70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kryzys powieści szaleje nad Polską

Gdyby dzisiaj żył powieściopisarz Prus, ciężkie miałby życie w Polsce. Lalka jako debiut powieściowy młodego, nieznanego pisarza z Warszawy pewnie słabo by się sprzedawała w Empikach. A jeśli nawet zostałaby wydana przez jakieś małe wydawnictwo w Gorzowie Wielkopolskim albo w Środzie Śląskiej, do Empików w ogóle by nie trafiła. I mało kto chciałby z własnej nieprzymuszonej woli ślęczeć nad losami dziwaka Rzeckiego, bo mało kto by o niej wiedział.

Kryzys powieści szaleje u nas obecnie jak tajfun na Jamajce. Nie to, co w innych krajach. Na przykład mówi się u nas, że w takiej Francji wielkim pisarzem jest dzisiaj Francuz Houellebecq. Że on pisze bardzo wielkie rzeczy. Że Francja ma wielką powieść, bo gdyby nie miała wielkiej powieści, nie miałaby Nagrody Goncourtów. Że to jest wielka literatura, szczyty, Himalaje europejskiego ducha dzisiejszego.

Przeczytałem parę powieści Francuza Houellebecqa i jakoś nie zauważyłem, że to są Himalaje. Więcej nawet – odkryłem, że wolę czytać Polaka Andrzeja Stasiuka niż tego genialnego Francuza. Czy zatem wynika z tego, że Polak Stasiuk ma lepsze pióro niż Francuz Houellebecq? Wygląda na to, że ma, choć już słyszę sforę, która krzyczy, że nie. Ale ja mimo to myślę sobie, że Stasiuk jest lepszym pisarzem niż Houellebecq. Więcej: wolę go nawet czytać bardziej niż ostrą obywatelkę Jellinek, boginię światowego Nobla, chociaż wielu uzna taką opinię za przesadzoną, a może i niedorzeczną. W tym sensie powieść polska jest dzisiaj lepsza niż powieść francuska i austriacka.

Przeczytałem też kiedyś słynną powieść Jonathana Littella Łaskawe i nawet o niej coś napisałem. Jest to przypadek ciekawy, jeśli chodzi o rozważania nad kryzysem powieści. Łaskawe bowiem to klasyczna bardzo dobra zła powieść traktująca o ważnej sprawie, której autor nie miał prawie żadnych skrupułów, jeśli chodzi o mocne efekty ocierające się o kicz. W Polsce nikt nigdy takiej powieści nie ośmieliłby się napisać, bo wszyscy boją się tknąć ostrym piórem tabu Holokaustu, a Littell się ośmielił. Ale jak tu odpowiedzieć na podstawowe pytanie, czy powieść, którą należy określić jako „dobra zła”, jest dowodem na kryzys powieści, czy też nie jest?

Dyskusje o stanie polskiej powieści nudzą mnie śmiertelnie. Wolałbym, żeby znalazło się w Polsce czasopismo, które zaprosiłoby paru polskich powieściopisarzy do dyskusji o życiu. Rozmowy o życiu bowiem znacznie bardziej służą literaturze niż rozmowa o literaturze. Zaprosić tak paru pisarzy i zapytać ich, co myślą o kardynale Dziwiszu, czy kardynał Dziwisz nadaje się na powieść, co myślą o Janie Pawle II, czy Jan Paweł II nadaje się na powieść (bo filmy raczej nie wychodzą), co myślą o Rosji i Putinie, czy Putin nadaje się na powieść, co myślą o aborcji, o prawie do eutanazji, o drańskiej robocie Amerykanów na Bliskim Wschodzie, czy Afganistan nadaje się na powieść, co myślą o Bogu, czy Bóg nadaje się na powieść, co myślą o życiu seksualnym księży, czy celibat nadaje się na powieść, bo wcale nie zmienia istoty ludzkiej w istotę aseksualną, co myślą o Jarosławie Kaczyńskim, samobójstwie, mieście Gdańsk, jak sobie wyobrażają życie pośmiertne, czy boją się kobiet oraz czego najbardziej nienawidzą? Myślę, że byłaby to rozmowa pożywniejsza niż międlenie kryzysu powieści, bo mogłaby to być dyskusja o – jak mówił Miłosz – „tematach do odstąpienia”, o pomysłach na powieść, na powieściowego bohatera, na powieściową fabułę, a to chyba znacznie pożywniejsze.

Rzecz jednak znacząca, że nikt w Polsce takiej dyskusji nie wszczyna i pewnie nikt nie ma ochoty w niej uczestniczyć. Redaktorzy wolą ględzenie o kryzysie powieści, chociaż prawie nikogo w Polsce żaden kryzys powieści nie obchodzi, gdyż mało kogo obchodzi literatura, może poza garstką szlachetnych maniaków, do jakich należę.

Ja sam żadnego kryzysu nie odczuwam, bo słyszę o nim prawie od urodzenia, więc kryzys to dla mnie nie nowina. Ja przyzwyczajony. Pamiętam dyskusje sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy to w Polsce żyli ludzie tacy jak Andrzejewski, Kuśniewicz czy Iwaszkiewicz, a wyrzekanie na kryzys powieści było powszechne. Że nie ma polskiej powieści. Że nie ma wielkiego obrazu przemian. Że lustra na gościńcu próżno szukać. Że języka polscy pisarze nie mogą odnaleźć. „Życie Literackie” Machejka żywiło się takim pokarmem.
Dlatego choć kryzys szaleje jak tajfun, piszę swoje książki o Gdańsku, o samobójstwie, o Bogu, o Rosji, a nawet o Ameryce, o osobie Fryderyka Nietzschego, o pracowniku uczelni wyższej, który wylądował na dworcu, o niemieckim doktorze Hanemannie, którego trochę lubię, a trochę nie lubię, o Synu Bożym, który stał się makijażystą, czy o pewnej pannie, która uratowała „Jezusa” od ukrzyżowania. I więcej: choć kryzys szaleje, te powieści mają swoich czytelników. Jedni je mocno atakują, a inni chwalą. Jedni się krzywią, a inni nie. Kiedyś się tym przejmowałem. „O laboga, laboga, myślałem, jaką to recenzyjkę mi napiszą z mojej książki?”. A teraz już się przejmuję mniej. Bo potrafię napisać recenzyjkę tym, którzy te recenzyjki piszą i to taką, że z nich kamień na kamieniu nie zostanie. Jak czuję, że pisze o mnie ktoś, kto nie reprezentuje stosownego poziomu, to sobie głowy jego wyrokami nie zawracam. Gdy byłem młodym pisarzem, to drżałem, bo recenzja ukazywała się jedna, dwie, trzy może. A potem, kiedy po opublikowaniu Hanemanna ukazało się ich czterdzieści, i to rozmaitych, dobrych i złych, stanąłem przed pytaniem zasadniczym: „A jakąż to z tych recenzji mam wziąć pod uwagę, czyją, skoro ich jest czterdzieści, a każda inna?”

Podobnie z kryzysem: jedni mówią, że tajfun, a drudzy, że wcale nie tajfun. I którzy mają rację? Czy ci, czy tamci? Prawdziwy zawrót głowy. Mnogość opinii zawsze mnie zachwycała, bo pozwalała sformułować pożywny wniosek: opinie opiniami, ale najważniejsza jest opinia nasza własna, bo ona tak samo ważna jak wszystkie pozostałe, ale musi minąć sporo czasu, żeby do takiego wniosku dorosnąć.

Jedni lubią to, co piszę, inni nie. Z kryzysem powieści jest tak, jak z kryzysem w branży żywieniowej. Ktoś, kto nie lubi czegoś, uogólnia swój własny grymas na całość menu. Poszedł do restauracji i mówi potem, że to zła restauracja, bo mu dania nie smakują. Oczywiście nic go nie obchodzą klienci z sąsiedniego stolika, którzy te same dania zjadają ze smakiem.

Wyroki krytyków orzekających kryzys albo obwieszczających, że odkryli Himalaje ducha? Byłem przez parę lat jurorem w arcyważnych nagrodach literackich, więc wiem dobrze, jak powstają te wyroki, które jednych pisarzy windują na szczyty, a z innych robią dowód kryzysu powieści. Czesław Miłosz dostał Nike za Pieska przydrożnego przewagą jednego głosu. Tak po prostu wypadło. Wszyscy głosowali i przyszła kolej na mnie. Nerwowy moment, ale piękny. Ale gdybym akurat tamtego dnia miał kryzys egzystencjalny, gdyby mnie bolał ząb, gdybym zjadł nieświeży kotlet, gdybym został porzucony przez kobietę, to bym z tego kryzysu pewnie zrobił kryzys powieści, a może nawet kryzys polskiej literatury w ogóle i kto wie, czy nie zagłosował na przykład na Zygmunta Kubiaka, a wtedy Czesław Miłosz zostałby strącony w sferę literackiej drugorzędności, skąd krok tylko do kryzysu. Słyszałem zresztą całkiem niedawno młodych inteligentów polskich, którzy wierszom Miłosza odbierali wszelką wartość. I co dalej z Miłoszem będzie, skoro takie wyroki zapadają? Ano zależy od tego, kogo będzie więcej: czy takich jako oni, czy takich jak ja. Niestety, statystyka rozstrzygnie o wszystkim, a nie ponadczasowa idea Piękna, w którą wierzył Platon.

Nie troskam się więc zupełnie o stan polskiej powieści. A niech tam sobie będzie kryzys. Co jakiś czas przychodzi mi do głowy jakaś historia, którą mam ochotę napisać i wtedy piszę. Tajfun szaleje, a ja piszę, nie zważając na podmuchy. I wiem już w punkcie wyjścia, że to, co napiszę, jednym się będzie podobać, a innym nie będzie się podobać wcale. Więcej: wiem dokładnie, komu się będzie podobać, a komu nie, ale nic sobie z tego nie robię. Na przykład jedna z moich powieści Złoty pelikan została w Polsce przyjęta tak sobie, a za granicą obok recenzji kwaśnych zebrała także entuzjastyczne. Więc mam się martwić, że ktoś się w Polsce krzywi na Złotego pelikana i uznaje go za dowód kryzysu powieści? Ci, którzy o nim dobrze pisali za granicą, uważali wręcz przeciwnie…

Jedni uważają, że mamy w Polsce kryzys powieści, a inni po prostu idą do księgarni, kupują polskie powieści i je czytają, a nawet mi rękę ściskają na spotkaniach autorskich z podziękowaniem za to, co napisałem. Czy należy tych ludzi uznać za hołotę, która nie rozumie, że powieść polska znalazła się w stanie ciężkiego kryzysu? Że tajfun szaleje nad Polską? Otóż ja wcale nie uważam tych ludzi za żadną hołotę, chociaż są to ludzie nieświadomi wagi katastrofy, a że nie mam ich za takich, dlatego niniejszym korzystając z miłej okazji, serdecznie ich z tego miejsca pozdrawiam.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter