70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Źródłowość i Tajemnica

Kto wyrusza na poszukiwanie źródłowości, zaświadcza tym samym, że nie jest jeszcze u źródeł. Wyraża nadzieję, że gdzieś tryska czyste źródło, w którym woda jest przejrzysta i niczym niezabrudzona.

Tęsknota za źródłem jest jedną z podstawowych tęsknot człowieka. Czujemy, że strumienie i rzeki, nad których brzegami siedzimy i płaczemy, niosą wody zanieczyszczone i mętne, a prawda w nich jest rozcieńczona i niedostępna.

Co oznacza źródłowość w przypadku Biblii? Odpowiedź może iść w dwóch kierunkach. Biblia jest tekstem spisanym, zbiorem tekstów, a więc źródłowość oznaczałaby tu tekst nieskażony, czysty, pierwotny. Biblia jest też tekstem czytanym, a więc źródłowość oznaczać może lekturę, która sięga sensu podstawowego, niezabrudzonego późniejszymi interpretacjami, zmianą kontekstu i niezrozumieniem. Czy te dwie tęsknoty, poszukiwanie źródłowego tekstu i lektury, są nadziejami, które można spełnić? Wydaje się, że obok tego pytania pojawia się ważniejsze: czy należy je spełniać?

Proponuję pewien niegroźny, jak sądzę, eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie mianowicie przez moment sytuację, w której nagle otrzymujemy nowe tłumaczenie Pisma św., które jest wierne oryginałowi: czytając je, dotykamy tych samych znaczeń co w tekstach pierwotnych, nie istnieje już żadna bariera, która odgradzałaby nas od prawdziwej mowy Boga. Czy to nam wystarczy, by sięgnąć do źródła? Oczywiście tekst staje się żywy w lekturze, a nasza lektura jest lekturą ludzi współczesnych, innych niż wspólnota, która czytała Biblię przed wiekami. Czy znając prawdziwe brzmienie tekstu, potrafilibyśmy lepiej go czytać? Zapewne kilka wątpliwości by się wyjaśniło, może kilka lub kilkadziesiąt scen nabrałoby innego znaczenia. Czy jednak sięgnęlibyśmy źródeł? Chyba towarzyszyłoby nam poczucie, że jesteśmy dopiero w połowie drogi, że pierwsze chrześcijańskie gminy inaczej czytały świeżo napisane Ewangelie niż my dzisiaj. Zatem wyobraźmy sobie, że oto zyskujemy możliwość takiej „prawdziwej lektury”, zyskujemy możliwość wejścia w kontekst, który odsłania źródłowe sensy Biblii. To eksperyment jeszcze bardziej fantastyczny. Ale załóżmy, że jesteśmy w lekturze Biblii najbliżej źródła, jak to tylko możliwe. Czy rzeczywiście mamy prawo sądzić, że bylibyśmy bliżej prawdy? Jakiej prawdy? Jakiego źródła? Mam nieodparte wrażenie, że dysponując takim tekstem i takimi możliwościami lektury, jak w powyższym eksperymencie, dalej mielibyśmy poczucie, że jesteśmy co najwyżej w dobrym punkcie, by do źródeł wyruszyć. Czym byłyby te źródła? Sensem, który może się ujawnić. Rozumieniem, które zmienia życie. Czulibyśmy, że jesteśmy bliżej, może dużo bliżej niż poprzednio. Ale to jeszcze nie jest źródło.

Ciągłe lektury Biblii, powracające w liturgii lekcje tych samych fragmentów, homilie i katechezy analizujące sceny znane od lat, przywołujące te same cytaty – to wszystko, co jest obecne w tradycji Kościoła, odsłania nie tylko treści, które zawiera Pismo Św. W tym ujawnia się przede wszystkim nasz sposób doświadczania sacrum.

Pewne opowieści Starego i Nowego Testamentu znamy od dziecka. Potrafimy opowiedzieć ewangeliczne perykopy, przesłanie przypowieści, wybrane historie patriarchów i proroków. Jednak w życiu duchowym ustawicznie powraca się do tych samych fragmentów, jakby ta wiedza była niewystarczająca, jakby wymagała ciągłego odświeżenia. Co dodaje do naszego rozumienia danej historii kolejna lektura? Czy dowiadujemy się czegoś nowego? Co więcej, to „drążenie Pisma” nie kończy się na lekturze. Powstają nowe tłumaczenia, bibliści nie ustają w swej hermeneutycznej pracy. Wydaje się, że wszystkim tym działaniom towarzyszy silne przekonanie, iż trzeba dotrzeć jeszcze głębiej, sięgnąć samego źródła. Co znaczy zatem: sięgnąć do źródła?

Sądzę, że w samym sięganiu do źródła ujawnia się więcej, niż na ogół zauważamy. Oznacza ono bowiem, że ciągle mamy poczucie, że jeszcze nie dotarliśmy jeszcze do źródłowego doświadczenia mowy Boga. Człowiek powracający do Biblii żyje w przekonaniu, że jeszcze nie sięgnął, jeszcze nie dotknął Tajemnicy. Skoro jednak opowieści, do których powracamy, są znane, cóż jeszcze pozostaje do odkrycia? Czy liczymy, że kolejne tłumaczenie nagle wywróci nasz obraz historii Abrahama, Dawida i Natana czy spotkania Jezusa i Samarytanki przy studni? Chyba nie. To uporczywe dążenie ujawnia jednak pewien istotny rys doświadczenia sacrum, które jest nieusuwalnym doświadczeniem Tajemnicy.

Tajemnica nie wynika z niedopowiedzenia, nie jest wynikiem niedokładności tłumaczenia. Tajemnica Pisma nie jest zagadką, którą będziemy mogli kiedykolwiek rozwiązać, zadowoleni, że niejasne i niezrozumiałe uczyniliśmy „jasnym i wyraźnym”. Nasze dążenie do jasności i jednoczesne tkwienie w półmroku chyba najlepiej opisuje ten rodzaj doświadczenia sacrum. Symbole biblijne nie zostaną przetłumaczone na jasne pojęcia, nikt nie rozprostuje ich, żebyśmy mogli klarownym językiem opowiedzieć to samo. Tajemnica wydarza się właśnie w tych symbolach, a nie poza nimi. Doświadczyć jej źródłowo dzięki Pismu, to doświadczyć nie krystalicznej przejrzystości, ale właśnie pewnego mroku.

Próbując zatem odkryć źródło, uświadamiamy sobie, że ono zawsze pozostanie zakryte. Są ślady mowy Boga, ślady dane w symbolach i opowieściach. Źródłowość byłaby więc doświadczeniem owej skrytości. Widzimy strumień, źródła pozostają w głębi ziemi. Coś, co wydawało się źródłem, co u początku drogi wyglądało na absolutny początek, nie jest miejscem, gdzie woda się rodzi. Jest jedynie miejscem, gdzie ona wytryska ze skały. Ale wiemy, że w głębi góry płyną strumienie, do których nigdy nie dotrzemy.

Można wskazywać na rozmaite przykłady, można badać hermeneutycznie dwuznaczną, tajemniczą strukturę symboli w języku biblijnym. Chcę zaproponować inną drogę. Ta droga zaczyna się w melancholii stwierdzenia, że niegdyś Bóg przemawiał do człowieka, a dziś milczy. Nie chodzi mi jednak o milczenie Boga w wymiarze dziejowym, o milczenie w cieniu Auschwitz. Mam na myśli zderzenie dwóch doświadczeń: Bóg przemawiał do Abrahama, Jakuba, proroków, a ja takiego głosu nie słyszałem. To milczenie Boga odsyła do Biblii. Skoro do mnie nie mówi, to będę starał się poznać i zrozumieć te miejsca, w których przemawiał. Jednocześnie owo milczenie rodzi dystans, bo bohaterowie biblijni należą do innego świata, są w elitarnej grupie tych, do których Bóg przemówił. Mogę ich podglądać, mogę próbować ich zrozumieć, ale zawsze pozostanie ta przepaść: ich doświadczenia nie są moimi doświadczeniami. A skoro tak, to na cóż mi się przyda rozumienie ich losów? Kiedyś Bóg przemawiał, teraz jesteśmy zdani na świadectwo tych, którzy mowy Boga doświadczyli.

Refleksja ta wrzuca człowieka w samo centrum napięć, jakie rodzi problem doświadczenia religijnego. Czy jest ono ekskluzywne, dostępne nielicznym, czy też ja – tu i teraz, żyjąc w czasach milczenia Boga, jego śmierci lub zaćmienia – mogę usłyszeć Jego głos? Nie mam snów Abrahama, nie mocuję się po nocach z aniołami, nie widziałem gorejącego krzewu.

Jeśli pomiędzy patriarchami a nami jest przepaść bez dna, to dlaczego do nich wracamy? Wydaje mi się, że ciągłe czytanie śladów mowy Boga ujawnia nam czasami, że te historie jakoś nas dotyczą. Że dramat Abrahama, Piotra, Dawida jest naszym dramatem. A to oznacza, że opowieści zawarte w Biblii mówią różnymi językami o tym, czego i my doświadczamy. A więc doświadczenie religijne Abrahama nie jest jego ekskluzywną przygodą duchową, choć opowieść o nim – sny, których my nie śnimy, znaki, których nie doświadczamy – na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo odległa. Jednak jego tęsknota, owo nienazwane pragnienie Nieskończonego, którego nic na ziemi nie może zaspokoić, jest też naszą tęsknotą. A jego nadzieja, że istnieje coś lub ktoś, kto jednak to pragnienie nasyci, jest naszą nadzieją. A przynajmniej można powiedzieć: bardzo chcemy, by była naszą nadzieją.

Szukanie źródłowości w Biblii polegałoby więc chyba na tym, by zobaczyć w znanych od dzieciństwa opowieściach nie obcych sobie bohaterów, ale zobaczyć w nich samego siebie. Sięgnąć źródła to doświadczyć Biblii jako mowy Boga skierowanej do mnie, mimo codziennego, powracającego przekonania o Jego milczeniu. Doświadczyć źródłowo Biblii to chyba dotknąć tej tajemnicy mowy i milczenia zarazem, jawności i skrytości, bliskości i oddalenia. Doświadczyć źródłowo Biblii to chyba uznać, że Tajemnica zawsze nam się wymknie, bo nie jest zagadką do rozwiązania.

Jeśli tak jest – a co do tego nie mam wcale ani pewności, ani tym bardziej zamiaru komukolwiek te myśli narzucać – to lektura Biblii nie jest po to, by poszerzyć naszą wiedzę, byśmy coś lepiej poznali lub dokładniej zapamiętali. Czasem mimowolnie przykładamy do tego zadania owe oświeceniowe cele, bo jednocześnie jest w nas cicha nadzieja, że tajemnica się wyjaśni, że zasłona spadnie i będziemy oglądać prawdę „twarzą w twarz”; że z tłumu tych, którzy jeszcze nie rozwiązali zagadki, przejdziemy do elitarnego klubu tych, którym to się już udało. Dlatego chcemy, nieraz z pychą zdobywcy, przebić się bliżej źródła, bliżej niż inni.

Ale jeśli tak jest, to doświadczyć źródłowo Biblii oznacza wejść w ten intymny, ulotny związek z Tajemnicą, który rezygnuje z chwały odkrywcy. Nasza wiedza nie będzie większa, dramat Dawida nie będzie bardziej zrozumiały, a wątpliwości Tomasza nie przestaną być wątpliwościami. Po co zatem wracać, wciąż i wciąż, do tych samych fragmentów i fraz? Mam wrażenie, że dzięki tym powrotom czasem się przydarza – ale tylko czasem i bardzo łatwo to przegapić – że nagle znana od dzieciństwa opowieść na mgnienie oka staje się opowieścią o mnie, że doświadczam jej zupełnie inaczej: jako opowieści nad opowieściami, w której odsłania się moje własne życie, mój własny dramat. Szukanie źródeł jest więc z jednej strony szukaniem tekstu, szukaniem sensu. Ale ma ono również drugi kierunek. Jest szukaniem w sobie pewnych doświadczeń, szukaniem czegoś, co widzimy, kiedy pochylimy własną twarz nad źródłem. Co bowiem oznacza: odnaleźć w dramacie Abrahama własny dramat? Dlaczego ten egzystencjalny styk mojego życia i życia odległego o epoki patriarchy ma jakiekolwiek znaczenie? Mam poczucie, że chodzi tu o odkrycie pewnego ukrytego wymiaru własnej egzystencji, pewnej sfery doświadczeń, które w sobie nosimy, ale które łatwo przeoczyć. W czystych wodach źródła widzę swoje życie w perspektywie innej niż zazwyczaj. Ta perspektywa nie rozwiązuje wszystkich problemów, nie czyni trudnego w magiczny sposób łatwym. Pozwala tylko, czasem na krótką chwilę, ujrzeć coś, czego nie widać w mętnych wodach na nizinach.

Dlatego chyba tradycja Kościoła jest ciągłym powtarzaniem, nieraz do znudzenia, tych samych zdań i fraz. Słyszymy je od lat, puszczamy mimo uszu, ale czasem z tego potocznego przebywania w pobliżu źródła udaje nam się na chwilę wyrwać w stronę prawdziwego Życia.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter