70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Perpetuum evile

Czy nie ma pewnego podobieństwa między nami, zwykłymi ludźmi, a owymi „zwykłymi” czasów nazizmu? Zachowując wszelkie różnice – czy nasza kondycja nie skrywa w sobie ambiwalencji, której kuriozalnym a ponurym uosobieniem był Himmler: główny architekt Zagłady mdlejący na widok mordu dokonywanego przez swoich podwładnych?

Czy nie ulegamy jakiemuś złudzeniu, chcąc mówić o złu specyficznym dla XXI w.? Czy przy pomocy uczonych analiz nie tworzymy kolejnego fantomu podsycającego nasz strach? A jednak trudno nie pytać „skąd zło?”. Nie jest to jedno z tych szacownych filozoficznych pytań, które przystoi nam znać i w pewnych okolicznościach zadawać, nawet jeśli niewiele nas ono obchodzi.

Rzecz jednak nie w tym, by konstruować kolejną teorię zła. Wobec idei poszukiwań jego istoty winna nas cechować daleko idąca rezerwa. Niewiara w możliwość wytropienia tego jednego momentu, w którym zbiega się „zło” wszystkich elementów naszego „teraz”, nie musi jednak kończyć się ani zwątpieniem w ich realność, ani tym bardziej zrezygnowanym milczeniem. Nie pretendując jakkolwiek do gruntownego ujęcia zagadnienia, spróbujemy jedynie wskazać na kilka momentów, w których realizuje się to, co ostrożnie nazwać można by naszym złem współczesnym.

Odwracanie wzroku

Nie można pytać o zło współczesności z pominięciem wieku XX. Zagłada i Gułag przyniosły ze sobą „wiedzę”, której nie sposób zlekceważyć. Pytanie unde malum?, przykryte nieco kurzem historii, odkryło się dla nas za ich przyczyną w swej nowej, okrutnej aktualności.

Zadajemy je więc po raz kolejny: skąd zło? Czy w pytaniu tym nie ma jednak czegoś nieodwracalnie „złego”, czegoś, co nakazuje traktować je z podejrzliwością? Zakłada ono, że wiemy już, czym zło jest, próbując jedynie dociec jego przyczyn. Czy nie jest może jednak aby tak, że odpowiedź ta zależy w pewnej mierze od odpowiedzi na pytanie inne – o źródła samej kategorii „zła”? W przypadku wieku XX, oba te pytania splotły się w morderczy węzeł. Zamiast „skąd zło?” spróbujmy zatem zapytać o to, skąd wiemy, co jest złe?

Chciałoby się odpowiedzieć, że pouczają nas o tym normy moralne. Ale skąd same te normy? Czy porzucając wszelką moralność, zaczęlibyśmy się wzajemnie zabijać? Odpowiedzi na to pytanie, dostarcza poniekąd współczesna neurobiologia. Badając proces rozwiązywania dylematów moralnych z wykorzystaniem metod obrazowania mózgu, spostrzeżono wyraźną prawidłowość: gdy w celu uratowania grupy ludzi musimy targnąć się na życie innego człowieka osobiście, nasze emocje ostro protestują i decyzja pozostaje w zdecydowanej większości przypadków negatywna. Tam, gdzie poświęcenie innej osoby sprowadza się do działania pośredniego, jak np. pchnięcia dźwigni przekładającej zwrotnicę, ów emocjonalny opór pozostaje znikomy, ustępując miejsca przesłankom racjonalnym.

Występowanie tych barier psychicznych ma charakter uniwersalny. Jak silna jest ta naturalna reakcja, przekonują świadectwa dotyczące np. członków Einsatzgruppen, którzy doznawali jej wstrząsającego wpływu nawet wtedy, gdy mord był już ich zajęciem powszednim. Uniwersalność tej reakcji jest najprawdopodobniej źródłem powszechności i bezwzględności skorelowanych z nią norm etycznych, będących ich społeczną ekspresją, kodującą to pierwotne doświadczenie w języku moralności.

Ów naturalny odruch „odwracania wzroku” ma jednak w sobie okrutną ambiwalencję. Z jednej strony stanowi wrodzoną, naturalną blokadę uniemożliwiającą „zabijanie wszystkich przez wszystkich”. Z drugiej strony jego zasięg pozostaje mocno ograniczony: nie chroni przecież przed zabijaniem w ogóle, a jedynie przez zabijaniem osobistym. Sprzeczność ta znalazła m.in. swe Endlösung w historii nazistowskiej zbrodni: druzgocące niepowodzenie, jakie Niemcy odnieśli na gruncie problemu, „jak uśmierzyć… zwierzęcy smutek ogarniający większość normalnych ludzi wobec cierpienia fizycznego” , doprowadziło do zaprzestania eksterminacji dokonywanej przez rozstrzelanie. Ludzkiej słabości przyszła z pomocą technika. Wynalezienie komory gazowej masowe mordy przekształciło w prawdziwą hekatombę.

Przepisywanie moralności

Jeśli zasięg owej „naturalnej moralności” ogranicza się jedynie do zakazu krzywdzenia osobiście, to co powiedzieć o innych normach? Skąd w tych rozlicznych przypadkach wiemy, co jest złe? Wiele wskazuje na to, że najpotężniejszą rolę odgrywa tu wpływ społeczeństwa (przechowującego osiągnięcia kultury w tworzonych przez siebie instytucjach), z którego jednostki czerpią i internalizują obowiązujące w nim normy. Z tego, jakie zasady grupa społeczna, w której funkcjonujemy, deklaruje, a co ważniejsze – jakimi realnie się kieruje, w znacznej mierze wynika to, co z moralnego alfabetu jesteśmy w stanie przyswoić i jak silnie.

Jeśli tak rzeczywiście jest, to przemiana owego kontekstu społecznego (nie tylko w warstwie deklaracji, ale przede wszystkim usankcjonowanej i dominującej praktyki) nie może nie skutkować przeobrażeniem moralnych mikroświatów jednostek. Przekonanie odmienne: że wartości moralne w znikomym tylko stopniu determinowane są przez kontekst społeczny, zderza się z radykalnym kontrprzykładem historii nazistowskich Niemiec.

Z licznych świadectw wiemy, iż gorączkowo poszukiwane po wojnie dowody psycho-społecznych anomalii głównych zbrodniarzy, nie znalazły absolutnie żadnego potwierdzenia. Rzecz w tym, iż nie tylko ci, którzy brali udział w masowych mordach, ale również cała reszta „szacownego społeczeństwa”, plamiła się nie tyle słabością woli, skandalicznym konformizmem postawy przy zachowaniu dotychczasowych pojęć dobra i zła, co – najczęściej absolutnie szczerze – zmieniła samą treść tych pojęć. Nazizm nie był wylewem barbarzyństwa ani kolonizacją ubezwłasnowolnionego społeczeństwa przez fanatyków, ale procesem, w którym jeden kod moralny został zastąpiony innym.

Jak to możliwe? Zgodnie z zarysowaną wizją umożliwiła to właśnie przemiana społecznego kontekstu, jaka dokonała się po dojściu Hitlera do władzy. To, co się wówczas stało, „to stopniowy proces przeformatowywania tego, co uważa się za oczywiste i moralne. Ci, którzy w 1941 r. w Berlinie-Grunewald (…) obserwują, jak deportuje się Żydów, na których mieszkanie już się zgłosili i wzięli udział w aukcji pochodzących z niego przedmiotów, wcale nie muszą przezwyciężać moralnych oporów. Uważają się za tak samo moralnych, jakimi byli w 1933 r., kiedy takie rzeczy nie mieściły im się w głowie. Standard tego, co uważają za dobre lub złe, zmienił się całkowicie” . Czy to nie odpowiedź na skandaliczną z naszej perspektywy postawę Himmlera, który do końca był przekonany, że postępuje zgodnie z normami moralnymi? Normatywne „przekodowanie” społeczeństwa zajęło nazistom około ośmiu lat. Wiele wskazuje na to, że podobne przemiany mogą dokonać się znacznie szybciej.

Gorycz opuszczonej lekcji

Jak w „człowieku” kryje się „zło” i „wiek”, tak w wieku „XXI” tkwi ciągle wiek „XX”. Ten przypadkowy kalambur, niby nomen omen, zaskakująco dobrze koresponduje z kondycją współczesności. Wiele wskazuje na to, że co jest specyficzne w złu obecnego wieku, ma swe źródło w nieodrobionej lekcji z wieku XX. Wielu myślicieli przekonuje, że mechanizmy i zjawiska, które ujawniły się „przy okazji” totalitarnego eksperymentu, nie były wynikiem uwolnienia barbarzyństwa ze „smyczy” kultury, lecz nieodzownym elementem nowoczesności. Gdy myślimy o współczesnym złu, wydaje się, iż niezależnie od obwieszczonego postmodernizmu, nadal w owej nowoczesności tkwimy. Jak pisze Zygmunt Bauman: „Holocaust nawet akceptowany jako »wydarzenie historyczne o podstawowym znaczeniu – podobnie jak Rewolucja Francuska, odkrycie Ameryk czy wynalazek koła – wpływające jako istotne na bieg historii« zmienił bardzo niewiele, jeśli w ogóle coś zmienił w tym biegu historii, jego pojmowaniu i naszej samoświadomości. Nie dokonał widocznego przełomu w naszych wyobrażeniach o sensie i historycznych tendencjach nowoczesnej cywilizacji” . Te nieodrobione zajęcia z historii XX w., niczym akademickim wzorem, składają się z wykładu i ćwiczeń: tego, czego nie zrozumieliśmy oraz tego, czego nie zmieniliśmy w mechanizmach rządzących naszymi społeczeństwami.

Podstawowa groźba, jaka stąd wynika, jest okrutna w swej trywialności: to, czego doświadczył wiek XX, może najzwyczajniej się powtórzyć. W tragedie zwykle się nie wierzy, a w tragedie o tak monstrualnych rozmiarach zwłaszcza. Nie chodzi o bycie „prorokiem dnia sądu” i wzbudzanie strachu, który żadną miarą nie predysponuje do powagi względem tej możliwości. Trudno jednak odmówić racji tym, którzy dostrzegają, jak niewiele zrozumieliśmy.

W tym kontekście najbardziej zignorowaną nauką wydaje się wiedza o tym, iż masowe mordy stanowią nie wynik działalności hordy barbarzyńców, jak zdaje się w większości o tym myślimy, a procesu społecznego, którego integralną częścią jest zmiana kodu moralnego. Zmiana ta może dokonać się zaskakująco dynamicznie, a jej uczestnikami mogą być całe społeczeństwa. „Kiedy np. uświadomimy sobie, z jaką szybkością przebiegały w Jugosławii procesy etnizacji, które wciągnęły całe społeczeństwo w niezwykle brutalną wojnę (…), albo w jak niewiarygodnie krótkim czasie po styczniu 1933 r. społeczeństwo niemieckie uległo narodowosocjalistycznym przemianom, to (…) wyczujemy, jak krucha jest stabilność nowoczesnych społeczeństw, jeśli chodzi o ich wewnętrzną strukturę psychospołeczną (mimo, że chętnie wierzymy w jej trwałość)” .

Nie powinna więc dziwić obawa, iż Zagłada może się powtórzyć. Więcej nawet – bacząc na wszelkie różnice, można śmiało rzec, iż już się powtórzyła, i to nie jeden raz. Kambodża, Rwanda i Jugosławia znikają nam sprzed oczu tylko dlatego, że nie dokonały się „w sercu cywilizowanej Europy” z wszelkim właściwym jej instrumentarium. Gdyby jednak wniknąć w mechanizmy, jakie rządziły tamtejszymi ludobójstwami, okazuje się ich całe podobieństwo. Oto gorycz opuszczonej lekcji.

To samo bez wyjątku dotyczy praktyki. „Niezależnie od tego, co się stało z »biegiem historii«, bardzo niewiele zrobiono z tymi wytworami historii, w których zawarta jest potencjalna możliwość Holocaustu” . Obecność tych elementów nowoczesności w życiu naszych społeczeństw czyni tę możliwość nie tylko nadal aktualną, ale sprawia, iż zabarwiają się one nową, specyficznie współczesną treścią. Nawet jeśli ich połączenie nie sprowadzi na nas równie tragicznego powtórzenia, to właśnie w ich ponowoczesności: nowoczesnym rodowodzie w XXI-wiecznym entourage’u, zdają się przejawiać te aspekty, które moglibyśmy określić mianem naszego specyficznie współczesnego zła. Nie pretendując jakkolwiek do żadnego wyczerpującego ich zestawienia, spróbujmy narysować jego pobieżny portret.

Czego nie widać zza biurka

Najbardziej wiernego przedstawienia jego pierwowzoru dostarcza być może Hannah Arendt pisząc o „złu radykalnym”. Przez odwołanie do koncepcji Kanta, podkreślić chciała ona jego niepojmowalność, niepowodzenie, jakiego doznaje myśl, próbująca uchwycić je za pomocą zrozumiałych dla siebie kategorii: złych motywów czy anomalii psychicznych. Tę repetycję z Kanta nasunęły Arendt na myśl oczywiście doświadczenia Zagłady. Pisze ona: „radykalne zło wyłoniło się w związku z systemem, w którym wszyscy ludzie stali się równie zbędni” .

To, co przedstawia się tu jako okoliczność, dzięki której ujawniła się potencjalność tkwiąca w ludzkiej naturze czy historii, wydaje się jednak kluczowe. Zło XX w. nie ukazało swego oblicza w przypadkowej szacie systemowości, ale znalazło w niej jedyne możliwe medium, poprzez które mogło się zrealizować. Systemowość owa, będąca efektem procesu cywilizacyjnego Zachodu, ujawniła całą skalę swych możliwości w czasie Zagłady. Ta demoniczna epifania w żaden sposób nie zaburzyła jednak dalszego przebiegu owego procesu po wojnie i nie wpłynęła na jego kształt w taki sposób, przy którym w całej ostrości zrozumiano by tkwiące we wspomnianym elemencie zagrożenie. W ten sposób myślenie systemowe i układanie stosunków społecznych w oparciu o rosnące zapośredniczenie oddziałuje w dalszym stopniu, wspierane dodatkowo nowymi osiągnięciami cywilizacji.

Tradycja filozoficzna w swym namyśle nad złem rozróżnia trzy jego rodzaje: zło czynione, zło doznawane oraz zło bycia ich świadkiem. Rozróżnienie to, wydaje się, przeocza jednak to, co do doświadczenia zła, wniósł wiek XX. Każdy rodzaj zła, który mieści się w tej charakterystyce, można uznać za przejaw zła moralnego, tj. takiego, które sprowadza się do odstępstwa od pewnej normy, niezależnie od tego, czy będzie ona wyraźnie wyodrębniona i sprecyzowana, czy pozostaje mniej określonym dezyderatem pewnej ogólnej postawy. Zeszły wiek ujawnił mechanizmy takiego rodzaju zła, którego w żaden sposób powyższy opis nie obejmuje.

Zło systemowe, jeśli można posłużyć się taką nazwą, przekracza zrozumiały dla nas horyzont moralny. Nie jest ono sumą osobistych przewin jednostek wobec innych jednostek, nie da się również w prosty sposób naprawić przez ich uleczenie. Ta sama trudność dotyczy jego genezy i sposobu funkcjonowania. Stworzenie warunków, w których zło wydarza się systemowo, nie zakłada jasnego podziału na tych, którzy tę strukturę zorganizowali i tych, którzy są jej poddani. W sensie metafizycznym, a nawet psychologicznym, ta machina, raz uruchomiona, czyni z dotychczasowej obsługi jej klientelę. W ten sposób wytwarza się mechanizm, którego substratem nie są już konkretni „źli ludzie”, ale on sam, zautonomizowany w swoim ruchu niczym perpetuum mobile. Z tego względu opis takiego zła winien być ostatecznie opisem bezosobowej machiny, obejmującej wszystkich razem – jej hipotetycznych inicjatorów pospołu z ofiarami.

Systemowe zło sytuuje się więc do pewnego stopnia poza moralnością lub obok niej. Polega ono na tym, iż jednostki na żadnym etapie zdają się nie dokonywać jakichkolwiek wyborów moralnych przekraczających horyzont ich bezpośredniości. Przywołując nazistowski pierwowzór: „większość uczestników (ludobójstwa) nie mierzyła z karabinów do żydowskich dzieci i nie uruchamiała komór gazowych… Większość urzędników układała okólniki, sporządzała odbitki, rozmawiała przez telefon i uczestniczyła w naradach. Zdołali wyniszczyć cały naród, nie ruszając się od swoich biurek” .
Czy byli niemoralni? Czy wiedzieli, czemu ich praca służy? A jeśli nie, czy dlatego, że nie chcieli pytać? Może wcale nie odczuwali takiej potrzeby? Sukces przedsiębiorstwa to sukces przedsiębiorstwa… Tak samo myślimy dzisiaj.

Jaki mechanizm tutaj działa? Biurokratyczne zbrodnie nie byłyby możliwe, gdyby nie rosnąca komplikacja społecznych zależności: specjalizacja i zapośredniczenie. To dzięki nim można ograniczyć się do własnego „biurka” i nie pytać, czemu służy wykonywane zadanie. Odpowiedzialność moralną zastępuje wtedy odpowiedzialność wykonawcza. „Rezultatem jest istnienie bardzo wielu działań, których nikt świadomie nie akceptuje. Dla osoby, w której imieniu są wykonywane, istnieją one tylko werbalnie (…); nie uzna ich za swoje, ponieważ nigdy ich nie przeżyła. Z drugiej strony człowiek, który w danej chwili działanie wykona, zawsze będzie je traktował jako cudze (…) Rzeczą godną uwagi jest to, że nie straciliśmy zdolności do rozpoznawania (…) wielkich niesprawiedliwości (…) To, co nas zdumiewa, to, w jaki sposób mogło do nich dojść, gdy każdy z nas, z osobna, robił rzeczy zupełnie niewinne…” .

To niewinne zło uczestnictwa w systemie ma jeszcze jeden warunek: nie byłoby tak łatwe, gdyby nie czynił on ofiar niewidzialnymi dla oprawców, i odwrotnie. W ostateczności to zło może się dokonywać również dzięki temu, że nie musimy sami „odwracać wzroku”, bo nie mamy od czego. System, w którym uczestniczymy, już zorganizował to za nas. Mechanizmem, który usprawnia dziś rozrywanie tego łańcucha odpowiedzialności, jest globalizacja. Nikt z nas nie robi przecież nic złego, a nawet można by dostrzec znamiona pewnego postępu moralnego: bezpośrednia przemoc jest zjawiskiem marginalnym, a gdy się zdarza, jest surowo piętnowana. Czy byłoby to możliwe, gdybyśmy naszych ograniczeń i wynikających z nich konfliktów, nie zepchnęli poza nasz horyzont? Globalizujący się świat tylko usprawnił ten proces wywożenia nędzy – naszego czołowego towaru eksportowego. Mowa o Pierwszym, Drugim i Trzecim Świecie, mająca obecnie rzekomo tracić na aktualności, skrywa w sobie bolesną prawdę i obraża nasz jeden ludzki świat.

Niebanalna diagnoza

Czy nie ma pewnego podobieństwa między nami, zwykłymi ludźmi, a owymi „zwykłymi” czasów nazizmu? Zachowując wszelkie różnice – czy nasza kondycja nie skrywa w sobie ambiwalencji, której kuriozalnym a ponurym uosobieniem był Himmler: główny architekt Zagłady mdlejący na widok mordu dokonywanego przez swoich podwładnych?

Ten systemowy charakter naszych społeczeństw, który pozwalał na zwyczajność i moralność w codzienności kilkadziesiąt lat temu, czyni to i dziś. Jest to jeszcze inna możliwa odpowiedź obok tej, którą Zimbardo i Miligram udzielili na pytanie unde malum? w jego najbardziej współczesnej, nowatorskiej odsłonie, tj. zagadce: „Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”.

Odpowiedź ta rzuca światło zrozumienia na tezę o banalności zła, tak szeroko oprotestowaną po jej ogłoszeniu przez Hannah Arendt. Początkowo jej samej, tak jak bezpośrednim świadkom Zagłady, z trudem mieściło się w głowach, że za zbrodnią nie stali otchłannie demoniczni sprawcy, uosabiający zło radykalne, ale ludzie, którym system nazistowski pozwolił na zwyczajną bezmyślność. Tę niewiarę niewątpliwie wzmacniał wyjątkowy, precedensowy charakter Zagłady i czyni to i dziś. Nasze obecne, całkiem niewyjątkowe położenie czyni taki obraz zła nie tylko niebywale sugestywnym, ale przekonuje o tym, jak dojmująco prawdziwy może on być. Jak pisał w korespondencji z Arendt Karl Jaspers: „Sądzę, że należy, gdyż tak rzeczywiście było, ująć rzeczy w całej ich banalności – w ich czczej nicości – bakterie mogą wywołać epidemię niszczącą całe narody, a pozostają jednak tylko bakteriami” .

Bezosobowość i systemowość są nierozerwalnie sprzęgnięte z procesem cywilizacyjnym, którym rządzi idea postępu. Być może tutaj należałoby szukać ostatecznych przyczyn współczesnego zła. Jednym z przejawów tego procesu jest zjawisko narastającej dominacji swoistego metadyskursu efektywności i korzyści. Myślenie jako proces podporządkowany idei takiego doboru metod, by za ich pomocą jak najwydajniej osiągnąć cel, mogło wydawać się niewinne, póki na horyzoncie historii nie pojawił się jeszcze cel tak niewyobrażalny jak eksterminacja ludzi. Ale nie w deprawacji: niewłaściwym użyciu skądinąd uprawnionego sposobu myślenia tkwi zło, lecz w kulturze przenikniętej ideą ugruntowywania wszelkiego myślenia w takiej instrumentalnej racjonalności. Myślenie sterowane efektywnością nie posiada żadnej wewnętrznej etyki mogącej poskromić jego zastosowania. I choć płytkie, to pociąga, bo daje poczucie rosnącej mocy.

Fundamentalne znaczenie idei postępu dla kultury Zachodu, mimo że nie sprostała ona próbie totalitaryzmu, pozostaje całkowicie nienaruszone. I niewiele zapowiada, by miało się stać inaczej. Postęp, którego dziećmi i twórcami jesteśmy, nie ogranicza się jedynie do rozwoju techniki, wzrostu dobrobytu czy standardów życia, lecz sięga głęboko naszych jednostkowych tożsamości. Nie oszukujmy się – jedną z jego zdobyczy jest nasza współczesna podmiotowość wraz z całym jej intelektualnym i moralnym wysublimowaniem. Dlatego zdaje się, że wyrzeczenie się tej genealogii jest omal niemożliwe.

Zdaje się, że moglibyśmy powtórzyć za starcem Zosimą z Braci Karamazow: „Wszyscy jesteśmy winni za wszystko wobec wszystkich”. Winni czyli odpowiedzialni. „A więc nikt nie jest odpowiedzialny za nic i wobec nikogo” – mogłaby brzmieć odpowiedź. I to także niestety prawda.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata