70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Córki na wymarciu

Preferencje dotyczące płci potomstwa istniały w społeczeństwach Azji od dawna. Jednak dopiero dostęp do badań prenatalnych określających płeć uwidocznił drastycznie, co może oznaczać przyznawanie pierwszeństwa synom. Śmierć córek, która w poprzednich dziesięcioleciach była często wynikiem zaniedbania i braku odpowiedniej opieki medycznej, a przez to mogła być postrzegana jako przypadkowa, stała się w ostatnich latach przejawem świadomego i zaplanowanego działania rodziców.

„Gdyby 160 mln kobiet zniknęło w Stanach Zjednoczonych, każdy by zauważył, bo to znaczyłoby, że nie została ani jedna. Wyobraźmy sobie Amerykę, z której wymazano wszystkie kobiety: sklepy i hipermarkety, autostrady i szpitale, sale konferencyjne i wykładowe zapełnione wyłącznie mężczyznami. Wyobraźmy sobie autobusy, tramwaje i pociągi dowożące ludzi do pracy, z których usunięto wszystkie kobiety. Twoją żonę i twoją córkę. Albo ciebie”. Używając takich słów Mara Hvistendahl, autorka książki Unnatural Selection (Dobór nienaturalny), próbuje zobrazować skalę problemu aborcji selekcyjnej – usuwania ciąży, kiedy z badań prenatalnych wynika, że dziecko mające się urodzić jest płci żeńskiej. Zjawisko kojarzone głównie z Indiami i Chinami, w rzeczywistości ma o wiele większy zasięg. Szacuje się, że z tego właśnie powodu wśród mieszkańców samej Azji brakuje 160 mln kobiet. Badania pokazują, że problem może dotyczyć dziś także niektórych krajów Europy oraz środowisk imigrantów m.in. w Stanach Zjednoczonych.

Naturalne 105

W Stanach Zjednoczonych brak 160 mln kobiet byłby od razu widoczny gołym okiem, ale w Azji zbadanie problemu zajęło więcej czasu. Po pierwsze, dlatego że populacja w samych Chinach i Indiach liczy około 2,5 mld ludzi (w całej Azji żyje 4,2 mld), więc brak nawet tak dużej liczby kobiet nie rzuca się w oczy. Po drugie, dlatego że kiedy już ustalono, iż statystyki z tego kontynentu odbiegają od normy, trudno było w nie uwierzyć, a badacze w pierwszej kolejności zajęli się podważaniem jakości danych.

Zacznijmy od tego, skąd wzięła się liczba 160 mln. Nie istnieje przecież wzór matematyczny, który określałby, jaki dokładnie odsetek danej populacji powinny stanowić kobiety. Liczba kobiet i mężczyzn w danym kraju zależy od wielu czynników, takich jak śmiertelność matek przy porodzie, liczba i skala konfliktów zbrojnych, w których częściej giną mężczyźni, czy status, jaki mają kobiety w danym społeczeństwie, co może przekładać się na dostęp do żywności, wody, opieki medycznej, a więc na ich przeżywalność. Jedyne, co można przyjąć za pewnik, to struktura płci przy narodzeniu – na każde 100 dziewczynek rodzi się średnio 105 chłopców (za naturalny wskaźnik maskulinizacji wśród noworodków przyjmuje się przedział od 103 do 107).
W latach 60. XX w. statystyki Chin mieściły się w tej normie. Jednak według danych z 1987 r. na 100 dziewczynek rodziło się już 110 chłopców, a w 1995 r. – 118. Podobnie niepokojące dane napływały z innych krajów Azji, takich jak Indie, Korea Południowa i Tajwan. Z jakiegoś powodu z czasem coraz mniej dziewczynek przychodziło na świat. O wiele mniej, niż powinno. Właśnie te odstępstwa od normy stały się podstawą oszacowania wymienionej wyżej liczby.

Z początku do danych z Azji podchodzono z dużą ostrożnością. Wydawało się, że odstępstwa od normy w oficjalnych statystykach mogą mieć bardzo proste uzasadnienie. Jedne z bardziej niepokojących danych pochodziły z Chin, czyli kraju znanego z polityki jednego dziecka, i opierały się na listach dzieci oficjalnie zarejestrowanych przez rodziców w państwowych urzędach. Demografowie podejrzewali, że pary pragnące mieć syna nie zgłaszały nikomu narodzin córki i dzięki temu unikały kar pieniężnych, przymusowej aborcji przy drugiej ciąży czy sterylizacji. Według tej teorii dziewczynki ginęły jedynie w statystykach. Problem polegał na tym, że dane z kolejnego spisu powszechnego, połączonego z amnestią dla rodziców ukrytych dzieci, nie wyglądały dużo lepiej. Unikanie rejestracji potomstwa co prawda się zdarzało, ale na małą skalę, i nadal nie tłumaczyło nienaturalnej struktury płci wśród dzieci.

Okazało się też, że na płeć dziecka wpływ ma kolejność urodzenia. Jeśli pierwsze było dziewczynką, prawdopodobieństwo, że kolejne dziecko również będzie córką, spadało tak drastycznie, jakby kwestia płci nie była sprawą przypadku. Coraz więcej wskazywało więc na świadome działania rodziców, którzy przede wszystkim pragnęli mieć syna i wykorzystywali w tym celu dostępne metody, eliminując przy tym córki.

Upragnieni synowie, niechciane córki

Odbieranie życia córkom tuż po narodzeniu lub przed narodzeniem tylko dlatego, że są dziewczynkami, opisywano na wiele sposobów rozmywających prawdziwy obraz. Zazwyczaj to losy chłopców były w centrum uwagi i tylko przy okazji można się było dowiedzieć, że ich siostry nie cieszą się podobną troską i opieką. Nawet kiedy zaczęto dostrzegać, że brak nienarodzonych córek przekłada się na liczbę dorosłych kobiet, postrzegano to jako problem mężczyzn, którzy nie mogą znaleźć narzeczonej, a nie problem kobiet, które mają mniejsze szanse na przeżycie. W 2000 r. Elisabeth Croll pisała o tym w swojej książce Endangered Daughters (Zagrożone córki): „W wielu artykułach na ten temat chętniej używa się takich pojęć, jak przyznawanie pierwszeństwa synom, nienaturalna struktura płci, współczynnik maskulinizacji czy dyskryminacja ze względu na płeć. Unika się natomiast wskazywania na rzeczywiste konsekwencje, jakie te zjawiska ze sobą niosą dla córek, czyli zagrożenie życia, atmosferę niesprzyjającą prawidłowemu rozwojowi i obniżone poczucie własnej wartości. (…) Fizyczne cierpienie i wysoka śmiertelność córek rzadko są definiowane jako problem” (s. 10).

Preferencje dotyczące płci potomstwa istniały w społeczeństwach Azji od dawna. Jak ważne było zawsze posiadanie syna, można zauważyć, chociażby przyglądając się, w jaki sposób wprowadzano politykę jednego dziecka w Chinach. Np. w prowincji Guangdong można było dostać od władz przyzwolenie na drugie dziecko, jeśli pierwsze było dziewczynką. Po narodzeniu drugiego dziecka zalecano sterylizację jednego z małżonków. Jednak kiedy drugie dziecko również było dziewczynką, w niektórych częściach prowincji można było dostać jeszcze trzecią szansę na spłodzenie syna. Niekiedy także czwartą, po której mężczyzna musiał poddać się wasektomii niezależnie od płci czwartego dziecka. Jak pisze Croll, władze wiedziały, że jakikolwiek sukces polityki jednego dziecka zależy głównie od tego, czy rodziny będą miały realną możliwość wychowania syna.

W kraju, w którym życząc komuś powodzenia, mówi się: „obyś miał wielu synów”, narodziny córki nie są uważane za powód do szczęścia. Od dawna wiadomo było, że o dziewczynki rodzice nie troszczą się tak bardzo jak o chłopców, co przekłada się na ich większą śmiertelność w dzieciństwie. Jednak dopiero dostęp do badań prenatalnych określających płeć uwidocznił drastycznie, co może oznaczać zakorzenione w kulturze przyznawanie pierwszeństwa synom. Śmierć córek, która w poprzednich dziesięcioleciach była często wynikiem zaniedbania i braku odpowiedniej opieki medycznej, a przez to mogła być postrzegana jako przypadkowa, stała się w ostatnich latach przejawem świadomego i zaplanowanego działania rodziców.

Tam gdzie tradycja spotyka nowoczesność

Nie można wyjaśnić występowania aborcji selekcyjnej, analizując jedynie uwarunkowania Azji Południowo-Wschodniej, ponieważ niepokojące sygnały płyną także z innych regionów świata. Demografowie zwracają uwagę, że dane z 2000 r. wskazują na nienaturalną strukturę płci noworodków w Azerbejdżanie (115), Gruzji (118) i Armenii (120). Statystyki z krajów bałkańskich również mogą być zwiastunem podobnych tendencji – w Kosowie w latach 2002–2009 notowano 109 urodzeń chłopców na 100 urodzeń dziewczynek, w Czarnogórze 109,7 a w Albanii 111,5. Kraje, w których rodzi się mniej dziewczynek, niż powinno, różni wiele – nie dzielą ani wspólnej historii, ani religii, ani położenia geograficznego, ani nawet rozwiązań prawnych dotyczących przerywania ciąży.

To, co łączy wspomniane państwa, to szybki wzrost gospodarczy, postrzeganie aborcji jako jednej z metod planowania rodziny i gwałtowny spadek dzietności w ostatnim czasie. Chodzi o społeczeństwa, w których dostępność usług medycznych, w tym diagnostyki prenatalnej, rośnie szybciej niż pozycja kobiet. Innymi słowy, technologia pozwala wprowadzać w życie tradycyjne uprzedzenia. Coraz większa popularność małych rodzin sprawia zaś, że rodzice są jeszcze bardziej zdeterminowani, żeby wpływać na płeć swojego potomstwa. Im mniej dzieci w rodzinie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że urodzi się upragniony syn, dlatego niektórzy wybierają aborcję selekcyjną, kiedy ma urodzić się kolejna córka. Kluczowym czynnikiem decydującym, czy aborcja selekcyjna staje się plagą, jest jednak ocena przerywania ciąży przez dane społeczeństwo, co według badań nie jest jednoznacznie determinowane ani przez prawo (które może, ale nie musi być akceptowane, przestrzegane i egzekwowane), ani przez większościowe religie. Kiedy panuje przekonanie, że rodzice mogą dowolnie kontrolować liczbę swojego potomstwa przez aborcję, trudno znaleźć możliwy do pogodzenia z tym przeświadczeniem argument przeciwko wykorzystywaniu usuwania ciąży do kontroli płci – jeśli mogę nie chcieć dziecka, czemu nie mogę nie chcieć córki?

Wątpliwe znaczenie religii

Mogłoby się wydawać, że duży wpływ na postawy związane z aborcją będzie miała religia dominująca w danym społeczeństwie. Jeśli taki wpływ rzeczywiście istnieje, trudno wykazać jednoznacznie jego skalę i charakter. Z całą pewnością można jedynie stwierdzić, że aborcja selekcyjna zdarza się w społecznościach bardzo zróżnicowanych pod względem wyznaniowym: wśród hinduistów, muzułmanów, buddystów, prawosławnych, katolików, protestantów i osób niewierzących.

Godne uwagi analizy wpływu religii na postrzeganie aborcji selekcyjnej pochodzą z Korei Południowej, w której najbardziej rozpowszechnione są buddyzm, protestantyzm i katolicyzm. Prof. Kim Doo-Sub i prof. Song Yoo-Jean podkreślają w artykule Does Religion Matter? (Czy religia ma znaczenie?), że od samego wyznania ważniejsze jest, jak dużą rolę przypisuje się religii i jak bardzo wierzący angażują się w życie wspólnoty religijnej. Dlatego też, mimo że katolicyzm i protestantyzm dzielą to samo przekonanie o konieczności ochrony życia od momentu poczęcia, badania wskazują, że społeczności protestanckie, które w Korei mają bardziej rozwinięte życie wspólnotowe, wywierają większy wpływ na postawy i wybory wyznawców.

Należy również zauważyć, że na poziomie doktrynalnym nie ma zgody między religiami co do oceny aborcji. W chrześcijaństwie każde istnienie jest radykalnie odmienne i tak samo cenne w oczach Boga, a ponieważ każdy otrzymuje życie tylko raz, jego odebranie jest postrzegane jako jedno z największych przewinień, jakich można się dopuścić. Koreańscy badacze zwracają uwagę na to, że w buddyzmie zakładającym reinkarnację wierzy się, że jeśli ciąża zostanie przerwana, oznacza to jedynie, że dziecko nie miało się narodzić w tym wcieleniu i że przyjdzie na świat w innym. Niektórzy wyznawcy buddyzmu sprzeciwiają się aborcji selekcyjnej, jednak podstawy tego sprzeciwu są zupełnie inne niż w chrześcijaństwie odrzucającym reinkarnację.

Trzeba pamiętać, że stanowisko buddyzmu nie jest zupełnie jednoznaczne w kwestii aborcji. Z jednej strony nakazuje on powstrzymywanie się od zabijania żywych istot i okazanie dziecku współczucia. Z drugiej zaś strony nakazuje współczucie matce, która staje przed tragicznym wyborem. Aby pogodzić te dwie perspektywy, buddyści, najpierw w Japonii, a później w Korei, wprowadzili rytuał mizuko kuyo, czyli uroczystość żałobną w intencji duszy dziecka straconego przez poronienie lub aborcję, które jest później upamiętniane kamiennym posążkiem. W ten sposób rodzice mogą wyrazić swój smutek i poczucie winy, a także szacunek dla dziecka, i zatroszczyć się o wędrującą duszę syna lub córki.

Pytania dla Zachodu

W badaniach dotyczących aborcji selekcyjnej przewija się jedna dająca odrobinę nadziei prognoza – jej popularność jest stanem przejściowym. Niepokojące jest nadal to, że czynniki, które mogą prowadzić do jej zakończenia, doprowadziły pierwotnie do jej zaistnienia. Ciąże ze względu na płeć najpierw przerywają rodziny wykształcone, mające dostęp do wiedzy, środków finansowych i nowych technologii, również medycznych. To w nich też najszybciej spada dzietność i rośnie motywacja, żeby nieliczne potomstwo jak najbardziej odpowiadało oczekiwaniom rodziców. Sprzeciw wobec drastycznej dyskryminacji córek również wywodzi się ze środowisk wyedukowanych, w których zamożność i wykształcenie wpłynęły na pozycję kobiet w rodzinie i w społeczeństwie, a co za tym idzie na postrzeganie wartości córek. Wygląda więc na to, że czynników, które rodzą zagrożenie, nie można wyeliminować, jeśli dąży się do wyeliminowania problemu.

Problem aborcji selekcyjnej często postrzegany jest jako odległy i niewyobrażalny w kulturze zachodniej. Jeśli przyjrzymy się jednak źródłom jego występowania wśród dobrze sytuowanej klasy średniej, które można określić jako pragnienie posiadania potomstwa idealnego, zaczyna to brzmieć bardziej znajomo. Rozwój technologii medycznych pozwala na coraz bardziej szczegółowe określanie cech dzieci podczas ich życia płodowego, głównie prawdopodobieństwa występowania najróżniejszych chorób, co często ma wpływ na decyzję o aborcji w krajach zachodnich. Technologia in vitro daje jeszcze większe możliwości „projektowania” dziecka, ponieważ materiał genetyczny można dobrać poszukując wybranych cech jeszcze przed poczęciem. Michael Sandel w książce The Case against Perfection opisuje kilka przykładów banków nasienia w Stanach Zjednoczonych, które w swojej ofercie mają materiał pochodzący od studentów najlepszych uniwersytetów, odnoszących sukcesy sportowe, o określonym wyglądzie. Usługi banków cieszą się ogromną popularnością, z oczywistych względów głównie wśród ludzi zamożnych. Warto się więc zastanowić, czy różnice kulturowe są tak duże, jak przypuszczamy.

Kolejnym aspektem istotnym z punktu widzenia naszego kręgu kulturowego jest pytanie o to, czy można połączyć sprzeciw wobec aborcji selekcyjnej z przyzwoleniem na aborcję na życzenie. Na pierwszy rzut oka te dwa stanowiska są sprzeczne, bo jeżeli założymy, że można zdecydować się na nieposiadanie dziecka w ogóle, to dlaczego nie można byłoby zdecydować się na nieposiadanie córki? Albo syna o blond włosach? Wydaje się, że jeśli chcemy uniknąć odmawiania ludziom życia ze względu na płeć albo jakąkolwiek inną cechę, którą można (lub można będzie w przyszłości) ustalić, to musimy w ogóle zrezygnować z przyzwolenia na aborcję na życzenie. Inaczej twierdzilibyśmy, że wolno przerywać życie płodowe, ale pod warunkiem że będziemy tego dokonywać sprawiedliwie – bez dyskryminacji ze względu na płeć czy kolor włosów.

W rzeczywistości środowiska walczące z aborcją selekcyjną nie zawsze sprzeciwiają się aborcji na życzenie. Rozwiązania prawne wypracowane w Indiach zakazują obecnie jedynie przekazywania rodzicom informacji o płci dziecka, ale nie przeprowadzania samej aborcji na życzenie. Propozycje podobnych rozwiązań są wysuwane przez pracowników służby zdrowia w Szwecji, którzy spotkają się z prośbami rodzin imigrantów o usunięcie ciąży ze względu na płeć. Oni również postulują, żeby informacja o płci dziecka mogła być udostępniania, dopiero kiedy na aborcję jest już za późno.
Pojawia się przy tej okazji nowe pytanie o to, czy lekarz ma większe prawo do informacji o dziecku niż rodzic, co nie jest pytaniem nieistotnym – jeśli założymy, że prawo powinno pozwalać lekarzowi na informowanie rodzica o cechach dziecka dopiero wtedy, kiedy mija termin legalnego dokonywania aborcji, oznacza to, że prawo stawia lekarza na straży życia dziecka, które może być zagrożone przez rodziców. Lekarz ma tak kierować stanem wiedzy rodzica, żeby zminimalizować niebezpieczeństwo aborcji, co stawia rodziców w nie najlepszym świetle – stają się oni z definicji potencjalnymi wrogami swoich dzieci. Taka sytuacja nie mogłaby zaistnieć w świecie, w którym ludzie zgadzaliby się co do tego, że jeśli sprzeciw budzi aborcja selekcyjna, to sprzeciw powinna budzić każda aborcja na życzenie.

Pierwszym i najważniejszym pytaniem, przed jakim stawia nas problem aborcji selekcyjnych, jest jednak pytanie o to, jak chcemy kształtować nasze społeczeństwa. Czy można znaleźć jakiekolwiek uzasadnienie dla eliminowania z niego osób, które nie wpisują się w kulturowo określony ideał? W jednych państwach będą to dziewczynki, w innych osoby z zespołem Downa. Jak korzystać z rozwoju technologii w taki sposób, żeby jak najwięcej osób włączać, a nie wykluczać? I w końcu – jak mądrze walczyć z uprzedzeniami?

Tekst oparty jest na danych pochodzących z następujących źródeł:
E. Croll, Endangered Daughters: Discrimination and development in Asia, London and New York 2000;
C.Z. Guilmoto, High Sex Ratio at Birth in Southwest Europe. A research note, 2010;
M. Hvistendahl, Unnatural Selection: Choosing Boys Over Girls, and the Consequences of a World Full of Men, New York 2011;
A. Sen, More Than 100 Million Women Are Missing, “The New York Review of Books”, 20 grudnia 1990;
Watering the Neighbour’s Garden: The Growing Demographic Female Deficit on Asia, red. I. Attané, C.Z. Guilmoto, Paris 2007

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter