70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polskość jako sytuacja

Oprócz zagrożenia przez to, co obce, istnieje także zagrożenie przez samą polskość i jej zaniechanie

Jest taka sytuacja – powiedzenie to bardzo dziś się skolokwializowało, jeśli nie gorzej. I coś za bardzo zaczyna nam się charakter współczesnego Polaka dookreślać. Z góry więc zastrzegam się, że nie do tego kolokwializmu chciałbym nawiązać. Chociaż kto wie, może by i było warto, może i te moje uwagi gdzieś w tym kierunku właśnie by prowadziły. Mnie tu jednak chodzi o sprawy bardziej, by tak rzec, podstawowe.

Sytuacje opisujemy w zdaniach. Za korelat zdania, które coś stwierdza, pierwszy uznał sytuację twórca współczesnej logiki Gottlob Frege. Frege uważał jednak, że z logicznego punktu widzenia istnieją tylko dwie sytuacje: prawda i fałsz. Zdanie stwierdza albo prawdę, albo fałsz – to wszystko.

Bardziej zróżnicowaną ontologię sytuacji zaczął kształtować dopiero Wittgenstein. Idąc tym tropem sytuacją nazywał będę coś, co ma swe miejsce, swój obszar w wittgensteinowskiej „przestrzeni zdarzeń”, a zachodzi wtedy i tylko wtedy, gdy spełniony zostaje (to już w znaczeniu, jakie pojęciu spełniania nadał Alfred Tarski) pewien określony z góry warunek. Przedmiotem mych uwag będzie więc tutaj obszar polskości w świecie zdarzeń (zdarzeń mających swoją historię); tego obszaru zasięg, granice i osobliwości.

Sytuację, zwaną polskością, warunkuje – tak bym to przynajmniej widział – istnienie po części zwartej, po części żyjącej w diasporze wspólnoty duchowej, która skupia się wokół pewnych historycznie uwarunkowanych symboli, z symbolami tymi identyfikuje swe trwanie, trwania tego ciągłość i godność.

Układ odniesień

Dodać przy tym należy, że samo słowo symbol oznacza dla mnie takie twory natury czy też wytwory rąk, myśli i wyobraźni ludzkiej, wokół których powstaje i narasta przylegająca do nich ściśle otoczka interpretacyjna, dzięki czemu mogą się wzajemnie dopełniać i tłumaczyć.

Symbole współokreślające obszar i zasięg polskości są różne. Przede wszystkim są to Miejsca. Stołeczne i graniczne, te ostatnie raczej zmienne niż stałe, zawsze jednak, bliżej czy dalej, obecne, wewnątrz zaś tych granic kraj cały. Są następnie Księgi. Spisywali je kronikarze, statyści, poeci, cała zresztą twórczość literacka tu należy, a jeszcze pamiętniki, listy, dokumenty, archiwalia.

Są Obrazy. We wnętrzach kościelnych, rezydencjonalnych, domowych, w muzeach. Święte, czczone powszechnie wizerunki, sarkofagi królów i Zasłużonych, ale i portrety, które wisiały na ścianach soplicowskiego dworu, a jeden z nich zawędrował potem pod okienko w grottgerowskiej chacie leśnika, jak również to wszystko, co też już złożyć się zdołało w nienaruszalną, zdać by się mogło, całość w galerii na przykład krakowskich Sukiennic.

Są jeszcze ryciny, są fotografie. A jeszcze i to, co zobaczone w teatrze, posłyszane w sali koncertowej, przechowujemy jedynie w tekstowym czy nutowym zapisie i pamięci, jak i to, co rejestrują i czym dysponują dziś środki masowego przekazu. Są wreszcie same już tylko Dźwięki niektórych melodii, Smaki niektórych potraw, Kolory. Biel i czerwień, ale nie one jedne – ma swoje kolory polska jesień, inne pory roku też.

Przywykliśmy uważać, że to właśnie ten symboliczny układ odniesienia wyróżnia nas pośród innych i wiąże w jedną wspólnotową całość. Co w zasadzie jest słuszne, ale w szczegółach, a i w uogólnieniach nasuwa pewne refleksje, które warto tu może odnotować.

Miejsca i Księgi

A więc najpierw Miejsca. Tu jedna tylko uwaga: sposób, w jaki Miejsca symbolicznieją, w jaki tworzy się szczególna ich, symboliczna właśnie topografia, topografia krainy wszelkiej obfitości, mlekiem i miodem płynącej (sapida lacticimiis, copiosa dulcis mellibus – wymieniał wśród innych pochwał te jej przymioty Długosz, choć przyznawał, że bywa też pustynna, lasami pokryta, nieuprawna i niepłodna).

Rozciąga się ona od rybnego Gallowego Bałtyku (Occeanus Sarmaticus – zwie go Długosz), aż po góry nieprzebyte, gdzie Wisła bierze początek – supra villam Wstronye in terra Theszinensi de supercilio montis, qui wlgo dicitur Skalka, es summo Alpium Sarmaticum cacumine. To wciąż Długosz, który pomylił mało wiele źródliska Białej i Czarnej Wisełki z bliższą Ustronia Cieszyńskiego Malinowską Skałą i wypływającą spod niej Malinką. Ale że to spod niewątpliwie najwyższego szczytu (ex summo cacumine) dumnych Sarmackich Alp królowa rzek naszych Wisła wedle symbolicznego porządku wypływa, całkowitą miał rację.

Teraz o Księgach. Jeśli nawet nie pierwszym, to z pewnością najbardziej podstawowym symbolicznym – i symbolotwórczym – systemem jest język. Od owego najdawniej zapisanego, a tak rzadko praktykowanego zdania o obracaniu żartem, od strof Bogurodzicy, poprzez wspaniałości starej polszczyzny, niefrasobliwości Reja, dostojności Kochanowskiego, gorycz Wacława Potockiego. („Temu nieborakowi wsi wzięły kaduki, / Czemuż to? Bo źle wierzył. Takowej nauki / W żadnym piśmie-m nie czytał.”), elegancja poetów Oświecenia, otchłań rozpaczy klasyków, (którą uprzytomnił nam ostatnio Ryszard Przybylski), Mickiewicz z-któregośmy-wszyscy, romantycy, Norwid, Sienkiewicz i jego Trylogia, Prus i jego Lalka, cała Młoda Polska, skobuziały Berent, zapieniaczony Irzykowski, nieznośny Witkacy, Skamander i awangarda, Bruno Schulz i Gombrowicz, dalej też już wiemy.

Takie symbolotwórcze wyliczanki można sobie układać dość swobodnie, wielkie symboliczne systemy, a już najbardziej nabudowująca się w języku literatura szczególnie są redundantne, samopowtarzalne, samoprzetwarzalne, samoodtwarzalne, wystarczy parę szkolnych okruchów, żeby wziąć w siebie – bezwiednie – Całość?

Czy jednak całość? Naszą historię pisali po łacinie Gall, Kadłubek i Długosz, naszą sarmacką geografię Miechowita, fundamenty pod nasze polityczne, obywatelskie myślenie kładli, po łacinie takoż, Włodkowic i Modrzewski. Łacina był pierwszym sakralnym (uświęconym, odświętnym) językiem Polaków, a potem staropolszczyzna, a jeszcze później równie niemal od nas odległy język Mickiewicza.

Czy podobnie zsakralizuje się język, którym pisali i piszą zestawieni przez Jana Błońskiego w jednym wspólnym szeregu Jan Józef Szczepański, Borowski i Różewicz, Białoszewski i Marek Nowakowski? Ależ on już się, przez użytek, jaki z niego zrobili, zsakralizował, w nim dokonała się kolejna „epifania” polskości.

Pamiętać jednak należy i o tym, że najlepszą naszą, i nie tylko naszą, oświeceniową fantasmagorię napisał po francusku hrabia-orientalista i sarmatoznawca Jan Potocki, że właściwy nam kodeks moralnych powinności sformułowany został w angielszczyźnie Conrada. A także o tym, że dzisiaj żywe i martwe granice (piękne określenie Tadeusza Chrzanowskiego) naszej polskości penetrują nie tylko Parnicki i Kuśniewicz, Miłosz i Konwicki, nie tylko Buczkowski i Stryjkowski, ale również pisane jidysz opowiadania Izaaka Singera, również należący do literatury niemieckiej Blaszany bębenek gdańszczanina Güntera Grasa.

Obrazy i Kolory

I wreszcie Obrazy. Nie byliśmy w nie bogaci. Częstochowska, Ostrobramska i tyle innych, mniej znacznymi opiekujących się Miejscami, Madonn, wędrujący po wsiach Frasobliwy – to bodaj wszystko, z czym od początku, szerzej i na trwałe związać się zdołała polska wyobraźnia, bo przepych gotyckich tryptyków, renesansowych arrasów, barokowych dekoracyj i konterfektów jakby się nie zdołał na dobre w niej usadowić. Od nowa musiał zacząć go odkrywać wiek XIX, wyzwanie jego zdołali podjąć dopiero Matejko i Wyspiański – w Kościele Mariackim, u Franciszkanów, w wawelskich pomysłach.

Tymczasem jednak powstawać zaczęła i pracowicie się gromadzić odrębna polska ikonografia. Ta, która w krakowskich Sukiennicach ogniskuje się wokół kolejnego upostaciowania polskiego Saturna i Hioba, Generała Dembińskiego, takiego, jakim go namalował Rodakowski, a zobaczył i odczytał Norwid.

I znowu: jeśli mówię – ikonografia polska, to nie zapominam, że jest w niej miejsce nie tylko na hetmanów i szwoleżerów Michałowskiego, na Hołd Pruski i Kościuszkę pod Racławicami, na Czwórkę Chełmońskiego, ale również na Żydów i polsko-ruskich chłopów tegoż Michałowskiego, na wieszczącego z ukraińskiego kurhanu Wernyhorę, na Pogrzeb Gedymina Alchimowicza, na Świeczniki chrześcijaństwa Siemiradzkiego, zadumę Trąbek Gierymskiego, zagadkową postać królewskiego i tułaczego zarazem Ahaswera, którego namalował Maurycy Gottlieb.

A ile jeszcze do tej listy trzeba by było dopisać na bieżąco? Nacht-Samborski i Czapski, Maria Jarema i Jonasz Stern, zapustno-zaduszny Kantor, sarmacki Brzozowski, prawosławny Nowosielski, melancholiczny Mikulski, ezoteryczna Kraupe-Świderska, ukrzesłowiony Wróblewski, spalający się w swym infracerebralnym ogniu Tchórzewski, a przecież ta lista na nich się nie kończy, ani się i tym razem w takiej czy podobnej wyliczance nie wyczerpie.

I jeszcze Kolory. Znów jedna tylko refleksja, nader jednak pouczająca. Biel i czerwień to nasze barwy narodowe, szczególnie mocno nacechowane emocją. Ale biel krzyża z czerwienią tła związał pono po raz pierwszy na swym proporcu krzyżowca cesarz rzymski narodu niemieckiego Henryk VI. Stąd potem barwy królewskiego rodu Hohenstaufów, a po odwróceniu ich – także i jego rywali Welfów.

Przyjmowały je z czasem dumne niemieckie marchie, przyjmowały wolne portowe miasta, przyjmowały i kraje sąsiednie – jako symbol swej suwerennej niezależności. Wymieńmy: Brufia, Brema, Hamburg, Holsztyn, Lubeka, Wismar, Rostock, Stralsund, Pomorze, Brandenburgia, Gdańsk, Polska, Czechy (błękitny klin wniosła we wspólną flagę Słowacja dopiero po utworzeniu Czechosłowacji), Austria, Tyrol, Schwyz, cała Szwajcaria, Sabaudia, Burgundia.

Stąd chyba i nasz piastowski biały orzeł na czerwonym tle – proporzec Henryka Probusa, Łokietka. A z samej bieli i czerwieni uczyniła w wyniku zaciętej debaty barwy narodowe (losy ważyły się między tradycyjną białą kokardą wojsk królewskich a francuską tricolore) dopiero uchwała ostatniego sejmu Królestwa Polskiego podjętą 4 lutego 1831 roku, w dwa tygodnie po detronizacji dynastii Romanowych. Wnioskodawcą był „szwoleżer złej konduity” Walenty Zwierkowski.

Czym jest biel, czym jest czerwień? Biel jest reakcją na światło słoneczne fizycznej substancji, która rozprasza i odbija wszystkie rodzaje słonecznego promieniowania, czerwień – podobną reakcją substancji, która rozprasza i odbija jedynie promieniowanie w granicach od 620 do 700 mm. Jeżeli do czerwieni przymiesza się fiolet z przeciwnej granicy widma słonecznego (400 do 440 mm), przechodzi ona w purpurę, a potem w amarant. Amaranty zapięte pod szyją nosili ci właśnie szwoleżerowie.

Istnieją barwy jako pewne klasy zjawisk fizycznych dających się stosunkowo prosto określić, istnieją odpowiadające im klasy zjawisk psychicznych. Mówimy o wrażeniu bieli różnym od wrażenia czerwieni, czerwieni od amarantu, o takich czy innych emocjach, które im towarzyszą. Zastanawiamy się też, jak w różnych językach zjawiska te są klasyfikowane, na czym polega poprawność jednych określeń, niepoprawność innych. W tych właśnie rejonach szukał rozwiązania zagadki koloru późny Wittgenstein.

Ale poza obszarami zjawisk fizycznych, psychicznych i językowo-logicznych jest jeszcze jeden – ten, w obrębie którego biało-czerwona płachta, znak, liternictwo stają się symbolami, wokół których skupia się – w pewnych wypadkach może i tworzy się dopiero określona, węższa lub szersza międzyludzka wspólnota.

Stan zagrożenia

Do czego zmierzam? Ano do unaocznienia, że wspólnota taka i warunkowana przez jej istnienie sytuacja – sama jest usytuowana . Usytuowana w świecie, w którym rządzą prawa natury, prawa i przypadki historii, w obrębie czy na skrzyżowaniu sytuacyj, które uformowały się wcześniej, które ją współtworzyły, wchodziły z nią w wielorakie związki i parantele.

Wymieńmy najważniejsze: macierzysta sytuacja wyjściowa wszystkich późniejszych procesów europeizacji – śródziemnomorskość (mediterraneitas), ze śródziemnomorskiego kręgu, z jego wschodniej, judejskiej peryferii biorąca początek chrześcijańskość (christianitas), łacińskość (latinitas) wreszcie, którą twórcy polskiej duchowej wspólnoty przyjęli wraz z chrześcijaństwem, a która dała nam nie tylko alfabet i rygory gramatyki, ale ukształtowała nasze myślenie, nasze klasyczne i barokowe gusty, republikańsko-rzymskie poczucie obywatelstwa, dominujące rzymsko-katolickie formy pobożności. Nasza sarmackość wreszcie jako jakże znacząca próba indywidualnego odnalezienia się antyczno-biblijnej przeszłości.

Z tego szczególnego usytuowania w Europie, pośród usytuowanych po części podobnie, po części trochę inaczej sąsiadów i licznych, współżyjących od wieków z nami i z naszą, a także w jakiś sposób już i ich także, polskością, współmieszkańców i współobywateli, rodziła się istotna cecha takich jak nasza, historycznie uformowanych sytuacyj – towarzyszący jej permanentnie stan zagrożenia .

Tu jednak uwaga! Rzecz bowiem w tym, że owego stanu zagrożenia nie powinniśmy widzieć jednostronnie. Jest zagrożenie polskości jako sytuacji historycznej , a więc z samej swojej istory nietrwałej i, jak wszystko, co historyczne, do-czesnej.

Ale jest również zagrożenie polskością. My Polacy lubimy się poskarżyć na to pierwsze, że Drang nach Osten, że rozbiory, cały ciąg nie przez nas zawinionych klęsk, niesprawiedliwości i rozczarowań. Przyznajmy jednak, że bilans ten nie jest bilansem samych tylko strat. Nawet przecież zaborcy nie zdołali poważniej zagrozić naszej polskości, przeciwnie – wyszła ona z tego zejścia do piekieł historii utwierdzona na polu i gospodarczym, i społecznym, i politycznym, a choć różnie z tym było, w różnych momentach i zaborach, nie tylko nie utraciła swej historycznej więzi i tożsamości, ale przeciwnie, ostatecznie ją dookreśliła i na ile to było konieczne oraz możliwe – unowocześniła.

Co zaś więcej – bywaliśmy zagrożeni, prawda, ale sami też stanowiliśmy zagrożenie nie lada jakie. Potrafiliśmy być ekspansywni, potrafiliśmy też być atrakcyjni, zwłaszcza dla elit, odbierając je ludom, które weszły w skład polsko-litewskiej Rzeczypospolitej wielu narodów. Jakie to miało następstwa, dopiero może dzisiaj zaczynamy zdawać sobie sprawę naprawdę. Dodajmy wreszcie, że ta nasza atrakcyjność nie przestała oddziaływać i w czas rozbiorów, zmieniła tylko, po części, przynajmniej, charakter. Procesy asymilacyjne narastające wśród wychodzących ze środowiskowej izolacji polskich Żydów, dalsze polszczenie się – w Królestwie i na Litwie Niemców, w Galicji również i świeżo tam osiadających Czechów, niepowodzenia kolejnych akcji germanizacyjnych w zaborach austriackim i pruskim, rusyfikacyjnych – w rosyjskim, stały ferment wnoszony przez polskie dążenia niepodległościowe, społeczno-reformatorskie, społeczno-rewolucyjne wreszcie, wszystko to stwarzało nie byle jakie problemy dla stron obu. Czy umiemy im wychodzić naprzeciw? Nie zawsze.
Mógłby ktoś powiedzieć, że po co do tego wszystkiego wracać, historia w sposób bezwzględny i okrutny przesądziła te problemy raz na zawsze, współczesna polskość inne ma perspektywy i inne zagrożenia. Otóż nie. Bo my to wszystko przecież dziedziczymy, i za całe to wspólne dziedzictwo odpowiadamy.

Mówiłem dotychczas o zagrożeniu polskości i polskością, ale tylko przez to, co jest czy też może być uważane za nam obce. Ale jest przecież także i zagrożenie polskością przez to, co najbardziej swojskie, zagrożenie więc polskości przez samą polskość właśnie i zagrożenie polskości przez jej poniechanie.

Jeśli idzie o pierwsze, to niewiele tutaj pozostałoby do dopisania po Gombrowiczu, po Witkacym. Chyba tylko to, że na strojących się w czaplinie albo w pawie pióra Gnębonów Puczymordów (Kołpak z piórem, karabelą – To każdego onieśmiela) wciąż się jeszcze tu i tam natykamy. To oni uważają, że jesteśmy jedyni, nieskazitelni, na zawsze i we wszystkim heroiczni, nareszcie sami swoi i żeby sobie powiedzieć coś gorzkiego, musimy się sobie najpierw należycie sobą ponachwalać. To oni zawsze wiedzą lepiej, niszczą złośliwie, co zastaną, psują każdą robotę już zaczętą, o której nie mają pojęcia, albo której się boją i której nienawidzą, bo ich przerasta.

Z Puczymordami trzeba więc uważać, ale pamiętać również i o zagrożeniu przeciwnym, kto wie czy na dalszą metę nie bardziej niebezpiecznym: o ucieczce od polskości. Ucieczce albo w krajową ale i zagraniczną wieprzowatość, też już jak się należy opisaną, albo w drugą skrajność – „grzech nierządnego smutku”, acedię, której kliniczny opis dał Berent w Żywych kamieniach:

„Tedy każdego nazajutrz po odpustach narodowych i świątkach chorągwianych, troska i bezjutrze doli zalegały ulice i przyrynki dobrego miasta. Wlekli ludzie swe kroki jak te muchy po kleju, żuli cierpliwie święty chlebuś ubóstwa między murami kościołów i wsłuchiwali się, zali nie pluskają konie jakowych przybyszów po odwiecznej kałuży u wrót miasta sennego”.
No bo taka jest sytuacja –

Tekst pochodzi z miesięcznika „Znak” 1987, nr 11-12 (390-391)

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata