70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przemoc karmi się głodem

Gdyby głębiej przeanalizować konflikty, z jakimi mamy dziś do czynienia na świecie, okazałoby się, że ich podłożem często jest ogromne ubóstwo. Dla ludzi mających wodę i jedzenie życie zaczyna się odradzać. Rozpoczynać walkę na nowo? Po co?

Kiedy słyszy się o bezpieczeństwie żywnościowym na świecie i o wyzwaniach, jakie się z nim wiążą, można pomyśleć, że głównym problemem jest zbyt mała produkcja żywności. Czy to dobra intuicja?
To nie jest prawda. Na świecie jest o wiele więcej żywności, niż potrzebujemy. Tylko że ona nie zawsze trafia do wszystkich. Znaczne jej ilości są marnowane. Sami Polacy wyrzucają rocznie około 9 mln ton jedzenia. Zdarza się też, że surowce rolne czy nawet produkty spożywcze niszczy się świadomie po to, żeby np. utrzymać ich wyższe ceny. Natomiast prognozy rzeczywiście mówią o tym, że w 2030 r., kiedy będzie nas o 2 mld więcej, możemy mieć problem z wyżywieniem ludzi, dlatego już teraz trzeba myśleć o takich sposobach produkcji żywności, które pozwolą na w miarę równy i wystarczający do niej dostęp.

Padają różne propozycje rozwiązania tego problemu. Do mnie przemawiają analizy Oxfamu. Jest to międzynarodowa organizacja humanitarna, która niedawno wydała raport pt. GROW (wydany po polsku pt. PLON, dostępny na stronie Polskiej Akcji Humanitarnej) na temat głodu i sposobów jego eliminowania. Można tam przeczytać np., że odpowiednią drogą nie jest rozwijanie skomplikowanych metod produkcji żywności przetworzonej, ale dużo prostsze środki. Na świecie mamy około 0,5 mld małych gospodarstw rolnych, które średnio utrzymują cztery osoby. Już widać, że gdyby zaczęły one utrzymywać średnio dwie osoby więcej, dla miliarda ludzi znaleźlibyśmy wyżywienie. Podniesienie wydajności powinno być najprostsze właśnie u tych małych rolników w Europie, Afryce i Azji. Wielcy producenci, by podnieść swoje wyniki, od dawna świadomie stosują wszelkie dostępne środki i prawdopodobnie osiągnęli już granice swoich możliwości.

Ta wizja przekonuje mnie też dlatego, że w tym modelu do cen żywności nie trzeba doliczać kosztów transportu ani kosztów skomplikowanego systemu dystrybucji. Jedzenie jest produkowane tam, gdzie jest potrzebne. W funkcjonującym obecnie systemie produkcji żywność musi być bardziej przetworzona, przez co jest mniej zdrowa i utrzymujemy takie relacje, w których kraje bogate są producentem i zarabiają na sprzedaży odbiorcom z całego świata, również z krajów biedniejszych.

Gdyby żywność była produkowana bardziej równomiernie i ludność na świecie miała podobne możliwości jej wytwarzania, to byłaby ona łatwiej dostępna. Taki sposób myślenia jest mi bliski. A skala pokazuje, że małe gospodarstwa są w stanie wyżywić nawet dużą liczbę ludzi. Chodzi również o rozbicie monopolu koncernów, które dyktują ceny żywności. Nie ufam wielkim firmom i ich rozwiązaniom, za którymi stoją wielkie interesy. Dziś na spekulacji żywnością można zarobić większe pieniądze niż na spekulacji cenami ropy naftowej. To pokazuje, jaki to ważny produkt.

Oczywiście wizja, o której mówię, nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem, ale na pewno wygląda bardzo realnie. Nie jest to też jedyny proponowany przez Oxfam sposób na zmianę sytuacji.

Ten model wydaje się bardzo intuicyjny. Pojawia się jednak pytanie – dlaczego żywności nie produkuje się wszędzie tam, gdzie jest potrzebna? Czy to jest na pewno wina koncernów?

Zostawmy może na chwilę koncerny, chociaż one też odgrywają tu negatywną rolę. Przede wszystkim powodem takiej sytuacji jest brak dostępu do wody. Dlaczego w zeszłym roku w Somalii był głód? Dlatego że żywność wyprodukowana w porze deszczowej nie wystarczyła w porze suchej, która tym razem rozpoczęła się bardzo wcześnie. Somalia od dziesiątków lat jest bardzo suchym regionem, a to była jedna z większych susz od wielu lat. Paradoksalnie, woda jest tam możliwa do wydobycia. W Sudanie Południowym woda leży na głębokości 60–70 metrów. W Somalii jest już trudniej, tam studnie trzeba wiercić do głębokości 200–350 metrów. Jednak woda tam występuje. Gdyby w ostatnich dziesięcioleciach w tym kraju skupiono się na budowie studni, to skutki takiej suszy byłyby o wiele mniejsze.

Można też pomyśleć o tańszym zapewnieniu dostępu do wody. Niedawno odwiedzałam nasze misje w Afryce i dowiedziałam się tam, że np. w jednej z miejscowości jest źródło w głębokim wąwozie, do którego kobiety i dzieci chodzą po wodę, dokonując wyczynu wspinaczkowego. Wystarczy założyć pompę i doprowadzić wodę na poziom wioski. Społeczność lokalna jest tak biedna, że nie stać jej na tę inwestycję. Ale mając wodę, będzie mogła się rozwijać.

Brak dostępu do wody i do żywności powoduje nie tylko głód i niedożywienie.

Woda w szerszej perspektywie wpływa pozytywnie na zamożność ludzi, a to stabilizuje sytuację, poprawia bezpieczeństwo w danym regionie. Jeśli człowiek ma coś do stracenia, zawsze zastanowi się dwa razy, zanim zaangażuje się w jakieś walki, starcia. Dzisiaj młodzi Somalijczycy uciekają się do takich sposobów ułatwiających przetrwanie jak piractwo, bo chcą szybko zarobić pieniądze. Gdyby żywność była dostępna, można by było nią handlować, a to zawsze ożywia rynek. Kiedy ludzie już mają jedzenie, wtedy chcą sięgać po bardziej luksusowe produkty, więcej posiadają, mają więcej do stracenia i to korzystnie wpływa na bezpieczeństwo.

Polepszenie sytuacji nie wymaga żadnych skomplikowanych projektów. Trzeba zająć się dostępem do wody, uczyć technik rolniczych, hodowlanych, przetwarzania i przechowywania żywności oraz ziarna do zasiewów. W Sudanie, kiedy przeszkoliliśmy kobiety z uprawy warzyw i rozdaliśmy podstawowe narzędzia, powstawały ogródki, dzięki studniom nawadniane również w porze suchej. Były bujne, zielone, rosły tam jarzyny, które później te kobiety sprzedawały na lokalnym rynku. Widać, że nie potrzeba wcale wielkich środków.

Natomiast oczywiście koncerny mają negatywny wpływ na taką małą lokalną produkcję. Kiedy widzę czekoladę za 1,80 zł i wiem, że koncern musi przecież na niej zarobić, to łatwo jest mi sobie wyobrazić, ile zapłacono ludziom za wyprodukowanie ziarna kakaowego. Poza tym wiadomo, że w Afryce wykupywane są ogromne połacie ziemi. Często takie tereny nie są nawet uprawiane, służą tylko jako inwestycja finansowa. Jeśli ktoś w Sudanie Południowym kupił sobie ziemię 5 lat temu, kosztowało go to grosze, dzisiaj cena jest dużo wyższa, a za kilka lat będzie bardzo wysoka.

Kto sprzedaje tę ziemię?

Ziemię wykupuje się albo od rządu, albo od plemion, które żyją na danym obszarze. Płaci im się niewielkie pieniądze, bo oni nie zdają sobie sprawy z tego, co naprawdę robią. Głównie jednak kupuje się ją od państwa. To powoduje, że jest mniej ziemi pod uprawy. Mówi o tym m.in. raport FAO z 2009 r. Ziemię wykupują małe, bogate kraje, które nie mają wystarczającej ilości ziemi pod uprawę, albo koncerny np. pod uprawę roślin do produkcji biopaliw.

Wspomniała Pani, że dostęp do wody i żywności mógłby pozytywnie wpłynąć na bezpieczeństwo w rejonach niestabilnych. Zazwyczaj myślimy o relacji odwrotnej, w której to konflikty i brak stabilności są źródłem problemów z posiadaniem, z dostępem do żywności. W Somalii działają bojówki Al-Shabaab i może nie ma sensu pomagać w tym regionie, bo to, co zostanie tam wysłane, trafi w nieodpowiednie ręce.

Ja widzę odwrotną zależność. Rozwój rozumiany m.in. jako dostęp do wody i własna produkcja żywności wzmacnia bezpieczeństwo. O co ludzie walczą najbardziej? O to, czego brak jest największym zagrożeniem, czyli o wodę i żywność. Jak już wspominałam – ludzie, kiedy nie mają nic do stracenia, częściej odwołują się do takich metod jak przemoc, terroryzm. Terrorystom nie chodzi przecież tylko o jakieś idee. Za tym idzie chęć przejęcia władzy, a władza wiąże się z dostępem do dóbr. Gdyby one były powszechnie dostępne, nikt nie musiałby o nie walczyć.
Oczywiście w takich miejscach trzeba umieć pomagać, co nie jest wcale proste. Przede wszystkim należy sobie zdawać sprawę z tego, że jeżeli chcemy żywność dystrybuować, to nie możemy wcale mieć pewności, czy ona dotrze do najbardziej potrzebujących. Trzeba też zastanowić się nad celem tego działania – jak długo chcemy żywić daną grupę ludności? W przypadku regionów niestabilnych trzeba myśleć o pomocy, która pozwala się usamodzielnić, żeby ludzie nie zależeli tam od pomocy humanitarnej, tylko żeby mogli żywność wyprodukować i później nią handlować. Programy pomocowe powinny iść raczej w tym kierunku, a nie w stronę rozdawnictwa. Rozdawnictwo jest konieczne, kiedy ratuje się ludzi od śmierci głodowej, i powinno być ograniczone w czasie.

Tam gdzie pomagamy, widać, że dla ludzi mających wodę i jedzenie życie zaczyna się odradzać. Rozpoczynać na nowo walki? Po co? Oczywiście istnieją też konflikty etniczne, spory o dostęp do złóż ropy, ale nawet w tych tarciach dotyczących zajmowanego terytorium widzimy, że chodzi o coś podobnego – ropa oznacza zamożność, dobrobyt i nieograniczony dostęp do żywności.

Żyjemy w świecie, w którym produkcja i dystrybucja żywności są w dużej części kontrolowane przez międzynarodowe koncerny, można też mówić o pewnej tendencji do patentowania roślin uprawnych, w grę wchodzą ogromne pieniądze. Czy Pani naprawdę wierzy, że ten trend można zmienić i wrócić do wytwarzania żywności przez małych producentów?

Tak, ja w to wierzę. Jest to kwestia budowania świadomości. Choć kiedy myślę o tych wszystkich złożonych procesach, ogarnia mnie niemoc. Jest w nich coś, co wydaje się poza nami. Ale jeśli popatrzy się na życie człowieka w wymiarze praktycznym, to okazuje się, że nie ma żadnych mocy poza nami. Świat kształtujemy my, ludzie. Często dla zysku, i to nieograniczonego.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Można oddziaływać pozytywnie i coś tworzyć. Walki, spory, jak widać, nic nie dają. Sprawiają tylko, że człowiek odbiera coś drugiemu, a to nie rozwiązuje żadnych problemów. Wierzę w pracę pozytywistyczną, w tworzenie dobra i mocnych podstaw niezależności – niezależności od wielkich koncernów, ale też od pomocy humanitarnej.

Koncerny mają ogromną władzę i można zadać pytanie, jak sobie z tym poradzić. Uważam, że to jest bardzo proste. Jeżeli powiem sobie, że zależy mi na tym, żeby na świecie ludzie mieli możliwie równy dostęp do żywności, żeby nikt nie umierał z głodu, to np. mogę po prostu nie kupować produktów wielkich koncernów. Jeśli tylko ja nie będę ich kupowała, oczywiście koncern tego nie odczuje. Ale jeżeli to zrobią kolejne osoby, np. milion ludzi w samej Polsce zdecyduje się na takie świadome życie, wspieranie swojego lokalnego rynku, niekupowanie żywności wysoko przetworzonej, niepopadanie w zbytni konsumpcjonizm, duże firmy zauważą te trendy. Już teraz niektóre koncerny zaczynają angażować się w sprawiedliwy handel, zwracają uwagę na wymiar etyczny działalności. To się dzieje właśnie dzięki temu, że ruch świadomych konsumentów stał się dosyć silny i jest w stanie wywrzeć presję na koncerny.

Nie mówię, żeby rezygnować z radości używania różnych przedmiotów. Jednak nawet do bardzo wygodnego życia człowiekowi wystarczy ograniczona ilość dóbr. Czy my musimy mieć co roku nowe bluzki, spodnie, komórkę?

Jeżeli człowiek stworzył coś, co służy tylko kilku ludziom, żeby zarabiać ogromne pieniądze i mieć władzę nad światem, to również człowiek może to zmienić. Nie ma zewnętrznych sił, które to powodują. Wierzę w Pana Boga, ale to nie Pan Bóg nam odbiera żywność, tylko my sami. Jestem ogniwem w łańcuchu. Mogę być dobrym ogniwem, ale mogę też być złym. I chodzi tylko o to, żeby tych dobrych było wiele. Dlatego ważne są programy edukacji, nauka o świecie, ale nie taka na poziomie polityki czy sensacyjnych wydarzeń, tylko wiedza, która pozwala nam zrozumieć mechanizmy doprowadzające do tak głębokich niesprawiedliwości, a przez to pozwala nam też na rozwiązanie problemów. Jeśli jest nas dużo, to wszystko można zmienić. Wszystko.

Czasami się zastanawiam, ile osób „uwiera” to, że codziennie umiera z głodu 26 tys. ludzi. Mnie to przeszkadza. Jeszcze kilka lat temu nie miałam pojęcia o tych wszystkich zależnościach. Moja świadomość powodów głodu czy niedożywienia na świecie była ograniczona. Myślałam, że ludzie są tam biedni tylko dlatego, że nie potrafią wyprodukować jedzenia, ale to jest błędne przekonanie. Kiedy człowiek zaczyna się tym interesować, wtedy poznaje mechanizmy, które nie są sprawiedliwe. Jeżeli na to przyzwalamy, mamy też jakiś udział w tym, że ludzie umierają z głodu. W jakimś sensie to się staje naszą winą.

Mówi Pani, że kraje bogatej Północy są w jakiś sposób odpowiedzialne za sytuację biednych państw Południa. Ale przecież postawy ludzi nie rozkładają się geograficznie – chęć zysku występuje też na Południu, gdzie skłania rządzących w krajach afrykańskich do wyprzedawania ziemi międzynarodowym firmom, a postawy solidarności z biednymi można coraz częściej spotkać w krajach Północy. Czy postrzeganie relacji Północy i Południa w taki spolaryzowany sposób nie jest jednak uproszczeniem?

Polaryzowanie pod względem występowania postaw na pewno jest nieuzasadnione. Ale jeżeli mówimy o niesprawiedliwości relacji Północy i Południa, to odwołujemy się jednak do faktów. Kraje Północy rozwijają się kosztem krajów Południa. Wykorzystujemy tanią pracę ludzi w biedniejszych państwach, produkujemy tam towary, których używamy u siebie, od żywności po rzeczy luksusowe. Chcemy, żeby wszystko było tańsze i żebyśmy mogli kupować więcej.

Do tego dochodzi jeszcze pewien szczególny problem – na świecie żyje ponad 100 mln uchodźców. Mieszkają w najróżniejszych obozach i są uzależnieni od pomocy zewnętrznej. Nie jesteśmy w stanie im dać tyle, żeby żyli na jakimś przyzwoitym poziomie, pomoc ogranicza się do utrzymywania ich przy życiu. Czasami z dobrego serca ofiarowujemy im nadwyżki żywności, dobrze się z tym czujemy. Tyle że w ten sposób nie rozwiązujemy problemów tych ludzi, tylko je stwarzamy.

Istnieje taka obiegowa opinia, że uchodźcy siedzą w tych obozach, bo jest im tak dobrze – mają wodę, żywność, opiekę medyczną, dzieci mogą tam się uczyć na poziomie podstawowym. Ale przecież nie chodzi o to, że im jest tam dobrze, tylko o to, że nie mają do czego wracać! Miejsca, z których przyszli, są całkowicie zniszczone. Tu znów pojawia się problem wody i żywności. Jeśli jest woda, będzie też żywność. Jeśli jest żywność, można myśleć dalej o szkole, o opiece zdrowotnej itd. To jest baza, na której życie się rozwija. Jeśli rozmawia się z ludźmi w obozach, staje się oczywiste, że większość z nich chce wrócić do domów i żyć godnie w swoim kraju.

Pomijam tu marginalne zjawiska, bo ktoś mógłby powiedzieć, że są ludzie, którzy z tych obozów żyją, i to całkiem nieźle. Oczywiście, że tak. Są tam lokalni pracownicy, dla których istnienie obozów jest czymś, co przynosi im pieniądze. To trochę tak jak z naszymi domami dziecka, tylko w innej skali. To my, ludzie, sami stworzyliśmy ten problem. Obozy dla uchodźców powstały w dobrych intencjach. Bo jeśli gdzieś wojna lub kataklizm powoduje, że ludzie muszą opuścić jakiś teren, to wtedy rzeczywiście trzeba ratować ich życie. Tylko że kiedy ratuje się ludzi skupionych na jakimś obszarze, dając im żywność, wodę, opiekę medyczną, to trzeba też pomyśleć o tym, że muszą mieć jakiś dach nad głową, że musi być toaleta, musi być gdzie się umyć, i bardzo szybko powstaje infrastruktura, której utrzymanie później może być problemem. Jest zbyt mało programów, które niwelują ubóstwo i pomagają uchodźcom wrócić na swoje tereny albo wręcz ich lekko do tego popychają. Oczywiście mówimy o powrocie na tereny, gdzie jest bezpiecznie.

Takie programy mogą być bardziej kosztowne niż utrzymanie obozu.

Niekoniecznie. Kiedyś policzyłam sobie, ile pieniędzy trzeba wydać np. na obóz Dadaab w Kenii, gdzie po ostatniej suszy w sąsiedniej Somalii żyje już około 500 tys. ludzi. Koszt wyżywienia i dziennego utrzymania jednej osoby wynosi około 10 dolarów (to koszt utrzymania obozu, pracowników różnego rodzaju, szkół, szpitali, a także jedzenia i wody), a przecież ludzie w takim obozie żyją latami. Gdyby stworzono program, w ramach którego rodzina miałaby dostać 500 czy nawet 1000 dolarów na odtworzenie sobie domu, i jednocześnie w miejscu gdzie miałaby wracać, zapewniło się dostęp do czystej wody, może nawet dało jakieś materiały na odbudowę jakiegoś schronienia, wtedy naprawdę szybko można by było rozładować te obozy, gdzie żyją uchodźcy z terenów, na które można wrócić. To jest pewien znak krajów Południa – ludzie od dziesiątków lat żyją tam z pomocy humanitarnej. Ich los jest zależny do tego, jak zaplanujemy tę pomoc i na co wydamy pieniądze, które dla nich przeznaczamy.

Różnice między Północą i Południem istnieją i najczęściej wynikają albo z naszej nadmiernej potrzeby posiadania wielu rzeczy jak najtańszym kosztem, albo z tego, że jeśli posiadamy czegoś za dużo, mamy gdzie to oddać w poczuciu, że spełniliśmy dobry uczynek, choć konsekwencje takich działań nie muszą być pozytywne. Kiedyś Unia Europejska wysłała nadwyżki mleka do pewnego kraju, czym zabiła lokalny rynek, bo jeśli coś jest za darmo, to ludzie tego nie kupują od lokalnego producenta.
Ta różnica istnieje. To nie na Północy ludzie masowo umierają z głodu, tylko na Południu.

Czyli reasumując, kwestia bezpieczeństwa żywnościowego sprowadza się do niezależności żywnościowej?

Tak, ważne jest tworzenie niezależności żywnościowej, rozproszonej produkcji regionalnej. Nie twierdzę, że koncerny nie powinny istnieć. Może one produkują coś, czego nikt inny by nie wyprodukował, a to byłoby użyteczne, choć nie mam pomysłu, co by to mogło być. Sama kupuję tylko na targu w centrum Krakowa. Najbardziej przetworzonym produktem, jaki dziś kupiłam, jest chleb, a nie mogę powiedzieć, żebym żyła źle.

Myślę, że stworzenie ludziom możliwości produkowania jedzenia jest pierwszym krokiem do bezpieczeństwa żywnościowego. Oczywiście ja nie produkuję żywności, pani też nie, ani wiele innych osób, jednak mnóstwo ludzi z tego żyje. Ta produkcja powinna być rozproszona. Nie wierzę, żeby koncerny same mogły zaspokoić wszystkie potrzeby. Do tego dochodzi problem biopaliw, dla których poświęca się ziemię uprawną, wspomniany wykup ziemi na masową skalę, niszczenie środowiska naturalnego. Elementów jest tak wiele, że bezpieczeństwo żywnościowe na Południu to fikcja.

PAH prowadzi różne programy edukacyjne w Polsce. Czy zdarzają się też programy dla krajów Południa, które uświadamiałyby tamtejszej ludności, jak ważna jest niezależność żywnościowa?

Nie, nie mamy takich projektów. W Afryce nasza edukacja sprowadza się do higieny, technik rolniczych, nauki czytania i pisania, do rozwoju edukacji.

Pytam dlatego, że tam postawy takie jak chęć zysku też są mocno zakorzenione. Rządzący wolą wyprzedać ziemię niż ją dobrze wykorzystać.

Myślę, że o tym można rozmawiać z człowiekiem, który ma wodę i ma co jeść. My jednak pracujemy w krajach, gdzie najpierw trzeba zająć się sprawami zupełnie podstawowymi. Dopiero później przychodzi czas na następne etapy. Np. w Sudanie poza Dżubą nie ma dróg ani elektryczności, cały czas korzystamy tam z prądu z generatorów. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy naprawdę niewiele wiedzą o świecie zewnętrznym. Nie widzieli nigdy radia, telewizora, komputera, nie posługują się zegarkiem ani wieloma przedmiotami, bez których my już nie możemy się obejść.

Edukacja rządzących jest poza naszym zasięgiem, a to oni podejmują decyzje. Pociesza mnie jednak to, że rządzących jest zawsze mniej niż rządzonych i jeśli będziemy się angażowali w budowanie bezpieczeństwa żywnościowego, doprowadzi to w końcu do większych zmian. Ludzie będą z czasem bardziej świadomi, bardziej zainteresowani zewnętrznym światem. Za bezpieczeństwem idzie też rozwój i oni sami w pewnym momencie zadbają o własne sprawy. W Polsce to byłoby dziś nie do pomyślenia, żeby państwo sprzedało komuś tak wielkie obszary ziemi – to oczywiście nie jest żaden interes. Jako społeczeństwo już byśmy na to nie pozwolili. Tam takiej świadomości jeszcze nie ma, bo te społeczeństwa są na innym etapie rozwoju.

Czy w miarę upływu lat zauważa Pani, że pomoc krajom, które borykają się z głodem, przyniosła wymierne skutki? W Polsce słyszymy ciągle o kolejnych falach głodu i można mieć wrażenie, że nic się nie zmienia.

Można to policzyć w prosty sposób. Z PAH-em wywierciliśmy albo wyremontowaliśmy 250 studni. Trzeba to pomnożyć przez 1500, bo tyle osób średnio z takiej studni korzysta. Tylu ludzi w Sudanie Południowym ma stworzone warunki do budowania bezpieczeństwa żywnościowego. Niestety, nie jesteśmy w stanie przeprowadzać badań przed i po projekcie, co byłoby niezmiernie ciekawe, ale wymaga pieniędzy, czasu i ludzi, więc tego nie robimy. Gdyby ktoś chciał zbadać rozwój wiosek, gdzie w pobliżu jest czysta woda, i wiosek, gdzie ta woda jest bardzo daleko, wnioski nasunęłyby się same.

Kiedy porównuję moje pobyty w Sudanie w 2007 i 2011 r., widzę, jak ten kraj się zmienia. My zadbaliśmy o 250 studni, a nie jesteśmy sami, inne organizacje robią czasem jeszcze więcej. To pokazuje, że wspólnie już zmieniliśmy tę rzeczywistość. Oczywiście studnie będziemy budować dalej.


JANINA OCHOJSKA-OKOŃSKA – działaczka humanitarna, założycielka i prezes Polskiej Akcji Humanitarnej. Z wykształcenia astronom. Odznaczona m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Orderem Legii Honorowej, Odznaką Honorową Bene Merito

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter