70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dzieła na wydaniu

Edytorstwo, mimo precyzji i ścisłości do jakiej zmierza, pozostaje jednak sztuką.

1. Jak Pan/i ocenia stan polskiego edytorstwa? Jakie dostrzega szanse i zagrożenia?
Które z obecnych wydań uznaje Pan/i za wzorcowe, a które nie zachowują edytorskich standardów? Czy warto coś zmienić w nauczaniu edytorstwa?

2. Jakie są zadania edytorstwa na najbliższy czas?


Maria Prussak

Badacze literatury w Polsce zwykle nie zaprzątają sobie głowy problemami krytyki tekstu. Czytają jakąś jedną wersję analizowanego dzieła i na ogół nie zdają sobie sprawy, że autor zmieniał kolejne wydania i żeby mieć pełną wiedzę, trzeba brać pod uwagę wszystkie autorskie wersje, bo wszystkie składają się na sensy utworu – bywa, że dynamicznie ewoluujące, reagujące na zmienne okoliczności życia społecznego i konteksty literackie. Toteż praca edytora bywa traktowana jako zajęcie usługowe i nienaukowe, przez wiele lat nie można było zdobywać kolejnych stopni naukowych na podstawie edycji najtrudniejszego nawet tekstu. Ostatnio to się zmieniło, ale wciąż jeszcze zdarza mi się prowadzić dyskusje na temat tego, czy edytorstwo naukowe należy do dziedziny badań podstawowych.

Edycje krytyczne dzieł najważniejszych polskich pisarzy ciągną się latami, nierecenzowane, nie wywołują dyskusji na temat przyjętych metod i rozstrzygnięć, edycje przestarzałe nie są poddawane rewizji, najwybitniejszych pisarzy nie opracowuje się wciąż na nowo, z uwzględnieniem najnowszych osiągnięć z dziedziny krytyki tekstu. Historycy literatury zadowalają się książkami dostępnymi w bibliotekach, nie przywiązują wagi do tego, jakie wydanie jest dla nich podstawą interpretacji.

Edytorzy w Polsce także nie są bez winy. Nie przerobili do końca lekcji udzielonej im przez Zbigniewa Golińskiego w bardzo ważnej książce Edytorstwo – tekstologia: przekroje (1969), ani nie przeczytali uważnie jego wstępu do Pism zebranych Żeromskiego. Goliński zwracał uwagę na anachronizm tradycyjnych metod edycji tekstu i ich nieprzystawalność do sytuacji tekstologicznej większości dzieł literatury nowożytnej, które zachowały się bądź w formie wielu różniących się autorskich wydań, bądź w postaci brulionów nieprzygotowanych przez autorów do druku. Pokazywał, jak chwiejne i nieprecyzyjne są podstawowe kategorie myślenia edytorów naukowych – intencja autora, tekst kanoniczny.
Tradycjonalna arbitralność edytorskich decyzji zwykle zubaża skomplikowaną materię utworu literackiego i jego wielowarstwowość. Tradycyjnie rozumiany aparat krytyczny często nie jest w stanie oddać całej złożoności tekstologicznej jednego dzieła, ponieważ spójne całości przedstawia w postaci rozsypanych fragmentów.

Polscy edytorzy nie przyswoili sobie również toczącej się na świecie od blisko czterdziestu lat dyskusji na temat nowego rozumienia krytyki tekstu i nowych wyzwań, jakie stają przed edytorstwem naukowym, sporów domagających się rewizji klasycznych wydań Szekspira, ale też akademickiej edycji Puszkina, niewątpliwych osiągnięć nowoczesnego edytorstwa, do jakich należy z pewnością opracowana przez Hansa Waltera Gablera edycja Ulissesa. Nie przyswoili, ponieważ wprawdzie niektóre spośród najważniejszych książek podejmujących temat nowoczesnej krytyki tekstu oraz naukowej edycji dzieł dawnych i najnowszych znajdują się w polskich bibliotekach, a część czasopism jest dostępna w Internecie, nie ma jednak w Polsce nowocześnie opracowanych wydań krytycznych i dokumentacyjnych ukazujących się na świecie w ostatnich latach. Nie można więc przyjrzeć się, jak teoretycy w praktyce realizują swoje postulaty. Ubogie biblioteki również stosują zasadę, że ważne jest dzieło, a nie jego kolejne wydanie.

W Polsce dominują więc dwie skrajne postawy – przekonanie, że na podstawie istniejących podręczników można stworzyć ścisłą instrukcję, którą wystarczy zastosować, żeby przygotować wydanie naukowe albo całkowita dowolność dająca edytorowi prawo nieskrępowanego gospodarowania w materiale tekstologicznym w poszukiwaniu idealnego, co na ogół znaczy: utopijnego lub podporządkowanego upodobaniom edytora, kształtu dzieła. Sytuacja edytora dzieł dziewiętnastowiecznych niczym się nie różni od sytuacji edytora tekstów współczesnych – żaden nie może uchylić się od zgromadzenia pełnej wiedzy o historii tekstu i jego wszystkich przekazów i nikt nie powinien w zastępstwie nieżyjącego autora podejmować decyzji naruszających strukturę utworu. Problemy konkretnych dzieł trudno rozpoznać bez gruntownych teoretycznych podstaw, a tych brakuje nam najbardziej.


Piotr Kłoczowski

1. Poważnych długofalowych przedsięwzięć edytorskich jest coraz mniej, jednak te, które znamy, są najczęściej bardzo dobre, np. korespondencja Sienkiewicza opracowana przez Marię Bokszczanin, edycja listów Zbigniewa Herberta i Henryka Elzenberga dokonana przez Barbarę Toruńczyk, korespondencja Marii Dąbrowskiej i Jerzego Stempowskiego w przygotowaniu Andrzeja Stanisława Kowalczyka. Uważam, że nie tylko są one wzorowe i spełniają najwyższe standardy, lecz także pozwalają zrozumieć kontekst historyczny i biograficzny opracowywanych tekstów. Coraz ważniejsze staje się wyczerpujące przedstawienie kontekstu, w którym powstawały korespondencja oraz inne dzieła literackie, do czego służą m.in. dobre przypisy. To są źródła dla nowej historii intelektualnej XX w.

2. Na pewno z jednej strony ważna jest kontynuacja rozpoczętych przed laty opracowań takich jak choćby wydania Żeromskiego i Mickiewicza przygotowane przez Czytelnika. Z drugiej strony rozmaite przewartościowania literackie i intelektualne ujawniły potrzebę nowych prac badawczych i edytorskich dotyczących choćby tekstów Jana Józefa Lipskiego, Józefa Czapskiego, Konstantego A. Jeleńskiego, Zygmunta Mycielskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Pawła Hertza oraz środowiska Kongresu Wolności Kultury – co już jest przedmiotem badań Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. Coraz częściej uświadamiamy sobie, że nie można oddzielić spraw literackich od historii intelektualnej i kontekstu historycznego tout court.

3. Wydania krytyczne były zawsze treścią kultury literackiej i intelektualnej. I choć ich odbiór wydawał się zwykle ograniczony jedynie do wąskiego kręgu badaczy, to jednak wyniki nowych ustaleń realnie wpływały na uniwersytecki i szkolny odbiór źródeł. Dzisiaj ta droga jest trudniejsza. Eseistyka i poezja Herberta w krytycznych edycjach Barbary Toruńczyk i Ryszarda Krynickiego bardzo powoli toruje sobie drogę do bibliotek szkolnych i uniwersyteckich. Dostępne są tam jedynie wydania Barbarzyńcy w ogrodzie z początku lat 60., w których roi się od błędów rzeczowych, niezgodnych z wolą autora. Uświadomienie wagi korzystania z najlepszych źródeł jest rolą wykładowców oraz nauczycieli.
Sądzę, że nowe techniki cyfrowe są szczególnie pomocne w edytorstwie. Wiele świadectw i zapisków prywatnych może być opracowane w postaci cyfrowej, co pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze oraz chroni cenne autografy, a jednocześnie umożliwia dostęp badaczom.


Zdzisław Kudelski

Mimo wymagań narzucanych przez rzeczywistość rynkową w edytorstwie nadal obowiązują te same standardy: rzetelność badawcza, weryfikacja źródeł, konieczność ustalenia tekstu w zgodzie z intencjami autora, wzbogacanie wiedzy o nim i jego utworach w oparciu o nowe ustalenia, niewykorzystywane dotąd dokumenty czy archiwa.

W przypadku tekstów pisarzy emigracyjnych, którymi się zajmuję, ważną kwestią jest dostosowanie pisowni i interpunkcji do dzisiejszych standardów. Niebezpieczna jednak wydaje mi się cecha niektórych redaktorów i edytorów zawarta w dewizie: skoro poprawiamy Mickiewicza i Słowackiego, to tym bardziej Miłosza i Herlinga. Tylko postawa życzliwego i starającego się zrozumieć badacza, który z szacunkiem traktuje tekst opracowywanego autora, daje gwarancję rzetelności. Tej służebnej postawy i szacunku niejednokrotnie brakuje u edytorów, a skutki tego mogą być opłakane.

Spośród książek wydanych w ostatnich latach, będących przykładem dobrej pracy edytorskiej, chciałbym wskazać Listy Marii Dąbrowskiej i Jerzego Stempowskiego w opracowaniu Andrzeja Stanisława Kowalczyka (Warszawa 2010, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską oraz Biblioteka „Więzi”). Solidny wstęp zarysowuje sylwetki korespondentów i relacje między nimi, poszczególne listy uzupełnione zostały o staranne przypisy. Kowalczyk już wcześniej dał się poznać jako rzetelny edytor listów Jerzego Giedroycia, Witolda Gombrowicza i Jerzego Stempowskiego oraz korespondencji Andrzeja Bobkowskiego z Anielą Mieczysławską.

Tomasz Fiałkowski kilka lat temu upominał się o pisarzy „źle obecnych”. Określenie to obejmuje dzisiaj nie tylko autorów niewydawanych i zwalczanych w PRL-u ze względów politycznych czy światopoglądowych, lecz także takich twórców, dla których z najróżniejszych powodów, czasem za sprawą zwykłej ignorancji, zabrakło miejsca w Polsce po 1989 r.

Spośród nieobecnych w kraju emigrantów wciąż trzeba przypominać o Herminii Naglerowej, która nie tylko w drugim obiegu, lecz także w ostatnich dwóch dekadach nie doczekała się oficjalnego wydania. Zygmunt Haupt, mimo krajowych edycji i zaangażowania tak znanych osób jak Krzysztof Rutkowski, Andrzej Stasiuk czy Aleksander Madyda wciąż nie otrzymał miejsca, na które zasługuje. Nieobecność czy raczej ograniczona obecność Józefa Mackiewicza czy Ferdynanda Goetla jest odrębną kwestią przekraczającą ramy tej ankiety. Splot najróżniejszych okoliczności, nie tylko politycznych, sprawił, że dwóch wybitnych prozaików wiedzie „niepełny żywot literacki”.

To tylko kilka przykładów. Dorobek emigracji po 1945 r. przyswojony został w kraju w sposób bardzo wybiórczy! Uważam to za jedno z najważniejszych zaniedbań edytorskich.

Dziedzictwo PRL-u stanowią nie tylko książki zmanipulowane przez dyspozycyjnych autorów, urzędników i propagandystów. Wojciech Karpiński przed laty bardzo ciekawie zwracał uwagę, że to także dzieła, których twórcy – mimo ograniczeń – szukali własnych, swobodnych głosów.

Wspomniany Fiałkowski upominał się m.in. o Leopolda Buczkowskiego, Hannę Malewską, Teodora Parnickiego, Michała Choromańskiego, Kornela Filipowicza, Jana Józefa Szczepańskiego, Władysława Terleckiego. Do tej listy dodać by można wielu innych autorów. „Nie chodzi przecież o ekshumowanie fałszywych wielkości, ale o pamięć własnej tradycji, dialog z nią, szukanie w niej postaw, tematów i form, które mogą okazać się niespodziewanie aktualne. O poczucie ciągłości, bez którego nie sposób się określić. Bo nawet jeśli się buntujemy – musimy wiedzieć, przeciw czemu” (Lektor [T. Fiałkowski], Pisarze „źle obecni”, „Tygodnik Powszechny” 2005, nr 47).

Gdy mowa jest o najnowszych technologiach w pracy edytora, przychodzi mi na myśl wielotomowy dziennik Józefa Czapskiego łączący w sobie zarówno zapiski osobiste, przemyślenia intelektualisty i czytelnika, szkicownik artysty, brudnopis, skarbiec cytatów i listów. Jak wydać ponad 250 tomów, skoro każdy liczy co najmniej 200 stron? Jak odcyfrować pismo Czapskiego, które z biegiem lat stawało się coraz bardziej nieczytelne? Niezależnie od edycji papierowych wyobrazić sobie można całość na płycie DVD albo jako dodatek do książek tradycyjnych, albo jako niezależną publikację. Kiedyś można było marzyć o wydaniu całości, dzisiaj dzięki nowym nośnikom jest to możliwe.


Grażyna Borkowska

1. Stan polskiego edytorstwa wydaje mi się dobry. Mamy wielu znakomitych wydawców. Najlepiej znam krąg Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk (IBL PAN), gdzie – obok Romana Lotha – pracują koledzy oraz uczniowie jego oraz Zofii Stefanowskiej, m.in. Maria Prussak, Ewa Głębicka, Teresa Winek, Iwona Wiśniewska, Jacek Wójcicki, Tomasz Chachulski, Krzysztof Mrowcewicz, Beata Dorosz, a do niedawna wybitny wydawca dzieł staropolskich, przedwcześnie zmarły, nieodżałowany Adam Karpiński. Stworzona przez niego „Biblioteka Pisarzy Staropolskich” zmieniła obraz epok dawnych, przywracając zbiorowej pamięci utwory dotąd nieznane lub znane jedynie fragmentarycznie. Trudno będzie wypełnić pustkę, którą po sobie zostawił.

też, rzecz jasna, największe dokonania innych edytorów, których wymienię w dalszej części ankiety. Wszyscy oni są zaangażowani w bardzo poważne publikacje, obejmujące dzieła Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Brzozowskiego, Kasprowicza, Prusa, Orzeszkowej, Żeromskiego, Witkacego, Dąbrowskiej, Herlinga-Grudzińskiego, Gombrowicza, Miłosza oraz wielu innych prozaików i poetów.

Także ja, korzystając z zaplecza edytorskiego IBL i życzliwych uwag kolegów, podjęłam się opracowania dzieł Żmichowskiej (wraz z Teresą Winek, Magdą Rudkowską i Barbarą Winklową). I choć wzorem cnót edytorskich pozostaje dla mnie wydanie listów Orzeszkowej przygotowane do druku przez Edmunda Jankowskiego, to jednak ze względu na specyfikę materiału stosownych rozwiązań szukam gdzie indziej, np. wśród edytorów dzieł Prusa. O wyborze sposobu edycji musi bowiem decydować charakter samego dzieła.

Oczywiście stan dyscypliny można mierzyć nie tym, czego dokonano, ale tym, co czeka na wydanie. Pamiętajmy jednak, że edytorstwo nie lubi pośpiechu. Jest sztuką dla cierpliwych.

W edytorstwie nie ma luki pokoleniowej. To dobrze. Mam nawet wrażenie, że prace edytorskie stały się modne. Honorowanie doktoratów i habilitacji z tej dziedziny powoduje ciągły napływ chętnych do edytorskich zadań. Wydaje się, że reguły tej pracy mogą ułatwiać zrobienie stopnia naukowego komuś, kto nie ma pomysłu na własne badania, kto wchodzi na ścieżkę wypracowaną przez poprzedników, kontynuuje jakąś serię, korzysta z przyjętych zasad i nie wymyśla własnych. Promotorzy takich prac powinni domagać się od swoich uczniów jak najszerszej wiedzy, żeby zapobiegać instrumentalnemu traktowaniu prac edytorskich.

2. Zadania na najbliższą przyszłość to kontynuacja rozpoczętych serii i wielkich (zespołowych) projektów edytorskich, spośród których wyróżniłabym edycję dzieł Kochanowskiego (pod redakcją Andrzeja Dąbrówki, IBL), Słowackiego (pod kierunkiem Jacka Brzozowskiego, Uniwersytet Łódzki, i Zbigniewa Przychodniaka, Uniwersytet Adama Mickiewicza), Prusa (pod opieką naukową Beaty Obsulewicz-Niewińskiej, Katolicki Uniwersytet Lubelski), Krasińskiego (pod redakcją Mirosława Strzyżewskiego, Uniwersytet Mikołaja Kopernika), Norwida (pod redakcją Stefana Sawickiego, KUL), Kasprowicza (pod redakcją Romana Lotha), Żeromskiego (pod opieką Zdzisława Jerzego Adamczyka), Witkacego (pod kierunkiem Janusza Deglera), Józefa Czechowicza (komitetowi patronuje Jerzy Święch, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej).

Edytorzy wyznaczyli sobie nie tylko bardzo ambitne zadania, lecz także stworzyli rozmaite fora, które służą wymianie doświadczeń. Co miesiąc kierowany przez Marię Prussak Ośrodek Badań Filologicznych i Edytorstwa Naukowego organizuje w IBL otwarte zebrania, podczas których edytorzy referują konkretne problemy wynikające z ich bieżącej pracy. Nie ma tu żadnych ograniczeń: każdy badacz może zgłosić swój temat.

Dwa razy do roku Komisja Edytorska Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza organizuje spotkania edytorów, którzy w fachowym gronie dzielą się wątpliwościami na temat swoich prac (Komisją kieruje Bogdan Mazan, UŁ; dobrym duchem badaczy skupionych w tym środowisku jest Maria Bokszczanin, wydawczyni czternastu tomów listów Sienkiewicza; zmarły rok temu Stanisław Fita, KUL, przez lata współpracował z tym gronem).

Powstało też pierwsze pismo poświęcone w całości sprawom edytorskim („Sztuka edycji. Studia tekstologiczne i edytorskie”) – jego pomysłodawcą i redaktorem jest Mirosław Strzyżewski. Mamy dziś również lepsze podstawy instytucjonalne do prowadzenia dużych prac edytorskich, ponieważ istnieje ministerialny program finansujący wieloletnie projekty badawcze (w tym edycje).

Jak wynika z tego niepełnego wyliczenia, edytorzy tworzą dobrze zorganizowane środowisko. Ogólnopolskie regularne zebrania zapewniają dyskusję metodologiczną na najwyższym poziomie, dokonywaną w powiązaniu z aktualnymi kierunkami współczesnego literaturoznawstwa, które zmierza – jak wieść niesie – ku kolejnemu zwrotowi.

Jestem pełna podziwu dla benedyktyńskiej pracy moich kolegów, jednocześnie czasami odnoszę wrażenie, że środowisko edytorów charakteryzuje silna rywalizacja: kto wymyśli pełniejszy projekt edycji konkretnego dzieła, kto stworzy doskonalsze (czytaj: bardziej skomplikowane) zasady wydania, kto rozwiąże najbardziej zawiłe szarady, pozwalające na zredagowanie nieprawdopodobnie drobnego – z punktu widzenia wiedzy o danym autorze – przypisu. Czy dla wiedzy o Witkacym ważne jest, kto powoził końmi, odbierając go ze stacji albo jaką marką papierosów truła swoje serce Orzeszkowa? Czasami wolałabym, żeby edytorzy – zamiast szokować słuchaczy swoimi ustaleniami – powiedzieli: stop, dalej nie idę. W żadnym wypadku wydanie krytyczne (jakkolwiek rozumiane) nie może tracić z pola widzenia odbiorcy. W końcu publikacje mają służyć innym. Powinny być tak opracowane, aby czytelnik odnalazł się w gąszczu nazwisk, krojów czcionki, odsyłaczy, przypisów, wariantów, odmian, itd.

3. Dzieła literatury współczesnej powinny być chyba wydawane inaczej niż dzieła klasyczne. W mniejszym stopniu mogą tu obowiązywać ogólne reguły (edytorzy epok dawnych w pewnym stopniu mogą kierować się takimi zasadami, choć i oni je modyfikują). Dzieje się tak z wielu powodów.

Po pierwsze, zmianie uległ status dzieła, odkąd w jego obręb wszedł sam proces tworzenia (tzw. dzieło w toku), obejmujący modyfikowanie kolejnych wydań tego samego utworu. Na metodzie takiej opierają się Różewiczowskie gry z odbiorcą. Wydając po raz kolejny te same utwory, poeta dokonuje istotnych modyfikacji uniemożliwiających ustalenie podstawy edycji. W tym przypadku nie ma mowy o wersji kanonicznej; zmienia się ona wraz z autorem i jego życiem. Trzeba znaleźć taki sposób opracowania Różewicza, żeby tę dynamikę przedstawić. Pomocne mogą okazać się środki techniczne pokazujące uporządkowane chronologicznie wersje tekstu.

Po drugie, jeśli uwarunkowania historyczne nie są jeszcze do końca zbadane, nie wszystkie konteksty dzieła można wiarygodnie przedstawić. Archiwa otwierają się powoli. Nie zawsze w interpretacji źródeł dysponujemy niepodważalnym kluczem. Jest on często zależny od naszych preferencji politycznych i światopoglądowych. Trudniej tu realizować dążenie do obiektywizmu i przezroczystości.

Po trzecie, niektórzy współcześni wybitni pisarze wciąż żyją i tworzą. Ich dzieła są otwarte. Po śmierci twórcy edytor musi się liczyć z prawami spadkobierców, którzy mają własne wyobrażenie na temat pism bliskiej im osoby i w różny sposób dążą do tego, by wymusić swoją wizję na wydawcy. Tego problemu edytorzy Prusa i Orzeszkowej nie mają.


Józef Fert

1. W stosunku do krajów o kulturze zbliżonej do naszej (np. Włochy, Hiszpania, Francja, Niemcy) polskie edytorstwo wygląda na mocno spóźnione w zakresie konkretnych dokonań w wydawaniu naukowego kanonu literatury. Dość wspomnieć, że np. utwory wieszczów narodowych z okresu romantyzmu nie zostały w pełni i wyczerpująco opracowane pod względem krytycznym. Adam Mickiewicz – dzięki pracy prof. Czesława Zgorzelskiego oraz prof. Konrada Górskiego – doczekał się wzorowej edycji (niestety kadłubowej) wierszy (cztery tomy, którym towarzyszy potężny, bezcenny aparat krytyczny) oraz krytycznego wydania Pana Tadeusza. Nieco lepiej wygląda edycja pism Juliusza Słowackiego, ale i tu trudno mówić o osiągnięciu edytorskiego optimum. Wzorowo zapowiada się edycja pism Cypriana Norwida, ale w ciągu 30 lat pracy redakcji ukazały się zaledwie trzy tomy, a w tym czasie połowa zespołu wydawniczego przeniosła się do wieczności. Opracowania dzieł bliższych naszym czasom nie prezentują się najlepiej. Obcujemy na ogół z chwalebnymi wyjątkami (edycja pism Wyspiańskiego, dobiegająca zakończenia edycja pism Czechowicza) lub z wydaniami kadłubowymi, choć niekiedy znakomitymi (np. wiersze Broniewskiego). Nie wolno pomijać bardzo dobrych opracowań popularnych pism Herberta czy Miłosza.

Czy nauczanie edytorstwa spełnia oczekiwania współczesności? Edukacja w tym zakresie nabrała kształtu regularnych studiów akademickich, w czym przypomina kształcenie nauczycielskie: nawet najdoskonalsze programy edukacyjne nie zastąpią praktyki pod opieką znawców i mistrzów.

2 i 3. Musimy kontynuować edycje naukowe klasyki, które w zasadzie nie są zakończone, a równocześnie wzmóc prace nad polskim dorobkiem literackim – szczególnie poetyckim – XX w. Sporo tu zaniedbań.

Do kwestii tekstu kanonicznego należy się odnosić ze szczególną ostrożnością i rozwagą. Pojęcie kanonu ostatnimi czasy mocno się spospolitowało, czego przykładem są niekończące się spory na temat obowiązkowych lektur szkolnych. To spór światopoglądowy, który powinien trwać.

W zakresie tekstu kanonicznego rzeczy mają się jednak inaczej. Chodzi tu o wybór lepszego bądź ostatecznego tekstu autorskiego, czyli ostateczną decyzję względem tego, co ma nas obowiązywać jako tekst wsparty o autorskie imprimatur. Wobec rzeczy dawnych panuje wśród tekstologów-edytorów generalna zgoda, inaczej jest w przypadku współczesności, która odkryła smak wariantywności i z upodobaniem (cynicznym?) nią żongluje. Dla współczesnego edytora perspektywa klasycznej edycji krytycznej została tym samym zwichnięta. Niestety nie tylko na polu edytorstwa naukowego dzieją się takie rzeczy.

Optuję za równoległym publikowaniem dzieł (pism i dokumentów) w wersji krytycznej, tj. metodą klasyczną (z wyczerpującym aparatem naukowym, analogicznie do opracowania wierszy Mickiewicza w edycji Zgorzelskiego) oraz utrwalaniem na nośnikach elektronicznych autorskich wersji tekstów. Aparat krytyczny ma tę przewagę nad elektronicznym obrazem całości, że dokonuje się w nim nieodzownych selekcji i hierarchizacji odmian oraz zaopatruje się go w konieczne objaśnienia. Czegoś takiego trudno wymagać od najbardziej profesjonalnego obrazu elektronicznego.


Jerzy Święch

1. Z satysfakcją należy stwierdzić, że edytorstwo naukowe w Polsce przeżywa po latach zastoju prawdziwy renesans. Prężnie rozwijają się na wielu uniwersytetach nowe zakłady i katedry poświęcone edytorstwu i tekstologii, powstają wydawnictwa periodyczne, organizowane są sympozja i warsztaty. Budzi to nadzieję, że młodzi edytorzy (jest ich coraz więcej, choć wciąż za mało) nawiążą do chlubnych tradycji, pomni dzieła swoich mistrzów, od których warto i należy się uczyć dobrej roboty.

2. Tradycyjny warsztat edytora musiał ulec dzisiaj znaczącym przekształceniom. Inna jest lista pytań, inne środki, jakimi dysponuje badacz (elektronika!), cele natomiast nie zawsze są ściśle naukowe. Jednak podstawowa zasada, jaka przyświeca jego pracy, pozostaje niezmienna: przygotować do druku tekst w sposób tak staranny, jak to tylko jest możliwe, by czytelnik nabrał pewności, że obcuje z tekstem tego, a nie innego autora, że w przypadku istnienia wielu przekazów tekstowych wersja, którą ostatecznie wybrał wydaje się (bo pewności nigdy nie ma) najlepiej odpowiadającą intencjom autorskim, a ponadto, że zawiera stosunkowo najmniej zanieczyszczeń, jakie tekst nabył po drodze (m.in. na skutek działania cenzury). Jeśli zaniedba się te rudymentarne powinności, niepodobna mówić o pracy edytora, ale kogoś, kto bezprawnie przywłaszcza sobie takie miano. Niestety wciąż wiele osób reprezentuje ten poziom. Nadzieję pokładam w lepiej przygotowanych do pracy absolwentach uniwersytetów.

Pojawia się pytanie, nad jakimi tekstami mają oni pracować? W pierwszej kolejności należy wymienić autorów naszej klasyki narodowej: Mickiewicz, Norwid, Żeromski, Kasprowicz. Edycje krytyczne ich dzieł, rozpoczęte przed wieloma laty, nie zostały ukończone do dziś. Sfinalizowanie tych prac jest jedną z najpilniejszych potrzeb.

Od pewnego czasu obserwuje się ruch nad wydawaniem dzieł XX-wiecznej (czasem jeszcze starszej) klasyki polskiej. Wychodzi się ze słusznego założenia, że Gombrowicz i Herling-Grudziński zasługują na to samo, co Mickiewicz i Żeromski. Różnica polega na tym, że opracowania dawnego typu były najczęściej dziełem samodzielnych badaczy (Kleinera, Górskiego, Pigonia, Płoszewskiego). Obecne zaś stosuje się tryb pracy zespołowej.

Niepowodzenia nowego systemu opracowywania źródeł biorą się z nieuwzględnienia podstawowej zasady, która powinna obowiązywać wszystkich biorących udział w ważnym przedsięwzięciu edytorskim. Jest nią brak porządnej dyskusji, w której wyjaśnione byłyby wszelkie wątpliwości – w pracy edytora pojawiają się one na każdym kroku. Z drugiej strony, gdy jest wielu wykonawców, nie znaczy to, że każdy ma działać według jednego, obowiązującego szablonu.

3. Edytorstwo, mimo precyzji i ścisłości do jakiej zmierza, pozostaje jednak sztuką. Na rezultatach pracy edytora odciska swoją pieczęć jego osobowość i tego aspektu nie należy lekceważyć. Za grzechy, jakie popełnia dzisiejszy edytor, ponosi też winę pośpiech, ponieważ harmonogram prac zależy od instytucji, która dystrybuuje środki. Wymaga to okresowych sprawozdań, rozliczeń, uzupełnień, aneksów, co nie sprzyja spokojnej pracy.

Daje też znać o sobie niesłuszny pogląd, że edytorstwo dzieł współczesnych nie wymaga przestrzegania standardów, jakie obowiązują w przypadku klasyki dawnej. Łukasz Garbal w pionierskiej książce Jak wydawać współczesne teksty literackie (2011) słusznie zwrócił uwagę na różnicę między klasyką dawną a współczesną, z czego wynikają ważne wnioski dla edytora. Badacz podkreśla wagę podstawowych standardów, które i na tym odcinku powinny być respektowane, gdyż w przeciwnym razie każdy działby według własnych zasad. Korzyści, jakie dzisiejszy edytor czerpie z komputera, są czymś oczywistym. Technologia nie powinna go jednak wyręczać w pracy, o czym świadczy banalny przykład indeksów osobowych, które robione przez komputer zwykle roją się od błędów.

Edycje krytyczne z natury rzeczy przeznaczone są dla wąskiego grona odbiorców, co nie odbiera im znaczenia społecznego. Niedomagania dzisiejszych edycji, o jakich tu wspomnieliśmy, są ostatecznie do uniknięcia, gdyż dotyczą środowiska profesjonalistów, gdzie – mimo różnicy zdań – może dojść do uzgodnienia poglądów.

O wiele pilniejszym ze społecznego punktu widzenia zadaniem dla wykształconych edytorów jest dzisiaj zapanowanie nad chaosem wydawniczym spowodowanym przez wolny rynek. W licznych oficynach obowiązuje zasada laissez-faire, laissez-passer, czyli rób jak ci się podoba. Prowadzi ona do ogromnych szkód. Co gorsza, poziom wydawnictw uniwersyteckich jest zawstydzająco niski. Zagrożeń tych można uniknąć, gdy – powtórzmy – będzie wzrastała liczba wykwalifikowanych edytorów, zdolnych pokierować pracą i wskazać na wszelkie uchybienia.

Mój pogląd na edytorstwo, który być może ktoś uzna za staroświecki, jest następujący: to dyscyplina, być może jedyna dziś w humanistyce, która narzuca choćby minimalne standardy i to nie dla uprawomocnienia swojej własnej pozycji, nie dla legitymizacji metod, które sama wymyśliła, lecz dla obrony przekazu w całej jego integralności. Przez lata walczyliśmy o słowo wolne, czas walczyć o słowo prawdziwe.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata