70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Interesuje mnie Kościół, który się dzieje”

Oczyszczenie to potrzeba przyznania się przed samym sobą i swoimi siostrami i braćmi że dzieje się jakieś zło, za które jestem odpowiedzialny. To ja jestem gorszycielem, który musi się nawrócić. Postulat oczyszczenia sięga do tego, co dzieli człowieka i Boga oraz ludzi między sobą. Tym czymś jest grzech, a nie źle działające struktury.

Czy zastanawia się Ksiądz Biskup, jaki obraz Kościoła mają ci, którzy odchodzą, zniechęceni doświadczeniami własnymi lub tym, czego na temat Kościoła dowiadują się z mediów?
Częściej zastanawiam nad tym, w jaki sposób my, pasterze, głosimy wiarę. To jest istotne. Interesuje mnie Kościół, który się dzieje. Wróciłem właśnie z Kongresu Nowej Ewangelizacji. Przyjechało tam 1200 osób przekonanych, że tym, co tworzy z nich wspólnotę Kościoła, jest doświadczenie spotkania z Jezusem Chrystusem, wspólne słuchanie Słowa, przyjmowanie sakramentów, nawrócenie. Wszystko inne – struktury, zwyczaje, zaangażowanie społeczne itd. – jest pochodną. Taki czy inny grzech lub małość można znieść ze względu na to, co jest istotą Kościoła. Po takim doświadczeniu inne myślenie o Kościele zawsze wydaje się nie dość głębokie. Jest powierzchowne, naskórkowe. Inna rzecz, że to, co jest najgłębszą prawdą Kościoła, powinno się także objawiać na jego powierzchni. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z antyświadectwem.

Kiedy myślimy o ewangelizacji Krakowa, która ma się odbyć w dość nieodległym czasie, zastanawiamy się przede wszystkim nad tym, do jakiego Kościoła chcemy zaprosić człowieka, który oglądając go z zewnątrz, nie ma najmniejszej ochoty wchodzić do środka. Nie wystarczy zapytać go: „Kim dla ciebie jest Jezus Chrystus?” i zostawić z tym pytaniem. Chrystus nie napisał żadnej książki, choć pisać umiał. Związał przekaz wiary ze wspólnotą. To we wspólnocie kryje się odpowiedź na pytanie, czym jest Kościół. Wprowadzić człowieka w osobowe spotkanie z Chrystusem można we wspólnocie Kościoła.

Ewangelizować to znaczy: zaprosić do Kościoła. Ostatecznie chodzi o spotkanie człowieka z osobą Jezusa Chrystusa, ale on ma rysy (twarz) Kościoła. Chrystus dąży do tego, aby się wcielać. Wciela się w Kościół.
Ważne jest pytanie, jak z orędziem o Jezusie Chrystusie zejść na poziom osoby. Dopóki się tego nie zrobi, nie ma ewangelizacji. Św. Paweł przemawiał do tłumów, ale jednocześnie docierał do osoby. W Efezie zachował się teatr, w którym Paweł głosił naukę Jezusa. Jest tam audytorium na 25 tys. osób. Dziś rzadko który ksiądz ma takie, publicyści tym bardziej. On przemawiając do takiej liczby osób, nie traktował ich jak tłumu, ale jako wspólnotę osób, z których każda jest ważna, wolna i odpowiedzialna. Na końcu stawiał pytania, które wymagały osobistej odpowiedzi, by np. przyjść i poprosić o chrzest. Nie chrzci się „społeczeństwa” czy „narodu”, chrzci się poszczególne osoby.

W Lumen gentium, jednej z konstytucji dogmatycznych przyjętych przez II Sobór Watykański, czytamy: „Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, to znaczy znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia człowieka z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. To, co w Kościele boskie, jest na pierwszy rzut oka niewidoczne, to zaś, co najbardziej widoczne, jest najczęściej czysto ludzkie i pod wieloma względami przypomina inne bardzo niedoskonałe organizacje.

Sakrament jest (to jego najprostsza, katechizmowa definicja) widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. Kiedy mówimy, że Kościół jest sakramentem, podkreślamy najpierw to, że składają się nań harmonijnie, czyli są sobie wzajemnie przyporządkowane, dwa elementy – właśnie widzialny i niewidzialny (duchowy). Nie dla wszystkich jest to zawsze oczywiste. Niektórzy tak mocno podkreślają duchowy wymiar Kościoła, czyli to, co jest w nim niewidzialne, że kwestionują cielesność, strukturę, to, co widzialne. I odwrotnie – można tak bardzo akcentować to, co jest hierarchiczne, strukturalne, widoczne, instytucjonalne, że zaczynamy gubić duchowy wymiar Kościoła. Napięcie pomiędzy tym, co widać, a tym, czego nie widać, jest nieuniknione. Tak, jak w przypadku wszystkich sakramentów, przy całej skromności tego, co widać , ważne jest to, co się za nią kryje: potężna Boża rzeczywistość . Mamy siedem sakramentów i jakby „prasakrament” – Kościół. Wszystkie te sakramenty, nie tylko Kościół, mają bardzo skromną formę zewnętrzną. Natomiast wiarą możemy dotrzeć do tego, co jest potężne. Oczywiście trzeba też pamiętać o tym, o czym wspomniała Pani w pytaniu: znak jest sensowny o tyle, o ile wskazuje poza siebie. To jest bardzo twórcza intuicja. Jest ona zresztą powtórzona w tekście, którego, jak sądzę, niestety prawie nikt nie czyta, mianowicie we wprowadzeniu do Mszału Rzymskiego. Akcentuje on obecność Chrystusa w zgromadzeniu wiernych, mówiąc, że ta obecność jest równie realistyczna jak w Najświętszym Sakramencie. Nie jest tego samego rodzaju, ale jest równie rzeczywista.

Po czym możemy poznać, że w Kościele działa Chrystus?

Wtedy, gdy widać w nim realizację przykazania miłości. Jest o tym mowa w piętnastym rozdziale Ewangelii św. Jana. Chrystus podczas ostatniej wieczerzy mówi uczniom: „Miłujcie się wzajemnie, tak jak ja was umiłowałem”. Miłujcie się tą miłością, która jest nazwana agape. W języku polskim mamy jedno słowo „miłość”, a grecki zna aż cztery różne określenia. Agape oznacza kompletnie nową jakość życia. Pojawia się właśnie dzięki temu, że człowiek wchodzi w relację z Bogiem. Benedykt XVI w swej pierwszej encyklice komentował tekst z Księgi Rodzaju opowiadający o drabinie Jakubowej. Jakubowi śniła się drabina łącząca niebo z ziemią, po której wstępowali i zstępowali aniołowie. Benedykt XVI interpretuje ten obraz jako ludzkie doświadczenie miłości: miłości wstępującej z ziemi do nieba. To może być miłość między mężczyzną a kobietą, miłość dziadka do wnuka i vice versa. Jest też jednak miłość, której się człowiek sam nie nauczy, która nie jest naturalna w takim znaczeniu, że nie jest wpisana w ludzką biologię. Na przykład taka, jaką męczennik ma do tych, którzy go zabijają. Męczennik, modląc się za tych, którzy go mordują, zachowuje się w sposób nienaturalny, jeśliby uznać za prawa natury to, co wynika z naszej biologii. Ten rodzaj miłości przychodzi dzięki intensywnej, intymnej relacji z Bogiem, czyli właśnie zjednoczeniem z Nim – poprzez modlitwę, otwarcie na Słowo, życie sakramentalne. Gdy taką miłość widać, ludzie mówią: „Coś jednak w tym Kościele jest”.

Co sprawia, że ten rodzaj miłości staje się dla człowieka czymś realnym, a nie tylko teoretycznym przekonaniem, że Bóg kocha nas tak bardzo, że oddał za nas swoje życie i z szacunku dla tak wielkiego poświęcenia musimy teraz wypełniać wszystkie Jego przykazania?

To nie jest żadna teoria! Kiedy ktoś analizuje przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, próbuje odnaleźć się w każdej z postaci: w lewicie albo kapłanie, albo nawet w samym Samarytaninie, tylko nie w tym pobitym człowieku. Tymczasem klucz do zrozumienia tej przypowieści leży gdzie indziej, przynajmniej tak uważano w starożytności: trzeba zobaczyć siebie w pobitym człowieku. To ja jestem pobity, ja jestem trupem, jestem nagi, porzucony przy drodze. To wszystko robi ze mną zło, grzech, szatan, świat, moje ciało. Jest jednak miłosierny Samarytanin, którym jest Chrystus. To On mnie leczy, On mnie pielęgnuje, uzdrawia. Dopiero mając to doświadczenie, mogę sam stać się miłosierny. Jeżeli go nie mam, to co niby miałoby we mnie wyzwolić miłość, która nie jest oczywista? Miłosierdzie nie jest miłością opartą na zasadzie wzajemności. Samarytanin dla Żyda był wrogiem, zdobył się na akt miłości wobec nieprzyjaciela. Oznacza to, że Chrystus mnie ukochał, kiedy byłem Jego nieprzyjacielem, a nie, kiedy byłem Mu przyjazny. Jeśli tego doświadczam, zaczynam trochę rozumieć, na czym polega radykalizm miłości w Bogu. Nasz problem polega na tym, że nie mając tego doświadczenia, powtarzamy wciąż: „miłosierdzie, miłosierdzie, miłosierdzie”. A na myśli mamy w gruncie rzeczy sprawiedliwość. I tyle. Nic się nie dzieje. Gdzie ten radykalizm?

Niedawno odwiedzałem grupy młodzieży na oazach. Byłem m.in. na Oazie Nowego Życia. Czwartego dnia tych rekolekcji uczestnicy dokonują wyboru Jezusa Chrystusa jako osobistego Pana i Zbawiciela, o co w zasadzie chodzi w ewangelizacji. Pytam się więc tych młodych ludzi, a był to dziewiąty dzień rekolekcji, czy było to dla nich ważne wydarzenie? Wszyscy potwierdzili. Pytam się: „Kto z was przed wyjazdem myślał o wierze w kategoriach osobistej relacji z Jezusem?”. Nikt spośród pięćdziesięciu młodych ludzi nie podniósł ręki. „A kto uważał siebie wcześniej za osobę niewierzącą?” Też nikt. Ci ludzie, z całą pewnością pobożni, pochodzący z dobrych katolickich domów, niezłych parafii, sądzą, że wiara polega na uznaniu, że Bóg istnieje. To przekonanie kształtuje ich światopogląd, sprawia, że starają się żyć moralnie, uczestniczyć w liturgii, modlić się. Osobistego spotkania z Chrystusem albo w ogóle nie ma, albo jest nieuświadomione. O czym to świadczy? To, z czego w Kościele rodzi się wszystko, jest dla większości katolików teorią! Może to działać jedynie do momentu, w którym brak fundamentu okaże się rozstrzygający. Ktoś spotka się ze złem w Kościele albo z kiepskim księdzem i jeżeli nie ma głębszego zakorzenienia, to takie doświadczenie wystarczy, aby się z takiego domu wynieść. Dlaczego ma coś takiego znosić? Z jakiego powodu?

Co można zrobić, aby chrześcijaństwo uczynić czymś konkretnym, a nie abstrakcyjnym systemem przekonań, pozostającym bez głębszego związku z życiem człowieka?

To nie jest nowe pytanie. W pierwszych trzech wiekach radykalizm życia chrześcijańskiego wyrażał się poprzez męczeństwo. Taki był czas, świadek to był martyr, czyli męczennik. Począwszy od wieku IV, kiedy perspektywa męczeństwa odsunęła się na drugi plan, pojawił się w Kościele nurt wspólnotowy. Mówimy tu o początkach życia monastycznego. Mnisi nie szukali jakiegoś odrębnego powołania, mieli jeden cel: radykalnie żyć po chrześcijańsku. Św. Benedykt czy św. Bazyli, dwaj wielcy zakonodawcy z Zachodu i Wschodu, mówili, że wspólnota, w której praktykuje się chrześcijaństwo, czyli przykazanie miłości, musi być bardzo konkretna. Benedykt wprost twierdził, że wspólnota może być maksymalnie dwunastoosobowa. Jeśli któraś rozrastała się ponad dwunastu mnichów, tworzył nową. Gdy odchodził z Subiaco, czyli swojego pierwszego miejsca życia zakonnego, pozostawił po sobie dwanaście wspólnot. Nie jedną stuczterdziestoczteroosobową, tylko dwanaście dwunastoosobowych. W tak niewielkim gronie wszystko, na czym miłość polega, sprowadza się do konkretu: wspólnoty modlitwy, pracy, wypoczynku. Tak samo myślał na Wschodzie św. Bazyli. Potężne klasztory (a takie były wcześniej), liczące po tysiąc albo nawet i po dwa tysiące mnichów uniemożliwiają praktykowanie Ewangelii lub czynią ją teoretyczną. Nikt nie ma trudności z kochaniem dwóch tysięcy osób.

Chrześcijaństwo, aby nie było abstrakcją, potrzebuje trzech nóg: Słowa, sakramentu i małej wspólnoty. Podkreślono to również na II Soborze Watykańskim. To też powinno się przekładać na koncepcję parafii jako wspólnoty wspólnot – wszyscy o niej mówią, choć niewielu zastanawia się nad tym, jak zastosować ją w praktyce. Słuchamy Słowa, ono nas prowadzi do przyjęcia sakramentu. To wszystko zaś dokonuje się w konkretnej wspólnocie ludzi. Konkretnej. Skoro razem w tej wspólnocie doświadczamy i Słowa, i sakramentu, ufamy, że rodzi to w nas miłość, o której mówiliśmy wcześniej: potrafimy się kochać, mimo że nie zawsze się lubimy. Stać nas na miłość ofiarną. Jeżeli takich wspólnot będzie dużo, to Kościół będzie znakiem jedności z Chrystusem. Tam, gdzie jest jedynie sprawnie zarządzaną strukturą, np. parafią składającą się z wielotysięcznego, anonimowego tłumu, nie może być żadnym znakiem. Są jednak projekty ewangelizacyjne odnoszące się do całych parafii (a nie tylko do poszczególnych jej grup czy stanów), np. Ruch dla Lepszego Świata albo metoda tzw. „komórek”. Całościową propozycją dla parafii jest także (tam, gdzie jest konsekwentnie realizowana) Droga Neokatechumenalna.

Dlaczego jednak w Kościele zachodnim zwyciężył model wielkich wspólnot, wielkich parafii? To na nim głównie opiera się struktura Kościoła już od dobrych kilkunastu wieków. Jak dziś wrócić do wizji Kościoła opartego na małych grupach?

Nie wiem, czy zwyciężył. To jest zjawisko trochę nie do uniknięcia. Franciszek z Asyżu też zaczynał w gronie kilkunastu braci, ale w krótkim czasie miał ich już tysiące – pociągniętych radykalizmem jego świadectwa. Oczywiście w gronie kilku tysięcy ten radykalizm musiał nieco stępieć. W Kościele jest jednak siła odradzającego się życia – nawracania się na swoje „pierwsze ideały”. Z całą pewnością w naszych czasach momentem takiego odrodzenia był Sobór, z którego czerpały wszystkie rzeczywistości, jakie się w Kościele po nim pojawiły.

Patrzy Ksiądz Biskup na Kościół z perspektywy małych wspólnot. Podkreśla: skupmy się na osobie, twórzmy wspólnoty, a one niech zmieniają struktury. Z drugiej strony są tacy, którzy mówią: to nie wystarczy, jeżeli nie przeprowadzimy w Kościele porządnych reform.

Ostatni dwaj papieże powtarzają: otwórzmy się na to, co Duch św. robi w Kościele przez ostatnie dziesiątki lat. To nie jest tak, że nie ma odpowiedzi na nasze problemy. One są, tylko nie są wyciągnięte z cienia na pierwsze miejsce. Nie ma wiedzy, nie ma spotkania. Na Kongresie podszedł do mnie ksiądz z północy Polski. Opowiadał mi o swojej parafii. Jest w niej Oaza, sześć wspólnot neokatechumenalnych. Pracuje dużo z ludźmi ubogimi, z nich również tworzy wspólnoty i ciągle nie ma dość. Pytał mnie, jak to zrobić, aby mieć żywą relację z całą parafią, a nie tylko ze wspólnotami, nawet jeżeli jest ich kilkanaście. Chciał się dowiedzieć czegoś na temat systemu komórek w parafii. Coś mu powiedziałem, ale to nie układało się w jakąś oszałamiającą wizję. Pożegnaliśmy się. Za jakiś czas podchodzi do mnie inny ksiądz, przedstawia się i mówi, że jest proboszczem i prowadzi parafię metodą komórek. Szukam więc tamtego i mówię: „Panowie, musicie się spotkać. Rozmawiajcie ze sobą”. Na co dzień brakuje wymiany doświadczeń. Te wszystkie dobre rzeczy, które się dzieją, są traktowane jak hobby albo prywatny charyzmat jakiegoś człowieka. Tymczasem chodzi o to, aby tych ludzi wyciągać z cienia i pokazywać, że działają w imieniu Kościoła, także z posłania Kościoła. To się już dzieje. I do tego wyraźnie papież wzywa Kościół. Tyczy się to w takim samym stopniu duchownych, jak i świeckich. Nowa ewangelizacja jest w wielkiej mierze dziełem osób świeckich. Tu chodzi o coś znacznie głębszego niż tylko mówienie o samej reformie. Najpierw musimy zobaczyć, ku czemu Duch św. prowadzi Kościół, dopiero potem można się zastanawiać, jakie temu nadać formy. To wcale nie oznacza, że nie ma być namysłu nad strukturami albo że w Kościele nie ma miejsca na reformę, tylko że musimy przede wszystkim skupiać się na nazywaniu problemów, a dopiero potem na szukaniu rozwiązań. Można stworzyć najlepsze struktury, ale one i tak niczego nie uzdrowią. Dlaczego? Ks. prof. Jan Kracik powtarzał mi nieraz, że łańcuch jest tak mocny, jak mocne jest jego najsłabsze ogniwo.

A tym ogniwem jest człowiek? Jak zatem należy rozumieć wezwania: Ecclesia semper reformanda i Ecclesia semper purificanda? Często są one przywoływane przez tych, którzy podkreślają konieczność reformy Kościoła.

Potrzeba reformy rodzi się z tego, że widzimy nieadekwatność niektórych schematów działania i struktur. Jakieś rozwiązanie zostało wprowadzone na określonym etapie historycznego rozwoju Kościoła, czasy się zmieniły, dziś już to nie działa, przynosi inne skutki, stąd czujemy potrzebę zmiany. Oczyszczenie natomiast to potrzeba przyznania się przed samym sobą i swoimi siostrami i braćmi nie, że struktury nie działają, ale że dzieje się jakieś zło, za które ja jestem odpowiedzialny. To ja jestem gorszycielem, który musi się nawrócić. Bardzo chętnie mówimy, że dzisiejsze pokolenie grzeszy tym, że nie ma świadomości grzechu. Tyle tylko, że łatwo mówi się to tym, którzy są poza Kościołem, ale niekoniecznie samemu sobie. Ecclesia semper purificanda oznacza, że Kościół jest wezwany, aby się oczyszczać i nawracać. Postulat „oczyszczenia” idzie więc głębiej – odpowiada temu, co jest najwłaściwszym obszarem działania Kościoła, który Jan Paweł II nazywał „pojednaniem źródłowym” z Bogiem, z ludźmi. Sięgającym do źródła problemów – tego, co dzieli człowieka i Boga i ludzi między sobą. Tym czymś jest grzech, a nie słabo czy źle działające struktury.

Jest takie zdanie w Piśmie mówiące o tym, że Bóg, gdy nam wybacza, wrzuca nasze grzechy w głębokości morskie. Tak głęboko, aby nigdy z powrotem nie wypłynęły. Jeżeli człowiek nie zrobi podobnie, to problemy, które chce pokonać, wcześniej czy później znów wypłyną. Pisał o tym Jan Paweł II w adhortacji Reconciliatio et paenitentia. Pojednanie nie może być mniej głębokie niż podział, a jedno i drugie dokonuje się najpierw we wnętrzu człowieka. Jeżeli ludzie naprawdę chcą się pojednać – a to przecież jest pierwszym krokiem do naprawy czegokolwiek – muszą wpierw zmierzyć się z własnym grzechem. Czy mają na to ochotę? Nie sądzę. Niektórzy uważają, że problemy Kościoła można pozałatwiać prościej, nie schodząc na ten poziom, który papież nazwał „pojednaniem źródłowym”. Zwykle się jednak okazuje, że ma to krótkie nogi i wystarcza tylko do czasu.

Może jednak Kościół reformuje się za wolno? Pięćdziesiąt lat temu odbywał się II Sobór Watykański. Często mówi się, że był on odpowiedzią Kościoła na modernizm. Tyle tylko, że w okresie, gdy Kościół zajmował się przemyśliwaniem modernizmu i dziedzictwa oświecenia, rodził się już postmodernizm, dokonywała się rewolucja obyczajowa.

Sobór był moim zdaniem odpowiedzią na rozchodzenie się Kościoła i świata, które trwało przez cały XIX w. Przyczyny tego były tak złożone i wielopłaszczyznowe, że nie da się ich moim zdaniem sprowadzić do jednego mianownika. Jest świetna książka Mieczysława Żywczyńskiego Kościół i rewolucja francuska. Żywczyński pokazuje, że oświecenie było ideologią elitarną. Co więcej, wśród oświeceniowych elit byli również duchowni, łącznie z biskupami i papieżami. A tymczasem Kościół francuski został zmieciony z powierzchni ziemi nie przez elity, tylko przez masy. Oświecenie nie miało takiego charakteru jak barok, który był kulturą masową. Dziś dość łatwo mówi się, że wszystkiemu było winne oświecenie. Nie, nie oświecenie było winne kryzysu, tylko pewien model funkcjonowania Kościoła, oparty na monarchii, związany z nią na śmierć i życie. Gdy stan trzeci zmiótł z powierzchni ziemi monarchię, to wraz z tronem zawalił się i Kościół. Przed rewolucją w Kościele francuskim jeden kapłan przypadał na 2500 osób. Z punktu widzenia socjologii religii jest to model wzorcowy. Idealny. Nic lepszego nie można by wymyślić. Jak to więc możliwe, że mając takie możliwości ludzkie, instytucjonalne, Kościół został zredukowany niemalże do poziomu zerowego? Powiedzieć, że wszystkiemu jest winne oświecenie, to już nawet nie jest wytrych. To łom, którym ostatecznie niczego się nie otwiera. Cały wiek XIX, który ukształtował się pod wpływem rewolucji francuskiej, był wiekiem upływającym pod hasłem rozmaitych liberalizmów. Pewnie to wszystko byłoby przez Kościół inaczej przyjmowane, gdyby nie uwikłanie papiestwa w politykę włoską. Tu jest milion czynników, które należy wziąć pod uwagę. To wszystko sprawiało, że Kościół rozchodził się ze światem w sposób dramatyczny. Świat się zmieniał dynamicznie, a ponieważ Kościół te wszystkie zmiany przyjmował jako uderzające w niego, coraz bardziej umacniał się na pozycjach konserwatywnych. Najlepszy przykład to błogosławiony papież Pius IX. Ktoś się spyta, jak to możliwe, że papież początkowo uznawany za liberalnego do historii przeszedł jako twórca encykliki Quanta cura i Syllabusa. Kościół zaczął się przebudzać na przełomie XIX i XX w. Wkrótce jednak nadeszła I wojna światowa, która zakończyła wiek XIX, niedługo potem – II wojna światowa. Czy Sobór był spóźniony? Może i był. Można jedynie gdybać, czy ktoś mógł to zrobić wcześniej. Dziś oczekiwanie, że ojcowie na Synodzie Biskupów powiedzą, w jaką stronę zmierza świat i co w związku z tym należy zrobić w każdym miejscu, jest pomyłką. Rzeczywistość jest zbyt zróżnicowana.

Mówił Ksiądz Biskup o nowej ewangelizacji, czyli próbie dotarcia do tych, którzy są ochrzczeni, ale odeszli od Kościoła. Jak dotrzeć do ludzi obojętnych, którzy nie stawiają sobie głębszych pytań?

Wszystko wie jedynie człowiek, który przeczytał w życiu tylko jedną książkę. Chrystusa znaleźli pasterze i mędrcy, czyli ludzie bardzo prości i bardzo uczeni. Nie znajdują Go ludzie, którzy przeczytali w życiu jedną książkę. Sądzę jednak, że taki stan nie może trwać w nieskończoność i że człowiek niejednokrotnie dochodzi w życiu do jakiejś ściany. Są pytania, od których nie można uciec całkowicie: zło, cierpienie niewinnych, śmierć; a z drugiej strony dające do myślenia świadectwa ludzi takich jak Matka Teresa czy Jan Paweł II. Albo św. Maksymilian w Auschwitz. Z drugiej strony, pytanie o dotarcie do tych, których nie ma w Kościele, jest właściwie pytaniem o rolę świeckich w ewangelizacji. Kto może zaprosić studentów na jakiekolwiek wydarzenie ewangelizacyjne? Najlepiej uczynią to ich koledzy z roku, z grupy – ci, którzy wierzą. Kto może zaprosić na takie wydarzenie twoich niewierzących sąsiadów? Ty! Sobór stwierdził jasno (w konstytucji Lumen Gentium): są całe obszary świata, gdzie ziarno Ewangelii może zostać zasiane wyłącznie przez świeckich.


Ks. GRZEGORZ RYŚ – od 2011 r. biskup pomocniczy krakowski, doktor habilitowany nauk humanistycznych specjalizujący się w historii Kościoła. Opublikował m.in. Celibat i Inkwizycję. Rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej w latach 2007–2011. Członek zespołu redakcyjnego „Tygodnika Powszechnego” oraz Zespołu miesięcznika „Znak”

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata