70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Eskapizm od kryzysu?

Zadając pytanie „Czy mamy w Polce powieść?”, Witowi Szostakowi chodziło zapewne o coś więcej niż tylko wyliczenie tytułów, które potwierdziłyby, że „powieści się przecież u nas pisze”. Jeśli jednak diagnozowany przez niego kryzys rzeczywiście występuje, to jak się wydaje, nie dotyczy on literatury gatunkowej. A jeśli nawet – to w odmienny sposób.

„Na salonach różnica między »pisarzem« i »pisarzem science fiction« odpowiada różnicy między »aktorem« i »aktorem porno«” – pisze Jacek Dukaj w najnowszej minipowieści o znamiennym tytule Science fiction, w dosadnym bon-mocie uchwytując to, o czym doskonale „wszyscy wiedzą”: fantastyka to z założenia literatura niepoważna, eskapizm od życia, w najlepszym razie maszynka do robienia pieniędzy na fanach Harry’ego Pottera i Władcy Pierścieni. Rozpatrując jednak rzecz sine ira et studio, jak faktycznie zważyć ciężar tekstu, jego znaczenie, istotność? Poczytnością? Podejmowaniem najpopularniejszych w danym czasie tematów? Liczbą prominentnych nagród? Grupą kontynuatorów? W prozie niegatunkowej jednym z wyznaczników – zwłaszcza obecnie, jak przekonująco wywodzi Jerzy Sosnowski w eseju W obronie metafizyki („Więź” 2011, nr 5/6) – jest związek opisywanych zdarzeń z aktualną problematyką, nadającą ton niebeletrystycznej publicystyce społecznej czy politycznej. Zastanówmy się zatem – czy fantaści, kreując niemożliwe światy, nie piszą tak naprawdę o współczesnej Polsce?

Polska na powrót odkrywana

Temat Polski w prozie gatunkowej to nie wynalazek dzisiejszych czasów. W PRL-u był popularny nurt „kryminałów milicyjnych”, z których podśmiechiwał się Stanisław Barańczak w Książkach najgorszych. Przynajmniej w założeniach ich akcja działa się „tu i teraz” i portretowała istotne problemy społeczne; w rzeczywistości były to nieintencjonalne fantazje na temat ziszczonego socjalizmu. Z kolei w latach 80. zaznaczył się wyraźny nurt fantastyki socjologicznej, w której – metodą znaną z Folwarku zwierzęcego Orwella – autorzy science fiction, tacy jak Janusz A. Zajdel, próbowali krytykować system i ówczesne władze. Tylko zamiast zagrodowej chudoby pojawiały się tu kosmiczne statki, obcy najeźdźcy czy orbitalne stacje, na których wprowadzano totalitaryzm.

Po przełomie roku ’89 kultura popularna zachłysnęła się wzorcami z Zachodu. W dobrym tonie stało się nazywanie swoich bohaterów angielsko brzmiącymi przydomkami, miejscem akcji stały się rozświetlone ulice międzynarodowych metropolii. „Polska” znikła z popkulturowej mapy odradzającej się Polski. Zmieniło się to dopiero na początku XXI w., kiedy swoją szansę na oryginalność odkrył w pisaniu o popegeerowskiej wsi – tyle że opanowanej przez zombie i czarną magię – Andrzej Pilipiuk, dziś bestsellerowy autor humorystycznych opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, podstarzałym alkoholiku i nieustraszonym pogromcy złego, działającym głównie na „ścianie wschodniej”. Z drugiej strony, niejako w kontrze do tej współczesnej odmiany „chłopomanii”, Jacek Komuda wskrzesił tradycję polski szlacheckiej, pisząc „easterny”, w których szeryfa zastąpił szlachcic-rębajło, bandę braci Daltonów – zbrojne oddziały wyjętych spod prawa infamisów, a prerię – stepy Ukrainy.

We Wrześniu (2002) Tomasza Pacyńskiego i Apokalipsie pana Jana (2003) Roberta J. Szmidta Polska staje się areną militarnych zmagań, kolejno – podczas III wojny światowej i po atomowym armagedonie. Maciej Guzek dał wyraz pozytywnym nastrojom towarzyszącym wejściu do UE, pisząc Królikarnię (2007), cykl opowiadań, w których Polska opanowała sposoby ekonomicznej eksploatacji światów z bajek i stała się ogólnoświatowym imperium. Także Andrzej Sapkowski, polska fantastyczna supergwiazda i autor sprzedającej się w setkach tysięcy Sagi o wiedźminie, porzucił nieistniejące neverlandy i przeniósł się na średniowieczny Śląsk, tygiel wpływów niemieckich, czeskich i polskich. Akcja jego pisanej w latach 2001–2006 Trylogii husyckiej dzieje się w okresie tytułowych XV-wiecznych wojen, podczas których – jak na fantasy przystało – wyraziście zarysowanym bohaterom zagraża nie tylko ogień i miecz, ale też szczypta (a jakże) magii.

W ostatnich latach daje się zauważyć znaczne natężenie tak zapoczątkowanego trendu. Wprawdzie Marek Krajewski zaczął pisać swój cykl o Breslau jeszcze w zeszłym stuleciu, a i przedwojenny Wrocław trudno wziąć za „przynależny do macierzy”. Jednak ogromna popularność serii jego kryminałów retro przekonuje, że aby pisać oryginalnie, wcale nie trzeba udawać się za ocean i w dalekie kraje. Do pociągu z popularnością załapali się jeszcze Marcin Wroński i Konrad T. Lewandowski. Ten pierwszy, pisząc kryminały z cyklu o komisarzu Maciejewskim, których akcja dzieje się w przedwojennym Lublinie. Ten drugi – proponując cykl o Jerzym Drwęckim, tym razem nadkomisarzu, który działa w międzywojennej Warszawie, ale w kolejnych tomach odwiedza też Łódź czy Katowice. Pierwsze tomy obu serii ukazały się w 2007 r. Tym samym, w którym ukazał się też Lód Jacka Dukaja.

Monumentalna powieść polskiej gwiazdy science fiction zabiera czytelnika nie w odległą przyszłość i gwiazdy – ale w przeszłość i na Syberię. A dokładnie – w przeszłość alternatywną, w której historię zmienił fenomen eksplozji tunguskiej, kiedy to na Ziemię trafili egzotyczni obcy potrafiący „zamrażać logikę” (to trzeba przeczytać samemu…). I na Syberię, na której zręby kapitalizmu budują przedsiębiorczy zesłańcy. A wszystko to w fin de siecle’owym klimacie wciąż trwającego caratu i imperialnej Rosji, skuwanej przez nieustępującą zimę i tytułowy lód. Dukaj tematyką okołohistoryczną interesował się zresztą wcześniej. Wydany jeszcze w 1997 r. Xavras Wyżryn to historia alternatywna budowana na założeniu, że wojnę 1920 r. wygrali bolszewicy. W powieściowym świecie, kilkadziesiąt lat po przegranej, w kierunku Moskwy wyrusza oddział polskich terrorystów transportujących bombę atomową. Z kolei wydany w 2009 r. Wroniec to utrzymana w poetyce bajki, zmitologizowana historia stanu wojennego oglądanego oczami dziecka. Po sukcesie tych książek okazało się, że o Polsce można pisać nie tylko na koturnach i nie tylko w zgodzie z historycznym kanonem. Pisarze ruszyli do podręczników do historii, a czytelnicy do księgarń.

Skoro nisza międzywojenna została szczelnie wypełniona komisarzami, autorzy kryminałów zaczęli cofać swoich bohaterów w przeszłość. Bartłomiej Rychter w Złotym wilku (2009) kazał im rozwikływać zagadkę brutalnych morderstw w XIX-wiecznym Sanoku. Robert Foryś zaś, w Z zimną krwią (2011), przeniósł się do Warszawy czasów Stanisława Poniatowskiego, w której – prawem dobrego kryminału – również dochodzi do brutalnych morderstw, ale w intrygę zamieszani są też zaborcy i polityka. Marcin Ciszewski zaproponował cieszącą się sporym powiedzeniem serię militarystyczną, rozpoczętą książką o mało wyszukanym tytule www.1939.com.pl (2008). Jej fabuła też nie jest nazbyt skomplikowana: oddział komandosów GROM-u, zamiast do Afganistanu, poprzez zawirowanie czasowe trafia w sam środek kampanii wrześniowej i za pomocą nowoczesnych technologii zaczyna robić „porządek w historii”. Rzecz jednak spodobała się czytelnikom na tyle, że powstała kontynuacja z czasów Powstania Warszawskiego (www.1944.waw.pl) oraz z czasów współczesnych (www.ru2012.pl). W tej ostatniej to nie Polacy cofają się w czasie, lecz na ulicach współczesnej Warszawy pojawiają się wozy pancerne z hakenkreuze.

W pełnym aluzji Czarnym horyzoncie (2010) Tomasza Kołodziejczaka świat najechały potwory rodem z powieści Tolkiena, „przedmurzem normalności” jest Polska, na której tronie siedzi elf-monarcha, a po orbicie okołoziemskiej krążą szpiegowskie satelity z krasnoludzkiego mithrilu. W Nadziei czerwonej jak śnieg (2011) Andrzeja W. Sawickiego losy powstania styczniowego zostają odmienione przez turbulencje rzeczywistości, które – jak w amerykańskich komiksach o X-Menach – przemieniają wybrańców w obdarzonych niezwykłymi mocami „odmieńców”. To dzięki nim mogą się odwrócić losy narodowej klęski.

Okazało się, że nawet jeśli literatura gatunkowa to eskapizm i czysta rozrywka – to może być to eskapizm kontrolowany i rozrywka, w której tle pojawiają się współczesne problemy i aktualny komentarz.

Krzywe zwierciadła polskości

Trudno zatem mówić o kryzysie powieści w prozie gatunkowej – pisze się ich tam sporo i na różne tematy. Problemem en masse mogłaby być ich błahość i atrakcyjność – na poziomie intelektualnym, estetycznym, językowym – tylko dla zaprzysięgłych miłośników fantastyki, zainteresowanych głównie w śledzeniu ewolucji najpopularniejszych motywów czy postmodernistycznej grze gatunku z samym sobą. Ale i tu w ostatnich latach można zauważyć budujący ferment. Związany jest on głównie z pokoleniem autorów, którzy z fantastyki się wywodzą, w niej stawiali pierwsze literackie kroki, ale dziś coraz mniej chętnie przyznają się do tego „błędu młodości”, żeby z automatu nie być szufladkowanym jako „autorzy niepoważni”. Oprócz wspomnianego Jacka Dukaja, mówię tu głównie o Łukaszu Orbitowskim, Szczepanie Twardochu, Michale Protasiuku i Wicie Szostaku.

Ten pierwszy, po okresie literackiego beletryzowania swoich młodzieńczych przeżyć z krakowskich blokowisk i siłowni – wyprzedził w tym Dorotę Masłowską – zwrócił się w stronę polskiej historii i największych narodowych traum ostatniego wieku. Nadchodzi (2010) w konwencji horroru opowiada o skomplikowanych relacjach syna i prześladowanego przez przeszłość ojca, po wojnie pracownika UB tropiącego żołnierzy AK. A Widma, wydane w marcu 2012 – chyba najdojrzalsza i najlepsza książka Orbitowskiego – to przejmujący tekst o Warszawie, w której nie doszło do Powstania, i o odchodzącej miłości, której nie da się ocalić. Bohaterem tekstu jest Kamil Baczyński, który przeżył wojnę, ale przegrał swój związek z Basią i pisarski talent.

Wieczny Grunwald (2010) Szczepana Twardocha to fantasmagoryczna, wywiedziona z twórczości Parnickiego podróż przez historie i rzeczywistości, w których na polu nieustającej bitwy Ewiger Tannenberg ścierają się doprowadzone do ekstremum żywioły niemiecki i polski, symbolizowane przez spersonifikowane „Germanię” i „Matkę Polskę”. Powieść Twardocha ukazała się w serii „Zwrotnice Czasu” Narodowego Centrum Kultury, w której ukazały się również inne alternatywne warianty kluczowych momentów polskiej historii (np. Burza M. Parowskiego, w której Polacy wygrywają kampanię wrześniową i do II wojny światowej w ogóle nie dochodzi, czy Miraż Zbigniewa Wojnarowskiego, mozaikowa powieść o kinie i dziejach Polski w XX w.).

Michał Protasiuk, autor Święta rewolucji (2011), dla odmiany zabiera czytelnika w nieodległą przyszłość. W oazie wykluczonych na poznańskim Dębcu zaczynają się zamieszki jak te niedawne z przedmieść Paryża czy Londynu (kiedy Protasiuk pisał Święto, nikt jeszcze nie słyszał o „Oburzonych” czy „Anonymusach”), bohaterowie znajdują książkę, która opisuje ich życie, dzięki pracom XIX-wiecznego polskiego matematyka można sterować historią i w globalnym eksperymencie próbuje się znaleźć dowód na istnienie Boga. Zmiana epok, dowodzi Protasiuk, już się dokonała, a my, tutaj, w kraju nad Wisłą, także znajdujemy się w jej centrum.

Wit Szostak, najmniej doraźny – i z tego powodu chyba najbardziej wymykający się narzędziom współczesnej literackiej krytyki, skupionym, jak przekonująco wskazywał Sosnowski, przede wszystkim na uwikłaniu socjalnym i politycznym literatury – jest chyba jednocześnie autorem najbardziej osobnym z wymienionej grupy. Jego Chochoły (2010) to powieść o rozpadzie mitologicznych porządków, „nastrojach”, które literalnie nas przemieniają, i o Krakowie, który przybiera taki kształt, jaki nada mu zmienne oko patrzącego. Dlatego raz można w nim pływać gondolami po kanałach wijących się na Plantach, by innym razem, gdy rozpadają się życia bohaterów, miasto zamieniło się w znane z Serbii pole okrutnej miejskiej bitwy. Z kolei w pisanym z wyrafinowanym humorem Dumanowskim (2011) nakreślone zostają dzieje Józafata Dumanowskiego (w rzeczywistości to pseudonim Słowackiego, pod którym zamierzał on wydać Króla-Ducha) – studwudziestotrzyletniego starca, rodzącego się w dzień trzeciego rozbioru Polski i umierającego z chwilą odzyskania niepodległości, w którego życiorysie kumulują się wszystkie XIX-wieczne polskie mity narodowe. Jego najbliżsi towarzysze i przyjaciele to Adam Mickiewicz – ksiądz, nie wieszcz; i Juliusz Słowacki – bardzo utalentowany bankier.
Tylko kto w ogóle o powyższych tytułach słyszał?

W języku nie-realizmu

Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle? Jeśli uwierzymy, że oryginalna i wartościowa twórczość może przydarzyć się także na literackich pograniczach, naturalnym krokiem powinno być przyjrzenie się tym rejonom autorskiej ekspresji; najpierw jednak trzeba by uczynić ten skok wiary. Tymczasem szeroko rozumianą krytykę literacką, pomijając wyjątki, wstrzymuje przed nim chyba wciąż swoisty „długi cień socjalizmu” (idee z duszy egzorcyzmować najtrudniej), pod którym każda sztuka niezaangażowana w teraźniejszość jest uważana co najmniej za podejrzaną. Z drugiej strony winni byliby sami autorzy, nazbyt często – nawet kiedy temat wyjściowy wydaje się literacko obiecujący – popadający w językową miałkość, gatunkowe schematy, fabularną sztampę. Słowem, impas?

Sytuacja zdaje się ewoluować jednocześnie na dwu płaszczyznach. Z jednej strony do głosu – jako krytycy, pracownicy akademiccy, redaktorzy – dochodzi pokolenie czytelników wychowanych na tabletach, grach sieciowych, książkowym i komputerowym Wiedźminie, Harrym Potterze czy Oscarach dla filmowego Władcy Pierścieni, dla których fantastyka to podstawowy sposób myślenia o świecie, a nie powód do kulturowego wstydu. Po drugie, jak się zdaje, nie﷓realizm – rozumiany jako jeden z literackich języków, a nie sztywna klatka konwencji – reprezentowany mocno w całej literaturze XX w., z jej wszystkimi oniryzmami, surrealizmami, postmodernizmami, znów zaczyna dominować w dyskursie o rzeczywistości i staje się najtrafniejszym sposobem mówienia o współczesnym świecie i człowieku. Wskazywałyby na to poczytne, głośne i nagradzane powieści José Saramago, Salamana Rushdie’ego, Margaret Atwood, Cormaca McCarhy’ego, Philipa Rotha, Michaela Chabona… Czy obok nich można by wymienić piszących w podobnym duchu polskich autorów? Przywołane wyżej nazwiska dają nadzieję, że – jeśli jeszcze nie dziś, to może wkrótce – tak.

Pytanie zatem nie brzmiałoby, czy w Polsce jest powieść – tylko jeśli jest, co można z nią teraz zrobić?

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter