70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Tracę chęć oglądania programów telewizyjnych, które do niedawna wydawały mi się nawiązaniem kontaktu, urzeczywistnioną obecnością kogoś, kto zapobiega samotności. Kto naprawdę mówi, teraz, niemal wprost do mnie, bo o sprawach, które akurat się dzieją i mnie też obchodzą. Już nie.

9 czerwca 2012

Chciałabym zatytułować te zapiski, ilekolwiek ich jeszcze powstanie, Coraz bliżej albo Coraz mniej. Co wybrać? Rozliczanie się z życia, czy oczekiwanie na to, co naprawdę ważne? Czy to, że koniec życia coraz bliższy, czy to, że czasu zostaje coraz mniej, a to on jest zadaniem, od którego nie ma ani wymówki ani usprawiedliwienia.

Nie będę teraz rozstrzygać, to pewnie zdecyduje się samo. Bardzo dawno temu, chyba jeszcze przed wojną, uświadomiłam sobie, że nic nie jest ważniejsze niż to, co robię właśnie teraz. Setki razy uznałam tę konstatację za banalną, ale nigdy nie zdołałam jej zapomnieć. Bo to jest prawda, która nigdy się nie zmieni. Choć ciągle jeszcze nie wiem, czy pomocna.
Ranek niebieski i słoneczny, jak już od wielu dni.

14 czerwca 2012

A może w tamtym moim odkryciu ważne jest tylko słowo „teraz”? To, co ma je wypełnić, nie musi być najważniejsze, choćbym ja tak uznała. Może przecież się nie udać, może być omyłką, może zostać przerwane przez Tego, który nam czas przydziela. Byle nie ulec złudzeniu, że ważniejsze jest „przedtem” albo „potem”, bo przecież ani nad jednym, ani nad drugim nie panuję. Kiedy w „teraz” wkracza przeszłość, pełno w niej ocen i resentymentów, a one wcale nie muszą być sprawiedliwe. Kiedy wkracza „potem”, czyli to, co jeszcze nie istnieje, nadzieje tym bardziej mogą zawieść. Tylko „teraz” mam naprawdę do oddania.

20 lipca 2012

Tracę chęć oglądania programów telewizyjnych, które do niedawna wydawały mi się nawiązaniem kontaktu, urzeczywistnioną obecnością kogoś, kto zapobiega samotności. Kto naprawdę mówi, teraz, niemal wprost do mnie, bo o sprawach, które akurat się dzieją i mnie też obchodzą. Już nie. Mija kwadrans czy dziesięć minut z godzinnego programu, a ja naciskam wyłącznik. Zniechęca zwłaszcza ta pewność siebie „gospodarza” czy gościa ekranu, że on w ogóle ma prawo do takiego ostentacyjnego manifestowania opinii. Przecież to uzurpacja. Świat medialny jawi mi się jako coraz bardziej umowny. Choć już się rozrósł do rozmiarów kosmosu…

W jednym z tygodników opinii poruszający materiał o ratowaniu „rzeczy niepotrzebnych”. Bo niepotrzebność to wyzwanie, które wzbiera. Jak chmura, jak kataklizm. Tak, niepotrzebny jest stary sprzęt, bo wynaleziono lepszy. Tak, niepotrzebne są książki, bo mamy Internet, a radio i telewizja wytężają wszystkie siły, żeby być niezastąpione. To sięga jednak bez porównania głębiej. Dopiero co rozmawiałam z kimś, kto opowiadał, że w domu jego syna nie ma żadnej fotografii rodzinnej, a wnuki (wiek studencki) wyrastają w przekonaniu, że pamiątki to tylko kłopotliwy chłam nikomu nieprzydatny, więc trzeba się strzec ich zbierania. Myślę, że oni nie są wyjątkiem, wręcz przeciwnie. Boję się, że już niebawem będziemy się na próżno rozglądać za niejednym śladem naszej przeszłości. Czy to przemawia na rzecz „coraz bliżej”, a więc obojętności, czy jednak to jeden z tych obowiązków, których nie wolno nam się zrzec? A zupełnie osobne pytanie, do którego będę chciała wrócić (może niejeden raz), brzmi: co robić ze słowami ludzi, ludzi niepotrzebnych…

Wczoraj Ola opowiedziała mi o drzewach wyciętych koło kościółka w naszym pobliżu, starych drzewach, zamiast których wyrosną bloki zasłaniające świątynię. A myśleliśmy: jak to dobrze, że wyrosła w takim pięknym miejscu.

21 lipca 2012

Umarł Andrzej Łapicki. Pracowałam pod jego przewodnictwem w Sejmowej Komisji Kultury w sejmie „kontraktowym”. Dzięki swoim rolom filmowym i teatralnym obdarował nas wszystkich najpiękniejszymi przeżyciami. Umarł cicho, w domu, we śnie, do końca nie odchodząc na margines, choć miał już 88 lat. Śmierć jak dar najwyższego rzędu. Jak mój ojciec („położę się na chwilę”), jak Jurek Janik w wagonie zdążającym do Warszawy, jak Wisława Szymborska zasypiająca w domu, jak prezes krakowskiego KIK-u Andrzej Potocki na progu mieszkania po powrocie z niedzielnej mszy, jak Stefan Swieżawski odpoczywający w fotelu po powrocie z kaplicy klasztornej… Tajemnica przywileju najwyższej miary, nad którą zastanawiać się nie należy ani przez moment, bo odpowiedzi nikt z nas nie dostanie i nie dociecze. Tylko znowu uświadamiam sobie tę jedną niewzruszoną prawdę, że choć „coraz bliżej” i „coraz mniej” wiążą się z pewnością nieporównywalną z niczym innym, wszystko, co należy do tych dwóch wymiarów jest w całości w rękach Boga i tak na pewno pozostanie. I jest tak zarówno wtedy, gdy życiorys jakiegoś świętego albo świętej informuje, że wszystko na ten temat było im wiadome (dane do poznania?), jak i wtedy, gdy do samego końca pozostaje pytanie: Czy to jeszcze nie teraz? Jak „mała” Teresa z Lisieux…

26 lipca 2012

Znowu fakt, który nie może pozostawić nikogo obojętnym, nawet najstarszych z nas. Skąd ten upór w realizowaniu idei, która nazywa się „związki partnerskie”? Sejm nie chce nad tym nawet obradować. Ale relacje, echa, komentarze sygnalizują jakieś potrzeby, których do niedawna nie mogliśmy nawet uznać za realnie istniejące: żeby zaprowadzić ład, który dla naszego świata był dotąd przeciwieństwem ładu, „normalność” dotąd nienormalną, przyznawanie praw za nic, bo bez przyjęcia odpowiedzialności i bez zobowiązań. Czy wzruszyć ramionami, czy zatroskać się tak mocno jak może nigdy dotąd?

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter