70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Powieściowość „książki”

Dzienniki, autobiografie i biografie są jak fabuły realistyczne z epickim zacięciem. Bez powieści nie miałyby czego się trzymać, chyba że założymy, iż trzymają się „życia”.

Moja teza jest następująca: nie mamy do czynienia z żadnym kryzysem, co najwyżej z innym etapem życia powieści. W dodatku na naszych oczach dokonuje się upowieściowienie innych, przyległych form komunikacji. Co prawda kultura bierze sobie z wzorca dwudziestowiecznej powieści tyle, ile potrzebuje, podłącza się w miejscach, z których płyną życiodajne soki, ale nie rezygnuje, opowiada nam świat i podmiot nie tyle zastępczo, ile z wykorzystaniem tej dyspozycji do obcowania z narracją, którą nosi w sobie czytelnik.

W języku popularnej krytyki i opisu rynku pojawia się często określenie „książka”, mające zastąpić wyróżnik gatunkowy. Posługują się nim także studenci polonistyki zdający egzamin z historii literatury XIX i XX w., a więc czasów ustanowienia i panowania powieści. Ten, zdawałoby się, drugorzędny fakt uznaję za przydatny diagnostycznie. Narasta produkcja międzygatunkowa i zarazem maleje kompetencja, a może i potrzeba, precyzyjnego nazywania tego, z czym mamy do czynienia. Liczy się bowiem już nie to, czy tekst został napisany według jakichś reguł, zyskał akceptację jakiegoś wpływowego gremium, lecz to, czy zaspokoił potrzeby, opowiedział przydatne czytelnikowi historie. Współczesny czytelnik nie pyta o zdanie krytyków, lecz bierze sobie to, co uzna za poręczne – raz mądrości Paulo Coehlo, kiedy indziej kryminalne zaangażowanie Stiega Larssona. Owszem, szkoda że zapełniamy księgarnie tekstami tłumaczonymi kosztem pisanych w bliskich nam kontekstach i o tym trzeba dyskutować – o rynku i jego lokalnych akcydensach.

Współczesne upowieściowienia

Oczywiście, ostatnie dwie dekady przyniosły kilka zwrotów akcji, ale można opowiedzieć je na kilka sposobów. Przypomnę, że jeśli wskazujemy na przełom antypolityczny i otwarcie ku powieści popularnej, nie można tego procesu uznać za zamknięty, warto pokazać jego konsekwencje. Fabuły popularne zasiliły bowiem trwale także prozę zaangażowaną, stworzyły liczne i słabo wyczuwalne zrosty z konwencjami na całym obszarze kultury piśmienniczej. Być może najciekawsze wiązanie widać właśnie w prozach zaangażowanych, które z racji poruszanych w nich tematów chcielibyśmy widzieć jako osobny nurt, wywrotowy do pewnego momentu, lecz szybko ulegający petryfikacji. Ta petryfikacja polega nie na zbyt upartym trzymaniu się katalogu z góry powziętych problemów i samej zasady czujnego przepatrywania tkanki społecznej, lecz raczej na typowym dla literatury popularnej korzystaniu z gotowych schematów. Jeśli wskazujemy na przełom językowo-kulturowy, właściwe dla ostatniej dekady mówienie za pośrednictwem zmiecionego z powierzchni języka nalotu, to przecież ten proces nie zaczął się od wystąpienia Doroty Masłowskiej i nie zakończy w żadnym przewidywalnym terminie. Jeśli ubolewamy i/lub cieszymy się rozwojem fikcji gatunkowej, warto od razu dodać, że proza gatunkowa zawsze miała się nieźle, dziś jest bardziej widoczna przez wspomaganie marketingowe. Autorzy operujący na pograniczu fantastyki, horroru, kryminału często wychylają się w stronę realizmu i odwrotnie: współcześni dziedzice realizmu szukają dopełnień w otwieraniu światów równoległych, nie do końca możliwych. To mieszanie wychodzi „książkom” na dobre, jako czytelniczka i krytyczka nie mam problemu z klasyfikowaniem, niedoborem lub nadmiarem. Niemożliwa wydaje mi się tylko ścisła klasyfikacja, wyznaczanie ram czasowych, gatunkowych, tematycznych. Za niemożliwe uznaję trzymanie się definicji ze Słownika terminów literackich, matrycowanie i uzupełnianie tego, co nazywaliśmy powieścią w czasach moich studiów polonistycznych, gdy autotematyzm, sylwiczność i nouveau roman wydawały się symptomami schyłkowymi, a powieści leżały przed nami jako opisane przez swych narratorów preparaty interpretujące świat i same siebie.

Najlepiej tę niemożność widać, gdy prześledzimy problem non-fiction. Tu dokonuje się ciekawa ewolucja – oto nie tyle mamy odwrót od powieści, ile upowieściowienie tego, co nazywaliśmy do tej pory biografią, autobiografią, reportażem, dokumentem osobistym. To upowieściowienie polega nie tyle na zajęciu miejsc na kupowanych przez wydawców top listach i półkach w Empiku oraz w sercach czytelników, ile na przesunięciu pewnej dyspozycji; zmianie – posłużę się tym terminem wymyślonym na użytek opisu autobiografii – paktu czytelniczego.

Ten proces – przeniesienia uwagi z powieści fikcjonalnej na non-fiction – wcale nie jest nowy, najnowszy. Przypomnę tu klasyczne opracowanie Jerzego Ziątka Wiek dokumentu, opublikowane pod koniec lat dziewięćdziesiątych i analizujące literaturę XX w. jako dokumentarną, opartą na dziennikach, wspomnieniach, autobiografiach, reportażach, mających zaczep w tradycji dwudziestolecia międzywojennego, podsyconych przeżywaniem wojny. Wybierając tylko ten jeden wątek tematyczny – wojnę i jej konsekwencje w przesiedleniach, chcianych i niechcianych emancypacjach – można napisać historię literatury polskiej, także tej po 1989 r., jako mariaż fikcji i dokumentu.

„Prawda” (w) powieści

Jeśli pytani o zdanie czytelnicy mówią, iż we wspomnieniach czy reportażach szukają „prawdy”, taka deklaracja nie musi oznaczać automatycznie tego, iż „prawda” została wycofana z powieści. Przeciwnie, w końcu przeszliśmy lekcję nowego historyzmu, wiemy na czym polega narratywizacja historii, biografii, dokumentu. Oczywiście – przeszliśmy my, krytycy, nie tak zwany „przeciętny czytelnik”, w którego imieniu bezustannie zabieramy głos, nie bardzo go znając. Wydaje się jednak, że popularność „prawdziwych opowieści” jest możliwa tylko wówczas, gdy wyćwiczymy umiejętność jej czytania w porządkach narzucanych przez powieść. Działają tu różne odmiany powieści i różne typy dyspozycji wspólnotowej. Dzienniki, autobiografie i biografie są jak fabuły realistyczne z epickim zacięciem. Reportaże oferują zaangażowanie społeczne, naturalistyczny wgląd, perspektywę personalistyczną; bywają studiami przypadków lub monografiami miejsca. Bez powieści nie miałyby czego się trzymać, chyba że założymy, iż trzymają się „życia”.

Widzieć w formach non-fiction działanie powieściowych reguł, w ich pisaniu powieściową edukację autorów, w odbiorze powieściowe tęsknoty czytelników każe mi doświadczenie interpretacyjne, zdobyte w szkole podejrzliwego, bliskiego czytania. Tropienie opuszczeń i upuszczeń, pozwalających wpasować życie bohaterów w jakiś pożądany, możliwy do przyjęcia, pocieszający lub przeciwnie – obrazoburczy schemat. Skąd byśmy wiedzieli jak pisać i czytać współczesne biografie, gdybyśmy nie mieli w głowach ich powieściowych prototypów?

Oczywiście, można ten wywód uznać za unik lub poszukiwanie jakiegokolwiek wolnego pola w dyskusji, w której zostało już niemal wszystko powiedziane. Do uwag czytelniczki i krytyczki dodam więc jeszcze uwagę pisarki. Piszę powieści, kierując się staroświecką potrzebą zrozumienia siebie, świata, innych. Inne gatunki, zwłaszcza esej, uważam za dość przydatne, lecz nie za niezbędne. Bez powieści tracę orientację, cierpię na zachwianie równowagi. Choć więc powieść nie daje się dziś łatwo zdefiniować, nie spełnia wszystkich oczekiwań – jej obecność jest faktem.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata