70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nieodzowność hreczkosieja-awangardzisty

Prawica w Polsce przegrywa kulturę od lat. Dlaczego? Bardzo trudno z tego charakterystycznego natężenia tonu, postulatywności i wyuczonych zwrotów utkać dzieło sztuki. Lewica nie daje tak łatwo skoszarować swego języka, pozwala sobie na zabawę słowem, słucha człowieka i wyłapuje jego natręctwa i dziwactwa. Rozsmakowuje się w nich. Prawica swej „defiladowej” dyscypliny pilnuje nawet w warstwie językowej.

Rozumiem wciąż powracające tęsknoty za wielkimi, epickimi formami prozatorskimi, sam jednak takich nie odczuwam. Najbardziej frapujące są dla mnie pytania o polityczność literatury oraz jej związki z publicystyką. Formą sztuki zaangażowanej po 1989 r. ma być sztuka krytyczna. Twórcy związani z lewicą, wrażliwi na szkodliwe według nich zjawiska społeczne sięgnęli sprytnie po termin dobrze się kojarzący: po pierwsze – z dojrzałym realizmem powieści XIX-wiecznej, po drugie – ze sprzeciwem wobec ciasnego socrealizmu. Nie trzeba pogłębionej analizy, by wskazać na owe konteksty jako leżące u genezy wygodnego dla lewicy terminu. W ten sposób zaistniało przeciwstawienie literatury krytycznej i literatury prawicowej. Lecz tu rodzi się problem. Jeśli bowiem sztuka krytyczna to taka, której twórcy kontestują rozmaite zjawiska społeczne i polityczne, to za czołowych krytyków III RP uznałbym szeroko rozumianą prawicę. Jednak – z wyjątkiem grupy ośmiu konserwatywnych intelektualistów, dyskutujących w drugiej połowie lat 90. klasyczne teksty filozoficzne, którzy przyjęli szyld Warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej – termin „krytyka” przylgnął do lewicy. Jaki jest efekt? Prawica w sztuce wypiera się kierunku własnego zaangażowania.

Czy istnieje „literatura prawicowa”? Rafał Ziemkiewicz odpowiada krótko – czegoś takiego nie ma. Istnieje zaś – mówi – „pewna wpływowa koteria w krytyce literackiej i mediach, która domaga się, by literatura opisywała nie realnie istniejącą III RP, ale jak w czasach socrealizmu, rzeczywistość postulowaną – »państwo, będące największym sukcesem w dziejach Polaków«. A pisarzy, którzy się temu nie podporządkowują, usiłuje wykluczyć taką właśnie etykietą”. Opinia ta, akcentująca stygmatyzującą funkcję tzw. salonu, jest pozbawiona siły perswazji. Z pewnością obrazi (a może i rozbawi?) nieprzekonanych. Owej mocy przekonywania nigdy za dużo, bo wbrew opinii autora Michnikowszczyzny, wielu potrafiłoby wskazać, kto tworzy tak definiowaną literaturę. Czy istnieje zatem w sztuce prawicowy pisarz? Zanim udzielimy jednoznacznej odpowiedzi, przyjrzyjmy się, kim mógłby on być.

O trzech takich, co piszą…

Pisarz prawicowy to taki, którego światopogląd jest znany i klasyfikowany jako prawicowy, ale jego twórczości, samej literatury prawicowość nie dotyczy. Znajomość poglądów twórcy może sprzyjać naszemu zainteresowaniu jego pracą literacką, bądź nas od niej odpychać, tak jak naszą ciekawość dzieła może osłabić szczególnie paskudna przywara autora. Zdarza się jednak, że zarówno różnice, jak i przywary pociągają. Literatura piękna daje się oczywiście politycznie używać, jednak najwyższy kunszt artystyczny i swoboda duchowa wymykają się nawet najsprawniejszym kategoriom ideologicznym. Znakomitym przykładem tak rozumianego pisarstwa i jednocześnie znanej i wyrazistej funkcji społecznej mógłby być Jarosław Marek Rymkiewicz. Nie chodzi tylko o poezję twórcy z Milanówka, ale przede wszystkim o słynną trylogię, na którą składają się Wieszanie, Kinderszenen oraz Samuel Zborowski.

Mimo iż autor ten nie odżegnuje się od politycznego zaangażowania, czytanie jego twórczości przez polityczne okulary nie wnosi niczego do interpretacji i rozumienia jego pisarstwa, a wręcz je wypacza. Jeszcze czym innym jest możliwość metapolitycznego komentowania literatury (trylogia Rymkiewicza zdaje się do tego zachęcać) i nawet jeśli taka metoda przynosi owoce, to nie prowadzi już tak jednoznacznie na prawo. Jednocześnie warto dodać, że o twórczość Rymkiewicza intelektualne koła konserwatywne spierają się nie od dziś. Powszechnie akceptowany jest patriotyczny etos pisarza (jego kategoria polskości i wspólnoty), zaś kontrowersje budzą pozachrześcijańska metafizyka i wyostrzony turpizm – fascynacja cielesną destrukcją.

Po drugie pisarz prawicowy to autor dzieła ważnego dla prawicy. Dzieła, które proponuje kategorie do diagnoz politycznych i społecznych, umacnia konkretne poglądy polityczne, dostarcza idei zarówno na poziomie świata przedstawionego, jak i uogólnień. Dobitnym przykładem takiej powieści jest Dolina nicości Bronisława Wildsteina, która znakomicie daje się interpretować społecznie, przynosi mnóstwo tematów interesujących i ważnych dla prawicy czasów postkomunizmu. Wystarczy wymienić wątki zmagań z układami w świecie upolitycznionych mediów, lustracji, bezwzględnego karierowiczostwa oraz dramatu ofiar transformacji. Jednocześnie Dolina nicości – jako rasowa powieść polityczna – nie poprzestaje na negatywnym oglądzie świata. Stawia zadania, otwiera perspektywy, pokazuje możliwości przemiany. Szczególną odmianą tak rozumianej twórczości zaangażowanej (o wydźwięku konserwatywnym) mogą być powieści Andrzeja Horubały. Autor opisuje w nich świat przegrany, upadły, rzeczywistość, która łamie jednostki walczące o ważne dla siebie wartości. Nie stawia jednak zadania, jak stawiali je – poprzestańmy na klasykach – Żeromski czy Kaden-Bandrowski. Pamflety Horubały, choć nie dostarczają haseł na partyjne banery, pozwalają rozpoznać ideową pozycję autora i drążą sumienie.

Po trzecie wreszcie, pisarz prawicowy to taki, który używa zwrotów, żargonu, słów kluczy oraz sięga po charakterystyczne dla prawicowego kodu tematy. Zamiast literackiej kreacji bądź językowej transformacji rzeczywistości używa gazetowych postulatów, zamiast opowiadać historię, angażuje bohaterów w polityczne zapasy. To najmniej szczęśliwy przykład literatury, nawet jeśli prawdą jest, że książki powinno się pisać jedynie po to, by powiedzieć w nich to, czego nie ośmielilibyśmy się wyznać nikomu. I nie o intymność tu chodzi. Wielu upatruje w prawicowej publicystyce pisarskiej politycznego wyładowania frustracji, przemycenia pod literackim płaszczykiem treści, za którą wzięcie odpowiedzialności w formie publicystycznej byłoby jeśli nie niemożliwe, to wielce ryzykowne. W publicystyce nie daje się tak łatwo napisać, że ktoś jest obleśnym grubasem, bezczelnym złodziejem czy – sięgając po kolejną banalną zbitkę – groźnym bandziorem. W literaturze publicystycznej wystarczy jedno mrugnięcie okiem, i czytelnicy wpadają w transowy taniec – zainteresowani już się domyślą, wtajemniczeni reagują prawidłowo. Czy tak ma działać literatura?

W polskiej kulturze przyjęło się, że znani z codziennych batalii publicyści sięgają po różne formy wypowiedzi literackich dla wyrażenia swoich przekonań lub czysto doraźnych obserwacji. Publicystyczny trzon tych wypowiedzi odbiera im – jak powszechnie wiadomo – ciężar literacki. W ten sposób powstają co najwyżej zgrabne czytadła, w czym nie ma nic złego, a nawet widać tu potwierdzenie intuicji Gombrowicza: „Jak wy, i wraz z całym światem, staczam się w publicystykę”. Jednak tylko twórcom sięgającym literackich wyżyn próba łączenia wysokiego z niskim, literatury z publicystyką może przynieść dobre efekty. Czy przykładem czytadła może być Zgred Rafała Ziemkiewicza? Ostatnio, zdaje się, jednym z bardziej udanych w tej formie. Zgreda czyta się dobrze, to znakomite czytadło. Jednak zdecydowanie książka ta najciekawsza jest tam, gdzie autor od publicystyki stroni, choćby szkicując opisy rodziny.

Ostrze cytowanej na początku wypowiedzi Ziemkiewicza wymierzone jest w krytykę. Nihil novi sub sole. O krytyce literackiej pisarze (a w tej roli publicysta tu występuje!) rzadko wypowiadają się con amore. W opinii autora Zgreda pobrzmiewa jeszcze jeden, godny komentarza, ton. Celny, jak sądzę, opis walki, która rozgrywa się w środowisku literackim. Rywalizacji rozumianej jako walka o uznanie. Bo – tu zgoda – prawicowość jest upiornym stygmatem dla literata. Nawet jeśli przynosi mu chwałę w oczach prawicowych plemion, ujmuje mu ona przymiotów artysty i ustawia go w roli dzikiego wojownika. Hough, wodzu prowadź! Stygmat boli, ale jeśli zakłada się pióropusz, a pisuje w wigwamie, czy nie na własne życzenie?

Wieśniakiem i Polakiem nie być zanadto

Nazwisko Gombrowicza nie jest może oczywiste w debacie nad formami zaangażowania w literaturze współczesnej, jednak liczne odwołania do niego często mówią o ich autorach więcej niż deklarowane pozycje. Pozostańmy już przy Ziemkiewiczu. Ceni Gombrowicza na pewno, ale obserwując adorację autora Ferdydurke – jak pisze z właściwą sobie subtelnością – przez „elity intelektualne polskiego protektoratu w sowieckim imperium” , poświęca go na ołtarzu prawicowej, politycznej poprawności. Co więcej, chce przegonić Gombrowicza Josephem Conradem.
Ziemkiewicz nie przyjmuje do wiadomości, że Gombrowicz – wbrew jednoznacznemu ideowo-towarzyskiemu kidnapingowi, który robi na autorze Zgreda tak silne wrażenie – mówi współczesnym autorom coś bardzo ważnego. Także tym na prawicy. A może nawet przede wszystkim im. Ale zwraca się do każdego indywidualnie, szepce coś w zaufaniu na ucho.
„Konserwatysta-burzyciel, hreczkosiej-awangardzista” – jak pisał o sobie autor Kosmosu – problematykę literatury zaangażowanej społecznie, ideowo, politycznie ustawia w bardzo ciekawym miejscu: „Literatura ma dwojaki sens i podwójny korzeń: rodzi się z czystej, artystycznej kontemplacji, z bezinteresownego dążenia do sztuki; ale jest też osobistą rozgrywką autora z ludźmi, narzędziem jego walki o byt duchowy” . Zatem pełnię oglądu osiągniemy, dostrzegając i artystę poszukującego piękna, dobra i prawdy, i człowieka walczącego o siebie wśród ludzi. Nie tylko towarzysko, nie tylko o sławę, pieniądze i uznanie tu chodzi. Także o politykę.

Jednak to nie wszystko. Problemy ze współczesną literaturą zaangażowaną w Polsce w dużej mierze odzwierciedlają problemy związane z kształtem państwa, jakie zarysowało się nad Wisłą po 1989 r. Tu Ziemkiewicz rzeczywiście dotyka czegoś istotnego, choć trudno będzie zgodzić się na prostą wizję układu salonowej krytyki, perfidnie pomijającej literaturę tworzoną przez prawicę. Jest jeszcze inna sprawa. Prawica w Polsce przegrywa kulturę od lat. Dlaczego? Bardzo trudno z tego charakterystycznego natężenia tonu, postulatywności i wyuczonych zwrotów utkać dzieło sztuki. Lewica nie daje tak łatwo skoszarować swego języka, pozwala sobie na zabawę słowem, słucha człowieka i wyłapuje jego natręctwa i dziwactwa. Rozsmakowuje się w nich. Prawica swej „defiladowej” dyscypliny pilnuje nawet w warstwie językowej. „A Ty, co dziś zrobiłeś w walce o jedność obozu niepodległościowego? Czy wspierasz budowę silnych, niezależnych mediów stojących po stronie prawdy? A czy pilnujesz Polski i polskości stale atakowanych przez tutejszy establiszment?” – to co prawda próbka, zaczerpnięta z jednego z portali, ale próbka bardzo charakterystyczna, niemal swoisty refren części prawicy. Toporny refren. A tak być nie musi.

Jeśli nie niechęć, to co najmniej kłopot z takim językiem prawicy pokazuje esej Szczepana Twardocha Moja melancholia. Zamiast manifestu. („44 / Czterdzieści i Cztery. Magazyn Apokaliptyczny” 2011, nr 3). Z jednej strony język ów jest przerażająco nudny, pompatyczny, bombastyczny. Z drugiej zaś – co Twardoch słusznie zauważa – kiedy się od tego odciąć, odżegnać, samemu popada się w kicz dystansu. Pisarz deklaruje więc pracę nad własnym językiem, niepodległym żadnym politycznym klasyfikacjom. W przypadku śląskiego twórcy ucieczka w melancholię tak naprawdę jest walką o literaturę. Jest tak, jakby chciał słuchać autora Kosmosu:

„Tak! Być ostrym, rozumnym, dojrzałym, być »artystą«, »myślicielem«, »stylistą« tylko do pewnego stopnia i nie być nigdy za bardzo i właśnie z tego »nie za bardzo« uczynić siłę równą wszystkim bardzo, bardzo, bardzo intensywnym siłom. Pilnować w obliczu zjawisk gigantycznych własnej, ludzkiej miary. Nie być w kulturze niczym więcej, jak tylko wieśniakiem, jak tylko Polakiem, ale nawet wieśniakiem i Polakiem nie być zanadto. Być swobodnym, ale nawet w swobodzie nie być nadmiernym”(s. 146). Ta paradoksalność i kombinacja wzajemnie znoszących się tendencji ma właśnie stanowić o finezji i sile wewnętrznej. Wielka sztuka. Ten postulat, trudny do przełożenia na język dyskursywny, z jednej strony może stanowić asymptotę wszelkiej twórczości, z drugiej zaś powinien zachęcać do nieustannego przerabiania lekcji Gombrowicza. Z tej lekcji poza finezją paradoksów wynikają niewątpliwie reguły pisania uniwersalnego, a i w najwyższym stopniu zaangażowanego.

Po stronie uniwersalności – powtórzmy truizm, o którym nie wszyscy pamiętają, a jeśli pamiętają, to bardzo łatwo o jego trywializację – stoi nieustająca aspiracja do Prawdy, Dobra i Piękna. Ale najważniejsze, co ma z tej lekcji wynikać, to że nie da się oddzielić uniwersalizmu od partykularności. Uniwersalne musi by przełamane, wypróbowane przez partykularne. I vice versa – szczegół musi dysponować potencją uogólnienia.
Natomiast po stronie zaangażowania widzi Gombrowicz trzy zagrożenia: krótkowzroczność osądu ideologicznego, schematyzm propagandowy i przesadny utylitaryzm społeczny.

Czy ostatecznie zatem istnieje rzeczywiście to, co zwykło się nazywać ze wszelkimi intencjami – od tych nieszczęśliwych opisowych, po te złośliwe, polityczne – literaturą „prawicową”? Najbardziej arystokratyczna odpowiedź brzmiałaby: nie! Istnieje tylko literatura dobra i zła. Nie zapominajmy jednak, że w potocznej lekturze zwracamy uwagę na to, co pokazaliśmy wyżej – pierwiastki poglądów prawicowych, tematy charakterystyczne dla światopoglądu prawicowego, rozstrzygnięcia zgodne z pragmatyką rozumu prawicowego. Niemniej jednak w sytuacji, gdy język bieżącej krytyki literackiej nie jest skory do etykietowania literatury lewicowej, prawicowość jest kategorią zawieszoną w literackiej próżni, a co gorsza, kategorią czasem demonizującą. Warto więc, by ci, których to dotyka, pamiętali przestrogę Gombrowicza, że „literatura ciężkiego kalibru musi strzelać na daleką metę i dbać przede wszystkim o to, aby nic nie osłabiło jej zasięgu. Jeśli chcecie aby pocisk daleko zaleciał, musicie lufę skierować do góry”(s. 32).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter