70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pamięć hiszpańska jest milczeniem

Chcę mówić o pamięci, nie o historii. W Hiszpanii ciągle spieramy się o interpretację przeróżnych faktów z naszej najnowszej historii. Na przykład, czy wojna domowa była konieczna, czy rozpoczęła się w roku 1936 czy 1931, czy doszło do zamachu stanu i wiele innych. Od początku lat 30. w różnych częściach kraju zaczęły się dziać rzeczy okropne – tak po stronie prawicy, jak i lewicy hiszpańskiej.

Sam nie zamierzam rozstrzygać tych sporów. To, co mnie interesuje, to reakcja społeczeństwa hiszpańskiego na wszystkie te wydarzenia. Fakty, o których mówimy, miały miejsce już blisko 80 lat temu. Większości osób, które pamiętają wojnę, już nie żyje; ci zaś, którzy byli aktywni w czasach reżimu Franco, wciąż zabierają głos we współczesnej debacie publicznej.

Sytuację w Hiszpanii można przedstawić następująco: najpierw była wojna, po której nastąpił czterdziestoletni okres jednej tylko pamięci – pamięci wygranych. Ci ostatni mieli czas i środki, by pamiętać publicznie; była też, oczywiście, pamięć przegranych, nieco inaczej wyglądająca – najczęściej z konieczności milcząca.

Nim jednak przejdę do szczegółów, podzielę się jednym z moich pierwszych polskich doświadczeń, również związanych z pamięcią. Kiedy przyjechałem do Polski, odwiedzałem przeróżne domy i spotykałem bardzo różnych ludzi, nie mogłem wyjść z dojmującego poczucia szoku. Polegał on na tym, że kiedy wyjeżdżałem z Hiszpanii we wczesnych latach 80. w hiszpańskich rodzinach w ogóle nie mówiło się o wojnie i cierpieniach, pamięć nie była artykułowana. W Polsce było wręcz przeciwnie – pamięć o przeszłości, wydarzeniach często niezwykle bolesnych, była niemal wszechobecna, bez względu na to, jak silna była propaganda reżimu. W Hiszpanii nigdy się z tym nie spotkałem, ani po stronie wygranych, ani przegranych. Cisza i milczenie w przeciwieństwie do polskiego gwaru i kłótni o pamięć. Dopiero po śmierci Franco w 1975 r. niektóre kwestie zaczęły pojawiać się jawnie w dyskusji. Musiało minąć naprawdę wiele czasu, zanim pewne zdarzenia, znane w rodzinach, wyszły na światło dzienne.

Hiszpańskie historie rodzinne są do siebie bardzo podobne, tak jak podobny jest proces budzenia pamięci. Na przykład, kiedy w domu pojawiało się zdjęcie dziadka w mundurze wojskowym zwykle, co zrozumiałe, był to żołnierz wojsk strony wygranych, wojsk gen. Franco. Kłopot pojawiał się wtedy, kiedy ten sam dziadek młodszy o wiele lat ubrany był w mundur armii republikańskiej, czyli strony przegranych. Jak to możliwe, skoro dziadek był wojskowym do końca życia, czyli także podczas rządów Franco? Owszem, był, odpowiadano, ale zanim przeszedł do Franco, był żołnierzem armii republikańskiej. Jak zrozumieć tę sytuację? Wyjaśnienie jest niezwykle proste, choć ukazuje też całą życiową komplikację hiszpańskiego losu. Otóż w wojnie domowej w Hiszpanii ludzie często byli po jednej lub drugiej stronie nie z powodów ideologicznych, lecz dlatego, że rejon, z którego pochodzili, znalazł się pod panowaniem rządu republikańskiego lub drugiej strony konfliktu. To powodowało, że pamięć o tamtych wydarzeniach była tym bardziej bolesna i trudna.

Wiele historii porażało wręcz swym absurdem. Podam inny przykład. Jeden z moich wujów poszedł do wojska po stronie republikańskiej, tak się jednak stało, że podczas wojny dostał się do niewoli, w której zaproponowano mu przejście na drugą stronę – co bynajmniej nie miało uzasadnienia ideologicznego. Został ranny, stracił rękę. Jego brat ciągle pozostawał po stronie republikańskiej. Po wojnie jeden z wujów spędził kilka lat w obozach pracy w Hiszpanii, a jego brat korzystał z przywilejów, jakie dawała służba w wojsku. I nie był to przypadek odizolowany, tego typu sytuacji było wiele.

Przed wojną lewica hiszpańska prześladowała wiele osób tylko dlatego, że nie wyznawały jej ideologii. Niestety w wielu przypadkach takie dramatyczne wydarzenia należały do życia codziennego danego miasteczka; oczywiście, po drodze znajdywało się mnóstwo dodatkowych uzasadnień. Po wojnie zaś wszystko, co w jakikolwiek sposób było związane ze stroną republikańską, zostało skazane na niepamięć, należało z tym skończyć, i zaczęły się kolejne prześladowania, często jako odwet i z tymi samymi lub podobnymi „uzasadnieniami”. Skala tej polityki była równie dramatyczna, dążono np. do przywrócenia przedwojennych stosunków rodzinnych, co często oznaczało anulowanie rozwodów. Nie chcę tu wartościować, próbuję tylko rzucić nieco więcej światła na hiszpańską specyfikę, tak różną od doświadczeń innych krajów.

Pamięć hiszpańską jest wielką tajemnicą, która kryje się za milczeniem. To milczenie ma różne źródła. Najpierw tylko jedna strona mogła mówić; po roku 1975 o głos wystąpili wcześniej go pozbawieni. Nagle okazało się, że istnieją dwie prawdy dotyczące tego okresu, obie tak samo zgodne z rzeczywistością, bo do morderstw dochodziło tak z jednej, jak i z drugiej strony. Od tego czasu próbujemy wypracować pewien kompromis, który jest niezwykle trudny, ponieważ dotyczy nas wszystkich, naszej rodziny, naszych przodków.

W naszej drodze do demokracji zamknięto oczy na wiele spraw, mówiono: to, co było, minęło, należy do przeszłości, do ciemnego okresu naszej wspólnej historii. Aby iść do przodu, nie rozliczajmy przeszłości, zostawmy obecny stan rzeczy, owszem, uznajmy pewne prawa strony przegranej, ale tylko niektóre z nich, i idźmy dalej. To „idźmy dalej” szybko ujawniło jednak swoje ograniczenia. Do tej pory nie pochowano godnie wszystkich zmarłych po stronie republikańskiej, czyli osób, które leżą w rowach obok dróg, w lasach, a nie na cmentarzach. Próbowano to zmienić ustawą dotyczącą pamięci historycznej z 2007 r., ale dyskusja na ten temat wciąż trwa.

Moim zdaniem, dopóki rany te pozostają otwarte, dopóty nie możemy mówić o pojednaniu. Dopóki strona wygranych nie będzie się czuła „mniej wygrana” i częściowo tak samo przegrana, a strona przegranych nie będzie się czuła nieco „mniej przegrana”, dopóty historia nie będzie historią, a tylko częścią wczorajszej, ale i dzisiejszej, teraźniejszości. Nasza droga do demokracji ciągle się nie zakończyła. Ciągle musimy pracować na jej rzecz – a takie spotkania, jak nasze, które umożliwiają spojrzenie z zewnątrz i które próbują objąć całość zagadnienia, nie tylko punkt widzenia przegranych lub wygranych, mogą wiele pomóc.

Wystąpienie wygłoszone podczas konferencji „Konflikty pamięci i pojednanie w Europie. Rola religii i Kościołów, znaczenie myśli Jana Pawła II, która odbyła się 23 marca 2012 roku w Pałacu Prezydenckim w Warszawie. Konferencję objął swoim patronatem Prezydent RP Bronisław Komorowski. W imieniu Prezydenta RP wystąpił minister Maciej Klimczak. Organizatorem spotkania była Fundacja Kultury Chrześcijańskiej ZNAK we współpracy z Katolicką Agencją Informacyjną oraz Inicjatywą Chrześcijan dla Europy (IXE). Pomysłodawcą konferencji był Henryk Woźniakowski.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata