70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pijawka

Rebeliantów z Birmy nie przyjmie żaden kraj Azji, prócz Indii, które w imię zadośćuczynienia przyznały im status uchodźców. Jednak żaden z nich nie chce tu mieszkać. Listy z prośbą o ich przyjęcie otrzymały rządy Wielkiej Brytanii, Szwecji, USA i Czech. Czekają. Kończą im się pieniądze na mieszkanie i żywność

Ajć, kłuje coś w bosą stopę, ciemno tu jak diabli, ale wyjścia nie ma: w klasztorze jest tylko dziura na siusiu, na coś większego trzeba wychodzić do wychodka na zewnątrz. Ale – ćśśś! Gwizdać nie można, nawet na odwagę. Mistrz ciągle powtarza: to sprowadza duchy. Raz-dwa: zamknąć oczy, zrobić swoje i w podskokach pod koc. Tylko uważać na kobry. W nocy czają się przy ścieżkach, wystraszone dźwigają pancerne szyje i kąsają na śmierć.

Dopiero świt przegania strach na dobre, mnisi rozpoczynają poranne medytacje. Potem wychodzą w szafranowych szatach na ulice i bębnią w garnki, prosząc o jałmużnę.

Wróżba

Życie w Lamaya płynie wolno jak osowiały nurt w miejscowej rzeczce, wijącej się przez bezkresne równiny. W ciepłych promieniach równikowego słońca lśni cała wieś. Prócz jej mieszkańców o jej istnieniu wie niewielu. Można do niej tylko dopłynąć rzeką. Nawet nie dociera tu władza, może jakiś urzędnik od święta, w łachmanach. W środku wioski stoi buddyjski klasztor, a wokół niego porozrzucane w nieładzie kryte bambusową strzechą chaty na palach. W jednej z nich mieszka rodzina małego U Tuna. Mama ma sklep, ale po większe zakupy trzeba wiosłować do miasteczka; tata jest nauczycielem w pobliskiej szkółce. Wiedzie im się dobrze. Od pokoleń. Dziadek podarował nawet klasztorowi kawał ziemi wokół wsi, dlatego w czasie zbiorów wszyscy bez gadania ruszają w pola i uwijają się przy ryżu, który wędruje do wspólnego spichlerza. A kiedy przyjdzie monsun i głód, mnisi będą wydzielać ryż wszystkim po równo.

A U Tun? Spójrzmy prawdzie w oczy: maminsynek. Trzy siostry chuchają na niego jak na lalę. Wstyd: obcinają wielkiemu chłopisku paznokcie, smarują buzię tanaką, białą mazią chroniącą przed słońcem.

Jak każdy chłopiec w Birmie trafia do klasztoru. Ma ledwie 12 lat, a już uczy w nim inne dzieci, taki zdolny! W klasztorach uczą się dzieci rodziców, których nie stać na prawdziwą szkołę. Jak wszyscy buddyjscy mnisi U Tun ma wygoloną głowę. Ale kiedy wyjdzie z klasztoru, znów zapuści kruczoczarne, lśniące pukle, natrze je dla szpanu i połysku mlekiem z kokosa. Marzenie? Pomagać ludziom, zostać lekarzem, jak ten pan, który przyjeżdża co tydzień do ludzi z wielką torbą maści z tygrysa.

Słońce w Lamaya zachodzi szybko, zbliża się do ziemi i rośnie, puchnie, aż w końcu kryje się za dżunglą. Mnisi odprawiają wieczorną mantrę i posłusznie kładą się na matach. Przed snem można jeszcze spojrzeć na niebo białe od gwiazd. Mistrz zna je pewnie wszystkie. I wróży przyszłość. Kiedyś, gdy wieczorem stali sami przed klasztorem, wyszeptał: spokoju doznasz dopiero na starość. Tej nocy U Tun długo nie mógł zasnąć.

Kto i co zapisał mu w gwiazdach? Co spotka małego mnicha wtulonego z otwartymi oczami w klasztorną pryczę?

Ucieczka

Nie, mnichem nie można być do końca życia. W Birmie jest pół miliona mnichów, sto tysięcy więcej niż żołnierzy, bez jednego U Tuna się obejdą. Trzeba się kształcić. Pakuje na łódkę swój majdan i rusza do Sittwe, stolicy stanu Arakan. Studiuje na miejscowym uniwersytecie historię. Znów wciera we włosy mleko kokosowe, spotyka się ze swoją narzeczoną. Ale ona teraz nie jest już najważniejsza. U Tun mieszka z sześcioma kolegami w zatęchłej klitce akademika. Wieczorem przy pryczach tlą się naftówki, do których kleją się roje malarycznych komarów. Tego wieczoru otwiera pożółkłą księgę i dowiaduje się czegoś, o czym nikt mu wcześniej nie powiedział: Królestwem Arakanu rządziło przez 5 tysięcy lat 243 królów aż do 1784 roku – daty podboju ich ziem przez Brytyjczyków. Po wyjściu europejskich kolonizatorów Arakan zagarnęli Birmańczycy.

Zbliża się 1988 rok.

Ucieczka

W Birmie wybucha rewolucja. Na ulice miast i miasteczek wychodzą tłumy, głównie studenci w buncie przeciw ruinującej kraj juncie, która przejęła władzę po zamachu stanu w 1962 roku. Birmę, na początku XX w. jeden z najbogatszych krajów Azji, zżera od tamtej pory tropikalna rdza. Rewolucja jest też szansą dla zbuntowanych grup etnicznych (w Birmie mówi się 135 językami) podbitych przez reżim, w tym dla posługujących się dialektem Arakańczyków. U Tun jeździ niezmordowany po kraju, organizuje wiece i protesty wpatrzony jak w obraz w „panią Suu”, nadzieję Birmańczyków na wolność i demokrację, córkę generała Aung Sana, wyzwoliciela Birmy spod okupacji brytyjskiej. Junta wysyła na ulice czołgi. Giną tysiące ludzi. Rozpoczyna się łapanka. U Tun czmycha ze stołecznego Yangonu do Sittwe. Jeszcze jest wybór: ucieczka do pobliskiego Bangladeszu albo tortury w więzieniu.

Z kolegami spotka się późnym wieczorem na dzikiej plaży poza miastem. Płyną bez świateł kradzioną łodzią, słychać tylko szum wioseł. Zatrzymują się przy wsi. Kupują dużo worków ryżu i ładują je na łódki. W Bangladeszu jest głód – sprzedadzą, zarobią. Zbliżają się do granicy, nagle strzelają w nich snopy świateł. Otacza ich reżimowe wojsko.

– Ręce do góry! – krzyczą żołnierze. Latarki oświetlają łódkę tuż przed nimi. Na jej przedzie stoi matka U Tuna trzymana za ręce przez żołnierza.
– Wracacie z nami albo twoja matka nie wróci już donikąd!
Kto ich sprzedał?
Tego pewnie już nikt się nie dowie. Nie zamknęli go, ale kazali co trzy dni meldować się na posterunku. Dlatego ciągle jest wybór: niewola albo ucieczka.

Zarzuca na ramię torbę i rozklekotanym autobusem jedzie dwa dni pod wschodnią granicę. Rzeka do pasa, czasem po szyję – forsuje ją nocą. Wychodzi na tajski brzeg i rusza w stronę „Małej Birmy”, tajlandzkiego miasteczka Mae Sot zamieszkanego w 80% przez uchodźców.

W 1990 roku odbywają się w Birmie wybory parlamentarne. Miażdżącą liczba głosów wygrywa National League for Democracy (NLD) – partia Aung San Suu Kyi. Junta fałszuje wyniki wyborów, Suu Kyi trafia do aresztu domowego.
W Mae Sot umiera U Tun.

Rodzi się Denyalin. To pseudonim U Tuna w szeregach Narodowej Zjednoczonej Partii Arakanu (NUPA). Jej centrala znajduje się w Bangkoku.

Do którego wkrótce go oddelegowują. Denyalin wysiada na dworcu i już wie: to miasto potwór. Dlatego zamyka się na kłódkę w swoim nowym mieszkaniu i przez kilka dni nie wychodzi na zewnątrz. Gdy się odważy, schowa do kieszeni na piersi notes i długopis. Wsiądzie w pierwszy lepszy autobus: pojedzie ponad dwie godziny do końca linii, notując nazwy, kolory, punkty charakterystyczne. A potem w kolejny. I kolejny. Potem zmieni mieszkanie. Na kolejne. I kolejne. Szpiedzy nie śpią.

Jest rok 1997.

Plan

Denyalin zostaje wybrany do komitetu centralnego NUPA. Dowiaduje się, że od dwóch lat pracuje się tam nad supertajną operacją.

Powtarzają się naloty tajskiej policji, działającej w porozumieniu z juntą, na placówki NUPA w Bangkoku. Reżimowe wojska prowadzą agresywną kontrofensywę w Birmie, paląc wioski i zmuszając Arakańczyków do przymusowej pracy. Indie od lat wspierają opozycję w Birmie w walce o demokrację. Hinduski wywiad zaoferował NUPA małą wyspę hinduską na Oceanie Indyjskim, gdzie rebelianci założą swoją tajną bazę, z której będą mogli prowadzić działania zaczepne. Od wschodu z kolei uderzą na armię junty Karenowie (kolejna mniejszość etniczna w konflikcie z juntą). Arakańczycy, legendarni żeglarze, „piraci Oceanu Indyjskiego”, będą szpiegować dla Hindusów ruchy marynarki chińskiej w pobliżu Wysp Kokosowych , na których Chiny planują wybudować wojskowy radar.

W Bangkoku pojawia się niejaki Nye Win.

Jest Birmańczykiem. Wysoki, szczupły, ale postawny, wygląda jak Hindus, chociaż to nic dziwnego: w Birmie żyje wielu hinduskich imigrantów. Ukończył uniwersytet w Rangunie, poliglota. Ma ścisłe kontakty z hinduskim rządem.

Pojawia się i znika. Denyalinowi przestawia go szef NUPA – generał Khaing Raza. W biurze NUPA Nye Win wręcza Denyalinowi wojskowe mapy archipelagów Andamanów i Nikobarów. Zatrzymuje palec na małej wyspie: Landfall Island. Tam powstanie baza partyzantów.

Kocha luksus i karaoke. Najczęściej można go spotkać w hotelu Saleena, pokój 611, 200 dolarów za dobę. Ma życzenia. Prezenty dla żony i dzieci: aparat Canon, złoto, statuetki Buddy. Pobyt na Kawthaung, egzotycznej wyspie, dzierżawionej przez rząd tajski od junty. I pieniądze. Wolność kosztuje. Tym bardziej że NUPA ma gwarancję sukcesu. W istocie, powtarzał, za taki ukłon ze strony rządu hinduskiego powinni być im wdzięczni.

W 1997 roku (w trzech transzach) Nye Win otrzymuje od NUPA na poczet operacji 13 800 amerykańskich dolarów.

Koszt jego pobytu w Bangkoku poniesiony przez NUPA: 9 tysięcy dolarów.

Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Nadszedł 9 lutego 1998 roku.

Tego dnia na dzikiej plaży w Tajlandii, tuż przy granicy z Birmą, późnym wieczorem spotyka się 34 mężczyzn: 27 Arakańczyków i 13 Karenów z Narodowego Związku Karenów (KNU). Prócz Denyalina nikt nie wie o celu spotkania. Karenowie po raz pierwszy widzą morze, nabierają wodę do ust i wypluwają: nie mogą uwierzyć, że jest tak słona. Słyszą warkot silników – do brzegu podpływają dwie supernowoczesne łodzie – Rama i Dorma – załadowane bronią. Pada rozkaz: płyniecie wspólnie budować nową bazę, przejść szkolenie, zacieśnić sojusz Arakańczyków z Karenami. Są podekscytowani, najmłodszy ma 18 lat. Ruszają o pierwszej nad ranem pod osłoną nocy do raju na ziemi: turkusowych wód, dzikich plaż, szafirowego nieba. Prują przez wysokie fale, które rzucają łodziami jak łupinkami. Arakańczycy, obyci z morzem, podjadają głodni gotowany ryż, Karenowie siedzą skuleni przy burcie, zbiera im się na wymioty.

Na horyzoncie dostrzegają dwa statki. To tajscy rybacy. To oni opłacili całą operację. Arakańscy rebelianci pobierali od nich opłatę w zamian za ochronę przed morską bandyterką i juntą. Gdy zbliżało się niebezpieczeństwo, rybacy krzyczeli przez krótkofalówki: „Zbliża się Wielki Brat!”. Arakańczycy zjawiali się wtedy w okamgnieniu i osłaniali rybaków. Za każdą wpłatę otrzymywali rachunek – warunek dalszej ochrony. Ale tajscy rybacy nie mają kwitów. Ani gotówki na wpłatę. Mają za to wielkie trawlery.

Żołnierze przeładowują na nie część broni i aresztują rybaków. Na noc zatrzymują się na bezludnej, wulkanicznej Narcondum, opisywanej w turystycznych broszurach jako najpiękniejsza wyspa na świecie.

11 lutego dopływają do wyspy Landfall. Na plaży czekają na rebeliantów Hindusi i generałowie NUPA, którzy przylecieli wcześniej helikopterem. Uściskom nie ma końca. Hinduskimi żołnierzami dowodzi wysoki mężczyzna w turbanie. Przyjmuje rebeliantów słowami: „Witajcie, bracia, na wyspie szczęścia!”. Każe złożyć całą broń na plaży. Jutro – tłumaczy – zabierzemy waszych generałów na rozmowy na szczeblu rządowym do Delhi. Hindusi zwracają się do niego „pułkowniku Grewel”. Denyalin przygląda mu się uważnie…

To Nye Win, oficer z Bangkoku. Rebelianci spoglądają na siebie zdezorientowani.

O zachodzie słońca pułkownik Grewel rozkazuje rozłożyć na plaży matę. Stawia na niej pięć butelek schłodzonego rumu i przekąski. Wznosi toast. Rebelianci odmawiają, wymawiają się regulaminem. Grewel nalega. Wypijają kilka kieliszków.
Śpią na plaży, pod gołym niebem. Szepczą do siebie: „Dlaczego mówią na niego Grewel?”.

Krótkofalówka

Denyalin budzi się o świcie. Idzie na łódź, na której śpią Karenowie. Słyszy szmery. Na pokładzie pośród bałaganu leży krótkofalówka. Przystawia ją do ucha. Słyszy: „Długo jeszcze? Jak skończycie, dajcie znać!”. Mężczyźni rozmawiają po birmańsku. Nie mogą to być Hindusi ani nikt z rebeliantów – ci posługują się swoimi dialektami. Denyalin wraca na plażę zdenerwowany.

Zza cypla wyłaniają się dwa statki z hinduską flagą: INS Sarayu i INS Vindhyagiri. Śniadanie się opóźnia, więc partyzanci dzielą się z Hindusami zimnymi napojami i wręczają im w prezencie czerwone bandany.

Denyalin patrzy na niebo. Wisi nad nimi wojskowy helikopter, ktoś filmuje ich z pokładu kamerą wideo.
– Przyleciał generał, trzeba go powitać, lądowisko znajduje się w głębi dżungli – oznajmia Grewel. – Pójdą ze mną wasi generałowie, a wy ustawcie się w szeregu. Zasalutujecie, kiedy wrócimy – rozkazuje rebeliantom. Dowódcy Denyalina, otoczeni hinduskimi żołnierzami z karabinami na ramieniu, znikają w buszu.
Zapada cisza. Hinduscy żołnierze małymi krokami otaczają rebeliantów.
– Ręce do góry! – krzyczą. Zawiązują im przepaski na oczach. Rozbierają do majtek. Rebelianci leżą z głową w piachu. Dostają kopniaki.
W dżungli padają strzały.

Kilka godzin później w New Delhi hinduski generał S.C. Chopra na konferencji prasowej: „Wspólna operacja hinduskiej marynarki i sił powietrznych przechwyciła przemyt broni od pochodzących z Birmy terrorystów. Broń prawdopodobnie miała trafić do nielegalnych grup secesjonistów w północno-wschodnich Indiach. To najbardziej spektakularna akcja hinduskich sił specjalnych od lat. Agresorom zostaną przedstawione zarzuty terroryzmu i próby zagrożenia stabilności państwa i rządu hinduskiego”.

Radio

Jest ciasno i piekielnie gorąco. Denyalina i resztę Hindusi upchali pod pokładem statku. Płynęli długo, może dwa dni, może cztery, cały czas z przepaskami na oczach. Gdy szeptali, dostawali pięścią w twarz.

Na szczęście przepaski odwiązano im, gdy byli już w celach. Gdyby zrobiono to na zewnątrz, zabójcze światło po kilku dobach w ciemności mogłoby nawet odebrać im wzrok. Tajskich rybaków zwolniono do domu. Arakańczycy i Karenowie znaleźli się w więzieniu w Port Blair na Andamanach, kilka kilometrów od brytyjskiego Cellular Jail, symbolu brytyjskiej opresji, miejsca kaźni tysięcy Birmańczyków.

Po kilku tygodniach dostają przepustki na kilkugodzinne spacery po wyspie. Jednego dnia nie wraca do celi dwóch kolegów Denyalina. Kilka dni później wyspiarze znajdują na morzu tratwę, którą rzekomo uprowadzili uciekinierzy. Ślad po nich zaginął. Uciekli? Zginęli?

Rebelianci nie mają żadnego kontaktu z rodziną, są bici i głodzeni. Ktoś rozpuszcza po więzieniu plotkę na ich temat: to zwyrodniali mordercy. Podczas spaceru na korytarzu (godzinę dziennie) dochodzi do próby linczu.

Do 2006 roku siedzą w więzieniu, choć nie postawiono im zarzutów. Po naciskach i kampaniach organizacji praw człowieka zostają przeniesieni do więzienia w Kalkucie. Cela jest jak komórka w piwnicy, bez okien, na zewnątrz latem 32 stopnie na plusie. O czwartej nad ranem.

Po ośmiu latach, które spędzili za kratami, rozpoczyna się ich proces.

Mniej więcej wtedy dostają pozwolenie na radio.

Stoi w celi na chropowatej, kamiennej półce. Denyalin całymi dniami próbuje złapać sygnał: zakazane w Birmie BBC albo Democratic Voice of Burma, birmański głos wolności z siedzibą w Oslo.

Jest rok 2007.

Denyalin leży wpatrzony w sufit. Radio trzeszczy. Pogłośnia:
… w Birmie… na ulicach… protesty… cały kraj… szafranowa rewolucja… setki, tysiące mnichów na ulicach… powtórka z 1988 roku… ostatnie chwile reżimu… a jednak… czyżby… niemożliwe… dlaczego… wojsko… zabity japoński dziennikarz… aresztowania… zaginieni… zabici… Cisza.

Sangha – ogólnokrajowa instytucja birmańskich mnichów – znów przegrywa z Tatmadaw, reżimową armią.
Odtąd Denyalin coraz częściej medytuje, inni tracą zmysły.

Na zewnątrz nasila się jednak międzynarodowa presja, by zwolnić z więzienia birmańskich bohaterów. Na światło dzienne w trakcie rozpraw wychodzi coraz więcej faktów. Rebelianci zostali ofiarami operacji hinduskich sił specjalnych o kryptonimie „Pijawka”.

I pionkami w wielkiej, międzynarodowej partii.

Look East Policy

Birma znajduje się w geograficzno-politycznych kleszczach dwóch światowych mocarstw: od zachodu graniczy z Indiami, największą na świecie demokracją, a od północy i wschodu z Chinami, największym reżimem. Chiny od lat bronią na forum międzynarodowym birmańskich generałów. W zamian kontrolują niemal całą birmańską gospodarkę, w tym dostęp do surowców. Z Oceanu Indyjskiego płynie przez Birmę do Chin birmański gaz. Analitycy przewidują, że do 2050 roku Chiny stworzą najsilniejszą marynarkę na świecie. Chińską strategię na Oceanie Indyjskim nazywają „sznurem pereł”. Chiny, przejmując kontrolę nad małymi, rajskimi wysepkami na Oceanie Indyjskim (m.in. Wyspami Kokosowymi), plotą łańcuch transportowy, który doprowadzi ich do samej Afryki – swojego głównego źródła tanich surowców.

Indie poczuły się osaczone i zagrożone.
Pęknięcie nastąpiło w połowie lat dziewięćdziesiątych, mniej więcej wtedy, kiedy NUPA rozpoczęła negocjacje z hinduskim wywiadem. Rząd hinduski zrozumiał, że dalsze wspieranie opozycji demokratycznej w Birmie się nie opłaca, bo:
a) Birma jest dla Indii pomostem do Azji Południowo-Wschodniej;
b) pozycja generałów pod parasolem Pekinu nie słabnie;
c) zbliżenie z juntą oznacza udział w birmańskim torcie i stworzenie przeciwwagi dla dominacji Chin w regionie;
d) w zamian za przychylność Indii junta wesprze Indie w walce z secesjonistami z plemion Naga, operującymi aktywnie na pograniczu hindusko-birmańskim.

Rząd hinduski podjął decyzję o zmianie frontu. Nową strategię nazwano Look East Policy.
Junta prawdopodobnie postawiła Hindusom ultimatum: w dowód dobrych intencji załatwicie rebeliantów z NUPA i KNU.

Hinduskie siły specjalne pod dowództwem Nye Wina vel Grewela rozpoczęły wtedy operację „Pijawka.”

Trójkąt

13 listopada 2010 roku Aung San Suu Kyi opuszcza areszt domowy przy ulicy Uniwersyteckiej w Yangonie. Witają ją tłumy.

19 maja 2011 roku uniewinniona grupa Andaman 34 opuszcza więzienie w Kalkucie.
Rebeliantów żegnają więźniowie, którzy poznali już prawdziwą wersję wydarzeń. Nie mają szampana. Wstrząsają butelkami i oblewają ich spienioną pepsi.

Odbierają ich mieszkający w Indiach Birmańczycy. W 19-milionowym Delhi przybywa 34 mieszkańców.

Do Denyalina jeżdżę przez tydzień z centrum Delhi metrem (około godziny drogi). By trafić do budynku, gdzie mieszka cała grupa, musiałem pojechać wcześniej do Oslo, gdzie spotkałem się z szefem Democratic Voice of Burma (DVB) , przedstawiając mu swój plan i intencje. Ten skontaktował mnie z Birmańczykiem wysłanym przez uchodźców z Mae Sot w Tajlandii z misją organizacji dla rebeliantów środków do życia i potrzebnych dokumentów.

Zwykle osoba, z którą współpracuję za granicą podczas zbierania materiałów do reportażu, okazuje się bardzo otwarta, życzliwa, nieraz ofiarna. W Delhi było inaczej. Myo (pseudonim) nie wyszedł mi na spotkanie. Kontaktował się ze mną telefonicznie. Był nieufny, mimo mojej rekomendacji z Oslo. Zajęło mi pół dnia, by znaleźć dziuplę rebeliantów, trafiłem do niej w zasadzie przypadkiem. Nikt nie podaje oficjalnie ich adresu.

Stłoczeni w kilku pokojach wynajmują dom w jednej z najgorszych dzielnic Delhi, tuż obok slumsów, z dala od rejonu zamieszkanego przez rodaków. Wokół walają się góry śmieci, w których grzebią pyskami krowy szkieletory. Hindusi chyba dawno nie widzieli tu białego. Rebelianci niemal nie wychodzą na zewnątrz. W czerwcu temperatura w Delhi przekracza 45 stopni w cieniu. Słabną nawet oni, zaprawieni w bojach i przyzwyczajeni do tropikalnych upałów. Boją się, że w Indiach ciągle grozi im śmierć. Szpiedzy junty na pewno ich szukają. Po raz pierwszy widzą na oczy telefony komórkowe, internet. Psychika kilku młodszych chłopców nie wytrzymała tylu lat w takim więzieniu.

Gdy poznaliśmy się z Denyalinem bliżej, zaproponowałem:
– Będę znów w tym roku w Birmie. Znajdę twoją matkę, napisz list, przekażę jej.
– Nie. Nikt z nas nie może kontaktować się z rodzinami. To zbyt dla nich niebezpieczne. Jeden z nas odezwał się do swojego ojca. Podsłuchali rozmowę, namierzyli ojca i go torturowali. Poza tym nie mam pojęcia, czy moja mama i siostry żyją…
Siedzieliśmy po turecku naprzeciw siebie, sami w pokoju, wiatrak trzepał o skrawek rozwieszonego prania.
– To co teraz? – zapytałem.
– Nie wiem.
– Gdzie będziesz żył?
– Nie wiem.
– Żałujesz choć trochę? Spędziłeś trzynaście lat w więzieniu.
– Przetrwałem tylko dzięki medytacjom, których nauczyłem się w klasztorze. Więzienie to najlepsza szkoła rewolucjonistów: wychodzisz z niego lepszy albo wcale. Przestałem tam pić i palić. Ale ludzie ciągle wiedzą tylko o głodzie w Afryce. Wszystko, co robiłem w życiu, robiłem dla moich rodaków – odpowiada z buddyjskim spokojem.
– Masz jeszcze jakieś marzenia?
– Tak, jedno. Samsara. Muszę wyjść z tego przeklętego życiowego kręgu narodzin i śmierci. Uspokoić umysł, tak jak w więzieniu, kiedy szarpie całym tobą i chcesz się roztrzaskać o ścianę. Marzę już tylko o nirwanie, oświeceniu.
– Nawet nie masz tu klasztoru.
– Mam, pod łóżkiem. Statuetka Buddy, święte księgi, umysł. Wystarczy.
Rebeliantów nie przyjmie żaden kraj Azji, prócz Indii, które w imię zadośćuczynienia przyznały im status uchodźców. Jednak żaden z nich nie chce tu mieszkać. Listy z prośbą o ich przyjęcie otrzymały rządy Wielkiej Brytanii, Szwecji, USA i Czech. Wiosną tego roku w Pradze Myo spotkał się z czeskim ministrem ds. uchodźców. Czekają. Kończą im się pieniądze na mieszkanie i żywność. Czas nagli.

Wyobrażam sobie, jak Denyalin wsiada do samolotu Lufthansy do Pragi. Jest elegancko ubrany, w beżowych spodniach, nowo kupionej na tę okazję beżowej marynarce. Siada w fotelu przy oknie. Wygląda wtedy na biznesmena. Albo szemranego biznesmena. Dla wielu – na szarlatana, oprycha. Chyba że uśmiechnie się i zacznie mówić. Wygląda wtedy na uczonego. Albo poetę. Patrzy głęboko w oczy ciepłym wzrokiem. Jest nieco nieśmiały. Uprzejmy i życzliwy. Niemieckie stewardesy spytają go gdzieś nad Samarkandą: „Whisky z colą czy baileys z lodem?”. Poprosi o sok.

A potem czeska Praga. Idzie jesień, wiatr poniewiera po ulicach żółte liście. Denyalin umiera. Zmartwychwstaje U Tun, tutaj wreszcie może. Spaceruje wieczorami pod Hradczany. Zagląda do czeskiej piwiarni. Jest ciemno, tłum, gwar. Siedzi w kącie, zamawia wodę.

Siódmego dnia naszych spotkań odważyłem się zadać mu to pytanie.
– Tun, wybacz, mam nadzieję, że to nie będzie dla ciebie krępujące: czym jest ten siny, czarny trójkąt między twoimi oczami? Tatuaż, symbol?
Uśmiecha się.
– Wtedy, kiedy nas skuli na wyspie, zawiązali nam na oczy przepaski. Dostały się pod nią grudki mokrego, twardego piachu. Ścisnęli ją z tyłu głowy, ile mieli sił. Piasek rozerwał mi skórę prawie do kości. – Na moment milknie. – I już wiem, że do końca życia, za każdym razem, kiedy spojrzę w lustro, pomyślę jedno: pijawka.

Pijawka

O pułkowniku Grewelu vel Nye Winie słuch po operacji „Pijawka” zaginął. Reporter „Time’a”, Michael Fathers odnalazł jego brata i rzekomo rozmawiał z Grewelem telefonicznie.

Podobno pułkownik wybudował bogatą posiadłość w Chandigarh w hinduskim Pendżabie. Żyją tam jego żona i dzieci. Handluje birmańskimi kamieniami szlachetnymi pod parasolem junty.

Inni mówią, że wyemigrował. Mógł założyć hinduską restaurację. Robi dobre wrażenie. Jest szarmancki i elokwentny. Z brodą i w turbanie wygląda na maharadżę, łysy i ogolony ma bardzo kobiece rysy twarzy. Namawia na wspólny biznes. Ma wiele interesujących kontaktów. Zaprasza do Indii albo do Birmy. Na dobrą kolację i masala tea.
Może być wszędzie. Może posługiwać się wieloma paszportami i nazwiskami.
Pojawia się i znika.
Może nosić naszyjnik z symbolem Buddy i amerykańską kurtkę Air Force, w których widzieli go rebelianci po wydarzeniach na wyspie Landfall, a które wcześniej należały do rozstrzelanego generała NUPA Khaing Razy.
Ulubiony telefon: nokia (niewykluczone, że ciągle używa modelu 9000)
Pije tylko whisky J & B, innych odmawia.

[Tekst jest fragmentem reporterskiej książki o Birmie]

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter