70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Na moim niewielkim blokowisku już drugi raz w ciągu kilku lat zdarzyło się coś, o czym naturalnie nie pisały ani gazety, ani czego nie relacjonowała telewizja. A jednak uważam to za sygnał, którego znaczenie wydaje mi się większe, niż potrafię obecnie ocenić, bo jest to dla mnie niewytłumaczalne.

1 września 2012, sobota

Refleksja autokrytyczna: jaką naiwnością było spodziewać się, że pozostając w wymiarze czasu, mogę w jakikolwiek sposób oczekiwać wyczuwalnego zbliżania się do wieczności. Wieczność nie jest przecież odmiennym rodzajem czasu, czy jego innym wymiarem, nie daje się ani wyobrazić, ani tym bardziej odliczać. „Coraz bliżej” nie może być więc zmierzone, chociaż jest głęboko prawdziwe. To jeszcze jeden przyczynek do tajemnicy niepojętości Boga, o której przypomniał Jan Paweł II podczas konsekracji sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, 17 sierpnia 2002 roku, mówiąc, że Bóg jest Panem także czasu.

Za to czas, który nie przestaje nas otaczać, pulsuje w tym roku z taką intensywnością, której chyba nikt nie spodziewał się jeszcze niewiele tygodni wcześniej. Dalej odczuwam niepotrzebność własnego spieszenia z bieżącymi komentarzami (od których zresztą roi się nieustannie), ale patrząc na wszystko co się wydarza jako na coś coraz bardziej odległego, nie potrafię, jak się okazuje, znaleźć w sobie zgody na to, aby nic już nie obchodziło. Bo także świat pomału zostawiany, na którego marginesie ciągle jeszcze się mieszczę, to jest jedyny świat, który kiedyś i mnie także powierzono jako zadanie własne. A teraz, jak się okazuje, pozostają sprawy, którym chciałoby się – a może nawet musi – towarzyszyć pytanie, co się z nimi stanie: czy zaowocują i jak? Czy przynajmniej będą rokować owocowaniem? Bo chciałoby się, nawet odchodząc, pozostawić je z uczuciem ulgi, a może nawet wdzięczności.

2 września 2012, niedziela

Największym darem tego lata było, podpisane 17 sierpnia na Zamku Królewskim w Warszawie, „Wspólne przesłanie do narodów Polski i Rosji” – zjednoczony głos polskiego Kościoła katolickiego i rosyjskiej Cerkwi prawosławnej w sprawie pojednania między narodami polskim i rosyjskim. Reakcja była wieloraka i wiele w tych głosach zdarzyło się niepojętych nieporozumień. Ale zaskoczenie, jakie stanowiło „Przesłanie”, było otwarciem nadziei dotąd niewyobrażalnej. Teraz kwestia decydująca to pytanie, czy tę nadzieję będziemy żywili i podtrzymywali my wszyscy, którzy powinniśmy to robić, bo to do nas „Przesłanie” było adresowane, a nie do samych hierarchów, ani tym bardziej nie do graczy politycznych. To pytanie musi pozostać jako najważniejsze i oby nie było bolesne.

W tych dniach przemknęła przez serwisy informacyjne niemal niezauważona wiadomość, stanowiąca niesłychanie wyrazistą ilustrację otwierających się problemów: z Moskwy do Paryża wyruszyła symboliczna konna wyprawa kozacka (w historycznych mundurach, ale bez broni) dla przypomnienia dwustulecia zwycięstwa Rosji nad Napoleonem i kolejnych etapów pokonywania jego armii. Bo tak przecież przedstawiają się fakty historyczne, w których zmienić nic nie można. Ale my, sąsiedzi, po dziś dzień śpiewamy w hymnie narodowym o Napoleonie, który nas nauczył, „jak zwyciężać mamy”. Te dwa obrazy mogą się tylko zderzyć, a nigdy pogodzić, a i to trzeba przyjąć w procesie pojednania, kiedy mamy podejmować próby zbliżania się do siebie. Słusznie Tadeusz Mazowiecki podkreśla w tekście „Potrzebujemy dobrych symboli” we wrześniowym numerze „Znaku”, że pojednanie to proces i to bardzo złożony. Ale w niczym by to nie usprawiedliwiało ani nieprawdziwej wersji, że nie ma tutaj czego jednać, ani hurraoptymizmu frazeologicznego.

9 września 2012, niedziela

Jeszcze jeden dopisek, żeby zamknąć ten problem: dzisiaj, w tę niedzielę, miała być odczytana treść „Wspólnego przesłania do narodów Polski i Rosji” we wszystkich kościołach Polski. Informacja o „Przesłaniu” nie pojawiła się jednak ani w Mszy telewizyjnej transmitowanej z Łagiewnik, ani w Mszy radiowej przekazywanej z kościoła p.w. Św. Krzyża w Warszawie. Dlaczego? Tego chyba nikt nie wie. Parę milionów ludzi mogło w ten sposób o niczym się nie dowiedzieć…

Dla mnie jednak osobiście to nie sprawa pojednania narodów jest najważniejszym składnikiem wspaniałego daru sierpniowego, lecz to, że jest to być może pierwszy wspólny akt chrześcijańskiej postawy podjęty przez prawosławie i katolicyzm. Najgłębsze i najboleśniejsze pęknięcie chrześcijaństwa, sprzed tysiąca lat, nagle zaczyna się otwierać na możliwość przezwyciężenia tego dramatu. Jeżeli bowiem chcemy coś wspólnie przekazywać światu nie znajdującemu miejsca na Boga, będziemy to mogli robić tylko w prawdziwej wspólnocie, a więc bez podziału. Ta nadzieja wydaje mi się tak olbrzymich rozmiarów, że rozumiem, iż trzeba będzie czekać na jej owoce.

10 września 2012, poniedziałek

Sierpień w tym roku był także miesiącem obrachunków związanych z zawartymi trzydzieści dwa lata temu porozumieniami gdańskimi. Obrachunków wielorakich: gorszących i pocieszających. To nie było święto porozumień – tak głęboko jesteśmy w tym momencie podzieleni. Najbardziej jednak brakowało mi w tamtej chwili rachunku sumienia tej grupy zawodowej, w której sama przez całe życie uczestniczyłam. To świat dziennikarzy i redaktorów – świat mediów winien był zdobyć się na wyznanie: „Nasza bardzo wielka wina”. Bo przecież to media ostatniego dwudziestolecia ponoszą odpowiedzialność za zdumiewającą pasję uczenia ludzi, że polityka to nie „rozumna troska o dobro wspólne”, ale namiętne eksploatowanie wrogości jednych do drugich, zamienianie przeciwników we wrogów, upowszechnianie oskarżeń i inwektyw (im głupszych i bardziej obraźliwych, tym więcej razy), marnowanie czasu na dyskusje ignorantów o grach politycznych zamiast próby pokazania, opisania i zrozumienia procesów, które naprawdę wzbierają w społeczeństwach. A także za beztroskę w traktowaniu zasady, że dziennikarstwo nie ma nic wspólnego z reklamami, które powinny być obecne w mediach tylko z powodu potrzeb materialnych.

Symbolicznym zjawiskiem w tej dziedzinie, zjawiskiem o szczególnej wymowie, stało się organizowanie pseudodyskusji, których uczestnicy mówią równocześnie. Stało się to tak powszechne, że nikt się tego nawet nie wstydzi. Ani gospodarze, ani ich goście. Ale zjawisko to ma swoje korzenie i przyczyny bardzo głębokie i zastanawiające, perspektywicznie wydaje mi się ono chyba najistotniejsze dla naszego czasu. A nawet jako prognoza przyszłości. Świat XXI wieku jest przecież już, i niewątpliwie będzie, światem, w którym każdy chce się wypowiedzieć, być czytanym, być słyszanym. To ta chęć przecież jest istotą internetu i oferowanych tą drogą form przekazu. Osobną sprawą jest, czy można się wypowiadać pozostając anonimem, przede wszystkim jednak zastanawia ta potrzeba mówienia, a nie rozmawiania, które przecież polega na słuchaniu i rozumieniu tych, którzy wymieniają się słowami. Niezależnie od tego, czy chodzi o wspólnotę lokalną, a nawet tylko domową, czy o szerszą społeczność – o naród albo o wspólnotę w wymiarze międzynarodowym – jej spoiwem nie jest mówienie, ale rozmowa. Rodzina rozmawia, a nie przerywa sobie wzajemnie albo mówi chórem. Czy zostaniemy rodziną, tego nikt nie wie.

12 września 2012, środa

Na moim niewielkim blokowisku już drugi raz w ciągu kilku lat zdarzyło się coś, o czym naturalnie nie pisały ani gazety, ani czego nie relacjonowała telewizja. A jednak uważam to za sygnał, którego znaczenie wydaje mi się większe, niż potrafię obecnie ocenić, bo jest to dla mnie niewytłumaczalne. W jednym z mieszkań umarł samotny sąsiad. Mało kto miał z nim kontakt i może była to także jego wina. Ale po śmierci sąsiedzi zorientowali się, co się stało dopiero wtedy, gdy zaalarmowało ich to, co się dzieje z ciałem, które tygodniami leży bez pogrzebu… A przecież żyjemy niemal w centrum dużego miasta, w cieniu wieży kościelnej i gotowiśmy twierdzić, że nasze więzi społeczne i narodowe są lepsze, niż w wielu krajach, które chętnie byśmy pouczali i nawracali. Ja wiem, że to nie jest logiczne i nie wiadomo, jak to wytłumaczyć, ale aż takiej przepaści samotności nie można przecież uznać za zjawisko, z którym wolno by się było pogodzić.

*

Na początku września Bydgoszcz obchodziła wydarzenie typu: spektakl rekonstrukcyjny. Chodziło o pierwsze dni wojny odtworzone przez aktorów. Usłyszany przypadkiem komentarz radiowy jednej z młodych osób, które to oglądały, wydał mi się szczególnie charakterystyczny: jak to dobrze, że można było coś zobaczyć na żywo, a nie tylko czytać w książce o martwych faktach… Zrozumiałam, że trzy pokolenia, jakie nas dzielą, zmieniają także naszą potrzebę poznawania. Jest czas, kiedy doświadczenie wzbiera na każdej stronie czytanej książki albo nad każdym grobem ofiar tamtego czasu. A potem przeszłość staje się tak daleka, że dwudziestolatkowi potrzebne są pseudobombardowania i pseudostrzały. Potrzebny jest spektakl. To chyba jest ich szczęście, ale nie wiem, czy nie zubożenie także.

 

30 września 2012, niedziela

Jedną z audycji radiowych, która przynosi mi najwięcej radości, są nagrania z cyklu: „Papież-Polak do rodaków” (radio toruńskie). Nadawane nocą pozwalają skupić się na fakcie właściwie nie do wiary, że Papież jest znowu obecny wśród nas. Audycje nie mają określonego porządku chronologicznego; czasem słychać homilie z pierwszych wizyt w Polsce, czasem nagrania ze spotkań o wiele lat późniejszych i z uroczystości prawie pożegnalnych. Nagrane zostały z wiernością dokumentu, a więc z wszystkimi reakcjami zgromadzonych dokoła Jana Pawła II rzesz.

Pierwsze wrażenie bywa chyba nieuchronne: jak myśmy mu przeszkadzali mówić. Oklaskami w porę i nie w porę, zawołaniami tak powierzchownymi, jak: „Niech żyje Papież”, przerywającymi jego najbardziej osobiste do nas przesłanie. Przychodzi też nieraz myśl, że szkoda, iż po tych właśnie programach radio nie włącza telefonów, żeby porozmawiać ze słuchaczami, jak dzisiaj odbierają te same słowa, gdy nic już nie rozprasza, a brak Jana Pawła II staje się coraz bardziej dotkliwy. To byłaby przecież okazja do wspólnego zastanowienia się nad tym, co najważniejsze – jak rozumiemy dzisiaj to, co nam powiedział? czy swoim życiem odpowiadamy na jego przesłanie? czy go słuchaliśmy naprawdę, a nie tylko po to, żeby klaskać i skandować?

Dla mnie te nocne audycje to jednak przede wszystkim nie tyle okazja do krytyki kogokolwiek, ile do przeżywania własnej świadomości tylokrotnego bycia obdarowaną przez Jana Pawła II jego bezpośrednią obecnością. Miałam szczęście bycia bardzo blisko „wujka”, czyli księdza biskupa, księdza kardynała i Jana Pawła II, a wśród tych sytuacji, chwil albo godzin, są i takie, które muszą pozostać darem dla mnie samej albo moich najbliższych, a nie tematem, który się upowszechnia. Ludzi w ten sposób obdarowanych jest w życiorysie Jana Pawła wyjątkowo dużo; z różnych kręgów, różnych środowisk, różnych czasów. Do księdza Andrzeja Bardeckiego miał powiedzieć (Andrzej to cytował): „mnie ludzie nigdy nie męczą”. Odnosiło się to nie tylko do przyjaciół, kolegów, współpracowników, do środowiska tzw. rodzinki: narciarzy, kajakarzy, współnaukowców. Dotyczyło to także milionów, które nie chciały się rozejść po centralnych uroczystościach mszalnych, zgromadzonych podczas papieskich pielgrzymek.

Nie wszyscy z kręgów bliskich Papieżowi chcieli udostępniać ten wspaniały świat przeżyć, w którym uczestniczyli. Jedni pozostawili wspomnienia, a nawet opublikowali korespondencję, inni prawie zupełnie milczeli i milczą dotąd. Zawsze podziwiałam ten rodzaj dyskrecji, tym bardziej, że dotyczy ludzi o zupełnie wyjątkowym świecie duchowym, o którym wiem niewiele, ale mimo to wydaje mi się on czymś bardzo cennym. Żałuję tylko, że nie powstała w środowisku tzw. rodzinki biografia Jerzego Ciesielskiego, dzisiaj kandydata do beatyfikacji, ze wszech miar zasługującego na to, byśmy wiedzieli o nim więcej, niż wiemy.

*

Przejmuje do dziś, jak wiele było osób, którym Jan Paweł II pozwalał być blisko siebie, z którymi rozmawiał albo tylko przebywał. Gdy spotykały się różne grupy, wcale nie stwierdzały szczególnej między sobą bliskości, czasem nawet nie umiały się porozumieć. Podczas seminariów w Castel Gandolfo nie wszystko musiało być bowiem tak wzorowe tylko dlatego, że to byli przyjaciele Papieża… Potrafiliśmy się różnić: ktoś mógł być zbyt ambitny, ktoś za bardzo krytyczny, ktoś irytujący drugiego (i nawzajem). Pamiętam, że po takim iskrzeniu jeden z uczestników wyznał: „Teraz czekam na znak pokoju na Mszy i ustawię się za N., bo wtedy się pogodzimy”. Ale kiedy Jan Paweł mówił do nas, a jeszcze bardziej, kiedy wchodząc do papieskiej kaplicy znajdywaliśmy go już na klęczkach przed ołtarzem, wszyscy na pewno otwieraliśmy się na to, co było jego najprawdziwszym światem: na Pana Boga. I to zupełnie niezależnie od tego, w jakim stopniu ktoś z nas był na to przygotowany albo zaskoczony, mniej lub bardziej godny, mniej lub bardziej pełen słabości, skrzywień, niedojrzałości, chwilowych małostkowych odruchów czy myśli. Po prostu otrzymywaliśmy niewyobrażalny dar i dotąd trudno uwierzyć, że to było tak dużo, tak hojnie, tak bez ograniczeń.

To samo kończyło nasze „Tygodnikowe” spotkania przy kolacjach, poświęcone wielu aktualnym tematom, społecznym i kościelnym. Każdy otrzymywał swoje minuty na pożegnanie, kiedy Papież otwierał się na obecność tylko tego jednego człowieka, z którym chwilę rozmawiał. I znowu: zupełnie niezależnie od tego, czy był to mądry duchowy przywódca, czy początkujący dziennikarz.

*

Słuchając którejś nocy homilii Jana Pawła II, wygłoszonej podczas konsekracji świątyni w Łagiewnikach, byłam do głębi poruszona olbrzymim wysiłkiem, z jakim na trzy lata przed śmiercią przekazywał nam swoje wielkie orędzie o tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Każde załamanie głosu albo słabnąca artykulacja wyrazów świadczyły o przezwyciężaniu kondycji starości, która, przypuszczam, była dla Jana Pawła bardzo dotkliwa. Ale w której nie rezygnował z dopowiedzenia do końca całej tej prawdy, pozostawianej nam jako podarunek. Równocześnie przypominał wszystkie wcześniejsze z nim spotkania, także te bardzo osobiste.

Słuchając, dotarłam do tego, co chyba jest tutaj istotą sprawy: Papież dawał siebie ludziom nie inaczej, niż Bóg w stosunku do każdego człowieka, bez wyjątku. Bierze go takim, jakim jest; i w tym co dobre, i w tym, co marne. I obdarza go czymś dobrym w takiej mierze, która się nie wyczerpuje. To dlatego Jan Paweł II przyjmował swoich przyjaciół z tak różnej ulepionych gliny, jakby wszyscy byli na najwyższym szczeblu doskonałości, i nikogo nie różnicował wedle stopnia jego zalet albo osiągnięć (czy też śmieszności i cech trudnych do zniesienia). To, co sam dawał, liczyło się ponad wszystko.

Mam ochotę po tym wyznaniu na jedno wspomnienie dziennikarskie, przystające właśnie do Papieża–wujka, a dotyczące osoby, o której z całą czułością mogę powiedzieć: Kopciuszek. To góralka z Kasinki Małej, która jako siedemnastolatka pomagała mi przez kilka lat przy dzieciach. W swojej rodzinie była na marginesie uwagi. Nikt nawet nie wiedział, jak ta „szara myszka” jest zdolna i inteligentna (pomagała moim córkom przy odrabianiu zadań z matematyki). Później została gospodynią u mądrego proboszcza na Śląsku, który docenił ją w talentach gospodarskich, ale także zaczął wyprawiać na pielgrzymki: do Ziemi Świętej, do Rzymu. Gdy miała jechać do Wiecznego Miasta, wieś dziewczynę wyśmiała: „Papież tylko na ciebie czeka…”.

Ale Kopciuszek zabrał ze sobą strój góralski. W Ogrodach Watykańskich, gdzie jej grupa miała się spotkać z Papieżem, okazało się, że jest jedyną osobą w stroju regionalnym i Arturo Mari właśnie ją wyciągnął z tłumu, stawiając tuż przy Janie Pawle. Kiedy grupa chciała się rozejść, Papież przytrzymał ją za rękę: „Jeszcze jedno zdjęcie”. I Kopciuszek wrócił do swojej wsi z osobistą fotografią z Papieżem… Dotąd cieszę się z tej przygody skromnej góralki z Kasinki Małej.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter