70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Własne „Tak”

Nie mamy prawa nikomu nakazywać heroizmu, tym bardziej jeżeli nie oferujemy jakiegoś rozwiązania alternatywnego. Macierzyństwo to zawsze jest własne „Tak” powiedziane życiu nowego człowieka. A jeśli wymaga nadludzkiego wysiłku? Wtedy nie skazujmy kogoś, kto się załamał, uderzając go okrucieństwem sądu moralnego albo cywilnego, tylko szukajmy świadectwa, które mu pomoże.

Dominika Kozłowska: Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. w Polsce obowiązywały przepisy prawne ustanowione w okresie zaborów. Przewidywały one odpowiedzialność karną za dokonanie aborcji prawie bez wyjątków. Lata Pani wczesnej młodości przypadały na czas pierwszej w Polsce dyskusji o warunkach przerywania ciąży. Nowa ustawa została uchwalona w 1932 r.

Józefa Hennelowa: Powstawaniu tej ustawy towarzyszyła debata, w której wielki wpływ na opnie miał Tadeusz Boy-Żeleński, zwolennik wprowadzenia zapisu o niekaralności przerywania ciąży z przyczyn społecznych. Uchwalone ostatecznie przepisy dopuszczały aborcję jedynie z powodu wskazań medycznych lub w sytuacji gdy ciąża była wynikiem przestępstwa. W pozostałych przypadkach za jej przerwanie karany był zarówno lekarz, jak i kobieta.

Mówię o tym z perspektywy późniejszych doświadczeń. W tamtym czasie byłam jeszcze dzieckiem. Wychowywałam się w środowisku religijnego mieszczaństwa. Moja mama osierociła nas bardzo wcześnie, uczyłam się w gimnazjum zakonnym. O problemie przerywania ciąży dowiedziałam się niespodziewanie. Otóż jedna z moich szkolnych koleżanek zaprosiła mnie na imieniny, a mój ojciec oświadczył, że do tego domu nie pójdę, bo to córka lekarza, który robi rzeczy tak złe jak przerywanie ciąży. Dotarło wtedy do mnie, że opinia publiczna może nie liczyć się zupełnie z tym, co dobre albo złe, przecież w zakonnym gimnazjum też musiano o tym wiedzieć i nikt się najwyraźniej nie gorszył.

W późniejszych latach znalazłam dyskusję na ten temat w magazynie „Bluszcz”. Atakowano tam społeczny ostracyzm, który dotykał ubogich dziewczyn z nieślubnym dzieckiem, a nie ginekologa, który pomagał „pozbyć się problemu” zamożnym pacjentkom.

Czy w Pani środowisku rozmawiało się wówczas w ogóle o macierzyństwie?

Nie pamiętam żadnych narodzin dzieci w rodzinach moich koleżanek, chociaż każda z nich miała rodzeństwo. O małżeństwie i miłości nie rozmawiałyśmy, byłyśmy jeszcze dziećmi. Ale wychowanie religijne podkreślało przecież całą tajemnicę macierzyństwa w postaciach najważniejszych: Maryi i Jej Dziecka.

Parę lat później, gdy byłam już nastolatką, mój katecheta zapytał mnie kiedyś w prywatnej rozmowie: „Czy masz już sympatię? I chcesz wyjść za mąż?”, a potem dodał: „Jak nie masz, to ja pomogę ci znaleźć kogoś odpowiedniego na męża, ale pamiętaj, żebyście mieli dużo, dużo dzieci.”. Uznałam to za bardzo piękne. Marzenie, że kiedyś będę mieć rodzinę, w której będą się rodziły dzieci, było chyba wówczas udziałem wielu z nas, bo to było coś najbardziej oczywistego i normalnego.

Skąd zatem czerpała Pani wiedzę na temat macierzyństwa?

Była to nie tyle wiedza, ile bolesne wspomnienia i wizje. Pierwsze wynikały z faktu, że mój ojciec owdowiał po 4 latach małżeństwa. Mama zapłaciła życiem za siostrę i za mnie. Wizje to była wielka literatura, wystarczy wspomnieć Wojnę i Pokój (narodziny i śmierć w domu Bołkońskich), Krystynę córkę Lavransa, Cichy Don (tragedia świadomego odrzucenia ciąży jako protest wobec niewierności męża) czy Dzieje grzechu, a z drugiej strony apoteozę rodzicielstwa u Sienkiewicza. To było naprawdę coś, co pozostawiało niezatartą wizję wzorów życia.

Przedwojenny język opisu macierzyństwa, ciąży, porodu, aborcji w znacznym stopniu kształtował się pod wpływem literatury. Jak ten język zmienił się po wojnie?

Tutaj dotykamy rzeczywiście bardzo ważnego zjawiska związanego z brakami w wiedzy medycznej, ale i z innym rozłożeniem akcentów. Tamten język kładł silny nacisk na stan kobiety. Mówiło się „przerwać ciążę”, a nie posługiwano się pojęciem „aborcja”, chociaż znaczy ono przecież to samo. Wszystkie określenia językowe były jakoś związane z ciążą i stanem kobiety.

W latach powojennych język zaczął się zmieniać w dwóch kierunkach. Ponieważ prawo miało charakter laicki, a nawet antyreligijny, ustawa z 1956 r. liberalizująca zakaz aborcji łagodziła drastyczność decyzji, wprowadzając pojęcie „zabiegu” oraz nazywając ciążę „odmiennym stanem” (który wraca do normalności po „zabiegu”). Te zmiany w praktyce językowej rozmywały świadomość, że kobieta w ciąży to już dwoje ludzi. Kościół natomiast tę właśnie kwestię coraz mocniej akcentował, a pomagał mu w tym rozwój wiedzy medycznej o prenatalnym życiu człowieka.

Co Pani zdaniem najsilniej wpływało na te widoczne zmiany w języku?

Ustawa z 1956 r. była znacznie bardziej liberalna niż ta z roku 1932. Dopuszczała przerwanie ciąży również ze względu na trudne warunki życiowe kobiety. Jednak dyrektor jednego z krakowskich szpitali powiedział mi kiedyś, że jego zdaniem do wzrostu liczby zabiegów przerwania ciąży w największym stopniu przyczyniła się nie tyle sama ustawa, ile dodatkowe rozporządzenia. Według pierwszego z nich, które weszło w życie jeszcze w 1956 r., lekarz miał możliwość weryfikacji oświadczenia kobiety o trudnych warunkach życiowych. Nowe rozporządzenie wprowadzone w 1959 r. zezwalało już na przerwanie ciąży jeśli lekarz uznał, że jest to dopuszczalne, a oświadczenie kobiety o jej ciężkich warunkach życiowych nie podlegało przy tym żadnej weryfikacji. Pod wpływem tego właśnie rozporządzenia zaczęła się zmieniać praktyka. Dość nagminnie zdarzało się, że gdy do lekarza przychodziła kobieta będąca w kolejnej ciąży, z jego ust padało pytanie: „To co, usuwamy?”. Muszę jednak od razu dodać, że ani ja, ani moje koleżanki nie spotkałyśmy się osobiście z tego typu postępowaniem. Lekarze w ośrodku byli zawsze opiekuńczy, pełni optymizmu i aprobaty.

W 1990 r., w trakcie obowiązywania poprzedniej ustawy, Ministerstwo Zdrowia wydało zarządzenie zobowiązujące kobiety, które chciałyby się poddać zabiegowi przerwania ciąży w szpitalu publicznym, do przedstawienia zaświadczenia potwierdzającego odbycie rozmowy z dwoma ginekologami, lekarzem internistą oraz psychologiem. Czy obowiązek takich rozmów wpływał na zmianę liczby zabiegów przerwania ciąży?

Wspomniany już przeze mnie dyrektor szpitala opowiadał mi, jak to wyglądało u niego. Szybko okazało się, że liczba kandydatek do „zabiegów” bardzo znacząco spadła. Zwykła rozmowa na temat powodów decyzji o przerwaniu ciąży, a także zasugerowanie możliwości oddania dziecka do adopcji w sporej liczbie przypadków wpływały na zmianę decyzji. To wydało mi się najważniejsze w pracy nad ustawą – nie tylko zakazać, lecz tworzyć warunki, w których wybierze się ocalenie dziecka i rozwiąże trudności matki.

W tym samym roku Sejm rozpoczął pracę nad senackim projektem nowej ustawy. Została Pani wiceprzewodniczącą komisji sejmowej. Miała Pani za sobą doświadczenia związane z obowiązywaniem dwóch różnych porządków prawnych w tym zakresie. Czy potwierdzają one, że w praktyce społecznej to właśnie ustawa jest rzeczą rozstrzygającą o naszym stosunku do życia?

Do dziś dnia szukam odpowiedzi na to pytanie. Uczyliśmy się tej pracy, tego, że nie wystarczy ustanowić prawo, trzeba zadbać o to, aby nie pozostało ono tylko na papierze. Nie zawsze prawo, które bezwarunkowo zakazuje przerywania ciąży, jednocześnie opowiada się po stronie życia. W socjalistycznej Rumunii obowiązywał bezwzględny zakaz przerywania ciąży, a jednocześnie domy dziecka, w których wychowywały się wszystkie dzieci z różnych powodów odrzucone przez rodziców, to były domy nędzy i samotności. Widziałam reporterskie zdjęcia z takich miejsc. W Polsce od wielu lat dominuje sposób myślenia, którego znakomitym wyrazicielem jest Marek Jurek. Wedle niego człowiek wierzący powinien się „opowiedzieć za życiem”, czyli przyjąć zakaz prawny. Wydaje mi się, że nie ma nic gorszego od prawa papierowego, które jest ustanawiane dla spokoju czyichś sumień, a w praktyce społecznej jest kompletnie lekceważone. W trakcie prac nad ustawą przestrzegał nas przed tym prof. Andrzej Gaberle, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W ogromnej mierze miał rację, zwłaszcza że dziś kobiety nie odwołują się już do tak drastycznych metod, jak te utrwalone w literaturze. Istnieją na przykład pigułki wczesnoporonne.

Pamiętam rozmowę z jednym z lekarzy, którzy podczas prac senackiej komisji brali udział w konsultacjach. Powiedział on, że skoro śmierć orzekana jest wówczas, gdy w zapisie encefalografu występuje linia płaska, to należy przyjąć, że życie definiuje linia wstępująca w tymże encefalografie. Nie jestem lekarzem, więc mogłam jedynie powiedzieć, że w moim przekonaniu dawcą życia jest Bóg, przez co my nie mamy prawa do rozstrzygania, czy życie ludzkie zaczyna się wraz z rozwojem mózgu, czy już w chwili poczęcia.

Wiele środowisk w Polsce uważa, że dziś znów nadeszła pora na zmianę ustawy. Czy jest Pani zwolenniczką zmiany?

Po tylu latach od przyjęcia ustawy można by znów myśleć o zmianie jej zakresu. Wiedza i wrażliwość społeczna są dziś na tyle duże, że tragiczne znaczenia słowa „aborcja” jest o wiele lepiej rozumiane. Jednak sytuacja polityczna i etyczna jest dziś tak skomplikowana, że gdyby się za to zabrać, to nowa ustawa mogłaby przyjąć kształt, jakiego katolicy się nie spodziewają. Osobiście uważam, że gdyby nie fakt, iż uwagę społeczną zajmują dziś przede wszystkim wydarzenia takie jak katastrofa smoleńska czy reformy finansowe, można by podjąć rozmowę o wykreśleniu z obecnej ustawy uszkodzenia płodu jako wyjątku dopuszczającego przerwanie ciąży, choć rozumiem, że decyzja o urodzeniu upośledzonego dziecka jest bardzo trudna. Zupełnie nie rozumiem fanatyków takich jak Tomasz Terlikowski, którzy mówią: „Musicie rodzić dzieci, nawet wtedy, gdy wiadomo, że są upośledzone”. Według nich samo wykreślenie tego wyjątku z ustawy załatwi sprawę. Tymczasem moim zdaniem, jeśli mielibyśmy o tym myśleć, to trzeba się przede wszystkim skupić na równoczesnym wprowadzaniu pomocy dla kobiet, które nie będą miały odwagi podjąć się wychowania dzieci upośledzonych. Nie mamy prawa nikomu nakazywać heroizmu, tym bardziej jeżeli nie oferujemy jakiegoś rozwiązania alternatywnego. Macierzyństwo to zawsze jest własne „Tak” powiedziane życiu nowego człowieka. A jeśli wymaga nadludzkiego wysiłku? Wtedy nie skazujmy kogoś, kto się załamał, uderzając go okrucieństwem sądu moralnego albo cywilnego, tylko szukajmy świadectwa, które mu pomoże.

Nie mogę naruszać niczyjej prywatności, więc tylko wspomnę rodzinę, którą podziwiam. Pierwsze dziecko młodej matki żyło dwie godziny. Wiedziała, że takie niezdolne do życia urodzi. Zdążyła nadać mu imię i pożegnać. Kiedy okazało się, że więcej dzieci mieć nie będzie, oboje z mężem adoptowali dwójkę sierot (a może odrzuconych). Dziś mówią o sobie, że są rodzicami trojga dzieci, a to pierwsze im patronuje.

W Polsce po stronie obrońców życia częściej słychać głosy mężczyzn: księży i publicystów. Liberalizacji obecnej ustawy domagają się zaś przede wszystkim kobiety. Jak Pani sądzi, z czego to wynika?

Nie jestem w stanie pojąć sporej części toczonych dziś dyskusji dotyczącej macierzyństwa. Dostrzegam w dzisiejszych debatach silną warstwę ideologiczną, zakładającą, że kobieta i mężczyzna nie są w stanie wypracować wspólnego języka. Zgadzam się, że mężczyźni, którzy tak chętnie zabierają głos w dyskusji na temat aborcji, wypowiadając się arbitralnie na temat tego, jak kobieta powinna przeżywać macierzyństwo, nie mają bladego pojęcia, co czują kobiety w ciąży niechcianej, gdy cały ich organizm nie wyraża zgody na dziecko. Takiego wewnętrznego sprzeciwu nie zmieni się ani żadnym kazaniem, ani samym prawem. Tak to zostało urządzone, że najpierw wie o dziecku tylko jego matka. To od niej zależy, czy ktoś poza nią dowie się o jego istnieniu. Jeżeli zdecyduje się je odrzucić, to pozostanie jedynie jej tajemnicą. Jeżeli do tego uświadomimy sobie, że są sytuacje, w których w kobiecie nie tylko nie było zgody na to, aby dziecko począć, ale także na to, aby przeżyć zbliżenie z mężczyzną, to stajemy wówczas w obliczu tak dramatycznej i głęboko sięgającej tajemnicy, że nikt, kto nie doświadczył takiej sytuacji, nie może się w tych sprawach do końca sprawiedliwie wypowiadać. Dlatego trudno mi się zgodzić na traktowanie kobiety, która w takiej sytuacji zdecyduje się przerwać ciążę, na równi z każdym innym zabójcą. Zresztą również i w mniej dramatycznych sytuacjach jest jasne, że żadnej kobiety nie przekona się do macierzyństwa, jeżeli będzie się jej wymyślało od morderczyń. Jeżeli żądamy od kobiet, aby chroniły życie, to musimy dać im pewność, że zatroszczymy się następnie o te dzieci.

Istnieje duchowa adopcja dzieci poczętych. Bywa jednak i tak, że troska o życie takich dzieci się kończy po dziewięciu miesiącach.

Jest bardzo duża niewspółmierność pomiędzy tym, jak wielką uwagę poświęca się życiu dzieci nienarodzonych, a troską o te dzieci już po ich urodzeniu. Adopcja duchowa jest dla mnie źródłem zgorszenia. Kobieta może odrzucać macierzyństwo z bardzo różnych powodów. Owszem, bywa, że buntuje się przeciw temu, iż nagle staje się uzależniona od nowego człowieka, który pojawia się w jej życiu bez pytania. Może nie rozumie swego stanu? A może się boi, nie mając wsparcia ze strony ojca dziecka ani rodziny? Joanna Piekarska, współpracowniczka Jacka Kuronia, opowiadała mi, jak trudno było jej pomóc kobiecie, której mąż na wiadomość o ciąży powiedział: „To nie moje dziecko, bo ja uważałem”. Albo sytuacja, gdy w rodzinie jest już pięcioro dzieci. Pracuje jedynie mężczyzna, który wprawdzie jest brutalem i zdarza się, że popije, ale jednak rodzinę utrzymuje. Na wiadomość o kolejnej ciąży grozi kobiecie: „Jak mi urodzisz szóste dziecko, to nie spodziewaj się, że ja będę je utrzymywał”. Dlatego nigdy nie powinniśmy ratować dziecka niejako przeciw jego matce. Złośliwe zarzuty, na przykład pani prof. Magdaleny Środy, pod adresem katolickiej hipokryzji nie zawsze są bezpodstawne. Retoryka zbudowana wokół problemów życia, rodziny i przekazywania życia jest natrętna, ostentacyjna, a przede wszystkim oparta na założeniu, że życie jest zagrożone. Wskutek tego jego obrona podejmowana jest przede wszystkim jako zmaganie z tymi, którzy chcą to życie zniszczyć, a nie podkreślanie samej wartości i wspaniałości macierzyństwa i rodziny. Obrazują to np. plakaty pokazujące okrucieństwo aborcji, gdy tymczasem wspaniały plakat z małą uśmiechniętą dziewczynką przytulona do matki w ciąży i nasłuchującą ruchów swojego brata czy siostry został bardzo mało wykorzystany .

Wciąż jednak opowiedzenie się za życiem jest po prostu formą teoretycznej deklaracji.

Czytałam niedawno wstrząsający artykuł dotyczący nowelizowanej ustawy o rodzicielstwie zastępczym. Ma ona doprowadzić do likwidacji państwowych domów dziecka, tak aby każde dziecko mogło się wychowywać w rodzinie zastępczej. Tymczasem nie dość, że wciąż brakuje środków na utrzymanie już istniejących rodzin, to jeszcze nie ma wystarczającej liczby chętnych do stworzenia nowych. Powinno nam to mocno dać do myślenia. W katolickim kraju nie ma wystarczającej liczby rodzin chętnych do tego, aby zaopiekować się dzieckiem potrzebującym opieki?!

Na czym Pani zdaniem opiera się wartość przekazywania życia?

Nie wiem, czy życie wciąż jest warte przekazywania. Jeżeli zostało już przekazane, to uznaję, że Bóg miał zadanie dla tego, komu dał istnienie. Coraz trudniej mi jednak uwierzyć, że w każdym człowieku uda się ocalić chęć, która – wracając do początku rozmowy – dawniej była tak oczywista: chęć posiadania dzieci. Dziś mamy 7 mld ludzi na świecie, a lista nierozwiązanych problemów ludzkości stale się powiększa, a nie maleje. To może rodzić wątpliwości, po co dziś mieć dzieci, skoro na świecie jest tak wielu ludzi, a zwłaszcza dzieci potrzebujących opieki. Dlatego bardzo podoba mi się koncepcja adopcji na odległość. Jednym z motywów przekazywania życia jest także chęć przedłużenia swojego świata, ocalenia pamięci o nas. Dawniej się mawiało: „syn – minie pismo, lecz ty wspomnisz, wnuku”. Mam świadomość, że dziś coraz mniej z tej pamięci pokoleń udaje się zachować.

Jak zatem rozumie Pani dziś słowa Jana Pawła II, że każde życie jest darem? „Dar to trudny niekiedy do przyjęcia, ale zawsze dar bezcenny” – mówił papież.

Jest coraz więcej prawd wiary, co do których wydaje mi się, że jeżeli Bóg się nade mną zlituje i po śmierci przyjmie mnie do siebie, to dopiero wtedy je zrozumiem. Przyjmuję te słowa w wymiarze osobistym: moje życie i życie osób, które spotkałam, jest darem dla mnie. Niekiedy jednak spotykam kogoś, kto jest tak głęboko nieszczęśliwy, jego życie jest tak bardzo sponiewierane, zmarnowane, a ja nic na to nie mogę poradzić. Wtedy strasznie trudno mi znaleźć sens tych słów. Dlaczego darem jest życie człowieka, o którym myślimy „potwór”? A przecież tacy ludzie są. Jest kilka takich zdań, pozostawionych przez Jana Pawła II, co do których bardzo żałuję, że nie mogę już o ich sens dopytać Autora.


JÓZEFA HENNELOWA – publicystka, wieloletnia redaktorka „Tygodnika Powszechnego”, w którym pełniła m.in. funkcje sekretarza redakcji i zastępcy redaktora naczelnego, członkini zespołu miesięcznika „Znak”. W latach 1989–1993 – posłanka na Sejm z ramienia Solidarności, a potem Unii Demokratycznej. Ostatnio opublikowała książkę Otwarty, bo powszechny. O Kościele, który może boleć (2012).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter