dokonało w Chrystusie i w nas dzięki Niemu, odsłoni się w pełni i do końca? Może zadrży nie tylko ta ziemia, którą jest każdy z nas, ale również ziemia, która nas nosi, a z prochu której ukształtował nas Bóg. W Apokalipsie listy do Siedmiu Kościołów Azji pytają nas w każdym czasie, jaki jest podstawowy dramat, w którym żyjemy jako Kościół: czy to dramat naszego spotkania z Chrystusem czy dramat walki ze światem? Jeśli walki ze światem, to już przegraliśmy. Po prostu: nie mamy gruntu, na którym moglibyśmy wygrać. Nasze zwycięstwo jest w akceptującej, pełnej wiary i nadziei, relacji do Niego.

Tekst Piotra wspaniale opisuje doświadczenie nawrócenia. Nawrócenie za każdym razem jest jakimś końcem świata. Paweł, który się nawraca – ślepnie. Wali mu się cała koncepcja świata, którą sobie stworzył. Jahwe tak wielki, że nie można wymawiać Jego imienia, powala go na ziemię. I ten, który był nauczycielem Izraela, może odzyskać wzrok dzięki Ananiaszowi, którego jechał wtrącić do więzienia. Potrzebujemy tego wstrząsu. Potrzebujemy Bożej cierpliwości, którą On nam daje będąc już pośród nas. Piotr w dalszej części Listu mówi wprost: „cierpliwość Pana naszego uważajcie za zbawienną” (3,15).

Słowa Tajemnicy Wiary, które wygłaszamy w aklamacji po przeistoczeniu, wielu przeżywa jako słowa tęsknoty: „Chrystus powróci”. Teraz ta relacja z Nim jest jakoś niepełna, jakoś na dystans, ale kiedyś będzie inaczej, kiedyś będę z Bogiem. I tak cały ciężar świadomości realności zbawienia zaczyna przesuwać się na moment Paruzji.
To jest dramat naszego chrześcijaństwa i to jest apokaliptyka w znaczeniu mitycznym. Chrystus jest dobrym władcą tego świata, który daje nam nowinę, że nie musimy oczekiwać, żeby Bóg nas zbawił, lecz już teraz jesteśmy zbawieni przez Tego, który zbawienie daje. Kiedyś odsłoni się to w nas w pełni i utrwali, ale już jest obecne, już jest nam dane przynajmniej w istotnym zalążku. Nie jest to też władztwo, które po ludzku oznacza zniesienie wolności poddanego. Wolność człowieka pozostaje wolnością. Kapelan hospicyjny, ks. Adam Trzaska, mówił mi niedawno o wstrząsającym wyznaniu umierającego mężczyzny: „Życzę sobie tylko jednej rzeczy: żeby po śmierci, jeśli coś jest, to żeby było takie, jak tu – żeby nie było tam Boga”. Dramatyczne słowa…

Rahner uczulał, żeby nasza wyobraźnia nie kreowała życia. Wiedza, jaką mamy o przyszłości – mówił – jest wiedzą o przyszłowości teraźniejszości. A więc to, co mogę wiedzieć o swoim końcu, eschatologii, niebie, jest tym, co wiem na podstawie tego, jak Chrystus mi się dzisiaj daje. On daje mi się już dzisiaj i to teraźniejsze z Nim spotkanie jest dla mnie źródłem. Kiedy wołamy „Przyjdź, Panie Jezu!” musimy je przeżywać zgodnie z dwoma możliwymi sposobami zapisu: marana tha – „Przyjdź, Panie Jezu”, oraz maran atha – „Pan przychodzi/przyszedł”. Paruzja oznacza bowiem zarówno przyjście, jak i obecność. To jest owo chrześcijańskie „już – jeszcze nie”: „już” wszystko dokonało się w Chrystusie, „jeszcze nie” w takim znaczeniu, byśmy to mogli zobaczyć i pojąć.

Czemu Pana nie ma, jak miał przyjść? Czemu cierpię, jak miał mnie zbawić? Jeśli papież organizuje Rok Wiary to nie tylko po to, żebyśmy się spotkali z jej formułami, ale z Tym, do którego one odnoszą. W tym sensie ten Rok jest jakoś apokaliptyczny, ponieważ ma wywołać terra tremuit. Starożytna myśl mówiła, że są cztery przyczyny istnienia: sprawcza, formalna, materialna i celowa. Grecki teolog John Zizioulas pisze, że najważniejsza w chrześcijaństwie nie jest przyczyna sprawcza – Bóg stworzył – ale celowa – zamysł, dla którego stworzył. A więc najważniejsza jest ta przyszłość, którą my już antycypujemy dzisiaj. Benedykt XVI prosi więc, byśmy „celebrowali wiarę w sakramentach”. Dlaczego? Żebyśmy wiedzieli, że zbawienie nie jest przed nami, ale jest już z nami. Patrolog Henryk Pietras SJ zauważa, że jeśli eschatologia dotyczyłaby tylko przyszłości i stanowiła wykaz rzeczy, które musisz zrobić, aby na końcu życia być zbawionym, to nie byłaby to Dobra Nowina, ale oferta do kupienia w firmie ubezpieczeniowej.

Zbawienie jest tam, gdzie jest Jezus. Ponieważ Jezus daje się nam w Kościele, to jest w Kościele obecne zbawienie, którego jako wierzący mogę zasmakować. Bóg daje nam smakować tę przyszłość. To dlatego oczekujemy na Jego powtórne przyjście, bo On już z nami jest, On daje nam moc wołania: „Przyjdź!”, choć „jeszcze nie” zdajemy sobie sprawy z całej mocy Jego chwały. Im więcej Go kosztujemy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że kosztować możemy więcej. Dlatego wołamy „Przyjdź”. I On przychodzi, On jest. Przyjdzie za chwilę, gdy o 18.30 będę celebrować Eucharystię. Marana tha! Przyjdzie, a ja będę chciał Go znów, i jeszcze, i więcej. Grzegorz z Nyssy mówi, że nawet w niebie takie pragnienie się nie skończy, że zawsze będzie to „coraz więcej” (epektasis). To jest apokalipsa, którą już przeżywamy!

Chyba górę nad takim pragnieniem bierze u katolików strach, bo przed Bogiem, który jest Sędzią sprawiedliwym – jak głoszą prawdy wiary – i za złe uczynki nas ukarze, raczej drżymy. Tak jak na samą myśl o Sądzie Ostatecznym.
Bojaźń Boża jest początkiem mądrości. Tam, gdzie kochasz, tam jest bojaźń, lecz nie jako strach, ale jako obawa, by nie uczynić czegoś, co w tę miłość ugodzi. Sąd szczegółowy ma się dokonywać w chwili naszej śmierci. Sąd Ostateczny ma zaś polegać na objawieniu się Jezusa całemu stworzeniu. Sąd ten związany jest więc ze zmartwychwstaniem. Wszyscy ci, którzy chcieli z Nim być i którzy tego nie chcieli – wszyscy zmartwychwstaną.

Teresa z Lisieux mówi, że na końcu każdy będzie miał to, czego chciał. W tym znaczeniu jedyne przed czym katolik może drżeć, to przed własną głupotą. Bóg nie uczyni mi żadnej krzywdy. Ewangelia zapowiada, że nie będzie dobra, które by ktokolwiek uczynił, a które nie zostanie zauważone. Na końcu wszyscy otrzymają od Boga pochwałę. Nawet jeśli są potępieni, Bóg znajdzie w nich coś godnego pochwały. To niezwykłe, że w tym wszystkim wolność człowieka pozostaje wolnością, Bóg jej nigdy nie łamie. Mały Brat Jezusa Carlo Caretto stwierdził, że na pustyni nauczył się przede wszystkim jednej rzeczy: przyjeżdżając do nowicjatu wiedział, że jest jeden absolut, wyjeżdżając po paru latach, wiedział, że są dwa absoluty: Boga i człowieka. Zachowując oczywiście wszystkie proporcje, jest to jednak genialne doświadczenie tego, jak Bóg traktuje człowieka. Święty Jan od Krzyża mówił: „Pod wieczór życia będą nas sądzić w miłości”. Nie „z” miłości (jak podaje błędnie polskie tłumaczenie), ale „w” miłości! Jest to piękne, choć wprawia mnie w terra tremuit: stanąć oko w oko z miłością tak absolutną, że nawet mnie nieosądzającą… Sądem jest więc sama ta konfrontacja. Zadrżymy. A ten wstrząs może być bardzo otrzeźwiający.

W klasycznym ujęciu w momencie śmierci człowiek ma ostateczną możliwość opowiedzenia się za Bogiem lub przeciw Niemu. Po śmierci może istnieje jeszcze jakaś inna możliwość spóźnionego wyboru zbawienia?
Węgierski teolog Ladislaus Boros mówi, że to w samej śmierci jest taki ostateczny bezczasowy moment, w którym człowiek może dokonać decyzji. Ale logika Kościoła pokazuje, że wraz ze śmiercią człowiek zastaje pewną ostateczność, wobec której jest już jakoś fundamentalnie przygotowany. Istnieją bowiem w moim życiu i w mojej relacji z Bogiem momenty, w których już teraz mogę wybrać. Jeśli odejdę od żony i zgruchotam życie dzieciom, to są to poniekąd wieczne wybory – ich skutków nic nie unicestwi, nawet mój powrót w skrusze. Pewna kobieta wspominała, jak po rozwodzie z mężem wychowywała dziecko. Syn miał trzy lata, kiedy ojciec odszedł z domu. Kiedy już jako dziesięciolatek wrócił po weekendzie spędzonym u ojca w innym mieście i matka chciała wyprać mu rzeczy, chłopczyk poprosił: „Mamo, tylko tej piżamy mi nie pierz”. „Czemu?” „Bo ona mi tak pachnie tatą…” Pewne rzeczy się dokonały, efekty wyborów się maksymalizują. Człowiek, obraz Boga, czyni siebie karłem, życiem przeczy własnej wielkości. Myślę, że Bóg znajdzie dla człowieka usprawiedliwienie, ale czy w tym człowieku będzie jeszcze taka wolność, która pozwoli mu powiedzieć: „Tak, chcę Ciebie, chcę byś mnie usprawiedliwił i odnowił”? Wiem, że istnieje możliwość, że ktoś się straci. Wiem, że wszyscy mogą się odnaleźć. Jak będzie? Niech to pozostanie niewiadomą. Każdy grzech może być odpuszczony i nawet największy dramat uleczony, ale konieczne jest ludzkie „chcę”. W tym problem, że cała sprawa nie leży po stronie Boga.

Żywi Ksiądz nadzieję powszechnego zbawienia?

Tak, chociaż jest to trudna nadzieja. Mogę oczywiście sparafrazować św. Antoniego Pustelnika, że skoro mam nadzieję, że ja sam nie znajdę się w piekle, to nikt inny się tam nie znajdzie. Niektórzy mówią, że przeżyliby szok, gdyby spotkali w niebie Hitlera czy Stalina. Też przeżyłbym szok. Ale chyba pozytywny. „Oto czynię wszystkie rzeczy nowe” mogłoby się odnosić także do nich (por. J 21,5). To niepodważalne, że Bóg kocha Hitlera i Stalina gdziekolwiek oni są (także, jeśli są w piekle).
Nadzieja na powszechne zbawienie towarzyszyła Kościołowi zawsze. Zawsze jest też połączona z głębokim realizmem. Jeśli człowiek jest imago Dei, a wybierze w swej wolności odłączenie od Boga, to musi to prowadzić też do fizycznych cierpień. Poprzez analogię do naszych ludzkich relacji: kiedy jesteśmy rozłączeni z kimś najbliższym, może to powodować także fizyczne cierpienie. A gdy się odłączasz od źródła życia? To jest zagadka: czy piekło byłoby jakimś przymusem istnienia, jakimś antyracjonalnym paradoksem, gdyby ktoś tam był. Chociaż bywa tak, że ludzie żyją antyracjonalnie…

Od strony tego, co wiemy o Bogu, bardzo łatwo nadzieję na powszechne zbawienie wytłumaczyć, bo leży ona wtedy po Jego stronie, gdyż sam taki zamysł nosi, żeby całe stworzenie znalazło się w pełni zbawienia w niebie. Kościół ma klucze do królestwa niebieskiego. Ale do śmierci i do otchłani ma Chrystus – całe szczęście! I to stwierdza właśnie Apokalipsa!

Ks. Robert J. Woźniak – jest doktor teologii dogmatycznej, adiunkt w Katedrze Antropologii Teologicznej Uniwersytetu Papieskiego im. Jana Pawła II. Prezbiter archidiecezji krakowskiej. Laureat Nagrody im. ks. Józefa Tischnera w 2008 r. za książkę Przyszłość, teologia, społeczeństwo. Ostatnio opublikował Różnica i tożsamość. Objawienie jako teologiczne źródło sobości (W Drodze, 2012).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata