70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kryzys w Kościele? Ciąg dalszy

Przeciętnego mieszkańca tego kraju nie interesuje opinia Kościoła w sprawach seksu, wychowania dzieci, homoseksualizmu i zapłodnienia in vitro. Ludzie potrzebują pomocy duchowej, materialnej, a przede wszystkim – odpowiedzi na pytanie o sens życia. W obecnej polityce prowadzonej przez Episkopat Polski te problemy umykają – Arkadiusz Gruszczyński.

o. Wacław Oszajca SJ

Czy ateizm jest wrogiem religijności? Jest w pewnym sensie jej podstawą. Jeśli jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że możemy szczęśliwie żyć bez Boga, mamy szansę na to, by trzymać się Boga nie dla jakiegoś interesu, ale bezinteresownie. A o to w chrześcijaństwie przede wszystkim chodzi.

Myśląc o kryzysie Kościoła, należy sobie zadać pytanie – Kościoła, czyli kogo lub czego? Wygląda bowiem na to, że kłopoty ma nie tylko chrześcijaństwo, mają je również inne religie, skoro w skali światowej wzrasta liczba osób niewierzących. Dzieje się tak przede wszystkim w krajach o znacznym rozwoju gospodarczym. Co to znaczy? Otóż pierwsza myśl, jaka się nasuwa, to stwierdzenie, że chrześcijanie i wyznawcy innych religii dobrze sobie radzą i są potrzebni w sytuacjach trudnych, w nieszczęściu. Niewiele natomiast, lub zgoła nic, mają do zaproponowania człowiekowi żyjącemu w społeczeństwie bogatym czy też bogacącym się. Nic to nowego. Istnieje powiedzenie, że w XIX stuleciu Kościół stracił robotników, a wcześniej inteligencję. Z podobnych powodów najpierw pozbyliśmy się mężczyzn, obecnie zaś pozbywamy się kobiet. Dzieje się tak, gdyż – jak się to po czasie okazało – słuszne żądania tych wszystkich oświeceniowców odczytaliśmy jako niezgodne z doktryną Kościoła. Mówiąc innymi słowy, byliśmy głusi na głos, na słowo Boże przychodzące do nas w słowie ludzkiej skargi, a potem gniewu czy nawet zbrodni. Rewolucja nie jest przecież wydarzeniem jednoznacznym.

Patrząc zatem na statystyki, można dojść do wniosku, że to coś, co nazywamy kryzysem, dzieje się w najgłębszym centrum współczesnej kultury, a więc i w najgłębszych pokładach naszego człowieczeństwa. Chodzi przede wszystkim o wiarę religijną, a wtórnie o religię i instytucje religijne. W czasach trudnych, kryzysowych, z wiary w sens i godność ludzkiego życia czerpaliśmy siłę, by stawać w obronie człowieka, a kiedy już dopięliśmy swego i nasze starania zaczęły przynosić owoce, ręce jakby nam opadły i nie dość, że przestaliśmy wspierać ludzi w mądrym zagospodarowaniu nowo zdobytych możliwości, to jeszcze największego wroga religii zaczęliśmy upatrywać właśnie w wolności. Wychodzi na to, że nie umiemy odnaleźć się w świecie, który stworzyliśmy za cenę olbrzymich poświęceń z życiem włącznie. Przeciwnie, zaczynamy innym i sobie podcinać skrzydła. Wystarczy posłuchać niektórych kazań, listów pasterskich, przerzucić gazetę uważającą się za katolicką, by odnieść wrażenie, że „im gorzej, tym lepiej”. Im gorzej dzieje się w świecie, tym my czujemy się lepiej, jako że tylko Bóg nam już pozostał.

Jeśli więc szukamy lekarstwa na ów osławiony kryzys, nie od rzeczy będzie przyjrzeć się uważnie temu, co uznajemy za najgroźniejszego wroga religijności. W oczach wielu są to sekularyzacja i ateizm. Czy to słuszna ocena? Chyba niekoniecznie. Można bowiem zaryzykować twierdzenie, że ateizm jest nie tyle integralną częścią, ile podstawą religijności. Przede wszystkim dlatego że odmitologizowuje świat i przywraca mu autonomię. Porządny ateista to ktoś, kto czuje się w świecie jak u siebie w domu. Pogodzony z losem żyje tym, co niesie czas. W imię prawdy, z potrzeby piękna i dobra zmaga się z przeciwnościami i marzy, by choć na chwilę dotknąć szczęścia. Taka postawa względem świata, przydałaby się dzisiaj nam, chrześcijanom. Jeśli jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że możemy żyć bez Boga i żyć szczęśliwie, mamy szansę na to, by trzymać się Boga nie dla takiego czy innego interesu, ale bezinteresownie. A chyba o to w chrześcijaństwie przede wszystkim chodzi.

***

W Polsce zachodzi przełom kulturowy, nie tylko polityczny. Jeszcze 20–30 lat temu Kościół, czyli parafia, był jedyną instytucją, która nie potrzebowała uzasadniać, tym bardziej usprawiedliwiać swego istnienia i działania. Najistotniejsze dla ludzkiego życia sprawy były obsługiwane przez proboszcza i jego pracowników. Człowiek nie mógł się ani narodzić, ani umrzeć, ani wydorośleć bez aprobaty parafialnego urzędu. Dziś Kościół jako instytucja życia społeczno-politycznego został wyparty, przestaje być integralną częścią społeczeństwa nowego typu, demokratycznego, liberalnego, wolnorynkowego. Źle to czy dobrze?

W tym miejscu może warto przypomnieć, co to się działo, kiedy likwidowano Państwo Kościelne. Pius IX na znak protestu wobec tak niesłychanej krzywdy nazwał się więźniem Watykanu, co miało znaczyć, że nie chce mieć nic wspólnego z tak podłym światem. Dzisiaj po z górą 140 latach widzimy, że na tym nieszczęściu papieże nic nie stracili, a zyskali nieskończenie więcej.

Tymczasem – miejmy nadzieję, że tylko na razie – w Kościele polskim mamy sytuację podobną do tej dziewiętnastowiecznej w Rzymie. Próbujemy zwierać szeregi, wyostrzać rygory moralne, domykać bramy i podwyższać mury. Taki stan rzeczy dobrze odzwierciedla język kazań. Mamy więc obronę wartości, jako że nieustannie są one atakowane, podważane, lekceważone. Namawia się nas, byśmy odważnie dawali świadectwo Chrystusowi, czyli – czy trzeba, czy nie trzeba bez uwzględnienia wymogów czasu i miejsca, na siłę nawet – stawiali krzyże, na atak odpowiadali atakiem, na złośliwość złośliwością, byle skutecznie, byle wroga pokonać, upokorzyć, postawić pod ścianą. I tak, chcąc nie chcąc, wykonujemy robotę tych, którzy naprawdę nie posiadaliby się ze szczęścia, gdyby chrześcijaństwo przestało istnieć. Jednym słowem tworzymy akuratnie taką kulturę, w jakiej żyć nie chcemy.

Co zatem robić? Wiara, która nie tworzy kultury, jest wiarą niedostatecznie przyjętą, przyswojoną. Autentyczność naszego zaufania Bogu nie przejawia się wprost, w deklaracjach, lecz pośrednio, również w liturgii. Chodzi więc o jakość chrześcijańskiego życia, o to, byśmy umieli dobro wyprowadzać również ze zła, z grzechu naszego i innych ludzi. Nie wystarczy potępiać konsumpcjonizmu, materializmu, liberalizmu, aborcji, eutanazji i zapłodnienia in vitro. Nie wystarczą słowa ani zaklęcia. Dopóki przed naszymi kościołami nie będzie przynajmniej tyle samo wózków dziecięcych co aut, nikt nam nie uwierzy, że kochamy życie. Ale najpierw siebie samego trzeba przekonać do takiego właśnie życia.

o. Wacław Oszajca SJ – teolog, publicysta, poeta, autor książek i tomików wierszy. Prowadzi wykłady z homiletyki na Papieskim Wydziale Teologicznym sekcja Bobolanum w Warszawie i w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Publikuje m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Gościu Niedzielnym”, „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze”.


o. Dominik Jurczak OP

Wyzwaniem stojącym przed polskim Kościołem jest oswojenie ludzi z bogactwem i pokazanie, że w tej perspektywie jest miejsce dla Boga. Rozwiązaniem nie jest obojętność na podnoszącą się stopę życiową, lecz uczenie mądrych wyborów i odpowiedzialności za dobro wspólne.

Nie przepadam za mówieniem o kryzysie w Kościele. Dlaczego? Bo od razu mam ochotę korygować i reformować, oczywiście według własnych, jedynie słusznych pomysłów. Kiedy ogłasza się kryzys, dla wielu to znak, że trzeba „zakasać rękawy” oraz przygotowywać plan naprawy, że trzeba określić wroga oraz źródła zagrożeń. Wszystko po to, by sprawy znowu stały się jednoznaczne i proste, tak jak lubimy. Problem w tym, że w takiej perspektywie spłaszczamy pojęcie Kościoła wyłącznie do socjologicznego zjawiska, a zatem ograbiamy go z tego, co dla niego istotne. W konsekwencji Kościół staje się stowarzyszeniem z centralnym zarządem – nota bene mało skutecznym, a dla wielu zbytecznym – któremu trzeba, wzorem innych światowych organizacji, narzucić odgórne, eksperckie rozwiązania. Nie oznacza to równocześnie, że pozostała nam bierność, bo „zawsze tak było”, ani tym bardziej, że mamy być zadowoleni ze wszystkiego, co w Kościele się dzieje.

Spoglądając na rodzime podwórko, łatwo dostrzec, że Kościół polski to niezwykła różnorodność: inaczej sprawa wygląda w miastach, inaczej na terenach wiejskich, inaczej w pracy z młodzieżą, inaczej wśród ludzi starszych, są parafie pełne życia, ale można też pokazać – i niestety uznać za normę – takie, w których księża lub parafianie przejawiają zbytnią dbałość o stronę materialną. O ile w sferze obserwacji skłonni jesteśmy tę wielobarwność przyjąć, a nawet słusznie się nią szczycić, o tyle w przestrzeni wzajemnego dialogu i myślenia o Kościele nie idzie już tak prosto. Bo który z obrazów, chociażby tych wymienionych, uznać za obowiązujący lub dominujący? Który z nich jest takim „Kościołem”, jakiego chcielibyśmy w kraju nad Wisłą? Jedyna odpowiedź, czy nam się to podoba czy nie, brzmi: wszystkie razem. Na Kościół bowiem trzeba spojrzeć jako na całość. Takie jest prawdziwe znaczenie słowa „katolicki”, o czym – nie bez przyczyny – przypominamy sobie co niedziela. Kościół przestaje być w pełni katolicki, gdy górę biorą partykularne interesy oraz zwalczanie innych „opcji”, często pozbawione elementarnej kultury. Dla jasności: nie myślę tu o formalnej schizmie, czyli o zerwaniu więzi z Kościołem, ale o takim pojmowaniu katolickości, które przejawia się w niedostatecznym szacunku dla – mieszczącej się w granicach ortodoksji – odmiennie przeżywanej wiary.

Taka postawa uruchamia politykierstwo, które kusi nie tylko duchownych, ale i świeckich. Mam wrażenie, że dziś dużo go więcej w Kościele niż przed paru laty. W ostatnim czasie kilka razy miałem okazję spotkać księży, w różnych częściach kraju, którzy przy powitaniu, „na dzień dobry”, żądali ode mnie deklaracji politycznych lub świeckich, którzy w konfesjonale prowokowali do rozmów na ten temat. Zapewniam, że nie były to rozmowy mające na celu rozwiązanie kwestii moralnych. Kościół tymczasem jest dla wszystkich, nie tylko dla jednej partii czy opcji politycznej. Jest w nim miejsce dla każdego, kto uczciwie chce szukać Chrystusa.

Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest niestety brak mądrej obecności głosu Kościoła w debacie publicznej. Wydaje mi się, że większość „ludzi Kościoła” boi się wystąpień publicznych, poniekąd słusznie, w obawie przed upolitycznieniem swoich wypowiedzi. Schowanie jednak głowy w piasek nie jest najlepszym rozwiązaniem, gdyż daje szansę wypłynięcia skrajnym lub fanatycznym opiniom, uchodzącym odtąd za oficjalne nauczanie Kościoła.

Abstrahując od tematyki moralnej niepokoi mnie, że dzisiejszy Kościół zamiast dialogować ze światem, także publicznie, co było wielką siłą i nowością od czasów Soboru Watykańskiego II, schodzi do podziemia, często na własne życzenie, oraz przestaje być słyszalny i zrozumiały. W dużej mierze spowodowane jest to „wymogami czasu”, który w mediach zmusza do zdawkowych, eksperckich wypowiedzi. Pomijając kwestię hermetyczności języka – problem wielu duchownych – trudno przedstawić rozumienie nauczania Kościoła w kilku zdaniach. Zatem z jednej strony o Kościele w mediach słyszy się dużo, zaś z drugiej – relacje te zatrzymują się na płytkim poziomie: wielkanocnego jajka czy świątecznej choinki. Stąd już prosta droga, by wiarę sprowadzić do mniej lub bardziej anachronicznej formy pobożności.

Problemem dzisiejszego Kościoła zaczyna być to, że całą wiedzę o nim zamiast z doświadczenia czerpie się z Internetu, w którym można publikować, co się chce, że zasadniczą katechezę przechodzi się przed ekranem telewizyjnym. Powoduje to, że poziom wiedzy i świadomości religijnej drastycznie spada. Duszpasterzem przestaje być ksiądz z pobliskiej parafii, a jego miejsce zajmuje ks. Mateusz z telenoweli. Ci, którzy omijają seriale, kształtują swój obraz Kościoła na podstawie prostych i sloganowych schematów przekazywanych przez telewizyjne programy.

Niewątpliwie wyzwaniem stojącym przed polskim Kościołem jest oswojenie ludzi z bogactwem i pokazanie, że w tej perspektywie istnieje miejsce dla Boga. W ostatnich latach, w skali całego kraju, podniosła się jakość życia: możemy wyjeżdżać za granicę, porównywać, zwiedzać, kontestować itd. Dobrze, że tak jest. Odpowiedzią nie jest walka w obronie utraconego autorytetu oraz obojętność na wzrost stopy życiowej, lecz uczenie dokonywania mądrych wyborów i odpowiedzialności za dobro wspólne.

koniec raz jeszcze chcę mocno podkreślić, że sytuacja kryzysu nie jest dla Kościoła żadnym stanem nadzwyczajnym, lecz czymś, co w historii towarzyszy mu od samych początków. Przypomina tym samym wątpliwości w wierze, które nie tyle powinny odciągać od wiary, ile pobudzać do głębszych poszukiwań i dojrzalszych odpowiedzi. Niewątpliwie Kościół w Polsce przechodzi okres silnych przeobrażeń. Warto jednak pamiętać, że w tej mozaice wszyscy, mniej lub bardziej umiejętnie, staramy się budować ten sam, jeden Kościół. Nikt z tego obowiązku nie powinien być wyłączony. Kościół bowiem to nie prywatna zagroda, ale dar, który najpierw trzeba przyjąć, by w nim i poprzez niego dotrzeć do Chrystusa.

o. Dominik Jurczak OP – absolwent informatyki na Politechnice Poznańskiej i teologii na PAT, sekretarz Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. Dominikanów w Krakowie, studiuje teologię dogmatyczną na UP JP II.


Arek Gruszczyński

Przeciętnego mieszkańca tego kraju nie interesuje opinia Kościoła w sprawach seksu, wychowania dzieci, homoseksualizmu i zapłodnienia in vitro. Ludzie potrzebują pomocy duchowej, materialnej, a przede wszystkim – odpowiedzi na pytanie o sens życia. W obecnej polityce prowadzonej przez Episkopat Polski te problemy umykają.

Liberalna inteligencja widzi szansę w otworzeniu Episkopatu na młodych biskupów, którzy zajęliby się w końcu palącymi problemami polskiego społeczeństwa/polskiego Kościoła, a nie polskiego sejmu. Konserwatyści uważają natomiast, że nadzieja tkwi w moralnej odnowie narodu, która to odnowa musi być poprzedzona dostosowaniem prawa i zwyczajów panujących w kraju. Natomiast lewica, podchodząc z niebezpieczną nieufnością do wszelkich dyskusji dotyczących Kościoła w Polsce, woli zajmować się emancypacją kolejnych grup społecznych, które najczęściej zostały ubezwłasnowolnione przez Kościół katolicki i jego radykalne zawłaszczenie sfery symbolicznej oraz etycznej/moralnej. Ten ogólny zarys pokazuje tylko, że wszyscy mają rację. Od lat omawiane są grzechy Kościoła: romans z polityką, traktowanie ambony jak mównicy politycznej, zamiatanie skandali pod dywan, konserwatyzm najważniejszych przedstawicieli episkopatu, szukanie na siłę wrogów i węszenie spisku, który miałby rozbić wspólnotę wiernych. Owe powtarzane do znudzenia błędy (uważam, że są prawdziwe) nie oddają jednak specyfiki problemu.

Warto przypomnieć w tym miejscu fragmenty dyskusji, która odbyła się na początku lat 90. XX w. – na początku okresu transformacji ustrojowej. Czesław Miłosz pisał w tekście Państwo wyznaniowe („Gazeta Wyborcza” z 11 maja 1991 r.): „Może tak się zdarzyć, że kler będzie celebrować obrzęd narodowy, kropiąc, święcąc, egzorcyzmując, ośmieszając się zarazem swoim tępieniem seksu, a tymczasem będzie postępowało wydrążanie religii od wewnątrz i za parę dziesiątków lat Polska stanie się krajem równie mało chrześcijańskim jak Anglia czy Francja, z dodatkiem antyklerykalizmu, którego zaciekłość będzie proporcjonalna do władzy kleru i jego programu państwa wyznaniowego”. Wylęgarnią owej postawy ma być według Miłosza szkoła, do której powróci nauka religii katolickiej. Leszek Kołakowski w „Gazecie Wyborczej” z 24 sierpnia 1991 r. pisał: „(…) teokracja może oznaczać takie urządzenie, w którym odróżnienie między duchowną i świecką władzą jest utrzymane, Kościół nie zamierza zastępować cywilnych rządów, ale zgłasza pretensje do kontroli wszystkich ich poczynań, o ile mają znaczenie moralne, a w osądzaniu moralnym jest on najwyższym arbitrem. Zakres tych aspiracji, jak z dziejów średniowiecza wiemy, jest rozciągliwy i zależny od wielu okoliczności; niekiedy może oznaczać żądanie kompletnego zwierzchnictwa nad władzą świecką (jako że wszystkie ludzkie sprawy mają jakiś moralny wymiar), kiedy indziej bywa, z przyzwoleniem Kościoła, chętnym lub nie, znacznie zredukowany”. Na przełomie lat 1990 i 1991 w podobnym tonie wypowiadał się Jan Józef Lipski w tekście O roli Kościoła w Polsce: „Dziś taki Kościół, jaki jest w Polsce, stoi przed rozwidlającymi się drogami. Jedna wiedzie do politycznego klerykalizmu, podbudowanego poczuciem tryumfu. Do sytuacji, w której nauczyciel, urzędnik, lekarz, dyrektor – będzie załączał do swych papierów świadectwo od proboszcza (bądź będzie załączone przez kogo innego); gdy partie polityczne będą szły do walki wyborczej z monogramem konstantyńskim (tj. z krzyżem) na transparentach i plakatach; gdy przy ministerstwach, województwach, sądach itp. powstaną urzędy asystentów kościelnych, gdy obecność na rekolekcjach będzie obowiązywała w szkołach, uczelniach i urzędach. Czy to nieprawdopodobne? Oby!”.

Obawy lewicowej inteligencji niestety się potwierdziły. Obecnie żyjemy w państwie przeżartym Kościołem katolickim, poczynając od obowiązkowej nauki religii (zagwarantowanej przemocą symboliczną) i rekolekcji, wywierania nacisku na obowiązujące prawo, pojawiania się kleru na wszystkich możliwych uroczystościach państwowych oraz polityków siedzących w pierwszych rzędach świątyń. A tak naprawdę życie zwykłych ludzi toczy się zupełnie gdzie indziej – przeciętnego mieszkańca tego kraju nie interesuje opinia Kościoła w sprawach seksu, wychowania dzieci, homoseksualizmu i zapłodnienia in vitro. Ludzie potrzebują pomocy duchowej, materialnej, a przede wszystkim – odpowiedzi na pytanie o sens życia. W obecnej polityce prowadzonej przez Episkopat Polski te problemy umykają.

Symptomatyczne wydają się słowa Miłosza o nasilającym się antyklerykalizmie. Jestem przedstawicielem pokolenia (mam 22 lata), któremu Kościół kojarzy się z niezrozumiałym, archaicznym językiem, infantylną i powierzchowną duchowością oraz niekompetentnym katechetą odhaczającym w zeszycie obecność na niedzielnej mszy świętej. Tylko ci najodważniejsi szukali duchowości gdzie indziej – w małych wspólnotach (nie mam na myśli Oazy – centrum infantylnej wiary w Jezusa, który cię kocha, i słodkich dziewczyn w spódnicach). Szukałem Boga poza głównym nurtem Kościoła, ponieważ męczyły mnie polityka, masowość i tandetna wiara oraz instrumentalne traktowanie człowieka.

***

Te dosyć mocne słowa, zbyt stronnicze i nacechowane emocjami, są spowodowane pokoleniowym doświadczeniem Kościoła oraz kontaktem z klerem. Kościoła, który mówił obcym językiem. Kleru, który używał złych słów opisujących moje życie. Dlatego najważniejsza reforma Kościoła w Polsce powinna się dokonać właśnie na poziomie języka; przejście od ofensywnego, hermetycznego słownictwa, z góry oceniającego świat i posiadającego odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania obecnego świata wydaje mi się stanem, do którego może dążyć Kościół i jego wspólnota. Wystarczy przejść się po dzielnicy, aby zobaczyć, jakie problemy nękają ludzi. A są to przede wszystkim trudna sytuacja materialna rodzin, dyskryminacja ekonomiczna, seksualna i narodowościowa, brak dostępu do wiedzy, niezrozumienie społeczne. Wydaje mi się, że dopiero zrozumienie problemów szeregowego członka Kościoła może przynieść orzeźwienie i głęboką reformę. Zmiany na stanowiskach nic nie dadzą. Tak samo nieskuteczne jest atakowanie inaczej myślących ludzi.

Co zatem robić? Wskazałbym trzy kierunki. Po pierwsze – praca u podstaw w parafiach i budowanie świadomości katolików. Po drugie – omijanie polityki. Po trzecie – budowanie Kościoła, którego nie obchodzą takie kwestie jak poglądy polityczne, orientacja seksualna, pochodzenie i status materialny przychodzącego do niego człowieka.

Arek Gruszczyński – członek zespołu Fundacji Nowej Kultury Bęc! Zmiana, redaktor magazynu kulturalnego Notes.na.6.tygodni. W latach 2009–2010 związany z Krytyką Polityczną. Stypendysta Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia. Ukończył Katolickie Liceum Ogólnokształcące im. św. Stanisława Kostki w Zielonej Górze. Przez pół roku studiował teologię kultury na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.


Karol Kleczka

Współczesny „kryzys” jest w dużej mierze kryzysem wiedzy wiernych o Kościele.

Zanim udzielimy odpowiedzi na pytanie o kryzys w Kościele, zastanówmy się, jak często je zadajemy. Jest w nim coś symptomatycznego: widzimy, że wierni są żywo zainteresowani kondycją Kościoła katolickiego, a cykliczność powrotów tego pytania sugeruje, że nie potrafimy na nie udzielić jasnej odpowiedzi. Powraca ono zwłaszcza wtedy, gdy zostają ujawnione pewne przewinienia w Kościele. Żyjemy od afery do afery, często pomijając codzienne funkcjonowanie Kościoła. Niewątpliwie skandale mają ogromnie silny potencjał medialny, ale czy rzeczywiście tworzą istotne kryterium oceny stanu Kościoła w Polsce? Czy występowanie pewnych patologii w ramach tak licznej instytucji o ogromnym zasięgu pomaga obiektywnie zdiagnozować jej stan? Wydaje się, że współczesny „kryzys” jest w dużej mierze kryzysem wiedzy wiernych o Kościele.

Podjęcie próby oceny stanu Kościoła wymaga nabrania odpowiedniego dystansu. Jeśli miarą oceny jego kondycji mają być odosobnione przypadki grzechów przedstawicieli instytucji, to nie wyjdziemy poza lokalne diagnozy. Bywa, że winy kapłanów ulegają związaniu z większą strukturą instytucjonalną, lecz należy pamiętać o tym, że w pierwszej kolejności są one grzechami jednostek należących do większego organizmu, zaś wpływ Kościoła jako takiego na występowanie patologicznych przypadków jest w całej ich złożoności marginalny.

Pewną próbą zebrania zarzutów wobec Kościoła był głośny list o. Ludwika Wiśniewskiego do abp. Celestina Migliore. List miał niebagatelne znaczenie z uwagi na osobę autora, a także ze względu na wypunktowanie błędów strukturalnych, na których powinna się ogniskować uwaga krytyczna. Pamiętam, że także na mnie wywarł on ogromne wrażenie, lecz z biegiem czasu tylko niektóre z zarzutów o. Wiśniewskiego wydają się istotne. Faktycznym problemem Kościoła nie jest występowanie zamkniętych środowisk bądź brak wyrazistej osobowości wśród kościelnych hierarchów. Zwolennicy Radia Maryja tworzą zwartą, lecz w gruncie rzeczy dość nieliczną grupę, którą trudno potraktować jako reprezentatywną dla polskiego katolicyzmu. Stanowi ona uzupełnienie w szerszym pejzażu, w którym znajdziemy także tradycjonalistów katolickich czy ogromne grono „katolików otwartych”. Pluralizm w Kościele jest naturalnym elementem i jako taki pozostaje siłą ożywczą. Potrafi jednak przybrać negatywne oblicze skutkujące impasem wewnątrz Kościoła, jeśli w dyskusji uczestniczą środowiska, którym brak dobrej woli. Pomagają temu uproszczone podziały, ciągle żywe w medialnym obrazie Kościoła, takie jak sławetny „Kościół toruński” i „Kościół łagiewnicki”. Współczesny polski Kościół ma wiele oblicz (i bardzo dobrze!), lecz ich definicje dają nieadekwatny opis i utrwalają dawne stereotypy, zamykając płaszczyznę debaty, która powinna być determinowana przez cele, jakie chcielibyśmy osiągnąć, nie zaś przez przywiązanie do etykiet.
Obecność symbolicznych podziałów przekłada się na rozbicie jedności wiernych, którzy dodatkowo podlegają alienacji względem hierarchii kościelnej. Wiernym towarzyszy poczucie odosobnienia i niezrozumienia, wywołane zaburzeniami na poziomie komunikacji z duchowieństwem. Wydaje się, że największym problemem Kościoła z perspektywy świeckich jest często niewielka dbałość o działalność duszpasterską, zwłaszcza w małych ośrodkach. Powinna ona aktywizować wiernych, a przez to uczyć chrześcijańskiej misji kapłaństwa, proroctwa i królowania.

Jeśli więc mamy do czynienia z kryzysem, jest to w pierwszej kolejności kryzys informacji, którego konsekwencją jest bierność świeckich. Wydarzenia w Kościele zostają przykrojone do miary popularności medialnej bądź też są przez media prowokowane. Dobrym przykładem jest przypadek ks. Bonieckiego. Sprawa urosła do rangi afery w błyskawicznym tempie, za co szczególnie odpowiadały gwałtowne reakcje medialne, w których zdecydowanie zabrakło zimnej krwi. Co ciekawe, wydaje się, że decyzję suspendującą ks. Bonieckiego w dużej mierze spowodowały komentarze publicystyczne, „przekładające” koncyliacyjny ton redaktora „Tygodnika Powszechnego” na język twardych tez. Tym smutniejszy jawi się efekt całego zdarzenia, które ukazało bezradność Kościoła wobec mocy przekazu prasowego.

Karol Kleczka – absolwent filozofii w ramach MISH UJ. Od 2010 roku członek redakcji ,,Pressji”, wcześniej współpracował z miesięcznikiem ,,Znak”. Członek zarządu Klubu Jagiellońskiego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata