70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szczegóły prawie bez wagi. Jeden rok z życia Jerzego Turowicza

„A ja? No cóż, żyję w obłędzie, którego elementy są Wam zapewne znane…” – pisze Turowicz, niespełna sześćdziesięcioletni, w 1972 r. w liście do przyjaciół. Na podstawie drobiazgowych zapisków z kalendarza, sporządzanych przez naczelnego „Tygodnika Powszechnego” od lat przedwojennych do końca życia, dzienników jego przyjaciół, listów i tekstów, spróbuję odtworzyć mniej więcej – ale raczej mniej niż więcej – jeden rok z życia Jerzego Turowicza.

Nowy Rok 1972 Anna i Jerzy Turowiczowie powitali z butelką wina i z najmłodszymi wnukami, Maćkiem i Michałem Smoczyńskimi, których rodzice noc sylwestrową spędzali w Beskidzie – w domu Danuty i Jana Józefa Szczepańskich w Kasince Małej. Jakiś czas po północy pojawił się z szampanem Miotek, czyli ks. Mieczysław Maliński. Ks. M.M., autor drukowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego” od końca lat 50. tzw. ramek – rozważań na temat niedzielnego fragmentu Ewangelii, toast wypił tylko z panią Anną. Naczelny „Tygodnika Powszechnego”, który miał za sobą wyczerpujący pobyt w Rzymie, skąd pisał relacje z synodu biskupów dla swojego pisma, ledwo stał na nogach i tuż po dwunastym kurancie, kiedy można było przyjąć, że rok 1972 jest rozpoczęty, położył się do łóżka.

„Taki to był nasz Sylwester” – napisał w południe w liście do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego – przyjaciół, którzy od kilku miesięcy mieszkali za Atlantykiem, w Des Moines w stanie Iowa. To był pierwszy list pisany w Nowym Roku, Jerzy Turowicz zdradzał więc plany podróżnicze: luty – wyjazd do Brazzaville w Kongu „na małe sympozjum europejsko-afrykańsko-chrześcijańskie”. Wiosna – wyjazd do Niemieckiej Republiki Federalnej. Jesień – sześciotygodniowy objazd po USA: od Wschodniego Wybrzeża do San Francisco. A do tego zaproszenia do: Anglii, Holandii, Belgii. „No ale wszędzie przecież nie pojadę, bo pracuję w »TP«” – konkluduje naczelny „Tygodnika”.

Przedwyborcza gorączka i msza

Nie tylko obowiązki związane z prowadzeniem ważnego w kraju pisma ograniczały możliwości podróżnicze Turowicza. Równie skuteczne w przykrawaniu marzeń do rzeczywistości było Biuro Paszportowe, które arbitralnie, na podstawie decyzji administracyjnej, mogło się nie zgodzić na wyjazd naczelnego „Tygodnika”. Turowicz przekonał się o tym nie raz, także w lutym 1972 r., kiedy ostatecznie odmówiono mu wydania paszportu na podróż do Konga („właśnie w tym czasie był tam zamach stanu, co mogło być, owszem, interesujące, ale nie pojechałem – szkoda” – skwituje odmowę w następnym liście do przyjaciół w Stanach, z 17 marca). Z tego samego powodu na panewce spaliła idea wyjazdu do Holandii na seminarium poświęcone tematyce polityki bez przemocy.

W kraju nie brakowało jednak pasjonujących wydarzeń. Podczas IV zjazdu PZPR w grudniu 1971 r. pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego rządzącej partii został Edward Gierek, premierem rządu w miejsce Józefa Cyrankiewicza obrano Piotra Jaroszewicza. Na 19 marca 1972 r. wyznaczono wybory do Sejmu.
W kalendarzu Turowicza już 3 stycznia znajduje się pierwsza nota na temat środowiskowej narady przedwyborczej. Odbyła się „u Jacka”, czyli w mieszkaniu Mai i Jacka Woźniakowskich przy Wyspiańskiego w Krakowie. Poza gospodarzem byli redaktorzy „Tygodnika”: Krzysztof Kozłowski, Mieczysław Pszon, Stanisław Stomma, Turowicz oraz redaktor miesięcznika „Znak” – Stefan Wilkanowicz. Z Warszawy przyjechał Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny miesięcznika „Więź”.

Spotkanie poprzedzało wyznaczoną na godzinę 10.00 dnia następnego „aud. u Klasy”, jak pisze Turowicz w kalendarzu, czyli audiencję u Józefa Klasy, który w latach 1971–75 był pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie. O 13.00 kolejna narada, tym razem w mieszkaniu Jana Józefa Szczepańskiego przy ulicy Helclów, przed zebraniem krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich (z udziałem: Jana Błońskiego, Stanisława Lema, Jerzego Kwiatkowskiego, Leszka Elektorowicza). Można się domyślać, że rozmowy redaktora, dwóch profesorów literatury, dwóch pisarzy i poety dotyczyły wyboru kandydatów na delegatów, którzy mieliby reprezentować krakowski Związek na lutowym walnym zebraniu ZLP w Łodzi. Nie były to wybory bez znaczenia. Organizacja, zrzeszająca ludzi żyjących z pisania, nie była bowiem tylko związkiem zawodowym, przede wszystkim reprezentowała środowisko literatów przed władzami. Bywało, że podczas zjazdu dyskutowano także o wolności słowa, działalności cenzury, ograniczanych przydziałach papieru.

Turowicz w wyborach delegatów przepadł, uzyskując 29 głosów na ponad 70 możliwych do zdobycia. O 22.00 kończą się obrady literatów, ale naczelny „Tygodnika” nie zbiera się do domu – znajduje czas dla przyjaciół. Z Ewą Lipską idzie na bigos, a z innym poetą, Tadeuszem Nowakiem, na wódkę.

Na zjazd ZLP Turowicz ostatecznie nie pojedzie nawet w charakterze sprawozdawcy „Tygodnika”. Pojechał natomiast piszący od roku felietony dla jego pisma Antoni Słonimski. „Myślałem, że wieczorem odkuję się na bankiecie, ale ledwo dopchałem się do bufetu i zdobyłem kawałek szynki koloru marengo w czerwony rzucik. Ze spaniem też nie było najlepiej. Oślepiony reflektorami zdrzemnąłem się trochę w czasie paru sprawozdań, ale budziły mnie oklaski, bo sen mam lekki” – streszczał Słonimski „najważniejsze” wydarzenia zjazdu w felietonie Notatki z podróży do Łodzi. Felieton w całości zrzuciła cenzura; został opublikowany dopiero 20 lat po zjeździe, 16 po śmierci autora.

Kalendarzowe zapiski Jerzego Turowicza z później zimy 1972 r. zdominowuje jeden temat: wybory. Między początkiem stycznia a dniem wyborów usiłowano sobie poradzić z „rozwiązywaniem kwadratury koła”, jak Turowicz nazywa środowiskowe konwentykle przedwyborcze w liście do Międzyrzeckich, podczas niemal 20 spotkań organizowanych w Krakowie i Warszawie. Wydarzenia opisuje lapidarnie: „Komisja Konsultacyjna – ja przewodniczę, wybuch Kostka [Konstantego Łubieńskiego], nasza Victoria (?)” (Warszawa, 9 stycznia); „Andrzej [Święcicki] łamie się, godzi się kandydować” (Warszawa, 15 stycznia); „13.30–15h z Wackiem A.[Auleytnerem] w »Café Nowy Świat« – rozmowa bezpłodna. 15h u Stommów – obiad, drzemka, narada” (Warszawa, 17 stycznia); „KIK – spotkanie z redakcją »Więzi« – Mazowiecki, Wieczorek, Szpakowski – dyskusja 70 proc. wariatów + Jacek [Woźniakowski], Stefan [Wilkanowicz], Krzysztof [Kozłowski], ja” (Kraków, 27 stycznia); „u kardynała Wojtyły – obie redakcje + Henio Krzeczkowski – kolacja, dyskusja o Kole Znak etc.” (Kraków, 28 stycznia).

I tak właściwie bez końca, aż do 19 marca. Sprawa reprezentacji środowiska podczas wyborów, mimo lakoniczności notatek Turowicza, wyglądała jednak poważnie.

Andrzej Wielowieyski, wówczas redaktor miesięcznika „Więź”, członek KIK-u od 1956 r.: „Przed wyborami do Sejmu w marcu 1972 r., kiedy trzeba było przedstawić nowych kandydatów na posłów (m.in. nie wchodziła już w grę osoba Mazowieckiego ze względu na jego ostre protesty podczas wydarzeń marcowych w ’68 r.), zaproponowano Wacława Auleytnera, którego myśmy w KIK-u na posła nie chcieli”.

Dyskusje dotyczyły kształtu list wyborczych, ale spór był o wiele głębszy – dotyczył metody działania środowiska. Czy należy, jak do tej pory, traktować działalność polityczną koła posłów Znak jako mniej ważną niż zadania formacyjne, które spoczywają na redakcjach „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi” i Znaku (miesięcznika oraz wydawnictwa)? A może jednak trzeba zmienić front i dążyć do porozumienia z władzami, jeśli tylko cena tego nie byłaby za wysoka, w ten sposób uzyskując możliwość szerszego działania? Zwolennikiem tej drogi był m.in. jeden z posłów koła Znak – Janusz Zabłocki.
Andrzej Wielowieyski: „Kraków nie zawsze rozumiał te nasze spory, choć Turowicz czy Stefan Wilkanowicz dobrze się orientowali w wewnętrznych różnicach ideologicznych. Konflikt w środowisku Klubów Inteligencji Katolickiej i koła posłów Znak narastał od przełomu lat 60. i 70. Część działaczy – w tym niektórzy nasi posłowie: Auleytner, Łubieński i właśnie Zabłocki – uważała, że należy być bardziej uległym wobec władz, bo to może dać szersze możliwości działania. Władze takiemu manewrowi byłyby bardzo przychylne, choćby dlatego, że łatwiej by im było wówczas usunąć spośród Znakowych posłów osoby dla władzy niewygodne”.

Zdaniem Wielowieyskiego, spory mogły się zakończyć różnorako; nie wyklucza nawet przejęcia warszawskiego KIK-u przez grupę Zabłockiego, czego próby były zresztą przez posła podejmowane.

Ostatecznie, w wyborach do Sejmu VI kadencji posłami zostali: Stanisław Stomma, który objął stanowisko przewodniczącego koła posłów Znak, Konstanty Łubieński, Janusz Zabłocki, Tadeusz Myślik i Wacław Auleytner. Ten ostatni zastąpił Tadeusza Mazowieckiego, na którego kandydowanie nie zgodziła się władza. To podczas tej kadencji Sejmu, w lutym 1976 r., podczas głosowania nad poprawkami do konstytucji PRL, które czyniły z PZPR „przewodnią siłę polityczną społeczeństwa w budowaniu socjalizmu” i gwarantowały sojusz z ZSRR, Stanisław Stomma – w geście najzupełniej symbolicznym – wstrzyma się od głosowania. Tym posunięciem przypieczętuje przejęcie koła Znak przez grupę Zabłockiego i swoje odejście od pracy parlamentarnej.

Jerzy Turowicz wrzuca kartkę do urny o godz. 17.00. Potem odwiedza matkę, Klotyldę Turowiczową, i siostry, Mariannę i Olawię, mieszkające w rodzinnej kamienicy przy Sobieskiego; wieczorem przychodzi na wino do swojej wicenaczelnej, Ziuty Hennelowej, i jej męża, Jacka, by celebrować imieniny Józefy. Jak zwykle, kiedy jest w Krakowie, o 21.30 razem z żoną uczestniczy w mszy w kolegiacie Świętej Anny. „Msza święta jest centralną sprawą w moim życiu” – powie Jackowi Żakowskiemu kilkanaście lat później podczas rozmów, które złożą się na książkę Trzy ćwiartki wieku. W kalendarzu skrupulatnie odnotowuje miejsca uczestniczenia w mszy: w Krakowie kościół p.w. św. Anny albo kościół Karmelitów na Piasku, w Warszawie kościół Wizytek.

Jan Turnau, publicysta „Gazety Wyborczej”, spokrewniony z Jerzym Turowiczem przez rodzinę jego matki: „Jak on musiał świetnie organizować sobie czas! Stefan Kisielewski ujął to kapitalnie i, mimo przekąsu, z najwyższym podziwem: »Turowicz na wszystkim się zna, na wszystkie imprezy chodzi, także na muzyczne, wszystko czyta. A ile on w kościele czasu traci!«. Bo Turowicz rzeczywiście chodził do kościoła i się modlił, a Kisiel był trochę protestant, trochę agnostyk i praktyki religijne Jerzego imponowały mu”.

Bruderschaft z ks. Tischnerem

Krzysztof Śliwiński jest pewien, że to był początek lat 70., dzień wspomnienia w liturgii Kościoła katolickiego św. Małgorzaty Marii Alacoque, której objawienia rozpowszechniły kult Najświętszego Serca Pana Jezusa: „Wychodzi na to, że musiał to być 14 października. Adaś Michnik obchodził urodziny. Z reguły zapraszał wówczas do siebie nawet ponad 100 osób. Co oczywiste w czasach, kiedy najważniejszego opozycjonistę uważano za wroga państwa, dochodząc do domu, wymijało się tajniaków, którzy bez większego skrępowania robili zdjęcia wchodzącym. Ja przyprowadziłem Turowicza. Jerzy przyjął zaproszenie bez wahania, choć zapewne zdawał sobie sprawę, że instytucja zajmująca się inwigilacją obywateli skrupulatnie rzecz odnotuje.

Jerzemu można było proponować takie rzeczy… W latach 80., gdy zajmowałem się sprawami zagranicznymi Solidarności i przyprowadzałem do Jerzego zagranicznych dziennikarzy i dyplomatów, czym też przecież władza się interesowała, Jerzy bez mrugnięcia okiem zostawiał redakcyjne gospodarstwo. Szedł z nami do »Szlacheckiego Jadła« i prowadził długie rozmowy o tym, co dzieje się w kraju, o sytuacji Kościoła, o nadziejach na zmianę”.

Jerzego Turowicza interesowali ludzie przede wszystkim: zarówno od poważnych spraw, jak od bagatelnych drobiazgów. Zapisane pracowicie karty kalendarza zapełniają więc spotkania i rozmowy, odnotowane zostają zarówno uroczyste kolacje, jak posiłki w siermiężnym barze „Kubuś” w Warszawie czy u „Kapusty” w Krakowie. Znajdują swoje miejsce wydarzenia z czyjegoś życia, nabierające znaczenia także w oczach Turowicza, który w zupełnie nie narzucający się sposób interesował się tym, czym żyją jego bliscy, przyjaciele i współpracownicy. Dla Turowicza każdy drobiazg był ważny i wart ocalenia od śmierci w mrokach niepamięci. Jakby całe życie przygotowywał się do napisania książki i sporządzane maczkiem notatki miały szansę okazać swoją użyteczność i niezbędność.

Kalendarz Turowicza zawiera więc: obejrzany z panią Anną film Kazimierza Kutza Perła w koronie („b. dobry, strajk w kopalni”); koniak, którym poczęstował przyjaciół w „Tygodniku” ks. Andrzej Bardecki, gdy został „kapelanem Jego Świątobliwości”; wystawę „Technika w szkolnictwie” otwartą w Akademii Górniczo-Hutniczej; przyjście na świat bliźniąt Anny Micińskiej, przyszywanej córki Turowiczów i znawczyni Witkacego; volkswagena Haliny Mikołajskiej, którym podwiozła go z warszawskiego dworca kolejowego do mieszkania Anieli Urbanowiczowej przy Nowym Świecie, gdzie zatrzymywał się podczas pobytów w stolicy; bruderschaft z ks. Józefem Tischnerem wypity 21 lutego, o godzinie 13.00; cztery dni później odebrany telefon od Ludwiga Zimmerera i Klausa von Bismarcka…

Miesiąc później zamieszcza informację o zawiązaniu koła Znak w Sejmie, którą przekazał mu Stanisław Stomma, opisuje naradę zarządu „fynansowego” spółki Znak (te narady, zdaniem świadków, niezwykle Turowicza nudziły), by dzień później poświęcić obszerny passus dwóm krakowskim wydarzeniom: wernisażowi wystawy malarstwa Jonasza Sterna w Pałacu Sztuki („tłumy – Lila Proszkowska, Ola Paczowska, Taranczewscy, Sandauer, Porębscy, Balzak, Skarżyńscy, Jaś Szcz.[epański]”) oraz wernisażowi wystawy fotografii Andrzeja Cybulskiego. Informacja o cenzurze szalejącej w numerze wielkanocnym sąsiaduje z wykrzyknikiem: „Anna kręgosłup!” oraz wzmianką, że Jerzy Turowicz przed wyjściem z domu musiał napalić w piecach, czym zwykle zajmowała się jego żona.

W połowie kwietnia, kiedy w Warszawie zajmuje się sprawą wizy na jesienny wyjazd do USA, Turowicz po spotkaniu z urzędnikiem ambasady biegnie na pokaz filmów brytyjskich, by obejrzeć Makbeta w reżyserii Romana Polańskiego. Trzy dni później informacja o przyjściu na świat syna Bohdana Cywińskiego sąsiaduje z opisem wyborów zarządu warszawskiego KIK-u: „Studentowicz, Osuchowski, Siła-Nowicki – obłęd. Wacek [Auleytner], Zabłocki – nuda blada. Święcicki, Cywiński, Śliwiński, Wielowieyski – dosk.”. Wybory, w wyniku których prezesem Klubu został Andrzej Święcicki, a sekretarzem Andrzej Wielowieyski, stały się odsłoną kolejnej „walki o przywództwo”, którą grupa Zabłockiego przegrała, co naczelny „Tygodnika” ujął lapidarnie: „klęska miażdżąca Wacek&Co”.

Po wszystkim poszli do Kisiela, który spotkanie opisał w dzienniku: „Był Jerzy Turowicz, Jacek [Woźniakowski], Kozioł [Krzysztof Kozłowski] (…). Wyrzucili Auleytnera i innych ubeków – informatorów (…). Rychło w czas to wszystko – trzeba się było opatrzeć wcześniej i nie wpuszczać Auleytnera do Sejmu”. Pisze to, by chwilę później z równą zaciętością wyzłośliwiać się na samo koło Znak: „Pytali mnie [w trakcie spotkania autorskiego w toruńskim KIK-u], czy koło Znak w Sejmie, takie jakie jest, ma rację bytu, dałem do zrozumienia, że nie. Marzy im się katolicka opozycja, jeden odczytywał nawet fragmenty encyklik, z których wynikało, że Kościół musi się zajmować polityką i moralnością społeczną. A więc w komunizmie też – kij ma dwa końce, Jerzy Turowiczu!”. Kisiel, inaczej niż Turowicz, oczekuje politycznego zaangażowania Kościoła.

Pożegnanie z sublokatorem

Parę dni po wyborach zarządu warszawskiego KIK-u, między obradami zarządu spółki Znak, pisaniem tekstów do „Tygodnika” – m.in. o polityce wschodniej niemieckiego kanclerza, Willy’ego Brandta, oraz o dramatycznej sytuacji ekonomicznej krajów Trzeciego Świata – doktoratem Bronka Mamonia, szefa działu kulturalnego „Tygodnika”, świętowanym w „Wierzynku”, Turowiczowie wymeldowują sublokatora. Ks. Adam Boniecki, który mieszkał przy Lenartowicza od 1964 r., w kwietniu wyjechał za granicę: najpierw do Rzymu, potem do Paryża. „U Adama pożegnanie – 108 osób!” – notuje Turowicz, który „pożegnalną niedzielę” spędził w domu, odpisując na listy 25 korespondentów. Mieszkanie było co prawda czteropokojowe, ale już wówczas coraz szczelniej zapełniane książkami i gazetami; z Turowiczami mieszkała też wówczas ich środkowa córka, Joanna. W tamtą niedzielę Adama żegnali jego studenci z duszpasterstwa akademickiego, które prowadził od połowy lat 60. przy kolegiacie Św. Anny.

Ks. Adam Boniecki, publicysta związany z „Tygodnikiem Powszechnym” od 1964 r., w latach 1999–2011 redaktor naczelny pisma: „Przy kolegiacie nie było miejsca na bardziej kameralne spotkania, a była potrzeba spotykania się pozaformalnie, integracyjnie, więc za zgodą Turowiczów zapraszałem studentów na Lenartowicza. Ponieważ początkowo przychodzili w piątki po wieczornej mszy (potem spotkania przesunęły się na niedzielę, następnie na jeszcze inne dni), wcześniej kupowałem żółty ser, by było z czego zrobić postne kanapki. Z paczek ze starymi gazetami, które Jerzy chciał zatrzymać i dlatego ułożył je w moim pokoju pod regałami z książkami, robiliśmy siedziska. W kuchni parzyliśmy herbatę, przygotowywaliśmy kanapki, czasami pojawiało się jakieś ciasto”.

Kiedy studenci z duszpasterstwa ks. Adama czytali np. Jeana Daniélou Bóg i my albo Rekreacje Mikołajka i oddawali się namiętnym dyskusjom, Jerzy Turowicz wycofywał się do ostatniego pokoju, by pracować. W kuchni zostawała pani Anna, która – mimo, że na spotkanie przychodziło po 20–30 osób – szybko zaczęła rozpoznawać ich uczestników, poznawać imiona, zapamiętywać opowiadane przez nich sprawy, traktując jak pełnoprawnych uczestników turowiczowego gospodarstwa domowego.

Polski katolik w Niemczech

„Jest bolesnym paradoksem – aczkolwiek nie dziwnym dla obserwatora sceny niemieckiej – że opozycję przeciw tej, uwzględniającej wymiar moralny, polityce prowadzi stronnictwo, którego nazwa zawiera obowiązujący przymiotnik »chrześcijańskie«” – pisze Turowicz w tekście Moralność i polityka, komentując trudności, które pojawiły się w Niemczech w związku z ratyfikacją tzw. traktatów wschodnich (uznanie integralności wszystkich państw europejskich oraz nienaruszalności granic, w tym zachodniej granicy Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej oraz między obu państwami niemieckimi). Kisiel pisze bezceremonialnie w dzienniku, że Turowiczowi się wydaje, „że ratyfikacja paktów z Polską i Rosją, zawartych przez Brandta, to niemal sprawa losu moralności i chrześcijaństwa. Idiota, nie wie, że nasza racja stanu może być racją stanu rosyjskiego imperializmu i niby co to ma wspólnego z moralnością: wszak wojnę i rozbiór Polski zainicjowali Hitler i Stalin”. Śle też „list o Niemcach”, który jednak na skutek nierzetelności poczty albo nadgorliwości cenzury nie dochodzi do adresata.

Traktaty wschodnie zostały ratyfikowane 17 maja 1972 r., natomiast panowie spotkają się 10 czerwca, tuż przed wyjazdem Turowicza do Niemiec Zachodnich, w „Café Ambasador” w Warszawie. Tuż przed wyjazdem Jerzy Turowicz, który w listach do przyjaciół nie raz podkreśla, że nie ma już tylu sił co kiedyś, więc chyba zaczął się już starzeć, przyleciał rano samolotem do Warszawy, wziął udział w ważnym spotkaniu przedwyjazdowym, obejrzał film w reżyserii Jerzego Skolimowskiego Na samym dnie i zrobił zakupy, kończąc dzień około północy. Dzień później rano, wraz z Auleytnerem, Kozłowskim, Mazowieckim, Andrzejem Micewskim, Pszonem, Stommą, jako delegacja środowiska Znaku, lecą samolotem do Frankfurtu nad Menem, zaproszeni do Niemiec przez przewodniczącego zachodnioniemieckiego episkopatu, kard. Juliusza Döpfnera.

Delegacja odwiedza, poza Frankfurtem, Monachium, Bonn, Kolonię, Münster, Fryburg Bryzgowijski, a podczas ponad 50 spotkań i rozmów, widzą się m.in. z kard. Döpfnerem, miejscowymi biskupami, szefem Urzędu Kanclerskiego, przedstawicielami najważniejszych ugrupowań w Bundestagu; nie zabrakło spotkań z przeciwnikami traktatów wschodnich, także z organizacjami przesiedleńców. Osobno przyjął delegację członek prezydium CDU, Richard von Weizsäcker (w 1984 r. zostanie szóstym prezydentem RFN), którego zdanie na temat traktatów wschodnich odbiegało od oficjalnego stanowiska jego partii. Do tego spotkania z duchownymi i działaczami Kościołów ewangelickiego i katolickiego.

Wizyta miała ostatecznie przekonać Kościół katolicki RFN do zaakceptowania zachodniej granicy Polski, była też kolejnym krokiem przybliżającym pojednanie polsko-niemieckie. Do tej pory bowiem Kościół katolicki zachowywał się w tej kwestii wstrzemięźliwie, mimo listu „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” z 1965 r. i memorandum „Bensberger Kreis” z 1968 r., w którym niemieccy katolicy świeccy wzywali m.in. do rezygnacji przez RFN z roszczeń do polskich Ziem Zachodnich. Kard. Döpfner, obawiając się schizmy w niemieckim Kościele wywołanej przez katolików-przesiedleńców (stanowili 24% ogólnej liczby praktykujących katolików w Niemczech), odmówił błogosławieństwa dla Traktatu Warszawskiego o uznaniu granicy i normalizacji stosunków pomiędzy RFN i PRL z 1970 r. Niemniej, już po wizycie delegacji katolików środowiska Znaku w Niemczech, Stolica Apostolska, wyciągając wnioski z ratyfikacji traktatu Warszawa–Bonn, zlikwidowała stan tymczasowości na dawnych ziemiach niemieckich, ustanawiając w miejsce administratur apostolskich ordynariaty.

Lato w Krakowie rozpoczęło się od imprezy imieninowej Piotra Skrzyneckiego w Piwnicy pod Baranami, na którą „Piotr mnie przemycił”, jak zanotował Turowicz w kalendarzu. Dodaje też: „program słaby, brak muzyków, bałagan, ale nastrój – świetny jazz. Ewa [Demarczyk] śpiewa, Irena [Wiśniewska] po francusku”. 17 lipca Turowicza budzi dzwonek do drzwi. Otwiera i wpuszcza do mieszkania Francuzkę i Szwedkę – Chantal i Elisabeth przysłane przez brata Rogera z Taizé, zmierzające na obóz w Nowej Hucie: „Ja w szlafroku, wszędzie brudno itp. Piekło! Dziewczyny do łazienki, robię śniadanie, ścielę łóżka…”. Po południu idzie na recital Ewy Demarczyk do Teatru Kameralnego („E. znakomita!”). Pod koniec lipca, w związku ze ślubem Macieja Kozłowskiego i Anny Dunaj, Turowiczowie użyczają gościny Małgorzacie Szpakowskiej i Jakubowi Karpińskiemu. 1 sierpnia pojawia się w redakcji nowy praktykant – br. Jan Góra, dominikanin. W trakcie urlopu, który razem z panią Anną spędza w Kazimierzu nad Wisłą, Turowicz dowiaduje się, że zmarła Anna Morawska – współpracowniczka „Tygodnika” i „Znaku”, zajmująca się m.in. problemami ekumenii i pojednania polsko-niemieckiego.

10. tys. metrów nad chmurami…

Granice PRL-u Turowiczowi uda się przekroczyć w 1972 r. jeszcze tylko raz, ale za to na trzy miesiące. Przed wyjazdem pisze tekst, który zostanie opublikowany na dziesiątą rocznicę obrad Vaticanum Secundum – Kościół nie jest łodzią podwodną, jeden z najważniejszych artykułów w jego dorobku publicystycznym.

We wrześniu, na uniwersytecie katolickim w Louvain, bierze udział w kilkudniowym sympozjum dotyczącym tematyki kościelno-społecznej. Spotyka się m.in. z kard. Leo Suenensem („Po obiedzie kawa ze Suenensem (nie wiedział o coresponsabilité polskim!”) oraz prof. Wojciechem Skalmowskim, językoznawcą i autorem „Kultury”, od lat zaprzyjaźnionym z redakcją „Tygodnika”. Prosto z Brukseli leci, via Nowy Jork, do Waszyngtonu. Jak zwykle przy okazji dłuższych podróży lotniczych notuje parametry techniczne samolotu: „PanAm Fligt 79 – Boeing 7070, Jet Clipper Good Hope! (…) 10 tys. metrów nad chmurami, za oknem pięknie, słońce, Atlantyku nie widać”. W liście do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego, z którymi ustala szczegóły spotkania w USA, przyzna, „że przed całą tą podróżą mam diabelnego pietra! To też dowód, że jestem stary i zmęczony”.

W notatkach i listach słanych do żony, w opisach podróży po USA i Kanadzie, odbywanej na zaproszenie Departamentu Stanu, kanadyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej, trudno jednak znaleźć tego ślady. A lista odwiedzonych miejsc jest imponująca: Boston, Chicago, San Francisco, Nowy Orlean, Nowy Jork, Los Angeles, Santa Fe, Kaniony Colorado, Houston. Naczelny z Wiślnej był także: nad jeziorem Tahoe, w Las Vegas, nad Niagarą, na uniwersytetach Yale, Harvarda, Stanforda, Columbia i w Berkeley, natomiast od 21 października do 6 listopada podróżował po Kanadzie: Ontario, Toronto, Ottawa, Montreal, Québec.

W liście do Czesława Miłosza, którego odwiedzi w Berkeley po 9 latach niewidzenia się, napisze: „Po Nowym Jorku biegam z ogromną ciekawością i nie bez strachu, zwłaszcza wieczorami, fascynujące to miasto, ale bardzo okrutne i nieludzkie. Byłem w Modern Art i w cudownej Frick Collection (w Metropolitan jeszcze nie, ale pójdę lada chwila), widziałem »Jesus Christ Superstar« (dziwactwo to wielkie, ale dobrze zrobione), oraz – dziś – »Godspell« – to świetny teatr i b. przejmujący, choć w Polsce by tego nie wytrzymali. Byłem też na wernisażu świetnej wystawy Lebensteina i jego samego widziałem, przyjechał tu na miesiąc, jeszcze go pewnie zobaczę; śmieszny Człowieczek, jakby wystraszony. W sumie wrażeń tyle, że na rok by wystarczyło i lepiej by to można było digestować. Na razie w głowie mi się kręci, jak mnie się pytają o wrażenia (…) odpowiadam – że powiem za miesiąc”. Słowa dotrzymał – w marcu 1973 r. „Tygodnik” opublikuje reportaż o Nowym Jorku Wieża Babel. Wcześniej, bo zaledwie dwa tygodnie po powrocie Naczelnego, „Tygodnik Powszechny” zamieści artykuł W dzień wyborów w Nowym Jorku – relację z wrażeń i obserwacji poczynionych podczas kampanii i wyborów prezydenckich, w wyniku których po raz drugi lokatorem Białego Domu został Richard Nixon.

„Ale czy to robota, gadanie z ludźmi i do ludzi?” – pyta Turowicz Miłosza w liście z 2 grudnia. – W gruncie rzeczy bicie piany. Więc trzeba wracać do prawdziwej (?) roboty”. Wraca 6 dni później, na dworcu w Krakowie witają go wszystkie córki: Elżbieta, Joanna i Magdalena. W domu czeka na niego pani Anna, a także pokój do pracy po remoncie (wyniesiona makulatura, przestawiony piec, odmalowane ściany). Jak sam przyznaje: „zanadto urządzony”. 10 grudnia kończy 60 lat. Po aklimatyzacji w Zakopanem wraca ostatecznie za redaktorskie biurko w „Tygodniku Powszechnym”.

W kalendarzu notuje m.in: pierwszą wizytę w nowym mieszkaniu najstarszej córki, bezowocne próby pisania reportażu o Nowym Jorku, wizytę redakcji z życzeniami u kard. Karola Wojtyły na dzień przed Wigilią, opowieści przy wódce jednego z redakcyjnych gości, Ernesta Nieizwiestnego, rosyjskiego malarza, o spotkaniu z Nikitą Chruszczowem, własne przeziębienie, z powodu którego Sylwestra AD 1972 spędza na Lenartowicza, odrabiając zaległości w pracy.

*
„Moim zdaniem pamięć tkwi w szczegółach, właśnie takich, prawie bez wagi. Jeżeli ma trafić do czytelnika jako znak czegoś prawdziwego, to musi wiązać się z taką właśnie… brakuje mi teraz słowa… błahostką”. Tego nie powiedział Turowicz, ale znakomity pisarz – W.G. Sebald. Wydaje mi się, że właśnie w takim stawianiu sprawy tkwi klucz do zrozumienia pieczołowitości zapisywania każdego drobiazgu toczącego się życia. Z obawy, że wydarzenia miną, pozostawiając po sobie tylko mgławicowe kolory, a najbardziej usilne starania nie pozwolą rozpoznać kształtów dawno minionego świata.

Bibliografia:
1. S. Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 1996.
2. W.G. Sebald, Wyimki, tłum. M. Łukasiewicz, A. Pokojska, „Zeszyty Literackie” 2012, nr 2, str. 42.
3. A. Słonimski, Notatki z podróży do Łodzi, „Tygodnik Powszechny” 1992 nr 3, str. 10.
4. J. Turowicz, Moralność i polityka, „Tygodnik Powszechny” 1972, nr 15, str. 1–2.
5. J. Turowicz, Delegacja „Znaku” w NRF, „Tygodnik Powszechny” 1972, nr 28, str. 1‒2.
6. Wspólna obecność. Korespondencja Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną i Jerzym Turowiczami, wybór i opracowanie: J. Strzałka, Kraków 2012.
7. J. Żakowski, Trzy ćwiartki wieku. Rozmowy z Jerzym Turowiczem, Kraków 1990.

Kalendarze Jerzego Turowicza zostały spisane z rękopisów przez jego córkę Elżbietę Jogałłę.
Relacje świadków, nagrane i opracowane przez Annę Mateję, oraz korespondencja Czesława Miłosza i Jerzego Turowicza pochodzą z Archiwum Jerzego Turowicza.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata