70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lekcja Porębskiego

Mieczysław Porębski był nie tylko wybitnym uczonym i mądrym nauczycielem, który pokazywał, jak rozumieć i przeżywać sztukę, ale posiadał także dar prawdziwej, bezinteresownej przyjaźni. Jego inspirująca osobowość przyciągała studentów, artystów, ludzi pióra, naukowców. Kilku z nich opowiada o swoich spotkaniach z Profesorem.

MARIA POPRZĘCKA

Mieczysław Porębski, penetrując rozliczne dziedziny nauki i sztuki, nigdy nie pozostawał obojętny ma otaczającą go rzeczywistość, a nawet skrzeczącą pospolitość. Żył w „tym kraju” i tego kraju kulturą, historią, losem. Obserwował zmiany jego kulturowego krajobrazu, śledził stereotypy i mity narodowej świadomości.

Patrząc na „obszary polskości w świecie zdarzeń” z rozległej perspektywy tysiącletniej historii, ogarniając wzrokiem przestrzeń od krzyżackich zamków po kresowe zagony, usiłował określić „polskość jako sytuację”. Widział ją jako warunkowaną przez „istnienie (po części zwartej, po części żyjącej w diasporze) wspólnoty duchowej, która skupia się wokół pewnych historycznie ukształtowanych symboli, z symbolami tymi identyfikuje swe trwanie, trwania tego ciągłość i godność”.
Wskazuje przy tym na rozliczne tej polskości zagrożenia, ale również zagrożenia polskością, których nasza apologetyczna historia nie widziała i widzieć nie chciała, i wreszcie zagrożenie najgorsze – zagrożenie polskości przez zaniechanie polskości, acedię, „grzech nierządnego smutku”.

Owo oblicze już nie tylko uczonego i myśliciela, lecz obywatela zatroskanego o swój kraj, Porębski po raz pierwszy objawił na pamiętnym Kongresie Kultury Polskiej w grudniu 1981 r. W swoim wystąpieniu przedstawiał „ten kraj” jako wymagający totalnej rewaloryzacji, „monstrualną masę upadłościową”, rozciągającą się od „zaśmieconych szczytów Tatr po skażone sine fale Bałtyku”.

Teraz, po latach, do tego tekstu wraca, wciąż pytając: czy odzyskaliśmy – albo raczej: czy stworzyliśmy – choć trochę przestrzennego i duchowego („co na jedno wychodzi”) ładu? Czy – sięgając po słowa przyjaciela Profesora, Tadeusza Różewicza – ten kraj to dziś „śmietnik pełen życia i niespodzianek”, czy też raczej kraina wszechobecnej bylejakości, gdzie „wszystko stoi w poprzek wszystkiemu”?

MARIA POPRZĘCKA – historyk sztuki, profesor UW. Ostatnio opublikowała 55 skarbów Polski (2012)


JACEK SEMPOLIŃSKI

Obraz sztuki Porębski całe życie tworzył, angażując wszystkie swe przymioty: wrażliwość, wyobraźnię i sceptyczną refleksję. Ciekaw wszystkich przejawów życia artystycznego i intelektualnego. A ponieważ obraz stale się zmieniał, ciekawość Porębskiego gromadziła wszystkie narzędzia dostępne, by nimi ująć heterogeniczność świata sztuki, czy ogólniej, kultury. Zawsze dążył do jak największego przybliżania się do rzeczywistości; chciał coś zobaczyć. Namalowanie „obrazu” wymagało narzędzi różnych. Były nimi i marksizm, i antropologia, i teoria gier, i strukturalizm; czasem wydawało się dziwne, czemu Porębski zapuszcza się w tereny ze sztuką niemające nic wspólnego, czemu uruchamia warsztaty zawarowane dla innych specjalności niż historia sztuki.

Zapominano, że historia sztuki to dziedzina, która stale się tworzy, zapominano, że malowanie obrazu wymaga często ruchów nieprzewidzialnych, że on, pisarz, prowadzi narrację meandrami, nie według ustalonych linii. Jak nie mógł czegoś zobaczyć oknem, wciskał się szparą i, podobnie jak malarz robiący często ruchy nie od razu jasne, by całość miała swa wymowę, tak on materię myśli traktował nie statycznie, a dynamicznie. Nawet drażniąc chwilowo.
Zawsze, i od sztuki, i od myśli oczekuje się (i wymusza nawet) czegoś określonego, tworzenia konstrukcji niewątpliwych, które w ciągu tradycji zarysują wyraźne miejsce i będą ogniwem łańcucha. Zapomina się, że z takim nastawieniem żadne dzieło powstać nie może. Uchylając pytanie „dlaczego?”, uchylamy w ogóle akt twórczy.

Porębski, pisząc swe książki, skwapliwie czytane (Ikonosfera, Pożegnanie z krytyką), bulwersował; ogłaszając artykuły o cybernetyce – jeszcze bardziej. Narzekający na swoistą „amatorską” metodę pisarza zapominali, że z amatorstwa powstawać może profesja, że w amatorstwie tkwi wielka siła sprawcza, nieodzowna dla wszelkiego działania – ciekawość. Zawsze świeża i otwarta.

Osamotnienie artysty czy myśliciela może być tyle frustrujące, co inspirujące, a w Porębskim mamy wsparcie. Wsparcie mamy też w takiej postawie, która akt twórczy widzi w jego suwerenności, niemal mistycznej; to pozwala jakoś żyć. Tylko, że życie biegnie różnymi torami – jest introwertyczne i ekstrawertyczne równocześnie. Może z tego dałoby się ułożyć jakąś syntezę? Obszar twórczości rozbity na miazgę może jest obrazem dzisiejszego świata, w którym nawet wojna nie jest tym, czym była dawniej. Czy prace Porębskiego przewidziały to? Z pewnością. Osamotnieni, winniśmy wrócić do lektury jego książek, w ich różnorodności i zmienności dostrzec jakieś scalenie.

JACEK SEMPOLŃSKI (1927-2012) – malarz, krytyk i eseista, wieloletni profesor warszawskiej ASP


JACEK WOŹNIAKOWSKI

Porębski znał gruntownie nie tylko historię sztuki, ale dobrze spenetrował historię literatury i innych dyscyplin humanistycznych, korzystał też celnie z socjologii i psychologii sztuki. Wkraczał nawet w regiony, gdzie podejmował próbę porównań twórczości artystycznej z pracą matematyków, lub stosowania matematyki do analiz estetycznych. Oczywiście, nie wszystkie te ryzykowne wędrówki po obszarach granicznych między ogromnie różnymi metodami i dyscyplinami mu się udawały.

tałe zainteresowanie tym co nowe zapędziło go na przykład na krótko w meandry marksizmu. Ale jeżeli Porębski poniósł badawcze porażki, to były one z reguły tym, co Anglicy nazywają a galant failure. Częściej jednak owe wyprawy przynosiły niezwykle zapładniające koncepcje.

Bez żadnych wątpliwości działalność Mieczysława Porębskiego – niezależnie od tego, w jakim stopniu z poszczególnymi jej fazami się zgadzać – była niezwykle cennym fermentem w polskiej myśli, i to nie wyhodowanym (jak to często dziś bywa) na prowokacji i epatowaniu rzekomo nowymi pomysłami, ale fermentem wynikającym z ciągłej – powtarzam – ciekawości tego, co się w przeszłości działo, co się dzieje i co by się dziać mogło.

O ileż uboższe byłoby życie polskiej kultury bez stałej, czujnej i wielostronnie przyjaznej obecności Mieczysława Porębskiego.

JACEK WOŹNIAKOWSKI – historyk sztuki, pisarz, działacz społeczno-polityczny, założyciel wydawnictwa Znak. Ostatnio wydał Pisma wybrane (6 t., 2011)

Fragmenty tekstów prof. Marii Poprzęckiej, prof. Jacka Sempolińskiego oraz prof. Jacka Woźniakowskiego pochodzą z okolicznościowej broszury Uroczystość wręczenia dyplomu doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego Profesorowi Mieczysławowi Porębskiemu, Warszawa 2002.


MARTA TARABUŁA

W moich wspomnieniach Mieczysław Porębski występuje nie jako Profesor, lecz jako Profesorek. Jest to pseudonim nadany mu przez studentów z sympatii – co ani trochę nie umniejszało należnego jego osobie szacunku. Był niczym z innego świata, jakby trafił na uniwersytet wprost z ilustracji w książce dla dzieci. Taki archetyp Profesora w wersji z bajki: niewysoki, raczej kruchy, siwy, rumiany, z figlarnym uśmiechem zza okularków.

Żywił przekonanie, że kultura to jedna wielka opowieść, w której jest miejsce dla faktów, ale także dla tych wszystkich form, wątków i znaczeń, jakich na pierwszy rzut oka nie widać, ukrytych w bajkach, w rzeczywistości wyobrażeń – dobrze znanej dzieciom, artystom. I tej rzeczywistości nie można pomijać w badaniach, jak to czynią liczni opisywacze sztuki – rudes, idiotae, illiterati – w istocie nie rozumiejący z niej nic a nic.

Wykłady Profesorka pełne były dygresji, opowieści i anegdot. Jeśli już klasyfikował, to robił to w sposób poetycki, daleki od uniwersyteckich reguł. W słynnym tekście wygłoszonym na paryskim kongresie AICA [Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki – przyp. red.] powinności krytyka podzielił na trzy stopnie wtajemniczenia: voir, faire voir, faire faire voir – oczywiście, by zrozumieć finezję tego wywodu, trzeba znać gramatykę języka francuskiego, z jej logiką i precyzją.

Myślę o nim jako o poecie swojego zawodu. Bo też Profesor nie zajmował się jedynie artefaktami, ale także słowem. Doceniał jak słowa pracują. W jego wypowiedziach zdania piętrzyły się, a my ze strachem słuchaliśmy, czy się nie zaplącze, nie poślizgnie i nie przewróci. Jego piruet zawsze kończył się jednak szczęśliwie.

Prawie w ogóle nie stawiał złych ocen. Niewielką grupę wybranych studentów dopuszczał do siebie bliżej, co było prawdziwym wyróżnieniem. Szybko przechodził z nimi na ty i zapraszał do domu. Paliło się papierosy, Pani Profesorowa wyciągała karafeczkę… Przy zagraconym biurku w fotelu pod lampą siadał Profesorek i rozpoczynał swoim zwykłym pytaniem: „No i co tam słychać w sztuce?”. Miałam wrażenie, że on tym wszystkim trochę się bawi, a tak naprawdę jest przyjacielem tylko artystów swojego pokolenia. To, co pojawiało się później, wzbudzało w nim szczególnego rodzaju chichot. Jakby jakieś leśne licho szeptało mu do ucha: „no i co z tym zrobisz?”.

Z drugiej strony był człowiekiem pełnym pokory i łagodności. Nie było w nim nic z zadufanego w sobie krytyka, który kategorycznie mówi „tak” lub „nie”. Lubił powtarzać, że po to ma nas – swoich studentów – żeby od nas się uczyć.

W jakimś sensie był też prekursorem tego, co dziś nazywamy sztuką kuratorską. Z klocków, które miał przed sobą – faktów, artefaktów, wyobrażeń, pojęć – potrafił budować całości: mądre, precyzyjne i pełne finezji. Pojmował swój zawód w kategoriach gry – i grał w nią błyskotliwie i z talentem. Jego nauka przenikała do nas jakby osmotycznie, poprzez bycie razem.

Uczył, że trzeba uwzględniać wiele rzeczy naraz, widzieć je równocześnie, bo przecież granice między wszystkimi przejawami kultury – literaturą, filmem, reklamą, prasą, kuchnią, sztuką wreszcie – są płynne. Myślę, że tutaj ujawniała się nie tylko jego erudycja, ale także rodzaj pokory wobec świata. Jeśli coś od niego przejęłam, to przekonanie, że istota sztuki nie zmienia się, zmieniają się jedynie jej formy. I że wszystkie te „rewolucje”, „kryzysy” i „końce świata” są tylko końcem pewnej formy – niewielką burzą w szklance wody.

MARTA TARABUŁA – krytyczka sztuki, prowadzi krakowską Galerię Zderzak


ANNA BARANOWA

Profesor Mieczysław Porębski powtarzał swoim uczniom, że historyk sztuki skazany jest na wielkość. Nie była to butada, gdyż on sam gwarantował najwyższy poziom, przekraczając jednocześnie – bardzo płynne zresztą – granice naszej dyscypliny. Uczniowie, którym podobało się tak wysokie ustawienie poprzeczki, bardzo często nie osiągali wymiernych rezultatów naukowych, ale za to mieli gwarantowany permanentny rozwój. Tak daleko zarysowane horyzonty pozwalały na luksus długich i bezinteresownych poszukiwań. Nie cel jest wszak ważny, ale dążenie do niego.

Profesor Porębski nie stawiał granic swoim zainteresowaniom dzięki czemu nie ograniczał swoich seminarzystów. Nie ułatwiał, ale też nie utrudniał badań. Wiedział doskonale, że zdobywanie wiedzy jest procesem i czerpać należy z różnych źródeł. Gdy sam zdobywał formację uniwersytecką, nie miał jednego mistrza, na którym by się wzorował. Jego ledwie rozpoczęte studia przerwała wojna, po zakończeniu której nie było już mowy o regularnym uczęszczaniu na zajęcia. Od samego początku poszukiwał i poszerzał swoją wiedzę – i to samo lubił u studentów.

W swojej niezwykłej po-wieści Z. – częściowo autobiograficznej – pisał: „Sam też nie bardzo wiedziałem w końcu, co studiuję. Myślałem o religioznawstwie, po cichu nawet o teologii, ale chyba jednak nie miałem powołania, same tylko wątpliwości. Na razie więc wahałem się między filozofią a archeologią, próbowałem, gdzie ciekawiej”. Fascynował go nie tylko wykładowca sztuki narodów słowiańskich, niegdyś poeta, Słoweniec, prof. Vojesłav Molè, lecz także Roman Ingarden. Pracę magisterską napisał jednak o strukturze Ołtarza Mariackiego Wita Stwosza.

Gdy prowadził swoje seminarium w Instytucie Historii Sztuki UJ, dawał do zrozumienia, że nie interesują go specjaliści od jednej nogi stołowej oraz ci, którzy w nieskończoność mnożą przypisy. On sam stale ulegał pokusie czasu i przestrzeni. Lubił powtarzać za André Bretonem: „Nie mogę sztuki traktować inaczej jak okno, stąd moje pierwsze pytanie, na co ono wychodzi”.

Ponieważ interesowała go sztuka wszystkich czasów – od groty Lascaux po Tadeusza Kantora i dalej – jego pole widzenia było nieograniczone. Kto nie wierzy, niech sięgnie po dwa skrajne tomy Dziejów sztuki w zarysie. Profesor jest autorem tomu pierwszego (Od paleolitu po wieki średnie) i trzeciego (Wiek XIX i XX). Miał wybitny dar syntezy – predyspozycji umysłowej zanikającej dziś w naszych badaniach, które rozszczepiają się na kolejne specjalizacje.

Profesor Porębski był mistrzem dystansu, który jest nie tylko warunkiem powstawania piękna, lecz także jego rozumienia. Za Josephem Conradem mógłby powiedzieć: „Sztukę można określić jako rzetelną próbę oddania najwyższej sprawiedliwości widzialnemu światu”. Porębski – widz aktywny – uważał twórczość za formę uczestnictwa w rzeczywistości. Stąd też jego długotrwałe i niesłabnące – pomimo deklaracji – zaangażowanie w krytykę artystyczną i przyjaźnie z artystami.

Sam był artystą – miał dar słowa wnikliwego, giętkiego, wrażliwego. Dużo rysował, czego efektem są jego słynne, wystawiane przez fanów rysunki konferencyjne. Bardzo sobie cenił współpracę z okupacyjnym teatrem Grupy Młodych Plastyków. Kto wie, jak potoczyłyby się losy polskiej humanistyki, gdyby młody Porębski został przyjęty na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, do której zdawał. Pozostał wierny artystom i jak mało kto znał problematykę ich warsztatu (którego uczył się nota bene podczas okupacji w Kunstgewerbeschule).

Ów dar dystansu przydawał mu się nie tylko w aspekcie merytorycznym, twórczym, lecz także życiowym. Miał cnotę długomyślności i to – z dzisiejszej perspektywy – wydaje mi się najważniejsze. Uczył, że życie składa się z wielu szans, które można wykorzystać lub nie. Trzeba umieć „przetrzymać” trudności – durchhalten. W dedykacji na gwiazdkowym egzemplarzu po-wieści Z. napisał: „na Gwiazdkę ’89 w optymistycznym przekonaniu, że jeszcze tak nie było, aby jakoś nie było”. Przeżył on przecież niejedno, łącznie z obozem, choć wspominał o tym niechętnie.

Nie znosił martyrologii i tromtadracji. Jego zaangażowanie było głębokie i pełne sceptycyzmu. Sparzył się na socrealizmie i to marksistowskie ukąszenie odchorował. Próbował różnych metodologii, by w końcu potwierdzić w całej rozciągłości zdanie T.S. Eliota: „The best method is to be very inteligent”.

Bardzo lubię śledzić u Porębskiego jego zamiłowanie do szczegółu. Polecam każdemu passus z po-wieści, napisanej jako komiks-rzeka, w której przedstawiona jest Ksawera (Deybel) – słynna wysłanniczka mistrza Towiańskiego, która miała łowić wśród emigrantów polskich w Paryżu nowe dusze (i ciała) dla Sprawy. Jeden z adeptów nowej wiary, zachwycony czekającym go wtajemniczeniem tak mówił: „Była piękna. Stała przede mną wsparta kolanami o moje kolana, dłonie, którymi przed chwilą przekazywała mi swoje fluidy, uniosła ku kryjącym uszy splotom warkoczy, przegięła się, podając do przodu kibić w ciemnoczerwonej, pasowanej sukni z wyłożonym koronkowym kołnierzem okalającym nagie ramiona i olśniewający gors, którego całą ozdobę stanowił prosty krzyżyk ze słoniowej kości na granatowej aksamitce. Opuszczając ręce sięgnęła do dzwonka, który miałem przy sobie na rzeźbionym gerydonie”. Im dalej, tym lepiej… Czytajmy Porębskiego!

ANNA BARANOWA– krytyczka i historyczka sztuki, stypendystka im. Herdera dzięki wskazaniu prof. Mieczysława Porębskiego – laureata Nagrody im. Herdera (1988).


KRYSTYNA CZERNI

Kiedyś pisałam o jego teorii „ikonosfery” – wizji sztuki, jako wielkiego budynku pełnego rozmaitych pięter i korytarzy. Ludzie rozmawiają w nim ze sobą, rodzi się wewnętrzna, tajemnicza komunikacja, która wędruje przez epoki i kraje, i raptem okazuje się, że malarza z Lascaux i Jonasza Sterna łączy wspólny język, porozumienie ponad geografią i historią. Dla Profesora ten osobisty kontakt z twórcą – wbrew, czy niejako na przekór czasowi i przestrzeni – jest najważniejszy.
On uprawiał historię sztuki – także sztuki epok dawnych, ba! prehistorycznych – jak krytykę twórczości jemu współczesnej. Uczył, że dzieło jest listem, skierowaną do nas informacją, komunikatem. Nawet kicz, sztuka zła i nieudana, mówi nam coś o świecie, o twórcy i o nas samych także. Pięknie jest zajmować się arcydziełami, lecz nie należy brzydzić się rzeczy nieudanych, niespełnionych.

Każdy element ikonosfery, każdy fakt wizualny i kulturowy jest szalenie ciekawą i wartą uwagi informacją. Oczywiście, nie można mieć złudzeń, że wszystko zrozumiemy. Profesor uczył nas jednak ciekawości, dociekliwości i odczytywania kontekstu, który jest szalenie ważny.

Przez długi czas powtarzano nam na przykład, że nie powinno nas obchodzić życie prywatne artysty. A przecież nic dalszego od prawdy! To ma niezwykle istotne przełożenie na lekturę i zrozumienie dzieła. Porębski w trakcie pracy nad tekstem Granice współczesności postępował podobnie – szukał wszystkich pozaartystycznych kontekstów: politycznych, obyczajowych. Dlatego i dla nas, jego uczniów, sztuka jest nie tyle fikcją, ile jakby „literaturą faktu”. W momencie, gdy patrzymy na nią przez pryzmat biografii czy historii, która się działa obok – zawsze staje się zwierciadłem czasu, zawiera prawdę, a nie tylko fantazję. (…)

Na pewno mogę go nazwać swoim mistrzem. Zawdzięczam mu bardzo wiele. U Profesora działało to osmotycznie – nie było nauk ex cathedra, liczyły się rozmowy, obserwacja, bycie z nim. Gdy Profesor widział w kimś jakąś iskrę, niebywale się otwierał – zapraszał do domu, prowadził dyskusje, zachęcał do działania. Zresztą jego także to budowało.

Byłam strasznie dumna, gdy kiedyś – a byłam jeszcze studentką – w referacie na jakiejś sesji naukowej Profesor powołał się na mój artykuł o Malczewskim drukowany w „Tygodniku Powszechnym”. To pokazuje, jak chętnie rozmawiał ze studentami i czerpał od nich pomysły. Być może jakimś jego zaniedbaniem, czy defektem było to, że nie przywiązywał wagi do tytułów naukowych. Dlatego duża część jego uczniów nie poszła drogą uniwersytecką, wydawało nam się to nieistotne. Dziś wielu spośród nas to artyści, galernicy lub krytycy.

Profesor miał swoje powiedzonka, takie bon mot – powtarzał na przykład, że to nie sztuka umieścić w swoim tekście tony przypisów. Prawdziwą sztuką jest się w tych przypisach znaleźć! To znaczy pisać tak, żeby się na ciebie powoływano, cytowano, żeby to, co robisz, było ważne. Sam potrafił pisać bardzo uczenie i z przypisami, ale w wielu książkach tych przypisów nie ma, a mimo to widać całą wiedzę, którą posiada autor.

Fragmenty wywiadu opublikowanego na stronie: www.porebski.wydawnictwoliterackie.pl

KRYSTYNA CZERNI – krytyk i historyk sztuki, ogłosiła m.in. Nie tylko o sztuce. Rozmowy z profesorem Mieczysławem Porębskim (1992) oraz Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego (2011).


AGATA BIELIK-ROBSON

Profesor Mieczysław Porębski był krytykiem sztuki, który wyniósł swoje rzemiosło na osobne wyżyny artystyczne. Pisał o sztuce z pańską, idiosynkratyczną swobodą, którą dać może tylko długa i wytrwała praktyka, umożliwiając perspektywę pełną dystansu i ironii, wolną od wpływu przemijających mód. Zajmując się swoim tematem bez mała od siedemdziesięciu lat, osiągnął niemal boski punkt widzenia (to „niemal” jest tu właściwie zbędne), gdzie każde opisywane przezeń dzieło odsłania się „pod okiem wieczności”. Pod okiem tym ostaje się tylko to, co przetrwało wszelkie burze i napory zawsze tylko chwilowych zaangażowań.

Wszystko, co napisał, otacza dyskretny urok bezczasowości, wyróżniający jego twórczość z masy krytycznych dyskursów o sztuce, zbyt często przepełnionych sound and fury: krzykiem, gniewem i nieporadnym żargonem, jakie już Szekspir przypisał ludzkiej większości, nieszczęsnemu rodowi Kaina. Nic z tego szczęśliwie nie znajdziemy w dziełach Porębskiego.

W swojej ostatniej książce Spotkanie z Ablem – tomie wieńczącym serię esejów, rozmów i fragmentów rozproszonych, autor pisze: „Każda godna uwagi sztuka informuje i inicjuje, każda orientuje się według osi, którą wyznaczają Świętość i zbrodnia, Istnienie i pustka. Miejsce sztuki – słowa, obrazu – jest nie poza, ale pomiędzy Dobrem i Złem, nie po to jednak, by się »angażowała«, ale by dawała tej sytuacji, sytuacji wyboru, świadectwo właśnie… Dlatego doraźne angażowanie jej, zwłaszcza w celach politycznych, nie jest to najlepszy, jaki można z niej zrobić, użytek”.

Opinii tej, która umieszcza sztukę w miejscu fundamentalnych decyzji – między bytem a niebytem, wysiłkiem formy a łatwizną amorfii, świętością dobra a inercją zła – autor nigdy nie zmienił. To samo ostateczne, świadomie wygórowane oczekiwanie wobec prawdziwego dzieła sztuki zgłaszał on i w roku 1956, kiedy podsumowywał „sztukę naszych czasów”, i w roku 1986, w eseju o sztuce zaangażowanej, skąd pochodzi powyższy cytat – i w roku 2007, kiedy powstawała pierwsza redakcja tomu. „Sztuka nie jest dla mnie ani wypoczynkiem, ani ucieczką… – napisał. Uważam ją za najczulszy instrument kontrolny dla wszystkiego, w co wierzę i co mnie otacza. Dlatego żądam od niej dużo”.

Zmieniona wersja laudacji wygłoszonej podczas tegorocznej uroczystości wręczenia specjalnej Nagrody Osobnej przyznanej prof. Mieczysławowi Porębskiemu przez kapitułę Nagrody Literackiej Gdynia za tom Spotkanie z Ablem (2011).

AGATA BIELIK-ROBSON – filozofka, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN oraz na Wydziale Teologii Uniwersytetu w Nottingham

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata