70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W drodze do pojednania

„Mamy nadzieję, że kiedyś spotkają się uprawnieni przedstawiciele narodu polskiego z takimiż uprawnionymi przedstawicielami narodu rosyjskiego – i oba narody, stanąwszy w prawdzie wobec swych dziejów i wobec swej przyszłości, pojednają się. (…) Módlmy się o rychłe nadejście takiego dnia pojednania się w prawdzie, w duchu najwyższej Miłości”.

Tak 17 września 1974 r. w warszawskiej katedrze św. Jana – w 35. rocznicę napaści ZSRR na Polskę – publicznie modlił się ks. Jan Zieja.

Czekaliśmy na ten dzień długo. I doczekaliśmy się. 17 sierpnia br. „uprawnieni przedstawiciele” obu narodów – zwierzchnicy Kościołów chrześcijańskich – podpisali w Warszawie wspólne przesłanie do narodów Polski i Rosji. I choć zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek trudnego i długiego procesu jednania, to uważam ten akt za jedno z najważniejszych wydarzeń, do jakich w ostatnim czasie doszło w duchowych dziejach Europy. Co więcej, uprawnione wydaje mi się porównanie tego polsko-rosyjskiego dokumentu ze słynnym listem biskupów polskich do biskupów niemieckich z roku 1965.

Oczywiście, dostrzegam między tymi dwoma tekstami – i okolicznościami historycznymi, w jakich powstawały – istotne różnice, niemniej w obu dokumentach wyraźnie widoczna jest inspiracja płynąca z Ewangelii. Wynikają one z „prawa, które wydaje się na ludzki sposób trudne do zachowania – prawa miłości nieprzyjaciół: »Miłujcie waszych nieprzyjaciół, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą«”. Tak fakt sformułowania listu do biskupów niemieckich tłumaczyli wiernym (w lutym 1966 r.) członkowie polskiego Episkopatu. Te słowa mogliby powtórzyć także dzisiaj, A.D. 2012 – w kontekście pojednania polsko-rosyjskiego.

Aby uniknąć nieporozumień, powiedzmy od razu, że przesłanie, przyjęte przez patriarchę Cyryla I i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Józefa Michalika, ma charakter przede wszystkim duchowy, religijny, a nie polityczny, choć – co zrozumiałe – dotyka ono również sfery polityki. Całkowicie zgadzam się z prof. Adamem Rotfeldem, współprzewodniczącym polsko-rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, kiedy mówi, że „ci, którzy próbują interpretować ten dokument jako polityczny, pomniejszają jego znaczenie i wartość. [Tymczasem] Przesłanie nie służy rozwiązaniu konkretnych spraw, ale przemianie duchowej w stosunkach między ludźmi. Jest adresowane do każdego człowieka i do ludzkich sumień”.

Tak właśnie – jako skierowane do sumienia – odczytuję słowa o potrzebie uleczenia ran przeszłości, przezwyciężenia uprzedzeń i nieporozumień, wybaczenia krzywd. I o wspólnym marzeniu, „aby każdy Polak w każdym Rosjaninie i każdy Rosjanin w każdym Polaku widział przyjaciela i brata”.

Świadomość wiekopomności tego dokumentu i okoliczności towarzyszących jego podpisaniu (takich jak pierwsza w dziejach obu naszych Kościołów wizyta patriarchy moskiewskiego w Polsce) nie oznacza, iż nie ma w nim żadnych braków czy niedoskonałości. Jest ich całkiem sporo, co na pierwszy rzut oka może wydać się dziwne. Wszak nad tekstem zajmującym pięć stron znormalizowanego maszynopisu pracowano ponad dwa lata. W czasie twardych negocjacji spierano się o każde niemal zdanie. Jak mówi abp Henryk Muszyński, który w pracach tych uczestniczył: „Być może po ludzku ani jedna, ani druga strona nie jest [z tekstu] w pełni zadowolona”, ale to, co udało się wynegocjować, stanowi „wyraz szacunku dla partnera dialogu” i owoc „wysiłku zrozumienia go, tak jak on sam siebie rozumie”.

Widać to zwłaszcza w części historycznej, w której brakuje konkretów, nie pada nawet słowo „komunizm”. To mnie jednak nie martwi, bo nad problemem pamięci pracuje przecież wspomniana Grupa do Spraw Trudnych, ukazują się ważne publikacje na ten temat, zaś autorzy przesłania niczego nie chcą przemilczać. Przeciwnie: wyrażają nadzieję, że dzięki pracy specjalistów możliwe będzie „poznanie niezakłamanej prawdy historycznej, (…) wyjaśnienie wątpliwości (…) i przezwyciężenie negatywnych stereotypów”. Bo „trwałe pojednanie jako fundament pokojowej przyszłości może się dokonać jedynie w oparciu o pełną prawdę o naszej wspólnej przeszłości”.

Wagi tekstu orędzia nie sposób, moim zdaniem, przesłonić zasadnymi skądinąd pytaniami o wiarygodność i rzeczywistą reprezentatywność jednego z sygnatariuszy; o poczucie nierównomierności wyrządzonych sobie nawzajem krzywd; o możliwość instrumentalizacji porozumienia przez polityków (a dokładniej: przez prezydenta Putina) etc. Rozumiem te pytania i wątpliwości (co nie znaczy, że je wszystkie i w jednakowym stopniu podzielam), niemniej ważniejsze od nich są dla mnie zacytowane w orędziu słowa Pisma o Bogu, który „w Chrystusie jedna ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania” (2 Kor 5, 19).

Przyjmujemy to „słowo jednania” i – tak jak potrafimy – przekazujemy je dalej, ufając, że przyniesie owoce dla świata – że np. możliwe okaże się spotkanie patriarchy Moskwy z biskupem Rzymu. Jeden z tych owoców właśnie dojrzewa: na wieść o wizycie Cyryla I w Warszawie pragnienie pojednania z Rosyjską Cerkwią Prawosławną wyraził Kościół greckokatolicki na Ukrainie.
Zaiste, możemy być świadkami wielu jeszcze cudów.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter