70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O religii bez namaszczenia

10 listopada br. mija 100. rocznica urodzin Antoniego Pospieszalskiego, emigracyjnego publicysty interesującego się szczególnie problematyką religijną. Naszym zdaniem jest on autorem, którego ciągle warto czytać – z tego względu publikujemy poniżej małą antologię jego tekstów.   

Moje pisanie nie zwalnia czytelnika od obowiązku samodzielnego myślenia i gorącego sprzeciwu, gdy mu sumienie taki sprzeciw nakaże. Za ewentualne starcia opinii z góry przepraszam i proszę o wybaczenie ewentualnych błędów. Ale jeśli obaj będziemy się starali przebywać w prawdzie, to starcia, a nawet błędy nie okażą się groźne. Simone Weil mówiła, że gdy sprzeciwiamy się Chrystusowi w imię prawdy, tym samym padamy w Jego objęcia. A Jezus sam powiedział, że każde słowo wypowiedziane przeciw Synowi Człowieczemu będzie wybaczone, ale nie sprzeciwienie się Duchowi Świętemu [tj. Duchowi Prawdy] (por. Łk 12, 10).
(A. Pospieszalski, Wiara szukająca zrozumienia, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1985, s. 8)

Nawet najpoważniejsze pisma zwykle boją się podejmować kontrowersyjne tematy, jak np. nieomylność papieska czy zjawisko homoseksualizmu, by nie narazić się na zarzut naruszania ortodoksji czy podważania wartości chrześcijańskich. W dewocyjnej atmosferze masowego polskiego katolicyzmu można te opory zrozumieć i nawet w pewnych okolicznościach uznać za uzasadnione, ale na długą metę skutki takiej polityki mogą się okazać katastrofalne. Jakże łatwo w tej sytuacji o oskarżenia z przeciwnej strony, o hołdowanie przesądom i ciemnocie, oskarżenia często usprawiedliwione. A chcemy przecież właśnie te przeciwną stronę ewangelizować.
(A. Pospieszalski, O religii bez namaszczenia, Nomos, Kraków 1997, s. 8)

Leży mi na sercu problem chrześcijańskiej, ściślej: katolickiej eklezjologii. (…) Jest to problem jak najbardziej praktyczny. Od jego rozwiązania, a raczej sposobu rozwiązywania (bo nie ma jednego rozwiązania raz na zawsze), zależy przyszłość całej misji Kościoła w świecie. Nie ma jednego rozwiązania, bo Kościół jest Tajemnicą, której nigdy nie potrafimy przeniknąć do końca. Dlatego możliwe są tylko rozwiązania cząstkowe, które z tej racji są często pomiędzy sobą sprzeczne. Kościół jest święty, a składa się z grzesznych ludzi; jest wspólnotą ochrzczonych, ale tylko Bóg wie, kto jest naprawdę jego żywym członkiem; jest widzialny i niewidzialny; jest ograniczony przestrzennie, ale (przynajmniej potencjalnie) ogarnia całą ludzkość; pielgrzymuje w czasie, rozwija się i ponosi klęski, a równocześnie jest wieczny. Między tymi sprzecznościami istnieje stałe napięcie, tak samo jak w innych aspektach chrześcijaństwa: np. Słowo jest Ciałem, krzyż już jest zmartwychwstaniem (…). Te napięcia są źródłem dynamiki chrześcijaństwa. Ale są one również permanentnym kryzysem. I, jak w każdym kryzysie, pojawia się pokusa jego przezwyciężenia, rozwiązania raz na zawsze.

Spośród sprzecznych opcji eklezjologicznych rozwiązań mamy oczywistą tendencję wybierania tych, które zdają się znamionować przezwyciężenie kryzysu. Kościół jest święty − i basta; dlatego instytucji kościelnej należy się zawsze bezwzględne posłuszeństwo. Jest wspólnotą ochrzczonych; dlatego słuszną tezę „poza Kościołem nie ma zbawienia” (istotnie, nie ma zbawienia poza Chrystusem, poza Jego Mistycznym Ciałem) interpretowano skandalicznie, że wszyscy nieochrzczeni są eo ipso potępieni. I tak dalej. Są to przeważnie rozwiązania pierwsze z przedstawionych wyżej par, rozwiązania jasne, logiczne, raz na zawsze − i dlatego absolutnie niechrześcijańskie. Istnieje również pokusa przeciwna: wybierania tych drugich rozwiązań. Na przykład: prawdziwy Kościół jest niewidzialny, wobec tego hierarchia kościelna, obrzędy, sakramenty („znaki widzialne”) są bez większego znaczenia i liczy się tylko to, co jest „w sercu”, najwyżej prywatna modlitwa.

Z grubsza rzecz biorąc, pokusie jednostronnej eklezjologii „widzialnej” podlegają raczej oficjalne sfery kościelne (…), natomiast ofiarą drugiej pokusy padają często świeccy, nie tylko formalni członkowie Kościoła, niepraktykujący (w pewnej mierze też praktykujący), ale i ogromne masy ludzi patrzących na Kościół z daleka, często prawdziwi „anonimowi chrześcijanie”, którzy jednak nie czują, by Kościół widzialny miał im coś wartościowego do zaofiarowania. Inaczej mówiąc (choć też tylko z grubsza), pierwszy typ rozwiązań eklezjologicznych jest tradycyjnie katolicki, drugi − protestancki. (…)

Jest szczególnym triumfem Kościoła w jego dwutysiącletniej pracy wychowawczej, że miłość bliźniego stała się też powszechnie uznawaną (choć nie powszechnie praktykowaną) zasadą europejskiej cywilizacji, nawet tej świeckiej czy zeświecczonej. Jakby kwas ewangeliczny przeniknął całe ciasto, sam stając się niewidzialnym. (…) Świadomość tego faktu przenika cały tekst soborowej konstytucji Gaudium et spes o Kościele w świecie współczesnym (…). To miłość bliźniego, poszanowanie godności ludzkiej i praw człowieka. A miłość Boga? Przychodzi na myśl przypowieść Jezusa, wiernego Żyda, o innowierczym Samarytaninie, który jednak był bliższy Bogu-Człowiekowi niż współ-Żydzi, kapłan i lewita. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili” (nawet jeśli nie wiedzieliście, że to Mnie robicie). (…)

Dlaczego tak wielu ludzi nie wie, że służą faktycznie Synowi Człowieczemu, że wypełniają największe przykazanie Jezusa i że czynią to pod natchnieniem Ducha Świętego? Czy to nie wina eklezjologii, raczej zbyt ciasnej niż zbyt szerokiej? Czy nie na tym polega „kryzys” współczesnego chrześcijaństwa?

Powiedziałbym: „tak, ale nie tylko”. Bo równocześnie można by powiedzieć, że owi „anonimowi chrześcijanie” padli ofiarą zbyt szerokiej eklezjologii. Są mgliście świadomi, że wszyscy razem stanowią jakąś duchową wspólnotę, ale jest to wspólnota amorficzna, bez kontaktu z Ewangelią i dlatego (po ludzku sądząc) [narażona na] niebezpieczeństwo utraty ożywczych soków i nowych sił duchowych. Natchnienie ze strony widzialnego Kościoła jest pilnie potrzebne do uporania się z tym i wszystkimi innymi naszymi kryzysami. Ale by to natchnienie mogło być efektywne, potrzebna nam jest eklezjologia nie tyle dogmatyczna, co praktyczna, pastoralna. Niedościgłym wzorem takiej eklezjologii był Jan XXIII, który jak nikt inny potrafił przemawiać i trafiać do przekonania wszystkim ludziom dobrej woli. Ale (…) nie wszystko [w tym względzie] zależy od papieża. Realnym twórcą pastoralnej eklezjologii może być tylko cały Kościół, Lud Boży.
(A. Pospieszalski, Kryzys a eklezjologia, „Znak” nr 324, czerwiec 1981, s. 764-767)

(…) Jakie są najważniejsze zadania stojące [dziś] przed polskim Kościołem? (…) Najważniejszą rzeczą jest uczyć się stale, jak być Kościołem, czyli pamiętać, że najpierw jest się człowiekiem, następnie chrześcijaninem, a dopiero potem kapłanem. Jeszcze inaczej mówiąc, cała treść Soboru zawiera się − jak w klamrach − w dwóch wielkich odkryciach, które otwierają i zamykają zestaw soborowych dokumentów. Pierwsze odkrycie znalazło wyraz w dwóch początkowych rozdziałach konstytucji Lumen gentium, które mówią, że Kościół jest jednym Ciałem i jednym Ludem Bożym, potem dopiero zróżnicowanym na hierarchię i świeckich. Drugim odkryciem jest końcowa Deklaracja o wolności religijnej Dignitatis humanae, która każe każdemu człowiekowi wyznawać swoją prawdę, tak jak ją widzi w swoim sumieniu, wolnym od wszelkich nacisków z zewnątrz, byle tylko nie działo się to z krzywdą drugiego człowieka. W ten sposób, i tylko w ten sposób, Kościół może być wiarygodnym świadkiem Chrystusa Pana i tylko tak może sobie zdobyć respekt i zaufanie ludzi, którzy jeszcze mu nie ufają i trzymają się odeń z daleka.
(A. Pospieszalski, Odpowiedź na ankietę: „Co Sobór zmienił w Polsce?”, „Znak” nr 528, maj 1999, s. 107-108)

Kościół (…) potrzebuje autentycznej opinii publicznej po to, by mógł żyć i funkcjonować jako społeczność. I mimo swej coraz bardziej autokrytycznej formy w ciągu ostatnich stuleci zawsze ją miał. (…) Tylko opierając się na tym głębokim przekonaniu, odważam się pisać i mówić na te tematy. Nie jestem fachowcem i nie otrzymałem od nikogo mandatu nauczania. Ale jestem ochrzczonym chrześcijaninem i członkiem Kościoła katolickiego i w tym charakterze mam obowiązek wyznawania mojej wiary wobec swoich i obcych. Otrzymałem ją od Kościoła i jestem mu za to wdzięczny, nie mniej niż każdy inny członek katolickiej społeczności.
(A. Pospieszalski, Wieczór na Ealingu. Autorecenzja, „Wiadomości”, nr 1354, 12 marca 1972, cyt. za: Wiara szukająca zrozumienia , dz. cyt., s. 112)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter